20111029

home sweet home

Wróciłam do domu. Nareszcie. Rok temu wróciłam na wszystkich świętych po miesięcznym niewracaniu. Już wtedy powiedziałam nowej koleżance, że każdy kolejny powrót będzie dla mnie trudniejszy. Że za każdym razem do Gdańska będzie się jechało coraz trudniej, z coraz większym wstrętem do tego miasta. Serio. Nie lubię tego miasta. Nie ma wielkomiejskości. Nie ma nocnego życia, imprezowania i tłumów ludzi na ulicach o każdej porze dnia i nocy. Nie ma żadnej atmosfery. Dworzec główny zamykają na noc. Nawet Starbucks, który miał być chyba powiewem wielkiego świata został ulokowany w całkiem słabym miejscu, a wnętrze kawiarni zachęca jedynie do ucieczki... Smutna sprawa. Dorosłe życie w dużym mieście okazało się być jedną wielką kpiną i rozczarowaniem. Rok życia "on my own" zaskutkował tylko tym, że doceniłam Moje Miasto. I tym, że wracam do niego z radością. Co za patologia. Wyjeżdżaliśmy z nadzieją w oczach, a w trakcie długich weekendów na moim gadu królują statusy z miłością mówiące o rodzinnym mieście. Takie jest życie mój drogi? Chyba w liceum bylo mi dobrze aż za bardzo i teraz na siłę poszukuję jakiegokolwiek echa tamtych przeżyć. A wtedy wydawały się tak kompletnie nieciekawe i nieistotne...
We Wło, jedynym mankamentem jest to, że nie mogę uprawiac mojej ulubionej rozrywki. "Mamo, nie odebrałam, bo bylam w łazience. Siedzę i oglądam serial/ uczę się/ idę do sklepu. Tak, tak zaraz idę spać. Co tak hałasuje? No przecież, że radio."
Wasza Esc, której zebrało się na podsumowania.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)