20111231

20111228

to nieistotne

Właśnie dziś (a raczej to już bardziej wczoraj, ale nie szkodzi) dowiedziałam się po  co studiuję. Więc, po co? Otóż tylko po to, żebym mogła spotkać się w rodzinnym mieście ze starymi znajomymi i stwierdzić, że moje życie mimo wszystko jest cudowne. Bo istnieje kilka(naście) osób, które mają dokładnie takie samo podejście do całego tego wielkiego świata jak ja.
I w ten oto sposób przejechaliśmy pół miasta by skończyć na placu zabaw przy podstawówce. Nie zapomniałam jak się huśtać.
Dorosłość sucks i My to wiemy.
Do zobaczenia przy kolejnym fantastycznym wpisie.
Wasza nieistotnie nierozsądna Esc


Bosz, zapomniałam. Najważniejsze. Dnia 27-12-2011 wymyśliliśmy driving party. Matfiz rządzi, matfiz radzi normalnie.

20111225

from behind the table, with love

-Wiecie co, zjadłem piernika, a odbiło mi się śledziem...
- I to jest właśnie magia świąt!

Z pozdrowieniam zza światecznego stołu.

20111224

merry merry xmas

Chciałam napisać niezwykle tkliwą notkę, ale mój nastój jest zbyt dobry więc... Wesołych Swiąt! I miłości!
Całusy
Wasza niezwykle świąteczna Esc


20111222

goodbye my gdańsk goodbye

Ostatni post z Gdańska w tym roku. Jak miło. Właściwie jest taka pora, że powinnam w panice się pakować, sprzątać czy dorysowaywać ostatnie szczegóły w pracy domowej na bardzo niefajny przedmiot. Z tym że moje zmęczenie sięgnęło już tego stadium kiedy nawet spać się nie chce.
Jak jest? Dosyć dziwnie. Srodek nocy, za oknem nie dzieje się nic, o tej porze nie jeżdżą nawet pojedyncze samochody. Koty, dzieci i kibice śpią grzecznie. No tak. W końcu w okresie przedświątecznym ilość dobrych uczynków i grzecznych dzieci nagle, w magiczny sposób, wzrasta. Dzięki. Przynajmniej mogę pomęczyć się we względnym spokoju.
Nie lubię Gdańska i ten rok tego nie zmienił. Ale, jak wiemy od hm hm hm dwóch lat, "to będzie dobry rok", więc może w końcu spojrzę na to miasto w jakiś bardziej przychylny mu sposób.
Wracam, a raczej zaczynam przygodę z pakowaniem plecaka. To będzie zabawa!


20111218

about you

Do narysowania zostało mi już mniej niż więcej więc, klasycznie, mam zastój w pracy. Siedzę i patrzę na moje dotychczasowe dzieło i zastanawiam się czy wszystkie linie są odpowiedniej grubości. A nic tak nie sprzyja zastanawianiu się jak zapach lakieru do paznokci unoszący się dookoła. Dziś zielono w białe kropki.
Dobra, miejmy to wymiarowanie za sobą. Zaraz wracam.
Wychodzi na to, że wrysowywanie wymiarów to wcale nie jest taka prosta sprawa. Czy mnie to w ogóle jeszcze dziwi?
Okej, nie mam siły, robię wymiary na chama, kij im w oko. Miałam zamiar napisać tu coś głębokiego, ale w związku z moją frustracją, to musi poczekać.


Bardzo piękny to cover. Na zapętleniu od rana do nocy. W tej słodkiej atmosferze wracam do rysowania. Trzymajcie kciuki.

xoxo

20111217

-call it what you want-

Podwójne czy potrójne notki to czasem esencja moich weekendów. Tych podczas których staję się wzorowym no-lifem, który poza siecią, nie ma jakiegokolwiek życia. Z tym że ja w sieci teź zazwyczaj go nie znajduję. Więc zaczynam je sama kreować. Właśnie tu.
To miał być weekend wyciszenia. Głębokiego oddechu przed ostatnią prostą, a jednocześnie wzmożonej pracy nad projektem, który w czwartek muszę oddać. Obiecałam sobie, że tym razem nie powstanie dzień, a raczej noc wcześniej, że dam sobie czas żeby wszystko wcześniej wydrukować i siedem razy sprawdzić.
No i się nie wyciszam. Owszem, wyhamowałam, ale wyciszeniem nazwać się tego nie da. Poza poranną pracą w piżamie, jeszcze nad śniadaniem, wycieczką do centrum handlowego i zjedzeniem pierogów, dla złagodzenia tęsknoty za Plotkarą odebrałam dziś chyba zbyt dużo muzycznych bodźców.
Przede wszystkim dzień z Rolling Stones w Radiu. Więc z jednej strony rock'n'roll w czystej postaci. Z drugiej: piosenka usłyszana w Housie. "Mmm, raperzy, no tak amerykański hip-hop... oo, ale refren fajny, jezzu, muszę to znaleźć! Brzmi jak... Jay-Z? Nie wiem... Ale West to to jest na pewno!"I w ten oto sposób udowodniłam swój muzyczny (niewielki) geniusz, bo znalazłam tę piosenkę i to bardzo szybko. Pobierznie zapoznałam się z Watch the Throne (w sumie nie wiem czemu nie zrobiłam tego wcześniej), poprzesiąkałam sobie troszkę klimatem zza Oceanu. Ale skoro piosenka powstała na podstawie sampla wyciągniętego z piosenki francuskiego zespołu elektronicznego Cassius pojawia się też trzecia strona. A że ostatnio fascynuje mnie elektronika i wszystko co traktuje moje uszy dużym uderzeniem niskich dźwięków (czytaj dubstep)... Nie wiem jakim cudem w pewnym momencie postanowiłam sprawdzić kim do diabła jest Olly Murs (aha, wiem, czytałam Machinę, pojawił się na liście najpopularniejszych singli w UK). Nie wiem skąd on się urwał. Uroczy Brytyjczyk śpiewający śliczne piosenki o miłości w modnej stylizacji na lata 60. XX wieku. Słodycz do porzygu. Szczęśliwie Youtube, dzięki polecanym filmom, przypomniał mi o Summer Camp. Przez chwilę słodycz zrobiła się mroczna. Później? Nie mogło stać się inaczej. Zagrywani ostatnio przeze mnie na śmierć Foster the People. Houdini z tekstem "sometimes I wanna disappear" tak jakoś trafiają w mój nastrój idealnie.
Na razie kończę w ciszy. To chyba element znikania. Moment w którym słyszysz tylko swój oddech. No i wentylator laptopa. On też oddycha. W końcu jako jedyny jest tu dziś ze mną.
Co za dołująca notka. Zaraz zawinę się w kocyk i zacznę kiwać między wielkimi lampami. Ktoś mógłby zadzwonić czy napisać, nie pogardziłabym. Nawet jeśli miałoby to być, zupełnie nic nie znaczące, "no co tam".
O tak, przesiąknijcie moją psychodelą.




edit:
I jeszcze na dobranoc. Generalnie Fostera podziwiam coraz bardziej i nie, nie piszczę na jego widok. Po pierwsze człowiek po przejściach, który potrafił się podnieść, poza tym - naprawdę wykształcony i osłuchany muzyk. Tylko trochę przehajpowany. Ciekawe kiedy mi przejdzie, tak swoja drogą.


edit2:
Bosz, brzmie jak rasowa psychofanka. Za chwilę powinnam dołączyć do bojówek FtP. Na pewno istnieją. I wtedy koniec z moimi alternatywnymi zapędami.

edit3:
Właściwie to mogłabym napisać w płaczliwym tonie: aaaa Justin Bieber wcale nie wygląda jak dziewczyna, jest super zdolny i taki kochany! Aaaaaa! O tak, czułabym się tak samo.

edit4 i ostatni:
Powinnam iść spać, samotność mi nie służy, bo wychodzi na to, że potrzebę uzewnętrznania się mam po prostu wrodzoną.
Au revoir!

regularnie

No właśnie! Muchy opublikowały nowy singiel a ja śpię! Właściwie to śpię z wypuszczeniem go dalej, bo wszechmocny facebook już umożliwił mi odsłuchanie.
Jak dla mnie w wersji live Nie przeszkadzaj... brzmi o niebo lepiej. No ale to chyba akurat dobrze świadczy o zespole. Tym razem produkcja Borsa jakoś do mnie nie przemawia, może reszta piosenek przypomni nam, że to człowiek, który krótko mówiąc, produkować umie. Tak czy inaczej, zapowiada się cudna płyta. Teraz pozostaje mi czekać do wiosny!


A teraz, walki z CADem ciąg dalszy <3

20111216

night air


Właściwie ta piosenka już tu chyba się kiedyś pojawiła, ale nie szkodzi. Tydzień się skończył, w końcu mogę odrobinę wyhamować i zająć się czymś co naprawdę sprawia mi przyjemność. A że nie muszę się dobudzać, z muzyką też moge trochę zwolnić. Swietnie wpisuje się w chwiilowy klimat, wprawdzie powinno być ciepło i duszno, no ale. W Radiu właśnie wspominany jest sierpniowy koncert Woona. Koncert zagrany w ewangelickim kościele. To musiała być prawdziwa magia. A ja, w tym wspaniałym momencie, siedziałam nad geometrią wykreślną. Notka z morałem: sesje poprawkowe niszczą życie. Szczęśliwie Woona można posłuchać też w internecie.


A za tydzień bedę już w Domu!

edit
Tydzień zakończyłam wyraźną prośbą o publiczną kompromitację. No cóż, takie jest życie mój drogi, cytując inną Annę. Dobranoc.

20111215

faster than my bullet

Czas tuż przed Bożym Narodzeniem zazwyczaj jest tym najcięzszym i najbardziej zapchanym różnymi deadlineami więc tak naprawdę, nie wiem czemu cały czas się dziwię, że z niczym nie mogę zdążyć. Najbardziej cierpi na tym mój sen niestety...
Jaki jest mój patent na całonocne ślęczenie nad projektami? Nagrania koncertowe. Youtube jest w tej kwestii niezastąpiony. W kilka sekund mogę przenieść się kilka miesięcy wstecz, na koncert który sama przeżyłam, albo który przeżyć zamierzam. W jakiś magiczny sposób energia przepływająca pomiędzy zespołem a publicznością elektryzuje również mnie, więc mój wewnętrzny akumulator jest w stanie wytrzymać dłużej. A jeśli dziś powiem sobie, że to już ostatni raz w tym tygodniu... Jestem w stanie dokonać niemożliwego! Czyli wracam do rysowania.


Wersja jak dla mnie, sto razy lepsza niż albumowa. Najpiękniejszy moment - taneczna partia przy końcu (czyli od piątej minuty).

20111211

nothing to lose

To chyba ostatnio zbyt modny zespół, żebym aż tak się nim jarała. No trudno. Mają takie fajne teledyski! Z resztą, każdy powód jest dobry, żeby odciągnąć mnie od rysowania rzutów.

20111210





To jest Gdańsk. Gdańsk widziany z Bastionu Żubr. Polecam. Nawet kiedy wieje i jest diabelnie zimno. Właściwie chciałam tylko napisać, że polecam oglądanie miast z przewodnikami, nawet tych w których żyjecie od urodzenia. Dla mnie tego typu wycieczki po Gdańsku są nie do przecenienia. Miasta w dalszym ciągu raczej nie znam, a sama nigdy nie wpadłabym na to, że Dolne Miasto może być aż tak ciekawe. Z resztą, to tego typu uliczki, na które sama w życiu bym się nie zapuściła...
A skoro już polecam... Lubię rysować! (I słuchać też.)

martwe zuo

No w końcu. Myślałam, że ten tydzień już się nie skończy, a po wczorajszym przykrym incydencie w mieszkaniu (ja chyba nigdy nie trafię na normalnych współlokatorów) straciłam wszelkie nadzieje na normalny odpoczynek. Ale! Udało się! Przejdźmy do rzeczy. Dziś post z cyklu esc poleca: najgorszy film jaki widziałam.
Horrory z lat 80. to dziś raczej komedie, oglądanie dawnych efektów specjalnych może przyprawić tylko i wyłącznie o ból brzucha ze śmiechu. No cóż, tylko takie toleruję. Jeżeli potrzebujecie naprawdę niewymagającej rozrywki na weekend, polecam Martwe zło 2. Hm, "polecam" to chyba złe słowo. Czemu? Film posiada fabułę (wow!), nieskomplikowaną, ale jest. Mamy więc część środkową, "rozwinięcie" jeśli miałabym uzywać terminologii stosowanej na lekcji języka polskiego w liceum. A co ze wstępem i zakończeniem, które były nieodzowne w trakcie pisania wypracowania? Twórcy chyba o nich zapomnieli. Brak jakiegokolwiek wprowadzenia w historię razi najbardziej. Ni z tego, ni z owego pewna para pojawia sie w starym domku w lesie i... I od razu zaczynają się dziać, nazwijmy to, różne dziwne rzeczy. Co z zakończeniem? Mogę potraktować je ulgowo i stwierdzić, że to zakończenie otwarte, coś ma dziać się dalej. Tylko tak naprawdę  nie mam pojęcia co. Nie chcę zdradzać zakończenia, może ktoś z Was się skusi, ale powiem, że główną rolę w zakończeniu historii odegrała wielka... czarna dziura. No przecież. Nikt się nie spodziewał?!
Film trwa jakieś osiemdziesiąt minut. Po czterdziestu zaczyna męczyć, po 60 już nie ma z czego się śmiać. Jedyne urozmaicenie - bryzgająca na boki kolorowa krew. Czarna, czerwona, zielona i niebieska.
Żeby nie było, ja ostrzegałam.
Dobranoc!

20111202

o!

Siedzę sobie w łóżku i zastanawiam się jak pięknie zakończyć ten koszmarny tydzień. Jedyny problem jest taki, że nie za bardzo mam siłę i ochotę na wyjście z gniazda, które udało mi się uwić z kołdry, kocyka i poduszek, sztuk dwie. Nie wypłynie to raczej zbawiennie na moje obolałe plecy oraz pusty żołądek, który nie chce zapomnieć o południowej kawie... Trudno.
Chciałabym zakończyć ten tydzień mając sprecyzowane plany weekendowe i chyba dopóki ta sprawa się nie rozwiąże nie będę w stanie wyluzować na tyle, bym bez jakichkolwiek zapędów do pracy mogła cieszyć się dwoma wolnymi dniami. Co dziwne, mam jakieś zapędy do rysowania w CADzie... Nie, nie, nie, jak mawia mój Tata: nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. W takim razie: dobranoc.




/edit/
Przełamałam własną nieżywość i bez reszty poświęciłam się malowaniu paznokci. Kiedyś muszę zamieścić tu kilka zdjęć z tym co udaje mi się wymalować. Ale to za jakieś sto lat.
Swoją drogą coraz mniejszą mam ochotę na weekendowe koncertowanie, a może bardziej na związane z nim problemy z transportem samej siebie. W takich chwilach NAPRAWDĘ docenia się rodziców/samochody/duże miasta/mieszkanie w centrum. A u mnie brak wszystkich z wymienionych. No ale co zrobić, bilet już kupiony, szkoda żeby część kwoty przeznaczonej na open'era się zupełnie zmarnowała...

/edit2/
W zasadzie czuję się olewana dziś zupełnie. Coraz bliżej mi do podjęcia decyzji o wycieczce w niedzielę... Muszę przemyśleć wszystkie za i przeciw.

/edit3/
Okej, trzeba było iść spać skoro i tak wyszło na moje. Jak zwykle... A post ten został opublikowany o 5.05. PM w prawdzie, ale 5.05 to 5.05:)


20111201

w zimowej ciszy

Chyba nie wierzę w to, że już grudzień. Cały czas temperatura utrzymuje się powyżej zera, a jedyne białe połacie widuję rano, przynajmniej mamy przymrozki. Pomimo tego, że zima to dla mnie najgorszy z najgorszych okresów w roku (zimno, cimno, do domu daleko) to jednak śnieg mógłby już spaść. Może w końcu dotarłoby do mnie w jak bardzo zaawansowanym stadium jest ten semestr więc powinnam się pożądnie wziąć za naukę. Na przykład teraz. Cóż, kolokwium z budownictwa chyba już oblałam. A tak starsznie nie lubię poddawać się bez walki... Okej, w końcu po coś te drugie terminy powstały.
A weekend zapowiada się bardzo koncertowo.I wtorek też, ojej to mikołajki! Tak, należy mi się prezent.


20111126

quite a little escapologist

Coś ostatnio nie wychylam się za bardzo. Być może mam takie wrażenie, bo ostatnio zdarzało mi się pisać nawet codziennie... Chwilowo żałuję, że wróciłam do domu bez swojego laptopa, biorąc pod uwagę to, że szykuję tutaj małą rewolucję. Może wiecie, a może nie, ale blogowanie zaczynałam od innego adresu, gdzie pisałam po angielsku. Ten blog oryginalnie miał dotyczyć kulturalnego życia Trójmiasta, później miał zawierać moje rysunki. Ale wyszło tak, że głównie zajmuję się tu narzekaniem na życie. Cóż, taka moja natura^^.
Jednakże! Skoro jestem w domu, to mam skaner! Nie wiem jak Was, ale mnie cieszy to niezmiernie. Oznacza to bowiem, że kilka moich dziwnych rysunków zostało zeskanowanych i czekają na publikację. Czyli na coś co miałam z nimi zrobić jakieś dwia miesiace temu. Teraz potrzebuję jedynie wolnego wieczoru i chwili pracy nad ogarnięciem nowego wyglądu uciekinierki. Jeżeli znacie i chcecie się pożegnać, zapraszam. A niedługo, przy pomyślnych wiatrach, może będziemy się witać z radosną twóczością.
Zmiany są fajne!

?

Okay, I promised that the changes are coming. And they really are. At the moment I'm fighting with my scanner and trying to make everything look good. But when I'm looking at all of those posts that I posted it seems like delating them is going to be similiar to killing some parts of me. Even if I just posted here for... hmm something like five months. It doesn't matter. So, I'm still not sure what to do. Anyway. The changes will come. Soon:)

20111124

brian

Czy są tu jakieś fanki Arctic Monkeys? Fajne podsumowanie. Szczególnie, że z dwóch ostatnich płyt pojawiły się w nim tylko dwie piosenki.

http://bcove.me/stdy2z9h

20111121

jakżesz ja się uspokoję

Jako, że jestem bardzo odpowiedzialną osobą, która uczy się pilnie przez całe ranki, a popołudniami klei makiety i rysuje to co ma do narysowania, mogłam pozwolić sobie na bardzo koncertowy weekend. Hahahaha! [tu śmieję się głośno z głową odchyloną do tyłu] Cóż... Teraz właśnie siedzę z laptopem, kończę jeść kolację i zastanawiam się, co mam zrobić, żeby pogodzić wszystkie ćwiczenia i wykłady z odrobieniem pracy domowej. Nie powinno mnie tu być, co?
Niemniej nie byłabym sobą gdybym nie napisała, że jazz też może być fajny. Tak wiem, moi rówieśnicy mają zazwyczaj zgoła inne zdanie, ale ja się nie dam. Jako trzynastolatka słuchałam tylko smooth jazzu, może stąd mój dziwny i bardzo... hmmm... eklektyczny gust muzyczny. Ale wróćmy do wczorajszego Żaka. Trwa w nim (dziś właściwie się kończy) Jazz Jantar Festival - gdańska impreza cykliczna, która ma za zadanie, jak czytam na stronie festiwalu, prezentować krajową i światową awangardę jazzową. I z przerwami, od lat 70. ubiegłego wieku, udaje się to całkiem nieźle.
Mnie udało się dotrzeć na dwa koncerty, jeden po drugim. Pierwszy to występ kwartetu Irka Wojtczaka, drugi - międzynarodowy sekstet Mazolewski/Gonzalez Double Trio. Tutaj zapewne powinna znaleźć się moja zawiła opinia zawierająca setki skomplikowanych słów zachwytu nad przeciekawymi improwizacjami, nowymi aranżacjami, wspaniałymi współpracami i tak dalej i tak dalej i tak dalej. No cóż, niestety na jazzie znam się mniej więcej tak, jak na pisaniu oprogramowań, więc tę część pominę. Efekt końcowy moze mi się podobać, bądź nie.
Niemniej, mam pewne spostrzeżenie: otaczając się głównie szeroko rozumianą muzyką popową i rockową, nie mam styczności z ludźmi, którzy są wykształconymi muzykami. Zazwyczaj to chłopaki, którzy zamiast wlewać w siebie hektolitry alkoholu (albo właśnie po wlaniu go w siebie) sięgnęli po instrumenty i zaczęli grać. Typowe samouki, które grają bo chcą być tacy jak ich idole, którzy też zaczynali od prostych akordów przy ognisku. No i chcą poderwać fajne dziewczyny. Z muzykami kształconymi jest, jak wiemy, zupełnie inaczej, zazwyczaj to rodzice decydowali o "zainteresowaniach" swoich dzieci wpychając w ich małe rączki wielki kontrabas. Czasem się udaje, czasem nie. Okej, ale moje wnioski. Bo nie chodzi mi tylko o nadzywczajny słuch, opanowane do perfekcji granie na swoim instrumencie, czy niesamowitą możliwość wspólnego grania, pomimo ogromnych różnic kulturowych, ograniczonych prób i różnych języków. Na to nie sposób nie zwrócić uwagi. Mnie zachwyciło jedno: sposób grania, swoiste współistnienie z instrumentem. Nazwałabym to nawet pewną gracją, o ile można powiedzieć tak o czterdzistoletnim mężczyźnie grającym na kontrabasie. Dosyć dziwna sprawa, niemniej dla mnie bardzo poruszająca.
Jak zwykle. Opisałam coś, co było dla mnie, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, głebokim duchowym przeżyciem, więc nic się niczego nie trzyma. Jak ja bym chciała umieć się logicznie wypowiadać...

20111120

lubię z tobą palić

Okej, było przefantastycznie. Muchy były, są i będą moim ulubionym zespołem. Nic ponad. Dzisiejszy koncert przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Dobra zmiana nie jest zła i może to nie tylko zasługa Pielki (nowy muszy gitarszysta), ale zespół brzmi dziś kompletnie inaczej niż jeszcze rok temu. No właśnie. Rok temu (i miesiąc) widziałam Muchy w Papryce po raz pierwszy. Co pamiętam? Brzmieniowo było fajnie (po lekkim rozczarowaniu na Open'erze), ale prezencja pozostawiała wiele do życzenia. Nie wiem czy chłopaki przeżywali wtedy kryzys osobowościowy, czy co, ale fryzjer i dobra dieta były im baaardzo potrzebne.
Szczęśliwie w pewnym momencie opamiętali się i z koncertu na koncert było coraz lepiej. Zespół jeżdżąc po kraju, z występu na występ po prostu się rozkręcał. Potem pojawił się wpomniany Pan Pielka a z nim - nowa jakość brzmieniowa. Jeżeli kojarzycie pierwszy singiel z ostatniej płyty - Przesilenie - to na pewno kojarzycie linię klawiszy z początku. Całkiem wkurzajacy i nie w klimacie motyw. Tak czy inaczej, wszelkie klawiszowe partie zostały wycięte, teraz zamiast nich słyszymy dwie świetnie brzmiące gitary. No i śpiewajacych ludzi:) Linia basu. Osobna historia. Do tej pory Tomek był schowany. Pulsował zawsze gdzieś z tyłu, teraz koncert rozpoczął się od szatańskiej basowej solówki. Jak ja to kocham. Muchy totalnie zmieniły swoje podejście do grania i wyszło im to na dobre. Chyba nigdy nie brzmieli lepiej.
Czy coś jeszcze chciałam dodać? No tak, publika. Dobra publiczność to pół sukcesu. Jakoś do tej pory nigdy nie zwracałam na nią uwagi, wychodzi na to że zawsze miałam szczęście - w środę koncert na którym była moja przyjaciółka został zabity właśnie przez słuchaczy. Dziś Papryka (może dodam, że to naprawdę mały klub) pękała w szwach, a publiczność naprawdę była skora do śpiewania. Poleciały też papierowe samoloty, klasyk z początków muszego grania, który ostatnimi czasy już trochę się znudził. Jednak Trójmiejscy fani z okazji 250 koncertu postanowili odświeżyć tardycję. Miła rzecz, choć ja oczywiście zapomniałam o swoim.
Kurcze, mogłabym tak jeszcze długo pisać, no ale niestety, moje oczy zaczynają sie zamykać. Po prostu, teraz pozostaje mi czekać przez dugie trzy miesiące (choć znając zespół wszystko się przeciągnie) na nową płytę i nową trasę (choć znając zespół pt2 zagrają jeszcze kilka koncertów w trakcie przedpłytowej ciszy). Na szczęście Sopot to jedno z ulubionych muszych miejsc. "Dziś gramy 250 koncert. Z czego jakieś 50 w Papryce".
Idźcie na Muchy jeżeli będą grali w Waszym mieście. Warto.



Dużo tego, pięć nowości. Nie mogłam pominąć żadnej w końcu. Choć trzy w sumie grane od dosyć dawna. Nie szkodzi!

20111118

can['t] choose what stays and what fades away



Szczerze mówiąc, po zapowiedzi spodziewałam się czegoś więcej. Walczące dziesięciolatki to coś, co w teledyskach Flo jeszcze się nie pojawiło, a kiedy chodzi o bijący się chłopięcy chór, w kościele, sprawa robie się niezwykle interesująca. Zamiast tego Florence spada z dachu, tajemniczy człowiek wbija wielką szpilę w rudą kukłę, a chłopięcy chór grzecznie śpiewa. Jest... dziwnie. Mam nadzieję, że to chwilowy tylko spadek formy. W końcu piosenka prześwietna no i jest (u nas pewnie już byłby sprofanowany) kościół.


Poza tym: w sobotę Muchy w sopockiej Papryce. Koncert numer 250. Warto się wybrać, choć bilety zdrożały (teraz to całe 23PLN!). Chłopaki kończą trasę i ostro zabierają się za nową płytę. Przynajmniej taka jest wersja na obecną chwilę. Do zobaczenia.


/edit/
Moja niemoc twórcza swoim poziomem sięga dziś chyba tajemniczej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, która gdzieś tam nad nami lata. Nawet paznokci nie jestem w stanie pomalować tak, by mnie satysfakcjonowały. No i nie mam pisaków co dosyć skutecznie hamuje moje rysownicze zapędy. Ostatnio coś za bardzo ciągnie mnie do koloru, to mnie gubi. Jutro nawet będę miała okazję zakupu jakiegoś pięknego pisakowego zestawu, ale co mi po nim skoro w weekend, który ma być wypełniony nauką, będą tylko kusiły?


/edit2/
Właśnie mój pomysł na prezent dla kolegi został określony mianem "mało kreatywny". Źle ze mną, czas się załamać...

!

20111117

change, i know

Changes are about to come. I'm not writing too much here. Probably just because of lack of the time. But I like this adress. So probably (again, cause I'm not sure what to do jet) next week, or just after the next weekend I'm going  to change everything here. Yes, why not, I love changes!



20111115

przystojny?


Powinno raczej być: "Mazolewski ma dziewczynę. Ładna?". Drogi Pudlu, news bzdura stulecia.


PS no ba!

no light...


Nie widzę światła w tunelu. No cóż, kolokwium już jutro a ja, zwyczajowo, liczę na moje ogromne szczęście. Pozostaje mi tylko je przetrwać i dotrwać do piątku, zapowiedź teledysku wygląda dobrze. Powiedziałabym nawet, że nurtująco. No i to moja ulubiona piosenka z podstawowej płyty z Ceremonials.
Trzymajcie jutro kciuki!

I can't see any light in this tunnel. Well, my test is tomorrow and, as usually, I'm waiting for my big luck to come. It seems like I just have to survive and be alive on Friday, cause this teaser looks so good. It's bothering me! And it's my favourite song from Ceremonials' Disc 1.
Keep your fingers crossed tomorrow!

i need you to need me

20111114

get some vol. 2

Okay, every time I see the last title I posted I think of this song (too many Is, soo egoistic) so here you have. I love her. Really.


The weird thing is that when I'm writing in Polish I'm also thinking in Polish so translating everything is for  me... impossible! And on the other hand, translating my English into Polish is so weird too. Cause I'm thinking in English now. So, after translation those words that I just wrote wouldn't sound truly for me. I hope you can understand my huge problem. Is it only me or do you have similiar problems?

20111113

get some


To chyba najlepsze co może mnie dziś spotkać. Dobranoc.

tmrw

Jakoś tak ostatnio kompletnie nie mam weny na to, żeby coś tu napisać. Żeby to miało ręce i nogi, wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Jak Pani Polonistka przykazała. Składanie zdań sprawia mi problem, jeszcze nie jest dla mnie przykrym doświadczeniem ale kto wie co przyniosą kolejne dni. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że bedzie lepiej.

Gdybym tak mogła po prostu napisać od nowa fragmenty z historii mojego życia, które po prostu tam nie pasują... Doskonale wiem co bym zmieniła. Zabawne, często się nad tym zastanawiam i zawsze myślę o tej samej rzeczy. No tak, pewnego rodzaju wyklęcie jednak mi przeszkadza. Mimo wszystko te dwa lata temu nie było źle. Hm, w zasadzie to jakies dwa lata, dwa miesiące i kilka dni. Dwa, czy trzy. Ostatnie dni normalnego życia. 
Wiem co chcę zmienić. I to nie będzie moja kwestia.



 

edit: co za psychodela. i tak wiem, że pewnego dnia, może już niedługo, wywalę stąd 3/4 tych dennych emocjonalnie notek. po co mi to wszystko? no po co?!

20111111

11/11/11

Życzyliście sobie dziś czegoś niesamowitego? Ja tak, przyznaję, pojechane to było.

Did you wish anything epic today? I did, and yes, it was epic. /due to my foreign readers I'm going to try rewrite posts in English. hope I can do it well/


20111110

future dust

Wypadałoby coś napisać, no nie? No cóż, to był nieciekawy i ciężki tydzień, na pisanie kompletnie czasu nie było. Od ostatniego posta... hmmm... Wygrałam wejściówkę na koncert w ramach projektu French Kiss Tour. Nie ukrywam, że od tych wakacji wszystko co francuskie mnie fascynuje, więc jestem dużo bardziej niż zadowolona z wygranej. To wszystko jutro, później może uda mi się coś napisać o samym koncercie.
A przechodząc do meritum dzisiejszego posta. Przenieśmy się myślami do soboty. Na pewno wszyscy zuważyli, że centra handlowe są już świątecznie udekorowane. Naprawdę bawiło mnie to. No bo, sorry, ale spacerowałam po centrum w rozpiętej kurtce, świeciło słońce, pogoda była wręcz wymarzona. A przede mną w pewnej chwili wyrasta galeria z wielką czerwoną kokardą nad drzwiami i soplami z węży świetlnych przyczepionymi do krawędzi dachu. Groteskowy widok. Wróćmy jednak do dnia dzisiejszego. Wychodząc z uczelni, pierwszy raz tej jesieni zamarzłam. Prawie dosłownie. Politechnika jest naprawdę dobrze ogrzewana, więc wyjście na dwór okazało się być naprawdę koszmarne. Tempertura przekroczyła magiczną granicę mojej tolerancji. I stojąc na przystanku poczułam zimę. Dotrało do mnie, że za chwilę naprawdę będą święta, pojadę do domu, spotkam rodzię i znajomych. Jeny! Dzień zacznie się wydłużać!
A to, że zaraz potem jest sesja przemilczmy.


a teraz bierzemy kocyk, ciepłą herbatkę i oddajemy sie weekendowi

20111105

happiness!


Moje uwielbienie dla tej kobiety nie zna granic. I inaczej określić się tego nie da. A dziś w trójkowym eterze Ceremonials zostanie rozłożone na czynniki pierwsze. Love. A mój egzemplarz płyty już czeka na odbiór w Empiku, jak miło.
A tak w ogóle to taki zwiastun czegoś co powinno się wkrótce pojawić, stay tuned!

chcemy więcej!

Dobra, okej, uf uf, jestem bardzo spokojna, w środę pierwszy hedlajner Open'era<3!
Tym optymistycznym akcentem zakończmy ten koszmarny tydzień złożony właściwie z dwóch dni. Nieważne, był okropny i już. Ale nic to! Radujmy się!




MZ na żywo w Trójce po 12.00

20111103

let me in the other room

Panią Marcell na żywo widziałam w wersji festiwalowej. Niestety nie zachwyciła. Ale chętnie bym sprawdziła ją jeszcze raz. Teledysk wariacki, pewnie dlatego tak mi przypadł do gustu. No a piosenka - cudo. 
To był naprawdę niezły czwartek.


20111102

no question, no doubt

Powoli uzależniam się od blogowania. No cóż, jakiś cel w życiu trzeba w końcu mieć;). Prawdopodobnie w tej chwili powinnam zająć się intensywną nauką no a przynajmniej kalkowaniem. Okej. Za chwilę. Jak na razie dochodzę do siebie po fantastycznej podróży pociągiem. Co ciekawe pociąg w moim kochanym mieście W. był opóźniony 35 minut. Do celu dojechaliśmy o czasie. Cud? A może ktoś mi to po prostu wytłumaczy, bo mój prosty, politechniczny umysł tego nie ogarnia.
Spotkałam kolegę z liceum. Z klasy. Z resztą, znaliśmy się już wcześniej, chodziliśmy do jedego gimnazjum, do różnych klas, ale nasze szafki były naprzeciwko siebie. Relacja na zasadzie: "może się łaskawie przesuniesz, bo nie mogę schować kurtki". Okazuje się, że moje Wymarzone Miasto (też na W. ja na W., moje miasto na W. to i wymarzone też takie musi być, no przecież) nie było dla niego przyjazne, dlatego studiujemy teraz na jednej uczelni. To dosyć dziwne, że postanowił się przenieść, biorąc pod uwagę fakt, że jego wieloletnia (ojej, użyłam tego słowa. prawdopodobnie Pan Michał Nogaś nigdy tu nie zajrzy, jednak, pozdrawiam Pana!) dziewczyna zostawiła go dla jego przyjaciela i razem wiodą szczęsliwe życie właśnie tu. Cóż. Takie jest życie mój drogi, a on naprawdę kiedyś chciał studiować w tym nadmorskim padole. Widocznie potrafił się pogodzić z przeszłoscią i ruszyć naprzód. Serio, zazdroszczę.
Mam nadzieję, że daje się to przeczytać. Moja tendencja do wstawiania komentarzy w nawiasach ujawniła się dziś dosyć bardzo.
Chyba dojrzałam do tego żeby zrobić coś na jutrzejsze zajęcia. Adios w takim razie!





two weeks after

So many things happened. Too many I think. I'm back in Gdańsk after a weekend at home. It was so weird that I can't even say if it was good or bad. Really. I made it, I went to see a gig I wanted to see (even though I couldn't buy a ticket), I met my friends and family. Sounds cool, doesn't it? Well, somewhere between meeting friends and going to see a gig I realised that here, on this planet, in this city, I can meet people who really hate me. Oh, yes they really do. And that's what makes me sad...


it would be amazing to be in love now

20111101

listopad

Siedzę w salonie na fotelu. Włączony telewizor cicho opowiada historię rozwoju współczesnej medycyny. Kot próbuje przyciągnąć moją uwagę cicho pomiałkując. Z kuchni cały czas wydobywa się zapach pieczonego rano ciasta. Cała rodzina śpi. Jest cicho i ciemno. Moja ulubiona pora dnia.
A jutro wsiadam do pociągu, przemierzam jakieś 250 km i laduję w najmniej przyjaznym mieście w jakim kiedykolwiek przyszło mi żyć. Wierzcie lub nie, tam nawet McDonald's jest droższy. Strefa niskich cen. 3,50.
Obejrzałam dokument o Jobsie. No tak, ostatnio o nim głośno, w końcu śmierć to też niezły towar do sprzedania. Przykre realia współczesnego świata. Nie przytoczę jego słów dosłownie, no ale sens bedzie zachowany. Jeżeli to co robicie, wasza praca, nie satysfakcjonuje was, trzeba ją zmienić! Moja przyjaciółka dorzuciła stwierdzenie jej taty, że ludzie, którzy osiągnęli naprawdę dużo, często po prostu rzucali studia. Czyżby rozwiązanie wszystkich moich problemów było aż tak proste?
Pomyślmy. Rzucam studia. Cóż, nie będę się oszukiwać. Gdybym mogła, pierwszy miesiąc przeleżałabym w domu na kanapie. Potem mogłabym pisać, czytać książki, być na bieżąco ze wszystkimi muzycznymi nowościami. W końcu znalazłabym czas na uprawianie sportu w ilościach, które by mnie satysfakcjonowały. W skrócie? Robiłabym wszystko to na co mam ochotę, a niestety często po prostu brakuje mi czasu. Po pewnym czasie czyste lenistwo by mnie znudziło, stąd zabrałabym się za naukę. Cały czas nie mogę się zdecydować. Niemiecki czy francuski? A do braku decyzji dochodzi też brak czasu. Bez studiowania miałabym w końcu czas na to, żeby uczyć się języków obcych. No i szycie. Szyć na maszynie chcę nauczyć się od... no, od bardzo dawna. Pierwsze wprawki miałam dopiero w te wakacje. Skończyło się szybciej niż zaczęło, w końcu wyjazdy, praktyki, no a potem wrzesień.
Zaczęłabym szyć własne ciuchy, byłabym oczytana, obyta w świecie, no i miałabym zajebistą formę. Stąd tylko krok do własnego butiku gdzieś w bramie na Nowym Mieście w Stolycy.
Tak, tak, piękne plany. Jestem realistką, no cóż, raczej nic z tego nie wyjdzie. A tego typu scenariusze układam codziennie. Czasem tylko staję się malarką, czasem piszę felietony do gazet (tak, tak, jak Carrie), czasem żyję ze śpiewania na paryskich ulicach. Na razie kończę archi. Nie wiem jak moje zdrowie psychiczne na to zareaguje, ale na dzień dzisiejszy mam zamiar przeżyć.
Choć fajnie byłoby pójść zupełnie inną drogą...
Do zo w czwartek na malarstwie.

20111031

175 vol.2

Wyrzygałam się empcjonalnie. No inaczej to tego nazwać się nie da. Niemniej w dalszym ciągu jest mi źle, a nawet jeszcze gorzej, więc zakończę ten smutny dzień kjutnymi obrazkami. A co sobie bedziemy żałować!








175

Miało być dobrze. No i było. Udało mi się pogodzić życie rodzinne z towarzyskim, dokonałyśmy niemożliwego i spisałśmy osiągnięcia życia. Było dobrze, już nie jest.


20111029

home sweet home

Wróciłam do domu. Nareszcie. Rok temu wróciłam na wszystkich świętych po miesięcznym niewracaniu. Już wtedy powiedziałam nowej koleżance, że każdy kolejny powrót będzie dla mnie trudniejszy. Że za każdym razem do Gdańska będzie się jechało coraz trudniej, z coraz większym wstrętem do tego miasta. Serio. Nie lubię tego miasta. Nie ma wielkomiejskości. Nie ma nocnego życia, imprezowania i tłumów ludzi na ulicach o każdej porze dnia i nocy. Nie ma żadnej atmosfery. Dworzec główny zamykają na noc. Nawet Starbucks, który miał być chyba powiewem wielkiego świata został ulokowany w całkiem słabym miejscu, a wnętrze kawiarni zachęca jedynie do ucieczki... Smutna sprawa. Dorosłe życie w dużym mieście okazało się być jedną wielką kpiną i rozczarowaniem. Rok życia "on my own" zaskutkował tylko tym, że doceniłam Moje Miasto. I tym, że wracam do niego z radością. Co za patologia. Wyjeżdżaliśmy z nadzieją w oczach, a w trakcie długich weekendów na moim gadu królują statusy z miłością mówiące o rodzinnym mieście. Takie jest życie mój drogi? Chyba w liceum bylo mi dobrze aż za bardzo i teraz na siłę poszukuję jakiegokolwiek echa tamtych przeżyć. A wtedy wydawały się tak kompletnie nieciekawe i nieistotne...
We Wło, jedynym mankamentem jest to, że nie mogę uprawiac mojej ulubionej rozrywki. "Mamo, nie odebrałam, bo bylam w łazience. Siedzę i oglądam serial/ uczę się/ idę do sklepu. Tak, tak zaraz idę spać. Co tak hałasuje? No przecież, że radio."
Wasza Esc, której zebrało się na podsumowania.



20111027

a nie z nas

Jadę do domu. Za 14 godzin powinnam dobiegać do pociągu taszcząc wielki plecak i teczkę. Zostaję w domu. Wszelkie nadprogramowe wyjazdy zostały anulowane, niemniej zdążyły juz popsuć moje życiowe plany na weekend. No cóż. Takie jest życie mój drogi. Nie wiem czy przez ten czas będę w stanie coś pisać, czy raczej rzucę się w wir życia domowo-znajomego. Dziwną rzecz stworzyłam. Nic to, czas iść spać, jutro mam dzień do przeżycia.



20111025

trochę ciepła


Pomogło? Ja w dalszym ciągu zamarzam, zamarzam coraz bardziej. Swoją drogą podziwiam blogerki za zimowe posty "krótki rękaw na śniegu". Tylko i wyłącznie świadczą one o Waszej wytrwałości (no może też o... nierozsądku) przy prowadzeniu bloga i pełnym poświęceniu. Ja bym tak nie mogła. Tylko czy to wszystko jest komukolwiek potrzebne?
Enough. Zabieram się za kolejną inspirującą kobietę. Albo za naukę. Dobra kwestia do przemyślenia.

20111024

do siebie sam

Jak wszyscy wiemy życie składa się tylko i wyłącznie z nieprzewidzianych epozidów, które zazwyczaj niszcza wszystkie inne plany. Są szczęśliwcy, których plany są krzyżowane w taki sposób, że wychodzą z całej sprawy obronną ręką i bawią się jeszcze lepiej. Jestem też ja. Tak. Dziś dowiedziałam się, że nadchodzący weekend, którym jarałam się kilka postów temu, spędzę w Mieście Mamy. Tak. To dosyć przykre, że moment na który czekam od dwóch tygodni został dziś tak brutalnie zniszczony. Kochani moi. Nie przyjdę. Przejadę miliard kilometrów samochodem z rodziną po to by posiedzieć dwa dni z resztą rodziny. Szkoda, że niektórzy nie pamiętają, że ludzie z którymi spędziłam liceum też stali się dla mnie rodziną. I to taką, która rozumie moje rozczarowanie światem. Naprawdę chciałam ich spotkać. Ale jak zwykle nie można mieć wszystkiego. Nawet jeśli wszystko jest tylko jednym wspólnym wypadem na koncert.



szmery w sercach po koncertach - Paula i Karol

Koncerty Pauli i Karola powinny być przepisywane przez lekarzy jako niezwykle skuteczny antydepresant. Serio, jeżeli kiedykolwiek ktokolwiek chciałby stworzyć listę najbardziej pozytywnych zespołów tego świata, PiK z pewnością byliby na szczycie.
Ale o co w ogóle chodzi?!
W telegraficznym skrócie: Paula i Karol poznali się kilka lat temu w Warszawie. I razem zaczęli tworzyć niezwykle optymistyczne, popowo-folkowe piosenki. Zaczynali we dwójkę, akustycznie. Jednak w ekosystemie nic wieczne nie jest, więc duet na potrzeby koncertów rozrasta się do czterech (w Sopocie nawet pięciu!) osób. Pięć czyli: Paula (wokal, skrzypce, mikro akordeon, cymbałki - cymbałkowe solo to jest coś!), Karol (wokal, akustyk), Szymon (gitara), Krzysiek (bas) no i Christof (perkusja). Ah, razem stworzyli coś naprawdę pięknego. Nie dało się nie uśmiechać. Właściwie to nadal siedzę i suszę zęby pisząc. Poza piosenkami z EPki Goodnight Warsaw i debiutu Overshere, trzydzieści osób, które zrezygnowały z Ani Dąbrowskiej (a w Versalce grała), usłyszało jeszcze dwa covery oraz kilka piosenek z nadchodzącej drugiej płyty. Jak miło słyszeć, że powstanie kolejna:)
Jeżeli byliście w pobliżu Trójmiasta i nie przyjechaliście do Papryki.... Shame on you, nie wiecie co straciliście.




20111022

kobiety inspirują - Andy

Ruszamy. Niestety bez fotek, do tej pory nie dostałam zgody na ich publikację. No trudno. Zachęcam do klikania w linki w takim razie.

Andrea Torres. Znaki rozpoznawcze? Duże, ciemne okulary, szeroki uśmiech, niebotyczne szpilki i żółte dodatki. No i niepowtarzalne wyczucie stylu.
Andy pochodzi z Meksyku. Jednak, jak każda prawdziwie odważna dziewczyna, kilka lat temu opuściła rodzinne strony. Od tamtego czasu pracuje jako stylistka w Amsterdamie. Przy okazji prowadzi bloga. Choć tak naprawdę trudno dziś powiedzieć, co jest "przy okazji". Jedno jest pewne, stylescrapbook.com to dziś jeden z najgorętszych internetowych adresów modowych. Od listopada 2007 roku Andy dzieli się ze światem swoimi stylizacjami, inspiracjami, najświeższymi trendami i, co dla mnie jest równie ważne jak te niesamowite lawendowe rurki, czy kolejna nieziemsko piękna kopertówka, często do postów dodaje piosenki, które akurat utkwiły w jej głowie. Posty ukazują się codziennie, czasem nawet jeszcze częściej.
Nie da się ukryć faktu, że dziewczyna spełnia swoje marzenia. Pisze, projektuje (torba dla Kiplinga), jest twarzą MANGO, jeździ po świecie odwiedzając większość naprawdę liczących się tygodni mody (tylko przykładowo: Paryż, Nowy Jork), zdobywa nowe, niesamowite znajomości, tworzy projekty modowe (wszyscy czekamy na werelse.com!)... A to tylko niektóre z jej zajęć. I pomimo całego tego szaleństwa w dalszym ciągu ma czas na to by spędzać święta w rodzinnym Meksyku, czy po prostu spędzić leniwy dzień we własnym mieszkaniu. Jak ona to robi?!
Dlaczego ją podziwiam? Dlaczego codziennie wchodzę na bloga, czytam posty, oglądam zdjęcia?
Niewiele jest w Internecie naprawdę wartościowych miejsc, gdzie można znaleźć takie ilości inspiracji, pozytywnej energii i zadowolenia z życia. Bo tego nie da się nie zauważyć. Andy z całym sercem podchodzi do tego co robi, swoją szczerością i zaangażowaniem zyskuje kolejnych fanów. A poza tym... Jej gust odnośnie mody i muzyki prawie całkowicie pokrywa się z moim. Cudownie jest codziennie patrzeć na stylizajce pod którymi mogę podpisać się obiema rękami. Właściwie ze zdjeciami z bloga Andy mogłabym robić zakupy. Zero modowych wpadek gwarantowane. A poza wszystkimi aspektami wizualno-dźwiękowymi... Żeby pogodzić pracę nad blogiem, która w jej przypadku oznacza nie tylko zdjęcia i nieustanny shopping, ale i ciagłe podróże, z życiem prywatnym, musi być niesamowicie zorganizowaną dziewczyną. I to chyba mi imponuje najbardziej.

 

even faster than before

Kocham! I ten Maluch

20111019

i heart mechana





Przecież to normalne, że nie jestem w stanie wytrzymać 96 minut w skupieniu na mechanie. No norma. A to jest Szymon. Wersja plażowa w sali 306. Fotogeniczny stwór, c'nie?

20111018

take or leave

It started to be hard for me to write in English, well, I don't know why, probably because being a life's hater is easier in national language. So if you want to read something (in Polish) about how horrible life could be you can do it HERETake it or leave it, or do whatever you want.



AM that I used to love.

[brak tytułu]

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że żyjesz w miejscu gdzie przez cały rok jest ciepło. Słupek rtęci kończy się gdzieś w okolicach dwudziestu pięciu stopni, słońce rozkosznie przygrzewa, a wiatr delikatnie porusza liśćmi drzew. Fakt, czasem pada deszcz, zdarza się nawet przelotna burza, ale komu może ona przeszkadzać skoro na koniec zawsze ukazuje się naszym oczom tęcza? No i ten świeży zapach powietrza po deszczu... Czysta rozkosz.
Pomyśl o tym, że przez cały rok możesz chodzic w ulubionych rurkach, dużej koszulce i w sandałach. Albo w maxi sukience w kwiatki z narzuconą na plecy denimową kurtką. Albo w wąskiej mini spódniczce połączonej z cienkim swetrem w kolorze starego złota. Kolorowe paznokcie nie kryją się w rękawiczkach, a bransoletki nie giną w rękawach grubych bluz i kurtek. Wielkie buciory i kurtki nie chowają sylwetki, a szale i chusty pełnią tylko i wyłącznie funkcje dekoracyjne.
Nadal chodzimy do szkoły i wstajemy o siódmej, tłoczymy się w autobusie i użeramy z panią w dziekanacie. W dlaszym ciągu trzeba stać w kolejce do kasy w sklepie i uważać, żeby nie potknąć się o dziecko bawiące się na ulicy. Jednak wszystko jest dużo prostsze gdy przez więcej niż dwanaście godzin w ciągu doby towarzyszy nam słońce. Widzisz? Nie do końca.
Dopełnijmy obraz weekendowym imprezowaniem w plenerze. Koncertami na trawie, przesiadywaniem na plaży, czy piciem kawy o północy pod ciepłym polarowym kocykiem. Monciak, Krakowskie i Krupówki wypełnione ludźmi przemieszczającymi się od jednej imprezowni do drugiej. Idąc w tym tłumie zawsze spotkasz kogoś znajomego, albo kogoś kto właśnie znajomym się stanie...

A teraz łapiemy się za ręce i tanecznym krokiem spieszymy by utopić się w morzu. Skacząc z sopockiego molo. W końcu już można na nie wchodzić całkiem za darmo.


20111017

kobiety (jeszcze nie) inspirują

Cóż... Myślałam, że kobiety zainspirują trochę szybciej, jednak nie pomyślałam o tym, że zdjęcia, których chciałabym użyć są czyjąś własnością i fajnie byłoby spytać, czy mogłabym je wykorzystać na moim blogu. No nic, pozostaje mi czekać, bo niestety nie mogę pozwolić sobie na to, żeby w tygodniu zasiąść przed  nad klawiaturą na dłużej niż piętnaście minut w celu napisania czegoś sensownego o innej inspirującej. Czyli czekamy.
Na zachętę śpiewająca kobieta, która w cyklu może pojawić się pewnego dnia.



A tak poza tematem inspirujących kobiet, naprawdę zaczęłam pisać jakieś bzdurne teksty. Dzisiejszy wynik: trzy. W prawdzie ani jeden nie został dociągnięty do końca i, co gorsza, wszystkie mają formę posklejanych, trochę niespójnych myśli. Mam trochę wykładów, postaram się nad nimi popracować. Więc, stay tuned!

20111016

kobiety inspirują - intro

Jako, że ostatnimi czasy cierpię na swoistą blogową nadpobudliwość, postanowiłam rozpocząć cykl notek o kobietach, które mnie inspirują. Jest ich kilka, więc cykl będzie dłuższy niż dwa wpisy, a przynajmniej mam taką nadzieję. Kolejność opisywanych postaci będzie absolutnie przypadkowa, nie jest determinowana moją większą czy też mniejszą sympatią. Taka po prostu jest i tyle. Co do moich wyborów: są bardzo osobiste, typowo moje.
Wiem jak zacząć, nie wiem dokąd zaprowadzi mnie ta wycieczka przez osobowości. Jedno jest pewne. Będą to prawdziwe Osobowości. Bo pomimo tego, że każda będzie inna, wszystkie mają cechę wspólną: oddają się swojemu zajęciu w pełni. Nic nie działa na pół gwizdka. To świat, w którym moda, muzyka i życiowe doświadczenie przenikają się niezwykle płynnie. Praca, która jest pasją i pasja, która jest życiem. Pewnie dlatego wszystkie, bez wyjątku tak mnie fascynują. To co, zaczynamy?

sentymentalny styl

Jest ciemno i cicho. Na szybach samochodów za moim oknem pojawił się szron. Lubię tę porę. W soboty. W Radiu Anna Gacek, a ja, laptop i świeżo pomalowane paznokcie siedzimy sobie w łóżku. Cudownie jest słuchać listy ukochanych piosenek ukochanej wokalistki. Nawet jeśli właśnie teraz słyszę... Green Day?! Okej, miłość wybacza wszystko. Więc mam moją ciepłą pościel, miękką żabę, ukochane Radio i noc.
Noc jest fajna. Podobno to wieczorami nie widać szarości, ale to nocą wszystko znika jeszcze bardziej. Nocą ludziom się wydaje, że nikt ich nie widzi. (Tak jak dziś myślał ten facet, który rozwalił pół przodu swojego samochodu. Niestety nie wiem o co, a szkoda, to mogła być naprawdę ciekawa historia.) Może i część ludzi nie widzi, ale ja patrzę. Więc lojalnie ostrzegam, to co dzieje się pod moim oknem mogę kiedyś niecnie wykorzystać. Chciałabym mieć szeroki i długi parapet pełen poduszek. A wtedy już nikt nie byłby bezpieczny...
Minął kolejny tydzień, a raczej kolejny beznadziejny tydzień. Wiem, że następny będzie gorszy. A następny jeszcze gorszy od poprzedniego. Ale wtedy weekend spędzam w Domu! O tak, drżyjcie mury mojego miasta, zbliża się Wszystkich Swiętych, więc zbliżamy się i My. Będzie licealnie, Tradycyjnie (koncertowo!) i, kto wie, może i haloweenowo. Hmm, ale znów przeżyję sobotnią noc bez Atelier.
Atelier widocznie musi być w tym roku gdańskowe. No trudno. W końcu to z tą audycją spędziłam swoją pierwszą noc w nowym lokum. Było koszmarnie. Ale było radio, był Vogue i jakoś przeżyłam.
Pomyśleć, że założyłam tego bloga, żeby zamieszczać tu swoje, wątpliwej urody rysunki, a nie ciągnące się w nieskończoność notki. Ostatni wybór Florence. Okazuje się, że dziś jedenastoletnia Flo sluchałaby bluesa.
Dobranoc.
Wasza Esc, wiecznie głodna.



to silniejsze ode mnie. na razie nie śpię, w końcu muszę wiedzieć jakie piosenki wybrała Alexa.

20111015

ona, on i dwoje dzieci.

Ona. Dziennikarka muzyczna. Kobieta sukcesu. Fashion victim. On. Doświadczony makler. Zapalony podróżnik. Wspólnie kochający rodzice. Syn. Lat 13, przyszyły fotograf, hokeista albo architekt. Jeszcze nie wie. Córka. Lat 6, głowne marzenie - zostać księżniczką. Ich dom jest otwarty na częste wizyty znajomych. Dominuje przestrzeń wspólna, dom to weekendowa ostoja dla rodziny, która w tygodniu ma dla siebie dosyć mało czasu.

No i Mezo wykrakał. Mamy kryzys. A tak dokładniej to ja mam kryzys. Koszmarny kryzys twórczy. Od jakiś dwóch tygodni nie jestem w stanie wymyślić jakiegokolwiek domu na projektowanie. Bajer. Rodzina, którą stworzyłam, najzwyczajniej w świecie zostanie bezdomna i szlag trafi ich wielkie marzenia o pięknym, otwartym domu. 
Deadline we wtorek o ósmej rano. Do zrobienia plansza A1. Ha. Ha. Ha. Pomyśleć, że w zeszłym roku to przychodziło tak o, po prostu. Kolejny fragment autostardy A1 ruszył. A moje prywatne A1 leży i kwiczy. Co gorsza, pękajacy lakier mnie nie satysfakcjonuje. Więc mamy też pomniejszy, paznokciowy kryzysik. A kryzys wszelaki sprzyja blogowaniu, c'nie? No bo wiecie, layout nadal mi nie leży jakoś...
Dobra, ponatycham się trochę. Tak, natycham się i natycham ale i tak nic z tego nie mam.
Przy okazji ponawiam pytanie o PW dzisiaj, 19.00, Ucho. Tylko dajcie znać tak na dwie godziny przed, bo dojazd zajmie mi jakieś 1,5h...

Lepsza kryzysowa piosenka


Podrzućcie chociaż ideę. Hasło. Pomyślik. Cokolwiek.