20111126

quite a little escapologist

Coś ostatnio nie wychylam się za bardzo. Być może mam takie wrażenie, bo ostatnio zdarzało mi się pisać nawet codziennie... Chwilowo żałuję, że wróciłam do domu bez swojego laptopa, biorąc pod uwagę to, że szykuję tutaj małą rewolucję. Może wiecie, a może nie, ale blogowanie zaczynałam od innego adresu, gdzie pisałam po angielsku. Ten blog oryginalnie miał dotyczyć kulturalnego życia Trójmiasta, później miał zawierać moje rysunki. Ale wyszło tak, że głównie zajmuję się tu narzekaniem na życie. Cóż, taka moja natura^^.
Jednakże! Skoro jestem w domu, to mam skaner! Nie wiem jak Was, ale mnie cieszy to niezmiernie. Oznacza to bowiem, że kilka moich dziwnych rysunków zostało zeskanowanych i czekają na publikację. Czyli na coś co miałam z nimi zrobić jakieś dwia miesiace temu. Teraz potrzebuję jedynie wolnego wieczoru i chwili pracy nad ogarnięciem nowego wyglądu uciekinierki. Jeżeli znacie i chcecie się pożegnać, zapraszam. A niedługo, przy pomyślnych wiatrach, może będziemy się witać z radosną twóczością.
Zmiany są fajne!

?

Okay, I promised that the changes are coming. And they really are. At the moment I'm fighting with my scanner and trying to make everything look good. But when I'm looking at all of those posts that I posted it seems like delating them is going to be similiar to killing some parts of me. Even if I just posted here for... hmm something like five months. It doesn't matter. So, I'm still not sure what to do. Anyway. The changes will come. Soon:)

20111124

brian

Czy są tu jakieś fanki Arctic Monkeys? Fajne podsumowanie. Szczególnie, że z dwóch ostatnich płyt pojawiły się w nim tylko dwie piosenki.

http://bcove.me/stdy2z9h

20111121

jakżesz ja się uspokoję

Jako, że jestem bardzo odpowiedzialną osobą, która uczy się pilnie przez całe ranki, a popołudniami klei makiety i rysuje to co ma do narysowania, mogłam pozwolić sobie na bardzo koncertowy weekend. Hahahaha! [tu śmieję się głośno z głową odchyloną do tyłu] Cóż... Teraz właśnie siedzę z laptopem, kończę jeść kolację i zastanawiam się, co mam zrobić, żeby pogodzić wszystkie ćwiczenia i wykłady z odrobieniem pracy domowej. Nie powinno mnie tu być, co?
Niemniej nie byłabym sobą gdybym nie napisała, że jazz też może być fajny. Tak wiem, moi rówieśnicy mają zazwyczaj zgoła inne zdanie, ale ja się nie dam. Jako trzynastolatka słuchałam tylko smooth jazzu, może stąd mój dziwny i bardzo... hmmm... eklektyczny gust muzyczny. Ale wróćmy do wczorajszego Żaka. Trwa w nim (dziś właściwie się kończy) Jazz Jantar Festival - gdańska impreza cykliczna, która ma za zadanie, jak czytam na stronie festiwalu, prezentować krajową i światową awangardę jazzową. I z przerwami, od lat 70. ubiegłego wieku, udaje się to całkiem nieźle.
Mnie udało się dotrzeć na dwa koncerty, jeden po drugim. Pierwszy to występ kwartetu Irka Wojtczaka, drugi - międzynarodowy sekstet Mazolewski/Gonzalez Double Trio. Tutaj zapewne powinna znaleźć się moja zawiła opinia zawierająca setki skomplikowanych słów zachwytu nad przeciekawymi improwizacjami, nowymi aranżacjami, wspaniałymi współpracami i tak dalej i tak dalej i tak dalej. No cóż, niestety na jazzie znam się mniej więcej tak, jak na pisaniu oprogramowań, więc tę część pominę. Efekt końcowy moze mi się podobać, bądź nie.
Niemniej, mam pewne spostrzeżenie: otaczając się głównie szeroko rozumianą muzyką popową i rockową, nie mam styczności z ludźmi, którzy są wykształconymi muzykami. Zazwyczaj to chłopaki, którzy zamiast wlewać w siebie hektolitry alkoholu (albo właśnie po wlaniu go w siebie) sięgnęli po instrumenty i zaczęli grać. Typowe samouki, które grają bo chcą być tacy jak ich idole, którzy też zaczynali od prostych akordów przy ognisku. No i chcą poderwać fajne dziewczyny. Z muzykami kształconymi jest, jak wiemy, zupełnie inaczej, zazwyczaj to rodzice decydowali o "zainteresowaniach" swoich dzieci wpychając w ich małe rączki wielki kontrabas. Czasem się udaje, czasem nie. Okej, ale moje wnioski. Bo nie chodzi mi tylko o nadzywczajny słuch, opanowane do perfekcji granie na swoim instrumencie, czy niesamowitą możliwość wspólnego grania, pomimo ogromnych różnic kulturowych, ograniczonych prób i różnych języków. Na to nie sposób nie zwrócić uwagi. Mnie zachwyciło jedno: sposób grania, swoiste współistnienie z instrumentem. Nazwałabym to nawet pewną gracją, o ile można powiedzieć tak o czterdzistoletnim mężczyźnie grającym na kontrabasie. Dosyć dziwna sprawa, niemniej dla mnie bardzo poruszająca.
Jak zwykle. Opisałam coś, co było dla mnie, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, głebokim duchowym przeżyciem, więc nic się niczego nie trzyma. Jak ja bym chciała umieć się logicznie wypowiadać...

20111120

lubię z tobą palić

Okej, było przefantastycznie. Muchy były, są i będą moim ulubionym zespołem. Nic ponad. Dzisiejszy koncert przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Dobra zmiana nie jest zła i może to nie tylko zasługa Pielki (nowy muszy gitarszysta), ale zespół brzmi dziś kompletnie inaczej niż jeszcze rok temu. No właśnie. Rok temu (i miesiąc) widziałam Muchy w Papryce po raz pierwszy. Co pamiętam? Brzmieniowo było fajnie (po lekkim rozczarowaniu na Open'erze), ale prezencja pozostawiała wiele do życzenia. Nie wiem czy chłopaki przeżywali wtedy kryzys osobowościowy, czy co, ale fryzjer i dobra dieta były im baaardzo potrzebne.
Szczęśliwie w pewnym momencie opamiętali się i z koncertu na koncert było coraz lepiej. Zespół jeżdżąc po kraju, z występu na występ po prostu się rozkręcał. Potem pojawił się wpomniany Pan Pielka a z nim - nowa jakość brzmieniowa. Jeżeli kojarzycie pierwszy singiel z ostatniej płyty - Przesilenie - to na pewno kojarzycie linię klawiszy z początku. Całkiem wkurzajacy i nie w klimacie motyw. Tak czy inaczej, wszelkie klawiszowe partie zostały wycięte, teraz zamiast nich słyszymy dwie świetnie brzmiące gitary. No i śpiewajacych ludzi:) Linia basu. Osobna historia. Do tej pory Tomek był schowany. Pulsował zawsze gdzieś z tyłu, teraz koncert rozpoczął się od szatańskiej basowej solówki. Jak ja to kocham. Muchy totalnie zmieniły swoje podejście do grania i wyszło im to na dobre. Chyba nigdy nie brzmieli lepiej.
Czy coś jeszcze chciałam dodać? No tak, publika. Dobra publiczność to pół sukcesu. Jakoś do tej pory nigdy nie zwracałam na nią uwagi, wychodzi na to że zawsze miałam szczęście - w środę koncert na którym była moja przyjaciółka został zabity właśnie przez słuchaczy. Dziś Papryka (może dodam, że to naprawdę mały klub) pękała w szwach, a publiczność naprawdę była skora do śpiewania. Poleciały też papierowe samoloty, klasyk z początków muszego grania, który ostatnimi czasy już trochę się znudził. Jednak Trójmiejscy fani z okazji 250 koncertu postanowili odświeżyć tardycję. Miła rzecz, choć ja oczywiście zapomniałam o swoim.
Kurcze, mogłabym tak jeszcze długo pisać, no ale niestety, moje oczy zaczynają sie zamykać. Po prostu, teraz pozostaje mi czekać przez dugie trzy miesiące (choć znając zespół wszystko się przeciągnie) na nową płytę i nową trasę (choć znając zespół pt2 zagrają jeszcze kilka koncertów w trakcie przedpłytowej ciszy). Na szczęście Sopot to jedno z ulubionych muszych miejsc. "Dziś gramy 250 koncert. Z czego jakieś 50 w Papryce".
Idźcie na Muchy jeżeli będą grali w Waszym mieście. Warto.



Dużo tego, pięć nowości. Nie mogłam pominąć żadnej w końcu. Choć trzy w sumie grane od dosyć dawna. Nie szkodzi!

20111118

can['t] choose what stays and what fades away



Szczerze mówiąc, po zapowiedzi spodziewałam się czegoś więcej. Walczące dziesięciolatki to coś, co w teledyskach Flo jeszcze się nie pojawiło, a kiedy chodzi o bijący się chłopięcy chór, w kościele, sprawa robie się niezwykle interesująca. Zamiast tego Florence spada z dachu, tajemniczy człowiek wbija wielką szpilę w rudą kukłę, a chłopięcy chór grzecznie śpiewa. Jest... dziwnie. Mam nadzieję, że to chwilowy tylko spadek formy. W końcu piosenka prześwietna no i jest (u nas pewnie już byłby sprofanowany) kościół.


Poza tym: w sobotę Muchy w sopockiej Papryce. Koncert numer 250. Warto się wybrać, choć bilety zdrożały (teraz to całe 23PLN!). Chłopaki kończą trasę i ostro zabierają się za nową płytę. Przynajmniej taka jest wersja na obecną chwilę. Do zobaczenia.


/edit/
Moja niemoc twórcza swoim poziomem sięga dziś chyba tajemniczej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, która gdzieś tam nad nami lata. Nawet paznokci nie jestem w stanie pomalować tak, by mnie satysfakcjonowały. No i nie mam pisaków co dosyć skutecznie hamuje moje rysownicze zapędy. Ostatnio coś za bardzo ciągnie mnie do koloru, to mnie gubi. Jutro nawet będę miała okazję zakupu jakiegoś pięknego pisakowego zestawu, ale co mi po nim skoro w weekend, który ma być wypełniony nauką, będą tylko kusiły?


/edit2/
Właśnie mój pomysł na prezent dla kolegi został określony mianem "mało kreatywny". Źle ze mną, czas się załamać...

!

20111117

change, i know

Changes are about to come. I'm not writing too much here. Probably just because of lack of the time. But I like this adress. So probably (again, cause I'm not sure what to do jet) next week, or just after the next weekend I'm going  to change everything here. Yes, why not, I love changes!



20111115

przystojny?


Powinno raczej być: "Mazolewski ma dziewczynę. Ładna?". Drogi Pudlu, news bzdura stulecia.


PS no ba!

no light...


Nie widzę światła w tunelu. No cóż, kolokwium już jutro a ja, zwyczajowo, liczę na moje ogromne szczęście. Pozostaje mi tylko je przetrwać i dotrwać do piątku, zapowiedź teledysku wygląda dobrze. Powiedziałabym nawet, że nurtująco. No i to moja ulubiona piosenka z podstawowej płyty z Ceremonials.
Trzymajcie jutro kciuki!

I can't see any light in this tunnel. Well, my test is tomorrow and, as usually, I'm waiting for my big luck to come. It seems like I just have to survive and be alive on Friday, cause this teaser looks so good. It's bothering me! And it's my favourite song from Ceremonials' Disc 1.
Keep your fingers crossed tomorrow!

i need you to need me

20111114

get some vol. 2

Okay, every time I see the last title I posted I think of this song (too many Is, soo egoistic) so here you have. I love her. Really.


The weird thing is that when I'm writing in Polish I'm also thinking in Polish so translating everything is for  me... impossible! And on the other hand, translating my English into Polish is so weird too. Cause I'm thinking in English now. So, after translation those words that I just wrote wouldn't sound truly for me. I hope you can understand my huge problem. Is it only me or do you have similiar problems?

20111113

get some


To chyba najlepsze co może mnie dziś spotkać. Dobranoc.

tmrw

Jakoś tak ostatnio kompletnie nie mam weny na to, żeby coś tu napisać. Żeby to miało ręce i nogi, wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Jak Pani Polonistka przykazała. Składanie zdań sprawia mi problem, jeszcze nie jest dla mnie przykrym doświadczeniem ale kto wie co przyniosą kolejne dni. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że bedzie lepiej.

Gdybym tak mogła po prostu napisać od nowa fragmenty z historii mojego życia, które po prostu tam nie pasują... Doskonale wiem co bym zmieniła. Zabawne, często się nad tym zastanawiam i zawsze myślę o tej samej rzeczy. No tak, pewnego rodzaju wyklęcie jednak mi przeszkadza. Mimo wszystko te dwa lata temu nie było źle. Hm, w zasadzie to jakies dwa lata, dwa miesiące i kilka dni. Dwa, czy trzy. Ostatnie dni normalnego życia. 
Wiem co chcę zmienić. I to nie będzie moja kwestia.



 

edit: co za psychodela. i tak wiem, że pewnego dnia, może już niedługo, wywalę stąd 3/4 tych dennych emocjonalnie notek. po co mi to wszystko? no po co?!

20111111

11/11/11

Życzyliście sobie dziś czegoś niesamowitego? Ja tak, przyznaję, pojechane to było.

Did you wish anything epic today? I did, and yes, it was epic. /due to my foreign readers I'm going to try rewrite posts in English. hope I can do it well/


20111110

future dust

Wypadałoby coś napisać, no nie? No cóż, to był nieciekawy i ciężki tydzień, na pisanie kompletnie czasu nie było. Od ostatniego posta... hmmm... Wygrałam wejściówkę na koncert w ramach projektu French Kiss Tour. Nie ukrywam, że od tych wakacji wszystko co francuskie mnie fascynuje, więc jestem dużo bardziej niż zadowolona z wygranej. To wszystko jutro, później może uda mi się coś napisać o samym koncercie.
A przechodząc do meritum dzisiejszego posta. Przenieśmy się myślami do soboty. Na pewno wszyscy zuważyli, że centra handlowe są już świątecznie udekorowane. Naprawdę bawiło mnie to. No bo, sorry, ale spacerowałam po centrum w rozpiętej kurtce, świeciło słońce, pogoda była wręcz wymarzona. A przede mną w pewnej chwili wyrasta galeria z wielką czerwoną kokardą nad drzwiami i soplami z węży świetlnych przyczepionymi do krawędzi dachu. Groteskowy widok. Wróćmy jednak do dnia dzisiejszego. Wychodząc z uczelni, pierwszy raz tej jesieni zamarzłam. Prawie dosłownie. Politechnika jest naprawdę dobrze ogrzewana, więc wyjście na dwór okazało się być naprawdę koszmarne. Tempertura przekroczyła magiczną granicę mojej tolerancji. I stojąc na przystanku poczułam zimę. Dotrało do mnie, że za chwilę naprawdę będą święta, pojadę do domu, spotkam rodzię i znajomych. Jeny! Dzień zacznie się wydłużać!
A to, że zaraz potem jest sesja przemilczmy.


a teraz bierzemy kocyk, ciepłą herbatkę i oddajemy sie weekendowi

20111105

happiness!


Moje uwielbienie dla tej kobiety nie zna granic. I inaczej określić się tego nie da. A dziś w trójkowym eterze Ceremonials zostanie rozłożone na czynniki pierwsze. Love. A mój egzemplarz płyty już czeka na odbiór w Empiku, jak miło.
A tak w ogóle to taki zwiastun czegoś co powinno się wkrótce pojawić, stay tuned!

chcemy więcej!

Dobra, okej, uf uf, jestem bardzo spokojna, w środę pierwszy hedlajner Open'era<3!
Tym optymistycznym akcentem zakończmy ten koszmarny tydzień złożony właściwie z dwóch dni. Nieważne, był okropny i już. Ale nic to! Radujmy się!




MZ na żywo w Trójce po 12.00

20111103

let me in the other room

Panią Marcell na żywo widziałam w wersji festiwalowej. Niestety nie zachwyciła. Ale chętnie bym sprawdziła ją jeszcze raz. Teledysk wariacki, pewnie dlatego tak mi przypadł do gustu. No a piosenka - cudo. 
To był naprawdę niezły czwartek.


20111102

no question, no doubt

Powoli uzależniam się od blogowania. No cóż, jakiś cel w życiu trzeba w końcu mieć;). Prawdopodobnie w tej chwili powinnam zająć się intensywną nauką no a przynajmniej kalkowaniem. Okej. Za chwilę. Jak na razie dochodzę do siebie po fantastycznej podróży pociągiem. Co ciekawe pociąg w moim kochanym mieście W. był opóźniony 35 minut. Do celu dojechaliśmy o czasie. Cud? A może ktoś mi to po prostu wytłumaczy, bo mój prosty, politechniczny umysł tego nie ogarnia.
Spotkałam kolegę z liceum. Z klasy. Z resztą, znaliśmy się już wcześniej, chodziliśmy do jedego gimnazjum, do różnych klas, ale nasze szafki były naprzeciwko siebie. Relacja na zasadzie: "może się łaskawie przesuniesz, bo nie mogę schować kurtki". Okazuje się, że moje Wymarzone Miasto (też na W. ja na W., moje miasto na W. to i wymarzone też takie musi być, no przecież) nie było dla niego przyjazne, dlatego studiujemy teraz na jednej uczelni. To dosyć dziwne, że postanowił się przenieść, biorąc pod uwagę fakt, że jego wieloletnia (ojej, użyłam tego słowa. prawdopodobnie Pan Michał Nogaś nigdy tu nie zajrzy, jednak, pozdrawiam Pana!) dziewczyna zostawiła go dla jego przyjaciela i razem wiodą szczęsliwe życie właśnie tu. Cóż. Takie jest życie mój drogi, a on naprawdę kiedyś chciał studiować w tym nadmorskim padole. Widocznie potrafił się pogodzić z przeszłoscią i ruszyć naprzód. Serio, zazdroszczę.
Mam nadzieję, że daje się to przeczytać. Moja tendencja do wstawiania komentarzy w nawiasach ujawniła się dziś dosyć bardzo.
Chyba dojrzałam do tego żeby zrobić coś na jutrzejsze zajęcia. Adios w takim razie!





two weeks after

So many things happened. Too many I think. I'm back in Gdańsk after a weekend at home. It was so weird that I can't even say if it was good or bad. Really. I made it, I went to see a gig I wanted to see (even though I couldn't buy a ticket), I met my friends and family. Sounds cool, doesn't it? Well, somewhere between meeting friends and going to see a gig I realised that here, on this planet, in this city, I can meet people who really hate me. Oh, yes they really do. And that's what makes me sad...


it would be amazing to be in love now

20111101

listopad

Siedzę w salonie na fotelu. Włączony telewizor cicho opowiada historię rozwoju współczesnej medycyny. Kot próbuje przyciągnąć moją uwagę cicho pomiałkując. Z kuchni cały czas wydobywa się zapach pieczonego rano ciasta. Cała rodzina śpi. Jest cicho i ciemno. Moja ulubiona pora dnia.
A jutro wsiadam do pociągu, przemierzam jakieś 250 km i laduję w najmniej przyjaznym mieście w jakim kiedykolwiek przyszło mi żyć. Wierzcie lub nie, tam nawet McDonald's jest droższy. Strefa niskich cen. 3,50.
Obejrzałam dokument o Jobsie. No tak, ostatnio o nim głośno, w końcu śmierć to też niezły towar do sprzedania. Przykre realia współczesnego świata. Nie przytoczę jego słów dosłownie, no ale sens bedzie zachowany. Jeżeli to co robicie, wasza praca, nie satysfakcjonuje was, trzeba ją zmienić! Moja przyjaciółka dorzuciła stwierdzenie jej taty, że ludzie, którzy osiągnęli naprawdę dużo, często po prostu rzucali studia. Czyżby rozwiązanie wszystkich moich problemów było aż tak proste?
Pomyślmy. Rzucam studia. Cóż, nie będę się oszukiwać. Gdybym mogła, pierwszy miesiąc przeleżałabym w domu na kanapie. Potem mogłabym pisać, czytać książki, być na bieżąco ze wszystkimi muzycznymi nowościami. W końcu znalazłabym czas na uprawianie sportu w ilościach, które by mnie satysfakcjonowały. W skrócie? Robiłabym wszystko to na co mam ochotę, a niestety często po prostu brakuje mi czasu. Po pewnym czasie czyste lenistwo by mnie znudziło, stąd zabrałabym się za naukę. Cały czas nie mogę się zdecydować. Niemiecki czy francuski? A do braku decyzji dochodzi też brak czasu. Bez studiowania miałabym w końcu czas na to, żeby uczyć się języków obcych. No i szycie. Szyć na maszynie chcę nauczyć się od... no, od bardzo dawna. Pierwsze wprawki miałam dopiero w te wakacje. Skończyło się szybciej niż zaczęło, w końcu wyjazdy, praktyki, no a potem wrzesień.
Zaczęłabym szyć własne ciuchy, byłabym oczytana, obyta w świecie, no i miałabym zajebistą formę. Stąd tylko krok do własnego butiku gdzieś w bramie na Nowym Mieście w Stolycy.
Tak, tak, piękne plany. Jestem realistką, no cóż, raczej nic z tego nie wyjdzie. A tego typu scenariusze układam codziennie. Czasem tylko staję się malarką, czasem piszę felietony do gazet (tak, tak, jak Carrie), czasem żyję ze śpiewania na paryskich ulicach. Na razie kończę archi. Nie wiem jak moje zdrowie psychiczne na to zareaguje, ale na dzień dzisiejszy mam zamiar przeżyć.
Choć fajnie byłoby pójść zupełnie inną drogą...
Do zo w czwartek na malarstwie.