20120501

electronic beats!

Zmieniłam kwaterę główną na główniejszą. Ach, te długie weekendy w domu. Tak czy inaczej chyba jestem Wam coś winna. Ale po kolei.

Electronic Beats Festival

W jak wielkość. Kilka tysięcy przybyłych fanów muzyki to nie jest dużo. Można  powiedzieć nawet, że jak na festiwal to raczej małe. Ale dzięki temu wszystko miało ludzką skalę (starsznie archi pojęcie, ale trudno, mam nadzieję, że zrozumiecie), sytuację spokojnie dało się ogarnąć. To był raczej fajny wieczór w klubie niż wielki fest z masą przypadkowych ludzi, którzy przyszli, bo nudziło im się w domu i bielty tanie. No i to poczucie pewnej elitarności i zamkniętej społeczności w momencie kiedy fotograf podaje Ci wizytówkę ze stroną festiwalu i hasłem, które jest potrzebne do obejrzenia i ściągnięcia zdjęć.

O jak organizacja. Pełna profeska. Widać, że organizatorzy doświadczenie mają i z niego korzystają. Gładkie wejście, wyjście, opaskowanie, zmienianie sprzętu na scenie, strefa gastro no i sam dobór miejsca. Nawet kubki do piwa miały nadrukowane logo festiwalu. Łał. Jest prestiż, jest impreza.

M jak miejsce. Centrum Stocznia Gdańska. Historyczne miejsce z klimatem, dużo miejsca, wygodne fotele, dużo toalet (prozaiczne, ale ważne kiedy nagle okazuje się, że musicie stać w kilometrowej kolejce oraz nagle kończy się papier toaletowy), pojemna szatnia. Tylko piwo drogie.

G jak gwiazdy. Das Moon, Jazzanova, Squarepusher, Digitalism, Dillon oraz James Blake. W przerwach Mike Polarny. Pierwsi to warszawski zespół, który pojawił się na scenie dzięki wygranej w konkursie Zrób Głośniej. Nie będę ściemniać, całość spędziłam na fotelu (por. wyżej). Jazzanova - wow. Jazzowo, elektronicznie z funkowym wokalem z Detroit! (że Paul Randolph, spoko, mnie też to nic nie mówiło). Ale niemiłosiernie krótko, a przynajmniej mnie się tak wydawało. Squarepusher? To chyba nie jest to co trafia do mojego serca. Polecam Come on my selector, żeby lepiej rozeznać się w sytuacji. Zaczęłam rzucać głupimi żartami na temat kwadratów. Cóż... Idziemy dalej. Digitalism! Absolutna petarda wieczoru! Bardzo bardzo bardzo bardzo porywająco i tanecznie. Dziwny wokal, dziwna scenografia (tak, była scenografia) i dziwne dźwięki czyli to co lubię najbardziej. Co do Dillon. Starsznie pechowy był to dla niej wieczór. Wszystkie instrumenty postanowiły odbyć wycieczkę na Litwę, więc z koncertu otwierającego nagle zrobił się przedostatni. Szkoda, bardzo szkoda, na Dillon czekałam chyba najbardziej. Udało jej się zagrać pięć piosenek z pożyczonymi klawiszami. Więc koncert trwał 22 minuty. Starsznie krótkie 22 minuty, pozostaje mi mieć nadzieję, że uda mi się kiedyś zobaczyć pełen występ. (Oraz kupić płytę, ale skoro wybieram się do naszych zachodnich sąsiadów w wakacje, to chyba problemu nie będzie.) No i gwiazda wieczoru. Największa czcionka na szczycie plakatu. James Blake. Jego koncert widziałam na Open'erze, co  więcej, mam bootlega (ciiii....) więc znam go na pamięć. I w tym tkwi cały mój problem. Porównywanie to starszna rzecz. A ten koncert na tle lipcowego był potwornie słaby. Zaczynając od tego, że pojawiła się cała jedna (JEDNA) nowa piosenka, przez zagranie prawie identycznego setu (prawie = odrobinę krótszego, no i kolejność dwóch piosenek została zamieniona) aż do fanek. Można się było tego spodziewać, że wrzucenie młodego, uroczego Anglika spowoduje najazd słodkich szesnastek, no ale żeby aż tak?! I chyba w jakiejś nienajlepszej formie chłopak był. No tak, ale jak ktoś przez pół roku leżał i pachniał (rzucił, że przez ostatnie pół roku miał przerwę), to może wypadł z obiegu. Na plus - to on pożyczył Dillon coś na czym mogła grać. No ale to chyba jednak za mało, żeby wkupić się w moje względy. Koncert wymazuję z pamięci i nadal jaram się tym z Gdyni. I tak na koniec wspomniany nieśmiało Mike Polarny. Mam wielki szacunek do djów, którzy wiedzą co robią i potrafią dobrze miksować fajną muzykę. A i sweter w żyrafowe plamy był super;D
To tak w skrócie.

I jak Idea. To akurat jest bardzo ciekawe. Festiwal gra od ponad 10 lat, sprowadzając najlepszą i najświeższą muzykę do różnych miast Europy. Edycja gdańska była drugą w Polsce (po warszawskiej - jesienią ubiegłego roku) i mam nadzieję, że nie ostatnią.

C jak cena. O tym też muszę napisać. Bo była naprawdę dobra. Zawsze wszystko przeliczam na koncerty w Stodole. Blejk skasowałby po stówie za wejściówkę. Ja mój bilet nabyłam za 50 peelenów (i to olewając zniżkę t-mobile) i osobiście uważam, że było warto. Byłoby warto nawet za jeden dobry występ. Na przykład za samo Digitalism. Albo Jazzanowę. O, tak.

Podsumowując. Jeżeli Electronic Beats odbywa się w waszej okolicy - jedźcie. No dobra, nie zmuszę ludzi elektorniki nietrawiących. Choć to raczej pop z elektorniką, diabli wiedzą co, nie znam się. Ale jest naprawdę na poziomie, to się liczy.

____
Alfabetycznie od tyłu, brawa dla mnie. Nie mam siły czytać po raz drugi i robić korekt, więc wybaczcie wszystkie niedociągnięcia stylistyczne, językowe, ortograficzne, interpunkcyjne i resztę. Jazzanova na dobranoc. Majówkujmy!



naprawdę gratuluję wszystkim, którz przebrnęli przez ten wywód. brawo!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)