20111217

-call it what you want-

Podwójne czy potrójne notki to czasem esencja moich weekendów. Tych podczas których staję się wzorowym no-lifem, który poza siecią, nie ma jakiegokolwiek życia. Z tym że ja w sieci teź zazwyczaj go nie znajduję. Więc zaczynam je sama kreować. Właśnie tu.
To miał być weekend wyciszenia. Głębokiego oddechu przed ostatnią prostą, a jednocześnie wzmożonej pracy nad projektem, który w czwartek muszę oddać. Obiecałam sobie, że tym razem nie powstanie dzień, a raczej noc wcześniej, że dam sobie czas żeby wszystko wcześniej wydrukować i siedem razy sprawdzić.
No i się nie wyciszam. Owszem, wyhamowałam, ale wyciszeniem nazwać się tego nie da. Poza poranną pracą w piżamie, jeszcze nad śniadaniem, wycieczką do centrum handlowego i zjedzeniem pierogów, dla złagodzenia tęsknoty za Plotkarą odebrałam dziś chyba zbyt dużo muzycznych bodźców.
Przede wszystkim dzień z Rolling Stones w Radiu. Więc z jednej strony rock'n'roll w czystej postaci. Z drugiej: piosenka usłyszana w Housie. "Mmm, raperzy, no tak amerykański hip-hop... oo, ale refren fajny, jezzu, muszę to znaleźć! Brzmi jak... Jay-Z? Nie wiem... Ale West to to jest na pewno!"I w ten oto sposób udowodniłam swój muzyczny (niewielki) geniusz, bo znalazłam tę piosenkę i to bardzo szybko. Pobierznie zapoznałam się z Watch the Throne (w sumie nie wiem czemu nie zrobiłam tego wcześniej), poprzesiąkałam sobie troszkę klimatem zza Oceanu. Ale skoro piosenka powstała na podstawie sampla wyciągniętego z piosenki francuskiego zespołu elektronicznego Cassius pojawia się też trzecia strona. A że ostatnio fascynuje mnie elektronika i wszystko co traktuje moje uszy dużym uderzeniem niskich dźwięków (czytaj dubstep)... Nie wiem jakim cudem w pewnym momencie postanowiłam sprawdzić kim do diabła jest Olly Murs (aha, wiem, czytałam Machinę, pojawił się na liście najpopularniejszych singli w UK). Nie wiem skąd on się urwał. Uroczy Brytyjczyk śpiewający śliczne piosenki o miłości w modnej stylizacji na lata 60. XX wieku. Słodycz do porzygu. Szczęśliwie Youtube, dzięki polecanym filmom, przypomniał mi o Summer Camp. Przez chwilę słodycz zrobiła się mroczna. Później? Nie mogło stać się inaczej. Zagrywani ostatnio przeze mnie na śmierć Foster the People. Houdini z tekstem "sometimes I wanna disappear" tak jakoś trafiają w mój nastrój idealnie.
Na razie kończę w ciszy. To chyba element znikania. Moment w którym słyszysz tylko swój oddech. No i wentylator laptopa. On też oddycha. W końcu jako jedyny jest tu dziś ze mną.
Co za dołująca notka. Zaraz zawinę się w kocyk i zacznę kiwać między wielkimi lampami. Ktoś mógłby zadzwonić czy napisać, nie pogardziłabym. Nawet jeśli miałoby to być, zupełnie nic nie znaczące, "no co tam".
O tak, przesiąknijcie moją psychodelą.




edit:
I jeszcze na dobranoc. Generalnie Fostera podziwiam coraz bardziej i nie, nie piszczę na jego widok. Po pierwsze człowiek po przejściach, który potrafił się podnieść, poza tym - naprawdę wykształcony i osłuchany muzyk. Tylko trochę przehajpowany. Ciekawe kiedy mi przejdzie, tak swoja drogą.


edit2:
Bosz, brzmie jak rasowa psychofanka. Za chwilę powinnam dołączyć do bojówek FtP. Na pewno istnieją. I wtedy koniec z moimi alternatywnymi zapędami.

edit3:
Właściwie to mogłabym napisać w płaczliwym tonie: aaaa Justin Bieber wcale nie wygląda jak dziewczyna, jest super zdolny i taki kochany! Aaaaaa! O tak, czułabym się tak samo.

edit4 i ostatni:
Powinnam iść spać, samotność mi nie służy, bo wychodzi na to, że potrzebę uzewnętrznania się mam po prostu wrodzoną.
Au revoir!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)