20121221

snmk




No to tego, drogi końcu świata, gdybyś mógł jednak zacząć, no...
Swoją drogą to byłoby mi strasznie przykro gdyby mój koniec miał nastąpić właśnie tutaj, w zuym zimnym Gda. No smutek.

A tak z zupełnie innej beczki, nasz kraj pragnie stać się chyba jakąś muzyczną ejtisową potęgą, jak ja się cieszę, że w końcu udało mi się znaleźć tę piosenkę w przepastnych internetach.




20121216

sing for me




Siedzę po nocy i kleję makietę. Właściwie nie wiem po co i dla kogo. Jest cicho i nagle w radiu słyszę Dillon.
Tę płytę kupiłam w trakcie tegorocznych wakacji, w Berlinie. Album ma w sobie coś co dla mnie jest pochmurne i mgliste, ale mimo wszystko pachnie latem i wielkim miastem. Chyba czas wrócić do sierpniowych zdjęć.
I po raz kolejny z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że słucham najlepszego radia po tej stronie mocy. Dobranoc.

20121213

my number




Jedyny powód, dla którego mogę, choć na chwilę, oderwać się od płyty z kwiatem. Tańczymy, kochamy, płyta już w lutym!

20121208

kamp!@sfinks700





Bałam się tego koncertu, bardzo się bałam. Wiele czynników wskazywało na to, że może być źle, wiadomo, ze zbyt dobrymi płytami bywa tak, że nawet poprawne odegranie albumu nie wchodzi w grę. W Sfinksie też jakby nie wyszło, ale akurat w tym przypadku powinniśmy się cieszyć. Było jeszcze bardziej tanecznie i z zaangażowaniem niż można się było spodziewać. Jednym słowem bomba. Podobno już planowany jest powrót zespołu do Sopotu, mam nadzieję, że stanie się to szybko. Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Gdybym pisała to wszystko tuż po moim powrocie nad ranem, ograniczyłabym się jedynie do krótkiego "okej, są przesłodcy". Dobrze, że zdążyłam ochłonąć, bo jeszcze wyszłabym na psychiczną psychofankę. 


20121204



Obiecałam sobie, że będę tu pisać rzeczy raczej logiczne, no ale...
Zaczęłam uczyć się hindi i tak się tym jaram, że aż muszę o tym napisać! Politechnika, mimo wszystko mnie kocha i organizuje darmowe roczne (!) zajęcia. Żyć nie umierać.


20121203

follow that good time



W Kairze byłam jakieś 7 lat temu. Dawno. Nie pamiętam zbyt wiele. Winda śpiewająca wersety z Koranu. Karaluch w hotelowej jadalni. Zabójczy zaduch w Muzeum Egipskim. Coca Cola, która wybuchła wprost na mnie w autokarze. Mój krwawiący non stop nos. Podróż pociągiem przez cały Egipt. I Egipcjanie chcący robić zdjęcia mojej arcybladej siostrze.
Ponad tym wszystkim jest jeszcze coś. Ten dziwny i przerażający, ale jednocześnie niesamowicie pociągający klimat miast wschodu. Ciągły ruch, gwar, zupełnie niezrozumiały język i niezdrowe zainteresowanie blond dziećmi północy.
Szkoda, że nie pamiętam. Szkoda, że wszystkie zdjęcia szlag trafił w momencie kiedy padł nam dysk w komputerze.
W Kairze nie przeżyłam wielkiej miłości, nikt nie był dla mnie jak piasek, który przelatuje przez palce. Co za poezja. Cairo po prostu brzmi dobrze.
I ciepło.




Do Kairu nie dotarły samochody Google Street View. Szkoda. Za to Paryż wygląda, jak zawsze, świetnie.