20111121

jakżesz ja się uspokoję

Jako, że jestem bardzo odpowiedzialną osobą, która uczy się pilnie przez całe ranki, a popołudniami klei makiety i rysuje to co ma do narysowania, mogłam pozwolić sobie na bardzo koncertowy weekend. Hahahaha! [tu śmieję się głośno z głową odchyloną do tyłu] Cóż... Teraz właśnie siedzę z laptopem, kończę jeść kolację i zastanawiam się, co mam zrobić, żeby pogodzić wszystkie ćwiczenia i wykłady z odrobieniem pracy domowej. Nie powinno mnie tu być, co?
Niemniej nie byłabym sobą gdybym nie napisała, że jazz też może być fajny. Tak wiem, moi rówieśnicy mają zazwyczaj zgoła inne zdanie, ale ja się nie dam. Jako trzynastolatka słuchałam tylko smooth jazzu, może stąd mój dziwny i bardzo... hmmm... eklektyczny gust muzyczny. Ale wróćmy do wczorajszego Żaka. Trwa w nim (dziś właściwie się kończy) Jazz Jantar Festival - gdańska impreza cykliczna, która ma za zadanie, jak czytam na stronie festiwalu, prezentować krajową i światową awangardę jazzową. I z przerwami, od lat 70. ubiegłego wieku, udaje się to całkiem nieźle.
Mnie udało się dotrzeć na dwa koncerty, jeden po drugim. Pierwszy to występ kwartetu Irka Wojtczaka, drugi - międzynarodowy sekstet Mazolewski/Gonzalez Double Trio. Tutaj zapewne powinna znaleźć się moja zawiła opinia zawierająca setki skomplikowanych słów zachwytu nad przeciekawymi improwizacjami, nowymi aranżacjami, wspaniałymi współpracami i tak dalej i tak dalej i tak dalej. No cóż, niestety na jazzie znam się mniej więcej tak, jak na pisaniu oprogramowań, więc tę część pominę. Efekt końcowy moze mi się podobać, bądź nie.
Niemniej, mam pewne spostrzeżenie: otaczając się głównie szeroko rozumianą muzyką popową i rockową, nie mam styczności z ludźmi, którzy są wykształconymi muzykami. Zazwyczaj to chłopaki, którzy zamiast wlewać w siebie hektolitry alkoholu (albo właśnie po wlaniu go w siebie) sięgnęli po instrumenty i zaczęli grać. Typowe samouki, które grają bo chcą być tacy jak ich idole, którzy też zaczynali od prostych akordów przy ognisku. No i chcą poderwać fajne dziewczyny. Z muzykami kształconymi jest, jak wiemy, zupełnie inaczej, zazwyczaj to rodzice decydowali o "zainteresowaniach" swoich dzieci wpychając w ich małe rączki wielki kontrabas. Czasem się udaje, czasem nie. Okej, ale moje wnioski. Bo nie chodzi mi tylko o nadzywczajny słuch, opanowane do perfekcji granie na swoim instrumencie, czy niesamowitą możliwość wspólnego grania, pomimo ogromnych różnic kulturowych, ograniczonych prób i różnych języków. Na to nie sposób nie zwrócić uwagi. Mnie zachwyciło jedno: sposób grania, swoiste współistnienie z instrumentem. Nazwałabym to nawet pewną gracją, o ile można powiedzieć tak o czterdzistoletnim mężczyźnie grającym na kontrabasie. Dosyć dziwna sprawa, niemniej dla mnie bardzo poruszająca.
Jak zwykle. Opisałam coś, co było dla mnie, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, głebokim duchowym przeżyciem, więc nic się niczego nie trzyma. Jak ja bym chciała umieć się logicznie wypowiadać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)