20121221

snmk




No to tego, drogi końcu świata, gdybyś mógł jednak zacząć, no...
Swoją drogą to byłoby mi strasznie przykro gdyby mój koniec miał nastąpić właśnie tutaj, w zuym zimnym Gda. No smutek.

A tak z zupełnie innej beczki, nasz kraj pragnie stać się chyba jakąś muzyczną ejtisową potęgą, jak ja się cieszę, że w końcu udało mi się znaleźć tę piosenkę w przepastnych internetach.




20121216

sing for me




Siedzę po nocy i kleję makietę. Właściwie nie wiem po co i dla kogo. Jest cicho i nagle w radiu słyszę Dillon.
Tę płytę kupiłam w trakcie tegorocznych wakacji, w Berlinie. Album ma w sobie coś co dla mnie jest pochmurne i mgliste, ale mimo wszystko pachnie latem i wielkim miastem. Chyba czas wrócić do sierpniowych zdjęć.
I po raz kolejny z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że słucham najlepszego radia po tej stronie mocy. Dobranoc.

20121213

my number




Jedyny powód, dla którego mogę, choć na chwilę, oderwać się od płyty z kwiatem. Tańczymy, kochamy, płyta już w lutym!

20121208

kamp!@sfinks700





Bałam się tego koncertu, bardzo się bałam. Wiele czynników wskazywało na to, że może być źle, wiadomo, ze zbyt dobrymi płytami bywa tak, że nawet poprawne odegranie albumu nie wchodzi w grę. W Sfinksie też jakby nie wyszło, ale akurat w tym przypadku powinniśmy się cieszyć. Było jeszcze bardziej tanecznie i z zaangażowaniem niż można się było spodziewać. Jednym słowem bomba. Podobno już planowany jest powrót zespołu do Sopotu, mam nadzieję, że stanie się to szybko. Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Gdybym pisała to wszystko tuż po moim powrocie nad ranem, ograniczyłabym się jedynie do krótkiego "okej, są przesłodcy". Dobrze, że zdążyłam ochłonąć, bo jeszcze wyszłabym na psychiczną psychofankę. 


20121204



Obiecałam sobie, że będę tu pisać rzeczy raczej logiczne, no ale...
Zaczęłam uczyć się hindi i tak się tym jaram, że aż muszę o tym napisać! Politechnika, mimo wszystko mnie kocha i organizuje darmowe roczne (!) zajęcia. Żyć nie umierać.


20121203

follow that good time



W Kairze byłam jakieś 7 lat temu. Dawno. Nie pamiętam zbyt wiele. Winda śpiewająca wersety z Koranu. Karaluch w hotelowej jadalni. Zabójczy zaduch w Muzeum Egipskim. Coca Cola, która wybuchła wprost na mnie w autokarze. Mój krwawiący non stop nos. Podróż pociągiem przez cały Egipt. I Egipcjanie chcący robić zdjęcia mojej arcybladej siostrze.
Ponad tym wszystkim jest jeszcze coś. Ten dziwny i przerażający, ale jednocześnie niesamowicie pociągający klimat miast wschodu. Ciągły ruch, gwar, zupełnie niezrozumiały język i niezdrowe zainteresowanie blond dziećmi północy.
Szkoda, że nie pamiętam. Szkoda, że wszystkie zdjęcia szlag trafił w momencie kiedy padł nam dysk w komputerze.
W Kairze nie przeżyłam wielkiej miłości, nikt nie był dla mnie jak piasek, który przelatuje przez palce. Co za poezja. Cairo po prostu brzmi dobrze.
I ciepło.




Do Kairu nie dotarły samochody Google Street View. Szkoda. Za to Paryż wygląda, jak zawsze, świetnie.

20121129

Melt




Zdjęcie, jak zwykle, kubkiem robione. Tak czy inaczej, to bez dwóch zdań moja płyta tego roku. A kto wie czy i nie dłuższego czasu. Hajp jest, ale w sumie chłopaki zasłużyli. I, jak na wzorową psychofankę przystało, bilet na  koncert w sopockim sfinksie już czeka na moim parapecie. 

Wbrew wszelkim pozorom nadal żyję i nawet mam się nieźle. Nie mam o czym pisać, a może raczej, nie za wiele jest rzeczy, o których napisać bym mogła. Czasem tylko coś narysuję. A i tak musi przejść to przez cenzurę "no i tak nikt tego nie zrozumie". I w sumie nadal mogłabym udawać, że mnie nie ma, ale skoro ParanoJa wraca, no to nie będę zostawiać jej samej :D 

20121110




Żeby nie było, ja nadal żyję. Tutaj przejawiam jakąś większą aktywność i nawet czasem wrzucam fotki. Po prostu przestało mi zależeć na czymkolwiek, nawet na uzewnętrznianiu się. xoxo



20121005

melodia ulotna

Zamiast ochów, achów i szmerów serca, mam katar, bolące gardło i zatkany nos. To wszystko doprawione herbatą - wrzątkiem i Markiem Niedźwiedzkim. A miała być Mela Koteluk, którą wielbię nad życie (i która zrobiła tu kiedyś niezły bałagan - mój poopenerowy post doczekał się jakiejś astronomicznej ilości odwiedzin przez to, że na Melowym fejsie pojawił się link do mojego małego posta). Pozostaje mi mieć jedynie nadzieję, że dożyję do wiosennej trasy, aha, no i że w ogóle ona się odbędzie. 

Normalnie, niech pochłonie mnie otchłań rozpaczy. Idę porysować, myślmy przyszłościowo.



20120923

K Mag + Levi's




Jeżeli ktoś chciałby spełnić dobry uczynek to zapraszam na uciekinierkę. Generalnie będzie mi niesamowicie miło i w ogóle. (wystarczy kliknąć głosuj, bez płaczu, krwi i podpisywania cyrografów)

20120915





Nowe Muchy potrzebują odpowiedniej oprawy. 

Wczoraj mój ich dziesiąty koncert, ich początek dziesiątej trasy. 




jest tak niebiesko

20120831

the seven seas



Na długie zimowe wieczory. Być może zdołam nie zapomnieć, jak to jest kiedy wiatr jest ciepły, a słońce świeci wiecej niż 2 godziny dziennie. Wrodzony optymizm.

Chciałabym dodać tu chociażby monachijskie zdjęcia, ale utknęłam właśnie po uszy przy warstwach stropodachu. Wakacje nie sprzyjają blogowaniu. Kampanii wrześniowej też w sumie nie sprzyjają ^^

20120802

Jadę się zgermanizować. Auf Wiedersehen! (czytaj: o ilę wrócę, będą zdjęcia, czyli coś w ogóle będzie się tu działo!)

20120711

opener'12 aka kocham błoto


a oto unikalna okazja, żeby zobaczyć mnie! (na środku. nogi po prawej to moja bff)

Z racji tego, że wróciłam żywa, wypadałoby coś napisać. A biorąc pod uwagę to, że moje ołpenerowe podsumowanie pojawiło się na radiowej antenie (I♥Szydło), to wkleję je też tutaj. Tadam!

__________

june - ciekawe, ale miks stylistyczny, który został mi zaserwowany, po 20 minutach zaczął męczyć
fisz emade - mój któryśtam z kolei koncert zespołu, zawsze jest super i teraz tez było
the kills - koncert, na który czekałam chyba najbardziej, był dobry, ale jak na zespół który kocham to jednak chyba za mało (bębniarzy było czterech!). choć i tak "momentem festiwalu" jest the last goodbye i moje łzy w oczach
mela koteluk - straciłam kawałek bjork, ale nie żałuję, bo było wspaniale!
bjork - stałam oniemiała patrząc na machinę wytwarzającą pioruny. super chór!
orbital - zupełnie nie moja bajka, ale namiot pełen
wiz khalifa - nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba
iza lach - cudownie, dziewczęco i delikatnie
dry the river - fajny koncert, ale raczej nie rozbudził we mnie miłości do zespołu
penderecki//greenwood - jako człowiek nieobyty mogę powiedzieć tylko tyle, że w trakcie koncertu czekałam na koniec świata
jamie woon - wow! skoro płytę znam na pamięc, cudownie było usłyszeć gitarowe wersje utworów.
major lazer - weszłam tylko na chwilę, po 1,5h pląsów i skoków myślałam tylko o tym, żeby zespół nie przestawał
jessie ware - czarowała, aż trudno uwierzyć, że to dziewczyna bez wydanej płyty. pełna profeska
l.stadt - dali radę na dużej scenie!
toro y moi - baaardzo miło
bloc party - z całego koncertu pamiętam tylko wielkę chmurę, która nagle pojawiła się nad sceną. wszyscy robili zdjecia
franz ferdinand - pierwszy raz widziałam na żywo, a o koncertach dużo słyszałam wcześniej. nie zawiedli, oj nie
m83 - szkoda, że nie dało się zdążyć na cały koncert. namiot pełen, pewnie było super
julia marcell - energia, świetna forma julii, ochy i achy
the KDMS - krzywdząca dla zespołu była godzina 17 i to w namiocie, do którego mało kto dotarł
cool kids of death - to dobrze, że w trakcie się rozpadało - ludzie pod sceną zaczęli się ruszać /tu Szydło zaczyna się śmiać i czuję jej reprymendę. no cooooo, tak było!/
mumford & sons - było dobrze
bat for lashes - pięknie i wzruszająco, do nowych piosenek muszę się przyzwyczaić
janelle monae - rozumiem wszechobecny zachwyt janelle, bo sama się nią zachwycałam, ale to nie był koncert, to było wyreżyserowane show. a tego nie lubię
the xx - mój numer jeden. i w dalszym ciągu nie potrafię powiedzieć nic sensownego na temat tego co przeżyłam stojąc pod sceną
sbtrkt - ten sam problem co z m83 - dotarłam już po połowie. ale to co usłyszałam było super
a tak pozakoncertowo - pole namiotowe miało w tym roku pewne problemy, ale założę się, że nigdzie na swiecie namiotowcy nie mieli prywatnego jeziora ani możliwości odbycia kąpieli błotnej :D (a my mieliśmy szczelny namiot, w odróżnieniu od tego zeszłorocznego, więc nie było źle)
zapomniałam dodać, że bardzo serdecznie chciałabym pozdrowić pana-twórcę filmu "moje lato na open'erze", może za pośrednictwem radia się uda. pojawiłam się w nim jakieś trzy razy, moknąc na koncercie zespołu pogodno (który był super, o czym film mi przypomniał).
do zobaczenia za rok!
__________
Miłego czytania, może ktoś kto tu zajrzy też był, to wtedy bardzo proszę o zamieszczenia waszej/ych relacji. Gratulacje, dotrwaliście od końca!

20120701

Otóż... Dokładnie rok temu byłam najbardziej przemoczona w życiu.
Szkoda, że to zdanie napisałam przed meczem bo zupełnie starciłam klimat tamtej nocy. Jedno jest pewne. We wtorek znowu ruszam na Trójmiasto i za deszcz raczej podziękuję. Nawet jeśli będzie gwarantem najlepszej koncertowej nocy w życiu (bo rok temu tak właśnie było i o tym pisac miałam zamiar).

A teraz śpiewamy hiszpańskie piosenki i cieszymy się razem z Casillasem i resztą!

20120501

electronic beats!

Zmieniłam kwaterę główną na główniejszą. Ach, te długie weekendy w domu. Tak czy inaczej chyba jestem Wam coś winna. Ale po kolei.

Electronic Beats Festival

W jak wielkość. Kilka tysięcy przybyłych fanów muzyki to nie jest dużo. Można  powiedzieć nawet, że jak na festiwal to raczej małe. Ale dzięki temu wszystko miało ludzką skalę (starsznie archi pojęcie, ale trudno, mam nadzieję, że zrozumiecie), sytuację spokojnie dało się ogarnąć. To był raczej fajny wieczór w klubie niż wielki fest z masą przypadkowych ludzi, którzy przyszli, bo nudziło im się w domu i bielty tanie. No i to poczucie pewnej elitarności i zamkniętej społeczności w momencie kiedy fotograf podaje Ci wizytówkę ze stroną festiwalu i hasłem, które jest potrzebne do obejrzenia i ściągnięcia zdjęć.

O jak organizacja. Pełna profeska. Widać, że organizatorzy doświadczenie mają i z niego korzystają. Gładkie wejście, wyjście, opaskowanie, zmienianie sprzętu na scenie, strefa gastro no i sam dobór miejsca. Nawet kubki do piwa miały nadrukowane logo festiwalu. Łał. Jest prestiż, jest impreza.

M jak miejsce. Centrum Stocznia Gdańska. Historyczne miejsce z klimatem, dużo miejsca, wygodne fotele, dużo toalet (prozaiczne, ale ważne kiedy nagle okazuje się, że musicie stać w kilometrowej kolejce oraz nagle kończy się papier toaletowy), pojemna szatnia. Tylko piwo drogie.

G jak gwiazdy. Das Moon, Jazzanova, Squarepusher, Digitalism, Dillon oraz James Blake. W przerwach Mike Polarny. Pierwsi to warszawski zespół, który pojawił się na scenie dzięki wygranej w konkursie Zrób Głośniej. Nie będę ściemniać, całość spędziłam na fotelu (por. wyżej). Jazzanova - wow. Jazzowo, elektronicznie z funkowym wokalem z Detroit! (że Paul Randolph, spoko, mnie też to nic nie mówiło). Ale niemiłosiernie krótko, a przynajmniej mnie się tak wydawało. Squarepusher? To chyba nie jest to co trafia do mojego serca. Polecam Come on my selector, żeby lepiej rozeznać się w sytuacji. Zaczęłam rzucać głupimi żartami na temat kwadratów. Cóż... Idziemy dalej. Digitalism! Absolutna petarda wieczoru! Bardzo bardzo bardzo bardzo porywająco i tanecznie. Dziwny wokal, dziwna scenografia (tak, była scenografia) i dziwne dźwięki czyli to co lubię najbardziej. Co do Dillon. Starsznie pechowy był to dla niej wieczór. Wszystkie instrumenty postanowiły odbyć wycieczkę na Litwę, więc z koncertu otwierającego nagle zrobił się przedostatni. Szkoda, bardzo szkoda, na Dillon czekałam chyba najbardziej. Udało jej się zagrać pięć piosenek z pożyczonymi klawiszami. Więc koncert trwał 22 minuty. Starsznie krótkie 22 minuty, pozostaje mi mieć nadzieję, że uda mi się kiedyś zobaczyć pełen występ. (Oraz kupić płytę, ale skoro wybieram się do naszych zachodnich sąsiadów w wakacje, to chyba problemu nie będzie.) No i gwiazda wieczoru. Największa czcionka na szczycie plakatu. James Blake. Jego koncert widziałam na Open'erze, co  więcej, mam bootlega (ciiii....) więc znam go na pamięć. I w tym tkwi cały mój problem. Porównywanie to starszna rzecz. A ten koncert na tle lipcowego był potwornie słaby. Zaczynając od tego, że pojawiła się cała jedna (JEDNA) nowa piosenka, przez zagranie prawie identycznego setu (prawie = odrobinę krótszego, no i kolejność dwóch piosenek została zamieniona) aż do fanek. Można się było tego spodziewać, że wrzucenie młodego, uroczego Anglika spowoduje najazd słodkich szesnastek, no ale żeby aż tak?! I chyba w jakiejś nienajlepszej formie chłopak był. No tak, ale jak ktoś przez pół roku leżał i pachniał (rzucił, że przez ostatnie pół roku miał przerwę), to może wypadł z obiegu. Na plus - to on pożyczył Dillon coś na czym mogła grać. No ale to chyba jednak za mało, żeby wkupić się w moje względy. Koncert wymazuję z pamięci i nadal jaram się tym z Gdyni. I tak na koniec wspomniany nieśmiało Mike Polarny. Mam wielki szacunek do djów, którzy wiedzą co robią i potrafią dobrze miksować fajną muzykę. A i sweter w żyrafowe plamy był super;D
To tak w skrócie.

I jak Idea. To akurat jest bardzo ciekawe. Festiwal gra od ponad 10 lat, sprowadzając najlepszą i najświeższą muzykę do różnych miast Europy. Edycja gdańska była drugą w Polsce (po warszawskiej - jesienią ubiegłego roku) i mam nadzieję, że nie ostatnią.

C jak cena. O tym też muszę napisać. Bo była naprawdę dobra. Zawsze wszystko przeliczam na koncerty w Stodole. Blejk skasowałby po stówie za wejściówkę. Ja mój bilet nabyłam za 50 peelenów (i to olewając zniżkę t-mobile) i osobiście uważam, że było warto. Byłoby warto nawet za jeden dobry występ. Na przykład za samo Digitalism. Albo Jazzanowę. O, tak.

Podsumowując. Jeżeli Electronic Beats odbywa się w waszej okolicy - jedźcie. No dobra, nie zmuszę ludzi elektorniki nietrawiących. Choć to raczej pop z elektorniką, diabli wiedzą co, nie znam się. Ale jest naprawdę na poziomie, to się liczy.

____
Alfabetycznie od tyłu, brawa dla mnie. Nie mam siły czytać po raz drugi i robić korekt, więc wybaczcie wszystkie niedociągnięcia stylistyczne, językowe, ortograficzne, interpunkcyjne i resztę. Jazzanova na dobranoc. Majówkujmy!



naprawdę gratuluję wszystkim, którz przebrnęli przez ten wywód. brawo!


20120428

ebf



Sezon festiwalowy uważam za oficjalnie rozpoczęty. Stay tuned, jak przeżyje to coś napiszę.

edit, 5:57
Fajnie było!

20120421

paznokciowy post

Miałam absolutny hit na paznokciach, coś co serio warto było pokazać i co? I nico. Wczoraj zdrapałam resztki lakieru i w ten oto sposób galaktyczne paznokcie odeszły w niepamięć. No nic, nie pozostaje mi nic innego jak tylko wymalować gwiazdy jeszcze raz. Więc jak na razie... Taka nuda trochę. Pantera klasyk (na szczególną uwagę zasługuje ponętne tło - szałowe płytki u mnie w łazience!) i neon, który na tym zdjeciu nie wygląda jak neon.


A galaktyczne wyglądały o tak:



fever!

Już czas, już czas, już czas kupić karnet!

20120413

Wczoraj

Wczoraj:


Siedzę na moim arcyniewygodnym krześle już od trzech godzin. Od dwóch czekam aż łazienka będzie wolna, żebym mogła wejść na 20 minut. Żeby wziąć prysznic, umyć zęby, wyjąć soczewki i grzecznie pójść spać. Człowiek, który spędził 12 godzin na uczelni naprawdę potrzebuje tylko tego.
Ale życie nie jest lekkie i czasami do mieszkania studenckiego wpada właścicielka, kótra nie dość, że zapowiada remont to jeszcze przesiaduje w łazience godzinami. Chciałabym tylko delikatnie przypomnieć, że nie wszyscy mają aktualnie wolne.
To byłoby tyle tytułem narzekactwa. Acha. Wypadałoby uprzedzić. Narzekanie w mojej rodzinie jest chyba dziedziczne i z wiekiem narasta. Więc strzeżcie się i módlcie, żebym szybko znalazła inne miejsce uwalniania moich frustracji.
Do rzeczy. Dzisiaj znów usłyszałam, że "nadawałabym się". Może nie znów, bo pierwsze padło "i tak zawsze byłabyś w tym lepsza". Ale wydźwięk był podobny. /słyszę dolewanie wody, pewnie ciepłej, o zgrozo!/ Ja chyba po prostu boję się podjąć odpowiednie kroki. Boję się stwierdzić "raz kozie śmierć" i rzucić się od razu na głęboką wodę. Dziwne. Bo jednak we wspomnianym rzucaniu się mam pewne doświadczenie. Może cena porażki jest zbyt wysoka?
Z drugiej stony wydaje mi się, że warto czekać. Może to kwestia zmiany środowiska i "boję się obcych ludzi", które pada z każdej strony. Otaczanie się ludźmi silnymi i zdecydowanymi ma swoje plusy, ale osoby mojego pokroju (tak bardzo bym chciała, ale się boję, więc osiągam tylko połowę z szalonych marzeń) chyba potrzebują bodźca do przejęcia kontroli. Wkrótce pewnie zostanę młodocianym tyranem rozstawiającym ludzi po kątach. No trudno. Oby magiczna lampka samokontroli nie przestała się załączać.
Słysząc "poczekajmy na W, niech ona to zaakceptuje"



Poddaję się. Jest 1.30, zero perspektyw na prysznic. A "a niech właścicielka do ciebie przyjedzie" polecam jako świetna klątwę.

20120401

i jeszcze jeden i jeszcze... sto!





Moja ukochana Stacja Radiowa kończy dziś 50 lat. Mam nadzieję, że przy okazji okrągłej setki dalej będziemy razem.
Co było pierwsze, Muchy czy Trójka, jest dla mnie prawie tak samo trudnym pytaniem jak ułożenie w odpowiedniej kolejności jajka i kury.

pyk!

Coraz mniejszą mam potrzebę uzewnętzniania się tutaj. No, mniejsza o większe.
Powinnam chodzić na koncerty regularnie. Regu-regularnie. Tydzień temu wróciłam specjalnie do domu żeby zobaczyć Muchy po raz pierwszy w moim rodzinnym mieście. I było naprawdę pięknie. Trzydziestoosobowy koncert, na którym nie muszę przejmować się absolutnie niczym, to coś, co naprawdę lubię. Z resztą to Muchy. Chyba nic dodawać nie trzeba.
Dziś, a właściwie to już wczoraj, pierwszy raz na żywo widziałam L.U.Ca. Na pewno nie ostatni.
Uczymy się codziennie. Czego ja się dziś dowiedziałam? Dlaczego babcie siedzą w oknach.
Pozdrawiam, Esc

20120310

springtime sadness

Być może to tylko kwestia wiosny, która bezspornie się zbliża. Że to przez ten delikatny wiatr pachnący wilgotną ziemią i zgniłymi jesiennymi liśćmi. Możliwe, że to przez większą ilość słońca, rozpiętą kurtkę i kolorowe ubrania w sklepach. Przesilenie. A może dlatego, że zaczynam przyzwyczajać się do miasta. Moja negująca wszystko postawa powoli ustępuje pod naporem nowych miejsc, wrażeń i ludzi. Pod naporem dwuletniej kolekcji Vogue'ów, lakierów OPI i Open'erowego biletu na lodówce. A jednak da się tu żyć. 

Zaczynam czuć, że nadchodzą zmiany. Nie mam pojęcia jakie. Ostatnio usłyszałam, że czasem trzeba coś zniszczyć, by powstało arcydzieło. Mam wrażenie, że w moim dotychczasowym życiu żadnych spektakularnych zniszczeń nie było. Arcydzieł tym bardziej. Więc może to jest właśnie ten moment? Tylko, w którym miejscu nastąpi ta starszna tragedia? Rys nie widać, siedzą gdzieś głęboko, pod grubą warstwą styropianu i tynku cienkowarstwowego.

Najgorsze, a może najlepsze jest to, że kompletnie nie odczuwam strachu. Nic. Pustka. Czyżbym przed chwilą pisała, że jakaś część mojego życia zmierza ku tragicznemu końcowi? Niech wszystko się wali, pali, robi co chce. Ja chyba znalazłam swój świat. Swiat, w którym nie potrafię przewidzieć jutra, niedosypiam i niedojadam, nie wiem czy zostanę w wyuczonym zawodzie, nawet nie wiem czy zdołam się "wyuczyć". Zaczęłam dostrzegać światełko w tunelu. Być może, tylko na ten jeden moment i za chwilę cała smutna rzeczywistość powróci ze zdwojoną siłą, ale... na razie jest dobrze. Czas wyrzucić ze swojego słownika słowo "nienawidzę". Chyba będzie łatwiej.

To jakby wyrzeczenie się części siebie. W końcu "nienawidzę tego miasta", "nienawidzę tych ludzi", "nie", "nie chcę", "nigdy przenigdy" jakoś tam definiowały moje życie. Ale zawsze bardziej definiowały je skłonność do marzeń i chęć udowodnienia sobie i światu, że kto, jeśli nie ja, sobie poradzi. Poradzę sobie. Tak. Swiecie, zmieniaj się. Ja sobie poradzę.

Wspominałam, że moje przeczucia często się spełniają?


20120307

finally


Czekałam na ten moment już ładnych pare lat, więc pewnie domyślacie się, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem świata. Do zobaczenia w lipcu na Babich. Będę płakać i to bardzo.

20120222

help the people

Właśnie zjadłam obiad. Tak, właśnie teraz, o 22.09. Pozdrawiam. To się chyba nazywa higieniczny tryb życia...
Anyway. W takich momentach (22.12, godzinę temu dotarłam na stancję, a wracałam prosto z uczelni) zastanawia mnie wszechobecna opinia o luzackim życiu studentów? Macie dużo wolnego? Bo ja nie. W tym roku nawet zimowych ferii mnie pozbawiono, no bo trzy wolne dni między sesjami to jakaś kpina jest. Nie ma czasu na spanie, chodzenie do kina i na imprezowanie. Bo co jak co, ale skacowana na zajęcia nie pójdę. Trzeba zachowywać jakieś resztki godności.
Trochę smutne to wszystko. Tęsknię za domem.
Nikt w końcu nie mówił, że będzie łatwo. (Zaraz, a czy to nie miało być tak, że dostawanie się na archi to męka a potem jest przyjemnie?!) Cóż. Architektura - tylko dla supermenów.




apap i lecimy z tym wszystkim dalej. oby do czerwca

20120217

dzień kota

Home again. Dobrze wrócić. I pomimo tego, że cała moja rodzina korzysta chwilowo z ostatniego wieczoru w Tatrach, jest dobrze.
Dziś dzień kota. Kocham Cię Kocie!

20120214

definicja pierwsza



Moja definicja szczęścia na dziś. Udanych Walentynek dla wszystkich tych, którzy spędzają je w taki sposób w jaki by chcieli. Na przykład w towarzystwie czterech nowych pięknych kredek:)

20120211

dream of home

Dziczeję i borsuczeję. Może nie tak jak u Witkowskiego, bo w dalszym ciągu się myję, teraz nawet jeszcze dłużej niż zwykle i nadal co rano zakładam czyste ubrania, ale jednak. Większość czasu spędzam w łóżku, a kiedy wychodzę, kontakt z ludźmi ograniczam tylko do bezczelnego gapienia się na nich. Żyję w swoim świecie. Jem kisiel siedząc w wielkiej męskiej bluzie, która została kupiona tuż po wielkiej openerowej ulewie kiedy zalało mi wszystko inne. Wcieram w siebie jeszcze więcej kremów niż normalnie. Wyłapuję całe ciepło z otoczenia i kumuluję je w sobie gdzieś głęboko, odkładam na moment kiedy będę musiała wyjść na zewnątrz. Ale ponad wszystko gardzę wszystkim i wszystkimi. Ostentacyjnie odsuwam od siebie cały zewnętrzny świat, który ma ferie albo ma ciepło i obiad. Albo, co najgorsze, wszystko na raz. Ja mam książkę, literaturę maksymalnie współczesną, mam pościel z Ikei i mam delektowy kisiel. I wszystko to jest wyznacznikiem słodkiego, dwudniowego lenistwa, kiedy to nic nie muszę ani nic nie chcę.
To w pewien sposób bezczelne.
Wracam do książki, auf wiedersehen.




20120204

da da daj

Czy naprawdę studia są po to żeby nieustannie robić z siebie worek treningowy dla niewyżytych panów profesorów?! Im bardziej studiuję, tym bardziej nie wierzę w to co się wokół mnie dzieje. Chyba już czas spiąć tyłek, na te ostatnie trzy dni. Może się uda?


20120203

srsly?!



Dzisiejszy zbój był niewystarczajaco starszny (okazuje się, że tego typu eventy są dla studentów najlepszych, o tak) więc obejrzałam nowy teledysk Madonny. Dobra, niech robi co chce, śpiewa co chce i wygląda jak chce (mam wrażenie, że czasem wyglądam starzej...). Tylko czemu miesza do tego M.I.A? Okej, przynajmniej wygląda tam mega.
No i na osłodę życia, wspomniana Maya wrzuciła coś swojego (o niepokojąco dodwym tytule).




Też macie wrażenie, że nieszczęsliwy upadek na dworze, może poskutkować rozbiciem się ciała na miliard maluteńkich kawałków? (chyba za dużo eksperymentów z ciekłym azotem się naoglądałam)



edit
Tak troszkę rozjaśniłam. Leci na prawo, no nie?

20120130

i "love" my city

Generalnie to powinnam się uczyć, a dokłądniej wyliczać ugięcie w kratownicach, więc z tej okazji wezmę udział w zabawie wymyślonej przez A. i M. z 2 big city lifes



Po pierwsze: mieszkam w Gdańsku. Już rok i dwa i pół miesiąca. Mniej więcej. Jeżeli przypadkiem zdarzy Wam się zajrzeć na północ... Odpuśćcie Neptuna (którego, tak na marginesie, chwilowo nie ma, wraca odrestaurowany dopiero w kwietniu), Kościół Mariacki (przeskalowany, przereklamowany i trzeba zapłacić całą złotówkę, żeby obejrzeć od środka) i Długi Targ. Polecam Dolne Miasto. Niezburzone w trakcie wyzwalania przez Armię Radziecką, niszczeje, zapomniane przez Boga i ludzi. Klimat pierwszorzędny, brak wszędobylskich niemieckich wycieczek i tłumów matek z dziećmi. Zabudowa dociera do historycznych bastionów położonych nad Opływem Motławy. Warto się na nie wdrapać, bo ze szczytu najwyższego można zobaczyć fajna panoramę Głównego Miasta. A tak poza tym... Wpadnijcie na Wrzeszcz, polecam Gmach Główny Politechniki Gdańskiej. Robi wrażenie.

Po drugie: gdzie imprezować. Dla mało wymagajacych - Kwadratowa (klub politechniki, więc towarzystwo bywa dziwne, ale potańczyć można) i Parlament - czyli największe i najpopularniejsze. Dla muzyki alternatywnej i klimatu rodem z poprzedniego ustroju warto przejść się do klubu w Centrum Stocznia Gdańsk. To aktualnie jedno z dwóch miejsc gdzie odbywają się najlepsze imprezy w Trójmieście. Gdzie znajduje się drugie? W słowie "trójmiasto" znajduje się klucz od odpowiedzi. Sopot to według mnie "imprezowania" trójmiasta. Wystarczy przejść się wieczorem Monciakiem by zdać sobie z tego sprawę. Jednak żeby dotrzeć do drugiego najlepszego, trzeba pójść trochę dalej i odwiedzić legendarnego S.F.I.N.K.S.a. Polecam.
Dla fanów koncertów: sopocka Papryka i gdański Żak.

Po trzecie. Poznań kojarzy mi się z... Muchami! (z zespołem Muchy oczywiście) To przede wszystkim, choć grają tak często w Sopocie, że sama juz nie wiem. Poza tym mam dziwne skojarzenie (przepraszam, chyba nie dość miłe): budynek architektury. To zaadaptowana stara podstawówka. No cóż... Ja jestem spaczona przez Gmach Główny mojej Politechniki.
Szczecin kojarzy mi się z... Paryżem. Dokładniej jego układ urbanistyczny (bo był wzorowany). Jestem po prostu całkowicie zepsuta przez moje studia:) Aha, no i podobno mam tam jakąś tajemniczą rodzinę. Tyle wiem.

Na koniec dodam coś od siebie. Dobre i z Gdańska:)


20120129

owacje na stojąco

Dawno nie pisałam. Bo sesja, bo zmęczenie, bo projekty. Bo...
Tak, a teraz już wiem, że oblałam wszystko co oblać mogłam. Nie ma spiny są drugie terminy? No cóż, terminy następują już w czwartek. Ha. Ha. Ha. Bardzo się cieszę, że mam tyle czasu przerwy.

W czerwcu będę śmiać się z Was wszystkich, wybaczcie.




Cześć, idę się załamać.

20120127

po jod


Sesja podstawowa skończyła się właśnie dziś, więc jest co świętować! (A fakt, że poprawkowa już w środę, przmilczę.) Kto jeszcze zdąży, niech spieszy do gdańskiego Żaka poskakać z Biffem:)

20120110

świąteczne post scriptum

Już dawno po Swiętach, ale skoro w centrach handlowych choinki jeszcze stoją, to może pokażę Wam moje tegoroczne kartki świąteczne. Handmade i takie tam. Oczywiście jakość zdjęcia jest jak zwykle fantastyczna, ale tak to jest kiedy dysponuje się tylko aparatem w telefonie.

20120106

zabierz mnie

Plan był taki, że dziś miałam sprzątać w łazience. W końcu obiecałam mojemu współlokatorowi, że to zrobię, po tym jak on posprzątał w kuchni. I ja naprawdę chciałam! Ale przepraszam, bez rękawiczek nie tknę tam nic. W końcu moje paznokcie! Więc się uczę (siedząc na bloggerze, taaaaak).
A co do paznokci. Chyba wzbudziły jakieś zainteresowanie, więc wkrótce wrzucę kolejne cztery malowanki. Już się nazbierało, po prostu znalazłam jakieś stare zdjęcia.
A tak poza tym... Trochę przespałam wczoraj ten moment... Otóż, dokładnie za pół roku będzie ciepło, moje życie będzie ściśle związane z hektarami trawy, dookoła będą dziesiątki tysiące ludzi i dźwięki. Mmmm, bardzo lubię Gdynię.
A jakiś miesiąc później odwiedzimy Berlin i Panów poznanych na paryskim bruku. Miłego słuchania. (w gruncie rzeczy to z tego duetu poznałam tylko jednego. szczęśliwie, tę lepszą połowę)



Nie wierzę, w prawdzie wersja cohenowa, a nie florianowa, ale Halleluja, która już do końca życia będzie mnie doprowadzać do łez szczęścia, właśnie leci w radiu.
wspomnieniowo: muzycznie i zdjeciowo

20120102

niepowroty

Po pierwsze chciałabym zauważyć, że autostrada to piękny wynalazek. Staje się jeszcze piękniejszy kiedy ma ponad 100 km w jednym fragmencie a dojazd do niego (spod domu) zajmuje niecałą godzinę. Aha, w takich momentach przydają się też Koleżanki z samochodami (całuję niezastąpioną K!). I w ten oto sposób, do Gdańska dostałam się w niewiele ponad dwie godziny. Bajka
A po drugie... Na pewno kiedyś wspominałam o tym jak bardzo kocham malować paznokcie. A jeżeli nie, mówię to właśnie teraz. Kocham malować paznokcie. Stąd taki mały paznokciowy post, bez wystrzałów, ale co tam.


20120101

one day




W przypływie noworocznego doła przypomniało mi się o tej piosence. Szczerzę chcę wierzyć, że one day we're gonna live in Paris. Byle szybko.