20131231

'14!


No to Wasze zdrowie! Wasze w sensie, no Wasze, nie panów Kampów. Dobra, ich przecież też. No tak czy inaczej pięknego nowego roku i 

BAWCIE SIĘ DZIŚ LEPIEJ

A jak wrócę, to uraczę Was rozkminą na tematy muzyczne i niezwykle życiowe. No, zobaczymy co z tego wyjdzie, bo ja to sama nie wiem, czy wyjdę cało z tego sylwestrowania. 

#snobizmnapolskąmuzykę

20131229

'13

A co tam sobie będę żałować. Wszystko co było fajne w 2013. I prawie fajne, ale za to zwycięskie. 

Styczeń - Rok rozpoczął się fenomenalnie - na dosłownie 3 minuty przed północą zdążyłyśmy wpaść na imprezę sylwestrową do znajomych. Wielkie wejście - checked. Imprezę zakończyłam wychodząc na środek dwupasmówki i ściągając taksówkę. Soł njujork, naprawdę to było SUPER.

Luty - Sesja zabójca. Nic więcej nie pamiętam. Ale zwycięsko! 

Marzec - Podobnie. Tylko, bogom dzięki, bez sesji. 

Kwiecień - Warszawski wypad, morze napojów wyskokowych i Kampy. Tak dla odmiany.

Maj - 11 maja nagle postanowiłam skoczyć do Warszawy na Free Form Festival. Sprzedaż biletów zakończyła się na 15 minut zanim dotarłam do empiku, więc do stolicy jechałam pełna obaw. Ale bilety były. Woodkid, szaleństwo, dęciaki i skoki. 

Czerwiec - Sesja zabójca vol. 2 i zjazd do domu. Przy okazji dzień nad morzem z Rodzicami. Zdecydowanie za rzadko przychodzą takie dni - tamten był naprawdę super.

Lipiec - Open'er! Numer 5. Jechałam z mieszanymi uczuciami, grupą licealistów oraz wielbicielem picia w pociągu. Nowych znajomych udało mi się szybko pozbyć, a mieszane uczucia zastąpiło naprawdę sporo świetnych koncertowych doznań. I szatańskie przeziębienie, którego pozbyłam się dopiero w połowie sierpnia.
Praktyka przeddyplomowa. Z tej okazji spędziłam dwa tygodnie w Łodzi. 14 dni w prawdzie nie wystarczyło żebym mogła się szlajać do woli i gubić w zaułach, ale w pewien sposób i do jakiegoś stopnia odczarowałam sobie to miasto. Być może nie jest aż tak koszmarne, a klimat rozpadu jest jakoś tam pociągający.

Sierpień - Miesiąc podróży. Wło->Katowice->Wiedeń->Warszawa->Kraków->Warszawa->Wło. Łzy niedowierzania i krakowski McDonald, który zawsze ratuje życie. A przy okazji prawie dwa festiwale. Dodatkowo w panice kończone dwa projekty i historia architektury polskiej.

Wrzesień - 22 22 22!

Październik - Szwecja! James Blake łamie mi żebra i rozpoczynam histeryczny wyścig z czasem - dyplom sam nie chce się zrobić. 

Listopad - Przede wszystkim - wyzwanie Paranoi i codzienne blogowanie, które o dziwo bardzo mi się spodobało. Poza tym Kampy w Sopocie po nocy spędzonej nad dyplomem i prawie spontaniczne Kampy w Warszawie. Wyścig z czasem w dalszym ciągu.

Grudzień - Może i w tym miesiącu wydarzyło się kilka miłych rzeczy, ale i tak liczy się naprawdę tylko jedno: DYPLOM NA PIĄTECZKĘ! U-u!

Podsumował mnie też Spotify, wychodzi na to, że jestem monotematyczna: Top Artist: James Blake, Top Album: Overgrown by James Blake, Top playlist: Overgrown by James Blake. Prawdopodobnie po połączeniu tej listy z moim iTunesem i wieżą (bo nadal w większości muzykę odtwarzam z płyt), wygrana przypadłaby płycie z kwiatem, ale co tam. Drugi krążek Brytyjczyka jest dla mnie jedną z płyt roku. 
A gdyby ktoś chciał posłuchać jak dla mnie brzmiał 2013 - mój profil Spotify czeka i poleca playlistę #2013. Całkiem subiektywnie i bezkompromisowo, nie tylko tegoroczne premiery, ale wszystko to, co tworzyło soundtrack tego roku. Lista już trwa ponad 5 godzin, a cały czas rośnie!

Nie mam w zwyczaju robienia noworocznych postanowień, więc nie zakładam z góry jaki ma być nadchodzący rok. Jaka ja mam być. Za to już nie mogę się go doczekać.

20131227

bliżej?

Pamiętam taki zimowy wieczór w Zakopanem. Pokój - jedynka. Większa szafa. Czekałam wtedy na znajomych, którzy już byli w drodze i za kilka godzin miałam się z nimi spotkać. Mieliśmy przeżyć kilka beztroskich dni w zimowej stolicy kraju, poszlajać się odrobinę po knajpkach. Sama spędziłam pełną dobę. Jeszcze wtedy nie wiedziałam jak bardzo lubię odkrywać miasta na własną rękę i jak wiele godzin spędzę tak jak tamten dzień - sama i z radiem. 

To była sobota, 23 stycznia 2010, gdzieś między godziną 16 a 19. Piotr Stelmach zaprasza na Myśliwiecką 3/5/7. Muchy prezentują fragmenty swojego nowego albumu. To wtedy usłyszałam po raz pierwszy Notorycznych debiutantów
Warszawo, idź do diabła. To chyba wtedy postanowiłam, że to tam będę studiować. Szkoda, że terminy egzaminów wstępnych popsuły mi plany i wylądowałam tam, gdzie wylądowałam. Ale widocznie tak miało być. I mimo wszystko nie żałuję.
To będzie dobry rok zaowocowało najgorszym rokiem w moim życiu. Studniówką, maturą, studiami, rozbitymi przyjaźniami i kilkoma poważnymi próbami znajomości. Mimo tego co roku, 1 stycznia, wymawiam to magiczne zdanie. Tak źle już przecież nigdy nie będzie. 
Koniec końców, to Idź do diabła wydaje się być jedyną aktualną frazą.

I przychodzi rok 2013. Pokój w prawdzie większy, ale radio zostało. Piotr Stelmach znów zaprasza, tym razem jednak dzień wcześniej - na piątkową Offensywę. Muchy znowu grają. Są po przejściach. Wydali trzy długogrające krążki, z pierwotnego składu pozostał tylko wokalista, jednak grupa ciągle rośnie. Wraz z nowymi członkami przychodzą nowe pomysły, już trzeci krążek zwiastował sporo zmian. 
I nagle pojawia Bliżej. Na którymś z profili pani dziennikarz - bohaterki wpisu sprzed kilku dni przeczytałam, że niektórzy mogą być zszokowani. I że to zbyt mało przebojowy numer. Nie pamiętam jak to dokładnie brzmiało, a i chwilowo wpisu znaleźć nie mogę.
Rozmowa telefoniczna, Wiraszko gdzieś w Polsce, tak dawno nie rozmawialiśmy na antenie i czy zmienił się ten Wasz Poznań - Miasto Doznań. Kończymy trasę, wchodzimy do studia, album w przyszłym roku, tytuł nie do końca jeszcze wybrany, ale pierwszy singiel już jest, a i teledysk będzie niedługo. I to by było na tyle z ważniejszych informacji. Więc doświadczony pracą w radiu Michał W. zapowiada i piosenka idzie w świat.


A ja nie poczułam absolutnie nic.

I przez to nic zrobiło mi się cholernie przykro. Bo nagle okazało się że te "moje Muchy" są jak starzy znajomi, których owszem, widuję od czasu do czasu, zawsze jest miło, ale nie łączy nas nic innego niż tylko sentyment. Dawne piosenki i mnóstwo wspomnień. Wyczekiwanie na koncerty, bo musiałam iść na studia żeby zobaczyć mój ukochany zespół. Trzy lata czekania. Zupełnie nieświadome i niewinne były to czasy, którym towarzyszył mój ulubiony Terroromans. 
Trochę to jak rzucanie starego misia w kąt, bo jest nowy i lepszy, ale właśnie tak się stało. Jakkolwiek potwornie to zabrzmi, to już nie jest to samo. Nie. To nie ta sama ja raczej. Pewnie kupię tę płytę jeżeli się ukaże, przesłucham, postawię na półce, pewnie nawet będę do niej wracać. Ale tak samo nie będzie.

Czyli jednak dalej. 

20131226

takietam

Kiedy tydzień temu przygotowywałam się do egzaminu z prawa budowlanego, a właściwie to nawet wcześniej, bo tydzień temu o tej porze to ja zjadałam piernik i zapijałam go kakałkiem w Pikawie i nie martwiłam się już absolutnie niczym, więc tych 10 dni temu miałam plan zostania Perfekcyjną Blogerką. Grzecznie napisałam tyle postów, żeby wystarczyło aż do Nowego Roku, a następne miałam pisać tuż po Świętach. Czyli wtedy, kiedy powinnam się uczyć. Norma. I wiecie co? Ja nawet napisałam te posty! Wymagają ostatnich poprawek i wyrzucenia literówek, które zauważę, ale są. Dzisiaj nawet postanowiłam napisać post-laudację postępu technologicznego (AUTOSTRADA DO TORUNIA, PANIE!) i czegośtam jeszcze, ale wszystko zostało przyćmione jedną drobną rzeczą.

SKOŃCZYŁ MI SIĘ BIAŁY LAKIER

Nie wiem jak żyć, co ze sobą zrobić, gdzie iść i komu naklepać. Zupełnie rozstrojona jestem, nawet tona ciastek i pół tony cukierków nie jest w stanie wyciągnąć mnie z doła, w który obecnie wpadłam. 

Tutaj powinnam zakończyć posta, żeby było wystarczająco dramatycznie, ale z okazji tego, że ostatnie posty dodawały się z automatu, mam głęboką potrzebę pisania. Więc:
Jutro będzie o Muchach, bo skoro napisałam sentymentalny wywód, no to czemu ma gnić w archiwach. Jutro też ogłoszę, a raczej ogłaszam teraz, żeby wszyscy zdążyli się przygotować, Międzynarodowy Dzień Pisania Mejli, bo mam ich do wysłania kilka i fajnie byłoby zdążyć z nimi przed końcem roku. Znowu jutro muszę iść do kosmetyczki (pjenknym trzeba być na imprezę, której nikt w sumie nie lubi i nie rozumie), później muszę udawać, że się uczę i że nie czytam tych wszystkich książek, które dostałam. Bo jutro trzeba zdążyć ze zrobieniem wszystkiego, co chciałabym zrobić w sobotę, bo w sobotę jedziemy na wycieczkę. A raczej szoping. Studniówkowy szoping. Jak się pewnie domyślacie, to nie ja będę główną zainteresowaną, więc raczej nie zanosi się na ultra ekscytujący dzień ta sobota. Szczególnie dla kogoś, kto galerie handlowe omija szerokim łukiem.

Strasznie pracowite to jutro.

/Mam nadzieję, że Wasze ciąże spożywcze mają się dobrze i powoli odpuszczają. I że żyjecie, to dość ważne/

To jeden z najbardziej bezsensownych postów od dawna. 

KURTYNA

20131221

zima!

Dziś pierwszy dzień zimy. Z tej okazji premierę ma nowa zakładka na blogu (uszanowanko!). Zima jest spoko - czyli wszystko to, co miłego potrafimy z zimy wyciągnąć. Klikajcie ^^

/Aha, gdyby ktoś jeszcze chciał dorzucić swój pomysł do listy - zapraszam!/

Dziś jestem już prawie świąteczna, biegam w fartuchu i udaję perfekcyjną panią domu. W międzyczasie próbuję wybrać 10 ulubionych płyt, piosenek i wydarzeń muzycznych roku i wymyślić jakieś dobre myki do użycia w portfolio. Bo czas kolejnej rekrutacji zbliża się nieubłaganie. O, ktoś już ćwiczy odpalanie petard.

A choinki cały czas nie ma. Bez sensu.


okej, ulubiona płyta jest, ale co z resztą?

20131220

mandarynki

Czasy pustych sklepowych półek i telewizyjnych relacji z portów, gdzie wpłynęły kontenerowce z cytrusami, minęły bezpowrotnie. Teraz przez cały rok w sklepach można kupić dosłownie wszystko, począwszy od truskawek, na króliczym mięsie kończąc. A i tak nachylając się nad sklepowymi zamrażarkami kręcę nosem jeżeli nie znajdę szpinaku w liściach, bo jest tylko krojony. Te jabłka są brzydkie, te za małe, a tamte za duże i tak z ładnych paru dostępnych gatunków nie jestem w stanie wybrać ani jednego. I ten przytłaczający niektórych dobrobyt to nie tylko domena lata. Nikogo już nie dziwią świeże maliny, które mogłam zakupić w jednym z marketów. W środku grudnia. 

To przejdźmy do mandarynek. Właściwie z nimi jest podobnie. Po prostu są, nikogo nie dziwią i nie robią zbyt dużego wrażenia. Lubią je chyba wszyscy. Takie mniejsze i słodsze pomarańcze, dużo wygodniejsze do obierania i jedzenia. W podstawówce bardzo często dostawałam je w pakiecie drugiego śniadania. Bo nawet mała ja (choć trochę mniej rozkojarzona i chaotyczna) byłam w stanie sobie z nimi poradzić. Mandarynki są zawsze i wszędzie, nie jestem więc w stanie zrozumieć jednej rzeczy. 

Dlaczego dla wielu ludzi to zapach Świąt? Przecież mamy je na co dzień, a jednak cały czas utrzymujemy, że ten wyjątkowy zapach i smak to tylko raz w roku. Ja zupełnie tego nie czuję. Rozumieć też nie rozumiem. Zapachem świąt może być pieczony raz w roku pasztet, pierniki, lukier, który oblepił mi całą bluzę. Choinka. Brokat, który pachnie bardziej jak kurz, ale zawsze się go nawdycham smarując dokładnie kota, żeby był piękny. Duszący zapach suszonych owoców. Odświętne perfumy babci. Kapusta, grzyby i fasola. Ale przecież każdy ma swoje własne Święta, prawda?

Zabawne, jak przyzwyczajenia rodziców i dziadków przyjmujemy do swojego życia. Ale ma to swój urok :)

20131218

kobiety... a, nieważne

Dawno temu powstały na blogu dwa teksty o inspirujących kobietach. Miałam nawet pomysł, że będzie to cały cykl poświęcony dziewczynom, które podziwiam od dawna. Dziś określiłabym je raczej jako te, z którymi chciałabym wypić drinka albo dwa. Ewentualnie siedem. Do tamtych tekstów niespecjalnie chcę wracać, jakoś nie mam najlepszego zdania o swojej pisaninie sprzed dobrych dwóch lat /okej, zajrzałam, nie jest źle. swoją drogą jak świetnie siebie znam: we wstępie do "cyklu" wyraziłam nadzieję, że będzie on miał więcej niż dwa wpisy. no zgadnijcie ile ich było :D/, ale szukając dziś materiałów do eseju na etykę, wpadłam na wywiad z dziennikarką, o której planowałam coś napisać. Więc na chwilę wskrzeszam cykl. Bo czemu nie.

Anna Gacek. Nie wymawia r i trzeba cierpieć na bezsenność żeby móc jej słuchać. Ma niezrozumiałą przeze mnie skłonność do Kings of Leon i bardzo zrozumiałą do nieuczesanych włosów. Audycje prowadzi zawsze w butach na wysokim obcasie.
Prawdopodobnie dziś patrzę na Nią już zupełnie inaczej niż wspomniane dwa lata temu. To już nie tylko młoda, ambitna dziennikarka, która musi udowadniać całemu światu, że nie tylko faceci mają monopol na dobre radio. Być może nie jest już dla mnie muzyczną wyrocznią (bo chyba już nikt nią nie jest, co za upadek ideałów), choć nadal uwielbiam słuchać, jak wiele radości sprawiają jej nowe wydawnictwa ulubionych zespołów i elektryzujące świat debiuty. Ten krótki czas, kiedy prowadziła audycję modową na antenie radia (dość karkołomny wyczyn, jednak jak na mój gust bardzo udany) pokazał mi pannę Gacek w dość nowym, jednak nadal szalenie profesjonalnym świetle. Co więcej dał mi do zrozumienia, że interesowanie się ciuchami nie jest tylko fanaberią niezbyt inteligentnych dziewczyn. 
A przy okazji, wybudowała wokół siebie całkiem ciekawą otoczkę tajemnicy, romansów, przystojnych muzyków (olaboga) i niebotycznych szpilek. Tak bardzo kuszące. Tutaj pojawia się historia z poszukiwaniem asystenta. Nie wiem jak się skończyła, ale był to jeden z tych momentów, kiedy bardzo żałowałam, że nie mieszkam w Warszawie. Nie wiem czy bym się nadawała, ale bardzo chciałabym się nadawać. A chcieć, to móc, prawda? 

Po przeczytaniu wywiadu wiem też, że Anna postanowiła mieć po prostu fajne życie. I za to chyba lubię ją najbardziej. 


Wywiad jest TUTAJ. Z kolei TUTAJ jest blog Anny. Są jeszcze dwa facebookowe profile. MODOWY oraz MUZYCZNY. I to by było tyle na dzisiaj. 

20131217

strzałów koniec

Po drugiej w nocy ostatnie Strzały znikąd. Zabawne, jak można przywiązać się do radiowej audycji, nawet nie słuchając jej za bardzo regularnie. Teraz to żałuję.

Będzie mi ich brakowało. Bardzo.

Do zobaczenia w lepszym świecie.

/Strzały oczywiście w Trójce, po raz ostatni. Dla zainteresowanych na tym blogu na razie audycje minione do ściągnięcia i odsłuchania/

Tak mi smutno trochę.

20131215

fotoznawca

Było gorąco. Oj, było. Gorąco i ciężko, ale już po wszystkim! Pracę dyplomową inżynierską oddaje się na szczęście raz. Nie pisałam od raptem kilku dni, a mam wrażenie, że minęły wieki. Szczególnie, że wydarzyło się parę rzeczy. Ale po kolei i nie wszystko na raz. Na pierwszy ogień pójdzie dosyć krótka refleksja. Albo jak kto woli post spod znaku "nie znam się, to się wypowiem".

Co w tym tygodniu zrobiło mi największą wodę z mózgu? Te fotki. Foteczki. Zupełnie nieistotne zdjęcia.

Wyobraźcie sobie, że siedzę na wykładzie. Wykład jest nudny i zupełnie nietrafiony, trwa zbyt długo, a jedyne o czym jestem w stanie myśleć, to SEN. I nagle widzę coś takiego. Ruska porno mafia z lat osiemdziesiątych. Prawdziwi twardziele rodem z epok minionych. Brakuje tylko złotych zębów, deszczu diamentów i rozebranych lasek. 


I nie zrozumcie mnie źle. Ja nie uważam, że to są złe zdjęcia. Możliwe, że wprost przeciwnie. Kompozycja jest super, oświetlenie też, a ograniczenie kolorów do czerni i bieli nie wydaje się być naciągane (jeżeli czujecie o czym mówię z tym cz-b. bo dla mnie to rzecz jeszcze dosyć intuicyjna). Chłopaki też dobrze wyszli: uczesani, wygładzeni, no nic tylko brać. 

Ale z drugiej strony... Nijak te zdjęcia nie składają mi się w całość z twórczością zespołu. No w żaden sposób. Bo jak połączyć tę nową sesję ze świeżymi, dość "karaibskimi" piosenkami? Albo z wypełniającymi kluby melancholijnymi hitami z debiutanckiego albumu? Na Zeusa, nijak, NO NIJAK. Mam wrażenie, że stylistka sesji trochę odleciała i zbyt dosłownie potraktowała wszechobecną i wszechmodną inspirację latami osiemdziesiątymi. 

Dużo bardziej podobają mi się pradawne kampowe sesje. Były takie... po prostu. 



koniec psychofanatyzmu :D

PS, bo zupełnie zapomniałam
Autorka szczęsnych-nieszczęsnych zdjęć jest TUTAJ. Poleca, bo piękne.

20131212

koniec świata

Przyszedł wyż. W powietrzu czuć lekki mróz, kaczki spacerują po zamarzniętym stawie, gwiaździste niebo unosi się nad centrum Gdańska. Na balkonach zaczynają pojawiać się kolorowe lampki. Naprawdę idą święta. Chyba zachowam ten moment na dłużej. Dokładnie ten, kiedy szłam przez osiedle, a wiatr wyjątkowo nie wiał. Ja i wielka czarna teczka. 

Dziś jest ten dzień, kiedy oddałam projekt dyplomowy. I zupełnie nie wiem co w związku z tym napisać. 

dobranoc

20131208

pozytywnie (WOW)

Tak się zdarzyło, że niesiona czekoladowym nałogiem postanowiłam w końcu wygrzebać się z gniazda uwitego z kocyka i dwóch bluz i pobiegłam do sklepu.  Czego się nie robi dla kawałka czeko, no nie? Tak czy inaczej, przebijałam się przez śniegi, błota, lód i kolejki do kasy, więc miałam jakieś 30 minut na to, żeby pomyśleć o czymś innym niż przykre wypadki, które będą miały miejsce w tym tygodniu. No i wymyśliłam.

Pesymizm i ironia to momentami moje prawdziwie imiona, które, nie wiedzieć czemu, nie zostały przez moich rodziców wpisane do aktu urodzenia/chrztu, whatever. Ale dziś już naprawdę mnie to zmęczyło, miewam czasami takie momenty w życiu. Stąd moja propozycja. Jako, że w miarę regularnie zagląda tu kilka osób (♥), proponuję, żebyśmy wspólnymi siłami wymyślili krótką (albo i długą, jak tam wyjdzie) listę rzeczy, za które możemy być zimie wdzięczni. Przyjmuję wszystkie pomysły, rzeczy małe i duże, a nawet skrajnie abstrakcyjne. Jeżeli nazbiera się chociaż troszkę, w weekend zrobię z nich kolejną zakładkę na blogu - tak żeby przez całą zimę można było do tych pozytywów wrócić i chociaż odrobinę się pocieszyć. 

Na dobry początek: plus zimy, który zauważyłam ja. 
Nie wiem czy przesiadujecie po nocach, ale ja często uskuteczniam ten wyniszczający organizm sport. I nie ma dla mnie nic bardziej denerwującego, niż ptaki, które wiosną i latem budzą się do życia już po 2.00. W tym momencie zawsze budzi się we mnie przerażenie i świadomość tego, że czas się kończy, a mnie jak zwykle zostało dużo do zrobienia. Atakuje mnie paraliżujący strach, który wcale nie działa mobilizująco. Za to zimą nikt do mnie o drugiej nie śpiewa, panuje cisza i spokój, więc i praca idzie spokojnie. Racjonalna część umysłu podpowiada mi, że i zimą i latem na pracę mam dokładnie tyle samo czasu, jednak poczucie tak wcześnie/tak późno potrafi nieźle namieszać w mojej głowie. 

Zimą ptaki nie śpiewają po nocach - plus numer jeden. Do dzieła!

20131207

DLACZEGO?!

Zupełnie miałam nie pisać tutaj bzdur i nawet nieźle mi szło. Rano zabrakło internetów, więc zrobiłam naprawdę dużo z dyplomowego zakresu, a w ramach przerwy i odgruzowania umysłu napisałam dwa logiczne posty, które może kiedyś się tu pojawią. A może nie. Pisać jednak skończyłam i dalej zwalczałam detal budowlany i kiedy myślałam, że kataklizmy się skończyły (internet wrócił), okazało się, że toaleta postanowiła się zapchać, prąd w gniazdkach postanowił nie działać już dwa razy, a AutoCAD uraczył mnie pierwszym od BARDZO dawna błędem krytycznym. Za co, się pytam, ZA CO?! 
Cały ten panujący dookoła mnie chaos ma skończyć się w czwartek i naprawdę chciałabym do czwartku dotrwać i nawet do dziś szło świetnie. Przesilenie, czy co? Wiać przestało, na chwilę wyszło nawet słońce.  

Ale nie, ja wytrzymam. Nie po to zarwałam już tyle nocek, żeby cokolwiek mogło mnie powstrzymać. Melisa z czterech torebek Polecam, Esc.

mój mikołajkowy autoprezent. bardzo dobry, bardzo

20131205

-to też nie jest post. zupełnie nie-



To tego odcinka szukałam! Junikorny na lodzie i hipsterski nihilizm! Czegóż chcieć więcej? Przed Państwem Pingwiny, mój stylowy ratunek od popadnięcia w obłęd (stylowy, bo we fraku, czujecie). I przed odpłynięciem na drugą stronę tęczy, bo każda kolejna nieprzespana noc bardzo mnie do tego przybliża. (Nie wiem zupełnie, czemu filmik przeskakuje cały czas do połowy. Jakby co, to pierwszy odcinek jest bardziej wartościowy i to właśnie jego polecam obejrzeć)
Suszymy ząbki, Panowie i ciśniemy dalej.

Swoją drogą, z pewnym (ogromnym) niedowierzaniem patrzę na to, jak niedziecięca jest to kreskówka. Współczesne dzieciaki są o wiele bardziej do przodu niż byłam ja w ich wieku, jednak wydaje mi się, że nadal nie ogarniają hipsterów, ironii, ziarenek goryczy, katonatastrof (okej, tego też nie ogarniam), a co dopiero wyskakiwać z nihilizmem. A moi rodzice się dziwią, że coś tak dziecięcego mnie bawi. TO WCALE DZIECIĘCE NIE JEST!

20131204

-to wcale nie jest post i ja go wcale nie napisałam, bo ciężko pracuję nad dyplomem-

To jest tylko taka mała polecajka. Gdyby ktoś przypadkiem był jutro w Gdańsku i około godziny 19.00 plątał się gdzieś po Głównym Mieście, to polecam spotkanie z Filipem Springerem w Instytucie Kultury Miejskiej (Długa 39/40). Ja pewnie nie dotrę - już rozpaczam. Życie takie ciężkie. 

Gdyby ktoś miał wątpliwości kim pan Springer jest to przede wszystkim jest mą wielką miłością. Po więcej informacji odsyłam do internetów, ewentualnie TU, TU i TU, bo kiedyś nawet coś o nim napisałam. A i on napisał coś dla mnie. 



20131203

wyzwanie. w pewnym sensie

Poszłam spać. Z jednej strony mam wrażenie, że wykorzystuję ostatnią możliwą noc na uskutecznianie tej wielce czasochłonnej czynności, z drugiej - jakoś cały czas nie mogę się przekonać do tego, że sytuacja jest już NAPRAWDĘ DRAMATYCZNA i powinnam zaprzestać oddawania się tak bezsensownym czynnościom jak sen, jedzenie czy branie prysznica. O robieniu prania w ogóle już nie wspominając. 
Sytuacja przedstawia się tak, że do końca świata pozostało mi 9 dni, a ja w przysłowiowej czarnej dupie jestem. No, nie pytajcie, wszystko źle, wszystko leży, a ja mam ochotę na tworzenie artystycznych wizualizacji i pięknie zakomponowanych plansz. I ta chłodna kolorystyka, którą ćwiczyć zaczęłam przy okazji tworzenia blogowego nagłówka. 
Jak powiedziałby klasyk: kruca bomba, mało casu. Wyłączam bloggera, a ten wściekły, pomarańczowy guzik od tworzenia nowych postów zaczynam najzwyczajniej w świecie ignorować. W najbliższych dniach ograniczam się do czytania. 

Takie to wyzwanie na pierwszą połowę grudnia.

20131202

mała rzecz, a cieszy

Życie jest straszne a potem się umiera.

Ale czasem wystarczy zmienić środowisko. Na chwilę oderwać się od własnej szarej rzeczywistości, żeby złapać niezbędny dystans. I żeby śmierć nie nastąpiła aż tak szybko. Ja przyłapałam się na tym, że z roku na rok, ba, z miesiąca na miesiąc, coraz częściej jestem w Domu. To zabawne, ale tak proste rzeczy, jak obiad, którego nie muszę wywalczyć, Kot, czy własne łóżko, zawsze sprowadzają mnie do pionu. Bez względu na to, jak bardzo leżę i umieram. A czasem mi się poszczęści i wyjadę w trochę innym kierunku. W tym roku przypływ szczęścia był ogromny, na własne oczy zobaczyłam Szwecję. Ale starcza też Warszawa, czy nawet Sopot i Gdynia.

Rutyna zabija i to w najgorszy możliwy sposób - powoli. A moje dni ostatnimi czasy wyglądają tak samo. Dochodzi nawet do tego, że czasami mam problem ze zgadnięciem jaki mamy dzień tygodnia. Szczęśliwie jeszcze tylko do przyszłego czwartku. No i później zmiana klimatu.

tak w ogóle, to polecam obrazki Gemmy, są TU

20131201

lato w kato

Co za głupi tytuł. W sierpniu byłam w Katowicach, wczoraj sobie o tym przypomniałam. 


Moje wyobrażenie o Katowicach nie było najlepsze. Co ja mówię, było wprost straszne, porównywalne prawdopodobnie jedynie z Łodzią*. Strach, deszcz, wiatr i drechy. 
A moje Katowice to ciepło, słońce i brak wiatru. Niezbyt wielu ludzi, za to sporo samochodów. Spokój. Mnóstwo zieleni i zaskakująco duża zabudowy pamiętającej coś więcej niż tylko postmodernę lat 90. Modernizm tak podobny, ale jednocześnie tak bardzo inny od tego w Gdyni. Cisza, kompletny brak spięcia i paranoicznej potrzeby zaimponowania obcym ludziom.




Przemierzałyśmy miasto z czeską mapą turystyczną, nie przejmując się absolutnie niczym. Fajnie było. 

Nie wiem jakim cudem można zakochać się w tak dziwnym mieście. Ale stało się, do Katowic zamierzam wrócić, znów w sierpniu.


*Zupełnie nie pamiętam, czy poruszyłam ten temat na blogu, czy nie ale: a) Łódź mnie przeraża(ła); b) w te wakacje spędziłam w tym mieście dwa tygodnie. I muszę przyznać, że chyba czas zmienić o nim zdanie.

20131130

to już!

Wieczór. Pogoda dość koszmarna, mgła i nisko latające helikoptery. Choć bywało gorzej. 30 listopada, imieniny Andrzeja, Fryderyka i Justyny. W Jemenie i Barbadosie jest dziś Święto Niepodległości, reszta świata może świętować 34 rocznicę wydania The Wall Pink Floydów. Ja znowu dostałam weekendowej depresji, toczę się po pokoju od komputera do wydruków i od wydruków do komputera, próbując zwalczyć ostatnią prostą w wyścigu o pół tytułu inżyniera. Radio śpiewa do mnie wczutym Tomaszowym głosem. Dzień jak co dzień, Proszę Państwa, nic szczególnego.

A na zupełnie poważnie i z innej trochę beczki. Dziś ostatni dzień Wyzwania Kominka, na moje potrzeby nazwanego Wyzwaniem Paranoi. Zabawne, jakie miałam obawy, że nie zdążę, że nie będzie o czym pisać, że zwyczajnie nie będzie mi się chciało. A proszę, udało się, grzecznie publikowałam posty codziennie i nie przeszkodziły mi w tym dwa długie weekendy tego miesiąca, wyjazdy koncertowe, dwie klauzury, doły mniejsze i większe. Wychodzi na to, że jestem człowiekiem zadaniowym - potrzebuję określonego dokładnie celu, do którego mogę sobie dążyć. Przy okazji odkryłam, a może wyrobiłam w sobie upodobanie do pisania, zrobiłam z niego odskocznię od dość monotonnej codzienności. Nauczyłam się paru rzeczy.

Jeżeli chodzi o samego bloga to, o ile dobrze pamiętam, przybyło mu dwóch obserwatorów (hej!) i tam ta da dam, ponad 1100 wejść. W świecie wielkich internetów to jest pewnie jakiś śmiech na sali, ale dla mnie to jakiś totalny kosmos. Naprawdę. Przez całe istnienie tego bloga (czyli jakieś 2,5 roku) było tu raptem 4 razy więcej, więc poruszenie w ostatnim miesiącu nastąpiło niemałe. Może to zabrzmi dość banalnie, ale dziękuję wszystkim tym, którzy przez cały miesiąc zaglądali, komentowali i tym samym mobilizowali mnie do pisania. Dzięki miliard♥

Teraz pozostaje jedno pytanie. Co z tym fantem dalej zrobić? Na razie piszę dalej, jednak bez kolejnego rzucania wyzwań i obiecywania, że codziennie. Jak będzie, zobaczymy, choć już czuję wyrzuty sumienia na myśl, że mogłabym mojego małego bloga porzucić na dłużej niż dobę. Jak ja mogłam żyć publikując 4 posty miesięcznie? NO JAK?!

20131129

pekin

Jak zwykle. Taka ze mnie dusza towarzystwa, że w momencie kiedy wszyscy przygotowują się do imprezowej nocy z wróżbami, ja siedzę z komputerem. Wmawiam sobie, że tyle do roboty i siedzę non stop klikając w rzuty i przekroje, a w rzeczywistości...


Należę do tych, którzy Pałac Kultury lubią. Ba! Ja idę nawet o krok dalej i mogę przyznać się do faktu, że budynek ten niezwykle mnie fascynuje. Bo podobno gdyby chcieć spędzić jeden dzień w każdym z pomieszczeń Pałacu, można byłoby z niego nie wychodzić przez mniej więcej dziewięć lat. Podobno znajduje się w nim mnóstwo niewykorzystywanych pomieszczeń bez okien i podziemne tunele. Podobno w trakcie budowy zginęło wielu robotników i ciała części z nich leżą po dziś dzień gdzieś pod setkami ton betonu. Chyba nie ma drugiego budynku w Polsce, który kryłby aż tyle tajemnic. 
Oczywiście legendy, jak to legendy, w większości okazują się stekiem kompletnych bzdur, jednak rozbudzają wyobraźnię bardzo skutecznie. 

Dla mnie Pałac Kultury i Nauki jest taką samą częścią Warszawy jak Zamek Królewski i Syrenka. Wrósł w jej tkankę, a przy okazji stał się całkiem niezłym symbolem miasta. W końcu to on wita wszystkich podróżnych przybywających do Stolicy pociągiem. Nie wyobrażam sobie, żeby w jego miejscu mogło powstać cokolwiek innego. Może i jest pozostałością po złych czasach i złej historii, ale to NASZA historia. Nie zmienimy jej, nie zapomnimy, nie wymażemy z podręczników. Było, stało się, a teraz wypadałoby złapać do niej dystans. I nie zapominać, a wyciągnąć wnioski.

Miłego wróżenia!

20131128

jak zrobić dyplom i nie zwariować?

Ostatnio moje myśli krążą tylko i wyłącznie wokół jednego tematu. Od października słowo DYPLOM odmieniam przez wszystkie przypadki i tak naprawdę podporządkowuję mu całe życie. Dzień w dzień widzę ten sam projekt, ciągle coś poprawiam, zmieniam albo wymyślam od nowa. Wykreślam z kilometrowych list "do zrobienia" kolejne pozycje, a kiedy uda mi się jakąś skończyć, zaczynam robić nową. I znowu zaczyna się wykreślanie. Idzie oszaleć, no nie?

Jednak ja o dziwo nie oszalałam (a przynajmniej wariactwo mi się nie pogłębiło) i nadal jestem w stanie myśleć trzeźwo. Czasem w prawdzie przydarzy mi się wpaść w histerię i zbesztać wszystkich znajomych i rodzinę, którzy akurat wejdą mi w drogę, ale to się zdarza przecież wszystkim. Generalnie staram się trzymać fason i idzie mi całkiem nieźle.

Jeszcze jakieś dwie godziny temu chciałam napisać notkę o tym, co robię żeby trzymać się w pionie. Miało być kilka punktów, dużo snu, sporo małych przyjemności, tworzenie list i dbanie o cerę. Ale...
Tak naprawdę wszystko to można wyczytać właściwie wszędzie. Dużo pracujesz - wyśpij się, bez snu Twój mózg nie będzie działał prawidłowo. Małe przyjemności umilają życie, a wypad na miast od czasu do czasu pozwala złapać konieczny dystans do życia.

Ja w tym miesiącu przekonałam się, że warto mieć małą codzienną odskocznię. Taką, która zmusza mnie myśleć przez przynajmniej chwilę o czymś innym niż studia. Sprawia, że zaczynam widzieć i czuć nie tylko dość abstrakcyjne linie i płaszczyzny, ale też otaczające mnie słowa i historie. Jeszcze dużo nauki i ćwiczeń przede mną, ale już wiem, że lubię pisanie. Lubię je tak po prostu, bo sprawia radość i jest małym codziennym wyzwaniem. Zauważyłam, że idąc na uczelnię, jadąc tramwajem, czy zwyczajnie spacerując nie zamykam się już w swoim świecie, nie zagłuszam otaczającej mnie rzeczywistości muzyką płynącą ze słuchawek. Otworzyłam się i przyglądam się światu, a później o tym piszę. W prawdzie większość tej pisaniny ginie gdzieś w Wersjach roboczych, jednak przecież nie tylko o publikowanie w tym wszystkim chodzi. Znalazłam coś mojego, co utrzymuje mnie w pionie i pozwala zachować zdrową równowagę.

Fajnie mieć bloga, taki jest wniosek na dziś.


Na marginesie dziękuję też za wszystkie odpowiedzi i życiowe ciekawostki, którymi podzieliliście się w ramach poprzedniego posta. Nie oczekiwałam takiego odzewu i strasznie mi z tym wszystkim fajnie :)
Dzięki!

20131127

nagroda ♥

Kuj żelazo póki gorące! Czy cośtam. Z tej okazji odpowiem już dziś na nagrodę, którą dostałam od Paranoi w poniedziałek. Po pierwsze oto ona, w pełnej okazałości.


Po drugie, zanim przejdę do całkiem randomowych faktów o mnie, nominowani. Podobno powinnam uzasadnić swoje wybory i jeżeli naprawdę muszę i naciskacie, to powiem: bo tak. Bo wszystkie te blogi lubię czytać i jak dla mnie są wystarczająco wszechstronne i poruszają wiele ważkich tematów, ach ach ach. Więc będzie fajnie i ucieszę się niezmiernie, jeżeli napiszą coś o sobie:

  • Sawatka, bo to serio blog wszechstronny,
  • Panna Darcysia, bo ostatnio za rzadko pisze,
  • Anna o Andrzeju, bo o kotach nigdy dosyć,
  • Martyna, o sobie w Krakowie (taka propozycja), bo ostatnio coraz częściej o nim myślę
  • ParanoJa, choć to trochę bez sensu tak odbijać piłeczkę (no chyba że chcesz :D),
  • wszystkie osoby, którym zdarzy się trafić na tego posta na blogu i poczują w sobie chęć podzielenia się ze światem odrobiną siebie,
  • nagrodziłabym i zmusiła do pisania też tą Panią, bo uwielbiam jej audycje radiowe, ale jednak trochę tak głupio. 
Ale jakby co, to ja się nie obrażę za brak odzewu.

No dobra. To teraz siedem dziwnych faktów o mnie, których nie znacie, znać pewnie nie musicie, ale i tak poznacie, czy tego chcecie, czy nie.

(1) Na imię mam Weronika i jedynie w pierwszej klasie podstawówki miałam z nim problem. Wolałam być Olą, bardziej popularną i mniej rzucającą się w oczy. Szczęśliwie szybko mi przeszło. Co ciekawe, jak głosi rodzinna legenda, miałam mieć na imię Milena (w tym momencie pozdrawiam taką jedną), nikt niestety nie wie czemu imię zostało odrzucone i jest jak jest. 

(2) Moja mama do dziś śmieje się z faktu, że bałam się zmiany czasu. Jako kilkulatka przeżyłam prawdziwą traumę słysząc beztroskie "dziś jest zmiana czasu, kochanie" moich rodziców. W mojej zbyt poważnej głowie zrodziła się wizja zmiany miesiąca, roku, czy diabeł raczy wiedzieć czego innego, w skrócie prawdziwa rewolucja, anarchia i koniec świata. Zmiana jednej (!) godziny to w sumie trochę rozczarowanie.

(3) Gdyby nie architektura, byłabym dziś studentką stomatologii. Docelowo zostałabym ortodontą. Spędziłam na prostowaniu zębów połowę mojego życia i mam wrażenie, że dyplom powinnam dostać od ręki.

(4) Możliwe, że uznacie to za nienormalne, ale ja naprawdę lubię poniedziałki. Zawsze kojarzą mi się z nowym początkiem i nowymi wyzwaniami. Które w gruncie rzeczy są fajne.

(5) Zupełnie nie przerażają mnie tłumy, mogę nawet powiedzieć, że meandrowanie między ludźmi sprawia mi pewną niezrozumiałą przyjemność, nie za bardzo boję się szlajać po nocy i zdecydowanie nie mam problemu z odbieraniem telefonów od obcych numerów (ostatnio się dowiedziałam, że wielu ludzi ma z tym problem. okej, ludzie, lol). Nie przerażają mnie skaleczenia, obtarcia, rozbicia i siniaki. Krew też nie. Nie boję się też robactwa wpadającego do mieszkań. Za to wpadam w histerię kiedy: a) nie ma prądu; b) złamie mi się paznokieć; c) do pokoju wpadnie ćma. Nie chcielibyście mnie wtedy spotkać.

(6) Wracając do tematu zębów. Najdziwniejszy komplement jaki kiedykolwiek usłyszałam to "masz takie ładne zęby". Choć prawdopodobnie jeszcze dziwniejsze jest to, że ten niecodzienny komentarz mojej urody wraca do mnie od czasu do czasu. Z ust różnych ludzi. Usłyszałam też że mam "ładną głowę". Ale wtedy była 4 rano, eskaemka, polibuda kończy sesję nad morzem i paru pijanych chłopców z ZiE. Więc chyba się nie liczy.

(7) Mój escapologist wziął się z tej piosenki. Na początku zafascynowało mnie samo słowo i jego brzmienie, dopiero później jego znaczenie. Magicy są super, a Małpy były kiedyś tak cholernie dobre.

Starczy tego ekshibicjonizmu w internetach.

20131126

mózg

Mój mózg działa. Ale działa według swojego widzimisię i ani myśli pójść na jakąkolwiek współpracę. Odbiera fale wysyłane przez nadchodzącą zimę i zarządza przesilenie, czas marznących stóp i wygrzewania się pod kocykiem. Możliwe, że to dlatego wstanie z łóżka w moim przypadku graniczy z cudem. A tu dyplom czeka, działanie działanie działanie, rysunki do narysowania, listy do wykreślenia i blog do pisania. 

Sama nie wiem kiedy nagle zrobiła się 23. Bez sensu.

Bardzo dobry remiks, jeszcze lepszej piosenki. Misia Ff, aka Misia Furtak, aka 1/3 Tres.B versus Bartek Szczęsny, męski pierwiastek Rebeki. Gdybym miała miliony monet, to EPka, z której pochodzi ten utwór, siedziałaby już w mojej płytowej walizce. Ona TAK NA MNIE PATRZY.

Okej. Przyznaję się do winy zawalania bloga notkami pozbawionymi sensu, a to chyba trochę oszukiwanie w kwestii codziennego pisania. Ale obiecuję poprawę, skoro dostałam nagrodę (łohohoho!), a ekshibizjonizm w internetach jest wręcz mile widziany. Jutro. 

20131125

bezsens

Jeżeli zupełnie nie masz ochoty pisać - zacznij to robić. Nastaw budzik na pół godziny i pisz. Pisz wszystko co przyjdzie Ci do głowy. W większości przypadków pół godziny wystarcza i po tym czasie nagle okazuje się, że pisanie nagle idzie samo. Wyczytałam to w pewnym wywiadzie poleconym na pewnym blogu. Oczywiście nie pamiętam co, gdzie i jak, ale może nikt nie posądzi mnie o plagiat. Bo w końcu przyznaję, że to nie mój autorski pomysł. 
Poza tym, pisze się najlepiej wyłączając wszelkie przeszkadzacze. Wychodzi na to, że należy pożegnać, fejsbuka, obce blogi, recenzje płyt i strony z repertuarami kin. Trochę mission impossible, ale czego się nie robi, żeby się skupić. Ideałem jest wyłączenie komputera i odcięcie się od świata. Coś w tym stylu przeczytałam u pana Witkowskiego, który w ten sposób pisał wszystkie swoje dotychczasowe wydane powieści i opowiadania. Brzmi prawdziwie, nieprawdaż?
Ale najtrudniej zawsze jest zacząć. Wymyślić pierwsze zdanie, postawić po nim kropkę. I dalej kontynuować myśl. Nie wiem, które z kolei jest przełomowe i po nim wszystko idzie gładko. Do sprawdzenia.

Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie zbyt łatwo. Wstałam bardzo wcześnie, jak na moje ostatnie dokonania to wprost w nocy. Udało mi się zjeść śniadanie i nie spóźnić na autobus. Przeżyłam małą euforię, kiedy nie wysiadłam na moim politechnicznym przystanku, za każdym razem kiedy jadę gdzieś dalej ją przeżywam. Pojechałam na drobne szkolenie z zakresu wentylacji i klimatyzacji, które nie wniosło do mojego życia nic poza kilkoma nowymi broszurami drukowanymi na najgrubszym dostępnym papierze kredowym. Bądźmy ekologiczni. 

Nie wiem, w którym momencie zaczęło być mi do niczego, ale myślę, że wykład ze Starożytnego Egiptu mnie po prostu dobił. Dlatego dziś posta nie będzie. Ten post to braku postu.

Aha, puenta: najtrudniej nie jest zacząć, a dobrze skończyć. A ja dziś nie umiem zakończyć nawet tego posta.

Pingwiny z Madagaskaru!



Może cudem się zdarzy, że są tu jacyś inni pingwini wielbiciele. Czy ktoś kojarzy odcinek, w którym w sercu Szeregowego zostało zasiane ziarno goryczy? Z tej okazji przywdział nawet na chwile hipsterski kapelusz i ironiczne okularki. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?


20131124

spacer niedzielny

Skończył mi się chleb, więc naprawdę musiałam wyjść z mieszkania. Pomimo tego, że zupełnie nie miałam ochoty przebierać się za człowieka. I pomimo tego, że aura była co najmniej nie sprzyjająca. No ale, czego człowiek nie robi z głodu. 

Po chleb wybrałam się dość okrężną drogą. Wysiadłam na Targu Siennym z 315 i przebyłam moją ulubioną szybką trasę spacerową. Przejściem podziemnym pod Okopową, później Długą, do Długiego Targu, pod Bramą Zieloną, w lewo na Długie Pobrzeże, dalej prosto Wartka, w lewo Karpia, Krosienka, Krosna i Rybaki Górne. Mniej więcej 3/4 tej trasy przegadałam z mamą przez telefon, jednak pech chciał, a może szczęście, że przed Rybakami zdążyłam skończyć rozmowę. 

Przed sobą widzę dwóch chłopców i zmieszaną laskę, mniej więcej w moim wieku. Dziewczyna szybko uciekła, młodziaki za bardzo nie wiedziały co mają zrobić. Odwracają się co i rusz, idą trochę niepewnie, trochę się zatrzymują, niby zawracają, ale w końcu jeden rzuca, całkiem szczerze ale pszę pana, ja się pana trochę boję, no! Drugi mrucze pod nosem pomorskie ale beka i już zwiewają co sił w nogach z piłką pod pachą. 

Nie wiem czym byłam omotana, ale nie od razu zauważyłam wspomnianego wcześniej pana. A widok to był dość niecodzienny. Facet zdecydowanie już nie w kwiecie wieku wychylał się z okna sypiącej się powoli kamienicy i krzyczy do ludzi. Trzecie piętro i machanie rąk w zdenerwowaniu. Dopiero kiedy kobieta idąca z naprzeciwka, parę metrów za młodymi, schyla się i podnosi niezidentyfikowane obiekty z jezdni i chodnika cała sytuacja powoli do mnie dociera. 

Oto Wściekła Żona Pana z Trzeciego Piętra postanowiła iść przykładem kilku reklam, które widziała kiedyś w telewizji i wyrzuciła za okno ubrania męża. Mąż nie chcąc pozostać dłużnym, chwycił za czarne kozaczki z eko skórki i też cisnął nimi na ulicę. A niech ludzie zobaczą jakie ładne ci kupiłem, a teraz ty mi tu awanturę urządzasz. A masz babo. A masz chłopie, a więcej pić nie będziesz. A później przypadkowa kobieta niosąca zakupy do domu zbiera te szmaty i wrzuca na klatkę. Bo Państwo z Trzeciego Piętra nie zejdą. 

Jakieś 50 metrów dalej hotel Mercure Hevelius i ąę zagraniczni goście. Naprzeciwko hotelu bar z sushi i jego modne wnętrze. Kolejne 50 metrów i świątynia konsumpcjonizmu, świąteczne ozdoby xxl i modne nastolatki. Naprzeciwko Jehowi z wózkiem pełnym ulotek - superbohaterowie XXI wieku, dziś trzech chciało mnie uratować. 

Proza życia.


20131123

rok później


Tuż po ukazaniu się płyty, późną jesienią, kiedy wszystko co ciepłe i miłe stało się tak odległe, że aż nierealne, nagle przypomina mi się o tych dwóch najlepszych miesiącach. Nie wszystko stracone, lato pojawia co roku i naprawdę za kilka miesięcy wróci. NAPRAWDĘ. Na razie słuchaj i niech przepełnia cię wiara w to, że kiedyś jeszcze będzie przepięknie i normalnie. Lato, lato, lato.


Ale później przyszło upragnione lato i te piosenki jakoś tak nie brały. Owszem, dla mnie to nadal był soundtrack każdego kolejnego dnia, jednak bardziej z przywiązania do konkretnych dźwięków, niż z głębszej potrzeby. A może w trakcie tych wakacji pełnych nowych bodźców, potrzebowałam czegoś tak dobrze znanego? Bo tak było bezpieczniej.



A teraz znów jest jesień. Znów ślęczę godzinami nad notatkami i projektami modląc się, by czas płynął odrobinę wolniej, bo się nie wyrabiam. Za oknem wiatr, deszcz i szczekające kundle, które starają się udowodnić mi, że wszystko co dobre minęło i teraz to tylko czekać na niechybny koniec świata. I w środku tej koszmarnej apokalipsy wyjmuję z kieszeni ipoda i włączam moją ulubioną płytę. Już pierwsze dźwięki Oaxaci poprawiają mi nastrój. 

Już wiem czym jest ta płyta. Ona nie pachnie latem. Ani tym, które było, ani tym, które dopiero ma nadejść. To płyta - wyobrażenie, która podsuwa mojej wyobraźni obrazki tak piękne, jak te z włoskiego Vogue'a. Owszem, tęsknię. Jednak to tęsknota za nieistniejącym. Za nocami pełnymi miłości, tańca i alkoholu, które nie mają końca i początku. To sen, nie może stać ci się nic złego. 
Zawsze czekamy na wakacyjny urlop z utęsknieniem, oczekując nie wiadomo czego, gwiazdki z nieba, księcia na białym rumaku i późniejszego seksu na plaży. W zamian dostajemy dwa tygodnie deszczu w Juracie, podstarzałych podrywaczy na motorach i sex on the beach serwowane w wyszczerbionych szklankach. I tak co roku. Ale czy mimo wszystko kiedykolwiek przestaniemy marzyć? Nie. I o tych marzeniach właśnie jest ta płyta.

Mam wrażenie, że gdyby ukazała się latem, straciłaby sporo. 




A teraz się ogarniam i nie piszę już o nic więcej. Aż do momentu, w którym ukaże się EPka. Spokojnie, mają chłopaki czasem taki zapłon, że może to potrwać długo. NAPRAWDĘ długo. 

20131122

randomowe linki

W tym semestrze jakoś tak dziwnie życie się układa, że mało piątków udaje mi się spędzić w Gdańsku. Ale nie żebym jakoś szczególnie cierpiała z tego powodu, wręcz przeciwnie. Niemniej dziś taki piątek nastąpił, więc siedzę w starym mieście portowym i próbuję dłubać w dyplomie (okej, nie oszukujmy się) sprzątam, piorę, a na koniec maluję paznokcie. 
I jako ten dzień jest zupełnie bez sensu, to taki też będzie ten post. Randomowe linki!

Po pierwsze piosenka.


Trochę już zapomniałam, jak bardzo Pharrellem jarać się potrafiłam, ale ta piosenka mi to w cudowny sposób przypomniała. I nawet na chwilę wyszło słońce! (a tutaj możecie obejrzeć wersję pełną, trwającą 24 h. 4REAL)

Po drugie, Wy też możecie pobawić się w projektantów. Na tej stronie możecie stworzyć swój własny, unikalny przekrój przez ulicę. Na pewno rzecz niezwykle dydaktyczna. Nudzi dopiero po jakiś 5 minutach, przynajmniej mnie. Ale na początku radości było sporo. 

Po następne: były już koty, które wyglądają jak pin up girls, czas najwyższy więc na to. Nie wiem czy to koty wyglądające jak faceci, czy w druga stronę, ale co za różnica. Ten tumblr udowadnia, że koty ZAWSZE wyglądają najlepiej. Z A W S Z E ! (Okej, może są dwa wyjątki gdzie musiałabym się mocno zastanowić ;) )

A po ostatnie, polecam ten filmik. Niby wiem, że telewizja kłamie, a wielkie amerykańskie produkcje to już w ogóle, jednak i tak musiałam zbierać szczękę z podłogi. Moje ulubione fragmenty, to te samochodowe, no aż w głowie się to wszystko nie mieści. 


Miłego popołudnia!

20131121

żarówka niczyja

Moje doświadczenie dotyczące życia w bloku jest dość ubogie.

  1. Do siódmego roku życia mieszkałam w kamienicy. Pamiętam niewiele, jednak sąsiadom kłaniamy się do dziś. Oczywiście o ile jestem z Rodzicami, bo w innym wypadku za diabła bym ich nie rozpoznała.
Za to mam klika doświadczeń "pożyczonych", zaobserwowanych.
  1. Moja Babcia mieszka w wieżowcu w centrum Lublina i przez większość mojego życia spędzałam u niej ogromną część wakacji. Za babciną ścianą mieszkają sąsiedzi, którzy z biegiem lat stali się najbliższymi przyjaciółmi Babci. 
  2. Większość moich koleżanek z podstawówki mieszkało na jednym blokowisku, więc wszystkie dzieciaki znały się od małego i do dziś utrzymują kontakt. A ja jak zwykle mieszkałam gdzieś indziej. #4ever_alone
  3. Moi Dziadkowie z Wło mieszkają na typowym polskim blokowisku z lat minionych. Stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że oni też należą do tej części starszych ludzi, którzy spotykają sąsiadów pod blokiem i przesiadują na ławce długie kwadranse, wymieniając się wspomnieniami z sanatoriów. 
  4. Na drugim roku studiów mieszkałam na blokowisku, gdzie dzieciarnia dosłownie roznosiła plac zabaw, matki spacerowały z innymi matkami, a pani w sklepie wiedziała wszystko o swoich klientach. 
W skrócie wydawało mi się, że mieszkanie w bloku jest nie najgorszą formą życia, szczególnie, że za ścianą zawsze są ludzie, z którymi dobrze jest żyć w zgodzie. Pomijam oczywiście przypadki ekstremalne i sąsiadki, które z policją nachodzą moją znajomą, bo klawiatura klika zbyt głośno. True story. Ja zazdrościłam moim koleżankom tego, że mieszkają tak blisko siebie, że dwa bloki dalej mieszkają ich babcie czekające z obiadem i że sąsiedzi są jednocześnie znajomymi. 

A później poszłam na trzeci rok studiów (i czwarty, bo nadal mieszkam w tym samym miejscu) i straciłam wiarę w ludzi. 

Zaczęło się od śmietnika. W zeszłym roku ustawa śmieciowa była dopiero szeroko komentowana i obwieszczana światu, jednak już wtedy na moim-nie moim osiedlu tylko jeden śmietnik nie był obudowany i zamykany. Z czystego lenistwa, ale i w pełnej nieświadomości korzystałam właśnie z niego, dopóki jeden pan, w dość nieuprzejmy sposób, zwrócił mi uwagę. Bo to nie mój śmietnik, a oni płacom, a ja wyrzucom. Nadal nie jestem w stanie zrozumieć wariactwa, które panuje tu z wyrzucaniem śmieci, pilnowania śmietników i powszechnego braku zaufania. Ale nie to jest najgorsze.
Drugi przejaw patologii jest tym najpoważniejszym, jednak również nie najgorszym. Pewnego zimowego poranka piłam herbatę i wyglądałam przez okno. To jedne z moich dwóch ulubionych "leniwych" czynności, więc można powiedzieć, że byłam oazą spokoju, kiedy zobaczyłam płot wyrastający za moim oknem. Blok naprzeciwko opłotowali. Nie wiem dlaczego i po co, osiedle jest na uboczu, raczej nikt obcy się tu nie zapuszcza. Bo i po co? Niemniej płot jest. Mało brakowało, a popłakałabym się nad tym przejawem ludzkiej głupoty, jednak byłam dzielna, przełknęłam łzy i udało mi się nie rzucić studiów. 
Później, już po tym jak spadło jakieś pół metra śniegu, a ziemia zamarzła na kamień, zostałam zrugana przez pewną panią o to, że depczę po trawniku. Bo ścięłam sobie drogę. Zaoszczędziłam jakieś dwa metry drogi kosztem biednej trawy. Zasikanej przez psy, pół metra pod moimi stopami. 
Preludium do najgorszego nastąpiło pół roku temu. To wtedy w niewyjaśnionych okolicznościach zginął nasz klucz od śmietnika. Bywa, nawet zdziwiłam się, że zaginął dopiero wtedy i do tego (nawet do dziś!) jedyny raz. Jednak od właścicielki zamiast "pójdę do sąsiadki i pożyczę" usłyszałam "w poniedziałek pójdę do spółdzielni poprosić o nowy". Okej. To co ze śmieciami? Nie było nawet rozpatrywania opcji pożyczenia klucza na chwilę. Stały do momentu, kiedy nowy przyszedł ze spółdzielni.

Najgorsze nastąpiło w poniedziałek. Przepaliła się żarówka na naszym ostatnim, trzecim piętrze. Nie obwijając w bawełnę, jest ciemno jak w przysłowiowej dupie, otwarcie zamka bez przyświecenia sobie telefonem jest po prostu niemożliwe. Szczególnie kiedy w jednej ręce trzymam torbę, w drugiej zakupy z Carfa, w trzeciej klucz, a czwartą sobie przyświecam. Ciekawe kto pierwszy się przełamie, ewentualnie połamie spadając ze schodów, i zatroszczy się o nowe oświetlenie. I ile to jeszcze potrwa.

To odrobinę przykre, że na piętrze, gdzie mieszkają jedynie dwie rodziny i to mieszkają tak obok siebie od lat i z tego co wiem mają dzieci w podobnym wieku, żarówka jest niczyja. Problem jest, wszyscy go zauważają, jednak jako że jest wspólny i "ktoś" powinien się nim zająć, nie zajmuje się nim nikt. 

Ja nie wiem dokąd zmierza świat. 

20131120

magiczne słowa


Trzy magiczne słowa: proszę, przepraszam, dziękuję oraz dzień dobry wieczór/do widzenia. Wpajane są wszystkim dzieciom już od przedszkola. Wszyscy mamy wbite pod czaszki, że babciom i ciociom na powitanie mówimy "dzień dobry!", prosimy o herbatę, przepraszamy za rozsypany cukier i dziękujemy za banknot na drobne wydatki. Na koniec całus w policzek razy trzy i grzeczne "do widzenia". Test zdany na piąteczkę, następnym razem kieszonkowe będzie wyższe, bo taki dobrze poukładany ten wnuczek/chrześniak. Ah, te maniery.

Od babcinych drzwi młodociany wzór cnót wszelakich popędzi do sklepu. 
- Paczkę Marlboro
W pociągu nie odezwie się ani słowem, otworzy tylko w pewnym momencie drzwi i usiądzie na wolnym miejscu. Później wysiądzie w ten sam bezszelestny sposób. Ulotkarzy i restauracyjnych naganiaczy na ulicy obejdzie szerokim łukiem. 
I nie zrozumcie mnie źle, to może być naprawdę grzeczny i miły człowiek. Tylko zachowuje dystans. Ale uwierzcie. Dużo lepiej odbiera się ludzi, którzy wchodząc do przedziału mówią "dzień dobry", a w sklepie potrafią użyć prostego "poproszę" i "dziękuję". Za niechcianą ulotkę też można podziękować. To naprawdę nie boli, a takie drobne uprzejmości potrafią przynajmniej trochę poprawić ten zimny i nieprzyjazny świat. 
No i należy się uśmiechać. Podobno dlatego, bo nigdy nie wiadomo kto w tym uśmiechu nagle się zakocha. A tak zupełnie serio, to przypadkowe uśmiechy na ulicy też na swój sposób naprawiają świat. I tego nie da się przecenić. 



Wasza prawie zawsze uśmiechnięta Esc, która jest żywym dowodem na to, że ludzie się w uśmiechach nie zakochują :P




Ten post jest zadedykowany pani z pociągu z poprzedniego posta-podróżnika. Zero "dzień dobry", "ja poczekam aż pani swoje rzeczy sprzątnie". Nawet pół przyjaznego uśmiechu. Za to rozkazujące "proszę ściszyć". Ja już wiem jak będzie wyglądało twoje piekło, kobieto zaczytana w pustym kalendarzu. 

20131119

przypadek?

W zeszłą niedzielę postanowiłam wybrać się na spacer nad morze. To wtedy dotarło do mnie, że będę tęsknić za Sopotem, ale dziś ten temat jest nieistotny. Może zdajecie sobie z tego sprawę, a może nie, ale dotarcie z centrum Gdańska do mojej ulubionej plaży w Jelitkowie jest dość czasochłonne i jeżeli podróżujemy tramwajem trwa około czterdziestu minut. Ale ja lubię tramwaje i być może właśnie to uratowało mi życie przedwczoraj. 

W zeszłą niedzielę zapalił się tramwaj, którym jechałam. Od początku zachowywał się dziwnie, jednak dotarcie nad morze było ważniejsze niż tramwajowa szarpanina. W pewnym momencie maszyna po prostu stanęła, a motorniczy, otwierając wszystkie drzwi (na środku pasa zieleni między dwoma ruchliwymi jezdniami), delikatnie zasugerował pasażerom natychmiastową wysiadkę. Pustemu już tramwajowi udało się odjechać i nie zatamować ruchu. Za sobą ciągnął smugę dymu. Tak mało brakowało, wcześniej stałam dokładnie w miejscu największego dymienia.

W tę niedzielę w Warszawie płonął wagonik metra. Podobno zupełnie nowy. Taki, jakim jechałam kilka godzin wcześniej. Nie chcę nic sprawdzać i czytać, bo wolę uniknąć palpitacji serca i jednego wielkiego MAŁO BRAKOWAŁO. Bo w niedzielę musiałam dostać się z Mokotowa na Centralny. Zadanie jest bardzo proste: hyc w metro/tramwaj, kilka minut i już widzę mój ulubiony dworzec. I już miałyśmy jechać metrem, ale przypadkiem postawiłyśmy jednak na tramwaj. 

Przypadek? Nie sądzę!

20131118

sztuka, choć bez entuzjazmu

Michael Jackson and Bubbles, zdjęcie stąd

Dawno nie byłam tak wściekła. A zaczęło się niewinnie.

Od połowy semestru, czyli dwa tygodnie temu, miały zacząć mi się wykłady z historii sztuki, jednak pan artysta nie raczył zaszczycić nas swoją obecnością. Dzisiaj, po trzech telefonach do dziekanatu okazało się, że wykład szczęśliwie się odbędzie, a jak głosi legenda warto na niego chodzić. I przyznam, że spodziewałam się najgorszego: dziś przez trzy godziny facet poględzi o prehistorii i antyku, za tydzień średniowiecze, później renesans, a na koniec barok i w piętnaście minut wszystko to, co było później. Każdy przedmiot ze słówkiem "historia" w nazwie tak wygląda. Początek zwiastował trzy godziny spędzone w kompletnych ciemnościach, a jeżeli do tego miały dojść wywody o Wenus z Willendorfu, to ja odpadam.
Wyobraźcie więc sobie moje gigantyczne zdziwienie, gdy po przydługim wstępie (tutaj ja i Lech Wałęsa, to ja i ambasador Izraela, to ja i słynny artysta...) moim oczom ukazała się Fontanna Duchampa, która stanowiła wstęp do wykładu o człowieku nazwiskiem Jeff Koons.

Nazwisko słyszałam pierwszy raz (tak mi się przynajmniej wydawało, w drugiej części wykładu przekonałam się, że jednak musiałam się z nim zetknąć), jednak kiedy zobaczyłam jeden z jego tworów wiedziałam, że to artysta którego muszę poznać. Dzieło, które zobaczyłam rozpoczyna dzisiejszy post. Tak. To Michael Jackson z małpą. Złoto, róże i sztuczność. Rzeźba przerysowana do granic możliwości. A to tylko początek. Do najdziwniejszych aktów sztuki należy cykl rzeźb i obrazów Made in Heaven. Wszystkim ciekawskim polecam, choć ostrzegam, że to twory przedstawiające artystę i jego żonę w pozycjach z Kamasutry. Można? Można. Artyści szokują, chcą to robić, żyją z przekraczania kolejnych granic i stawiania odbiorców w nowych sytuacjach. Taka jest sztuka.

jedna z prac z cyklu Made in Heaven, zdjęcie stąd

Być może widziałam zbyt wiele i zdążyłam poczuć o co chodzi w sztuce współczesnej. Choć początki były obiecujące - w pewnej berlińskiej galerii zwijałam się ze śmiechu patrząc na instalację ogrodową, złożoną z drabin, łopat, telewizorów, słoików wypełnionych tajemniczą cieczą. Zdarzyło mi się też zastanawiać nad sensem istnienia gapiąc się na niebieski prostokąt (o tym tutaj) i załamać ręce nad kompozycją z białych i czarnych kwadratów. Ale później zobaczyłam za dużo i zaczęłam to wszystko rozumieć. Nadal jestem w stanie przedawkować i wyjść z galerii płacząc ze śmiechu, jednak jest w tym wszystkim coś niepodważalnego: mam wielki szacunek do współczesnych twórców. Nie mam go za to za grosz do prawie wszystkiego co wytworzyli artyści do czasów baroku włącznie. Tak już jest.

Wróćmy jednak do wykładu, na którym padło mnóstwo mądrych słów i, ku mojej radości nie do zmierzenia, poruszony został problem kampowej estetyki, czyli świadomego kiczu, czegoś przerysowanego i ironicznego. I wyszłabym z tego wykładu przeszczęśliwa i wierząca w ludzi, ale nie.

Mam wrażenie, że byłam jedną z pięciu osób, które naprawdę chciały słuchać i wiedziały o czym szanowny pan doktor mówi. Bo dookoła non stop ktoś mamrotał pod nosem, że wstydzi się za świat, w którym żyje. Że 27 milionów dolców wydane na dzieło sztuki to jak w błoto, a ludzie na Haiti i w Afryce umierają. Że każdy mógł zamknąć stary odkurzacz babci z Ameryki w gablotce i obwieścić światu: OTO SZTUKA. Wstyd, hańba i plagi egipskie, świat schodzi na psy, a my czcimy wariatów. Jednak najgorsze dopiero miało nadejść, bo kiedy zobaczyliśmy zdjęcia wystawy zorganizowanej w Wersalu, prawdziwe krzyki dopiero się zaczęły. Bo Wersal taki piękny, Wersal taki stary, Wersal taki złoty, wow, uszanowanko. A rzeźby takie bezgustne, zamknięte w gablocie, a Maria Antonina na portrecie wisi na ścianie i bez większego problemu można ją pomacać (co oczywiście dozwolone nie jest, ale tak w gruncie rzeczy, to przecież rzeczy niemożliwych do zrobienia nie ma). A ona taka stara, taka cenna, taka uznana w świecie.
Moja przyjaciółka stwierdziła, że malarze najczęściej byli uznawani już po śmierci, współcześni nigdy ich nie doceniali. Nie jest to do końca prawda, jednak chcę zwrócić uwagę na coś innego.

Balloon Dog w Wersalu, foto stąd

Studiuję pieprzoną architekturę. Wiecie co robią architekci? Budują budynki. Rzeczy, które są wielkie i trwałe i nie stoją pochowane w muzeach, tylko widzimy je codziennie. To od tych budynków zależy jakość naszego codziennego życia, bo przyznacie, że przyjemniej pracować w stylowym nowoczesnym biurowcu dyskretnie wpisanym w historyczną tkankę miasta, niż w blaszanym baraku. Mówcie co chcecie, ale przestrzeń jest ważna. Architekci są bardzo odpowiedzialni za wszystko co nas otacza i gdzie przyszło nam żyć - powinni być obeznani w estetyce jak nikt inny. Powiedzcie mi zatem jak ludzie, którzy już na studiach, kiedy powinni kipieć od nietuzinkowych pomysłów, a głowy powinni mieć otwarte, zamykają się w estetycznym zacofaniu i za szczyt elegancji i dobrego smaku uważają Wersal, do którego dziś wyjątkowo się przyczepię. Szkoda, że nie widzą, że to taki sam kicz jak każdy inny, tyle tylko że przykryty warstwą kurzu zbierającą się od ponad trzystu lat. Mnie to zestawienie kiczu współczesnego i XVII wieku w ogóle nie oburza, wręcz przeciwnie, pociąga i zachwyca. Przez tak drastyczny kontrast jaki wytworzył się między dziełami Koonsa a pałacowymi wnętrzami obydwa zjawiska przemawiają do nas bardziej. To tak jak piramida Peia przed Luwrem. Czerń jest zawsze czarniejsza przy bieli, a starość nabiera jeszcze więcej lat zestawiona z młodością. Kontrasty nie obrażają, ale podkreślają różnice i wydobywają coś, co często trudno dostrzec.

Wygodnie jest założyć sobie klapki na oczy i oceniać świat według prostego wzoru: sprzed II wojny światowej - dobre, po wojnie - złe. Szkoda, że nikt z nami na ten temat nie rozmawia, bo jak by nie patrzeć, w naszym zawodowym życiu przyjdzie nam zmierzyć się z problemem dziedzictwa lat powojennych. I ciekawe co wtedy.

Z kim ja studiuję.


20131117

co ja słyszę?! /jeszcze więcej pociągu/

Kilka razy zdarzyło mi się słuchać muzyki razem z kimś, bo słuchawki "kogoś" grały zdecydowanie zbyt głośno. Czy było mi z tym źle? No czasem tak, bo trudno trafić na człowieka, który słuchałby muzyki w moim odczuciu dobrej. Jednak to on głuchnie, więc nic mi do tego. Jeżeli zdarza się to w komunikacji miejskiej - spoko, jadę krótko więc wytrzymam. Ewentualnie pośmieję się z dźwiękowych wyborów współpodróżnego. A później wysiądę i zapomnę o całej sprawie. 

Nieco inaczej sprawa wygląda w pociągach. Z uwagi na panujący hałas zazwyczaj niewiele słychać z tego czym czas umilają sobie inni pasażerowie w przedziale. Z resztą na dłuższych trasach (czyli w sumie zawsze) sama zakładam słuchawki i próbuję umilić sobie czas podróży ulubionymi płytami. Sama nigdy nie zastanawiałam się czy to czego słucham komuś przeszkadza czy nie. Zawsze wychodzę z założenia, że pokonywanie długich tras w, nie oszukujmy, wiecznie zawodzącym PKP, wymaga od pasażerów dużo tolerancji. Także do współpasażerów.


Tutaj pojawia się mój bulwers. W pewnej chwili pani, która siedzi obok mnie (tak, obsmarowuję ją w czasie rzeczywistym, taki ze mnie podlec) poprosiła mnie o ściszenie muzyki w moim ipodzie. Nie wiem czym jej Rebeka zawiniła, jednak trochę zszokowana przykręciłam głośność dość ostro. Więc teraz słyszę głównie pociąg, szmery rozmów za mną i Piotra Fronczewskiego czytającego którąś z części Harrego Pottera. Tak, ktoś słucha nagrania zupełnie głośno. Książkowy dj bez słuchawek. (Ciekawe, że tego moja sąsiadka nie uciszy...) A ja mam fetysz słuchania muzyki, więc takie ciche brzęczenie doprowadza mnie do szału. Choć z drugiej strony lepiej słuchać jakkolwiek niż tępo gapić się w fotel przede mną. 
Gdzie w pociągu leży granica tego co można, a gdzie wyraźnie trzeba powiedzieć stop? Wiele razy zdarzyło mi się jechać z człowiekiem, którego stopy pierwszej świeżości nie były, jednak dumnie leżały bez butów na siedzeniu. Jeździłam z nadpobudliwymi dzieciakami i ich babciami, nastolatkami trzepiącymi wódę i z panami, z których wczorajsza suto zakrapiana impreza parowała wprost na mnie. Lekko nie jest, kto mówił, że w pociągu będzie miło i pusto? 
Mnie się zawsze wydaję, że tych parę godzin to tylko etap przejściowy i zaraz po wyjściu z wagonu wszystko odpłynie w niepamięć. Za to każde zwrócenie uwagi przez obcego człowieka, nie ważne w jak bardzo przyjacielski sposób sformułowane, pozostawia jakiś niesmak i napięcie. Bo pani jest lepiej, a mnie wcale. 
Żadna trasa nie jest na tyle długa, żeby psuć innym nastrój.


Zupełnie nie podoba mi się powrót do rzeczywistości. Rzeczywistość jest zimna, wieje, pada deszczem i kazała mi wstać jutro rano i iść na politechnikę. Paskuda!

20131116

Sverige! vol.2 aka James Blake@Berns

Miłość do tego Pana wyznawałam już kiedyś na blogu (chociażby tu), wyznawałam też mój wielki ból połamanego serca (o tu). James Blake. Miłości moja bezgraniczna. Kiedy wydawał swoją pierwszą płytę, ujmował świat (i mnie) smutnymi piosenkami o uczuciach, doprawionymi basami łamiącymi nie tyle serca, co żebra. Wydanie drugiej płyty tylko utwierdziło świat w przekonaniu, że oto stoi (i śpiewa) przed nim jeden ze zdolniejszych muzyków młodego pokolenia. Ochów i achów nie ma końca, hipnotyzująca muzyka Brytyjczyka zdobywa cały czas coraz to nowych fanów, a koncerty wyprzedają się dość szybko.
A teraz krótki test. Czy byłabym sobą, gdyby termin mojego wyjazdu do Sztokholmu nie pokrywał się z terminem koncertu Blejka w szwedzkiej stolicy? Hue hue hue, cytując klasyka. Moi rodzice zawsze dziwią się, kiedy z kieszeni wydobywam najgłębiej ukrywane ostatnie zaskórniaki i biegnę z entuzjazmem na koncert odbywający się w okolicy miejsca, w którym akurat przebywam. I pomimo tego, że na ten koncert zaskórniaków wyjąć musiałam wyjątkowo dużo, to było warto. Niektórzy łowią ryby, inni grają w kosza, ewentualnie zbierają książki o Tatrach. Ja chodzę na koncerty. Hobby jak każde inne.

Już samo wejście do sali, w której odbywał się koncert, zwiastowało niezwykły wieczór. Weszłam do budynku, który ma pierwszy rzut oka wyglądał dość... tymczasowo, a wewnątrz zobaczyłam historyczną salę ze sztukateriami, malowidłami i trzema gigantycznymi żyrandolami. XIX wiek pełną gębą. Musiałam wyglądać wyjątkowo idiotycznie stojąc tak na środku pomieszczenia i zbierając szczękę z podłogi, kiedy całkiem zrelaksowani ludzie dookoła popijali czerwone wino. Wybaczcie mą zaściankowość, nie przywykłam do takiego prestiżu. U nas kultowa jest Warszawska Stodoła (kojarzycie?), w porównaniu z Bernsem wypada... Powiem tak, nazwa jest bardzo adekwatna.
Przejdźmy jednak do muzycznych doznań. Przystawką tego wieczoru był jakiś anonimowy (przynajmniej dla mnie) dj. I tak jak, wydaje mi się, potrafię docenić ciężką pracę pana/pani z winylami i i jej wybrzmiewające efekty, tak tym razem było naprawdę... nieporywająco. Nie ma więc w czym się rozsmakowywać i rozpisywać i najlepiej będzie przejść od razu do dania głównego.
W skrócie - było fenomenalnie. Wokalnie bajka (bo uważam, że dwa lata temu można było mieć zastrzeżenia), nowy materiał cudownie brzmi połączony z tym z debiutu i wcześniejszych epek, cały zespół jest świetnie zgrany i po prostu brzmi dobrze. Świetne było też nagłośnienie (szkoda, że w Bernsie nie mogę bywać częściej) - basy łamały żebra, słyszałam każdą najcieńszą warstwę granych utworów. I otarłam się o granicę bólu. Tak, było bardzo głośno, prawdopodobnie to nie najlepiej dla moich biednych bębenków, no ale co zrobić. Poszczęśliwiłam się słysząc Lindisfarne i CMYK, wzruszyłam przy Retrograde i A Case of You i udało się nawet odrobinę potańczyć przy Voyeurze. Przy ostatnich dźwiękach The Wilhelm Scream myślałam, że lepiej już być nie może. Ale tak jak po każdym dobrym daniu głównym musi być deser, tak i teraz nie zabrakło czegoś na osłodzenie końca koncertu.
Na deser - bis z zagranym genialnym Measurements. Udało się za trzecim razem. Dlaczego? Zagranie utworu wymagało od publiczności zachowania kompletnej ciszy - piosenka składa się ze stopniowo warstw wokalu. A jako że mikrofon łapie za dużo (o czym można było przekonać się w trakcie koncertu - w trakcie grania wielu utworów fanom udało się "wprosić" do piosenek i ekstatyczne krzyki było słychać zbyt często) to i Cholerny perfekcjonista. Ale warto było chwilę się pomęczyć, bo efekt zwalał z nóg. Cudownie było słyszeć jak utwór oparty tylko i wyłącznie na wokalnych ścieżkach powstaje na żywo. I jak brzmi.
No cóż, lifetime event.

a tak to mniej więcej wyglądało


Wiem, że prawdopodobnie robię się nudna ciągle powtarzając formułkę o przeżyciu życia i koncercie, który zapamiętam do dnia śmierci. Nic na to poradzić nie mogę, ten rok po prostu obfituje w muzyczne przygody na najwyższym poziomie.



Dzisiejszy margines brzmi tak: jeżeli wszystko dobrze poszło (czyli margines jest opublikowany i właśnie go czytacie), to od czwartku posty publikują się automatycznie, a ja dziś dotarłam do Waw i świętuję, bo znowu wylądowałam na koncercie takiego jednego zespołu, którego nazwa pada na tym blogu częściej niż moje jęki związane ze studiami. Jutro powinnam zawitać do Gda i wszystko powoli wróci do normy. O ile to wszystko w ogóle normą da się nazwać.

20131115

na półmetku

Połowa listopada, wpis numer 15, a ja mam wrażenie, że wyzwanie zaczęłam dopiero wczoraj. Serio. Myślałam, że na codzienne pisanie nie mam czasu, jednak jak do tej pory (poza kilkoma gorszymi dniami i jednozdaniowymi wpisami) dzień po dniu udaje mi się wygospodarować chwilę, żeby coś napisać. Mam jednak wrażenie, że tych chwil robi się niebezpiecznie dużo. Bo kiedy ja przyspieszyłam, świat jakby przystopował. Codziennie aktualizuję bloga, notki piszę w kilku podejściach, więc pulpit nawigacyjny bloggera widzę mniej więcej miliard razy dziennie. Jeśli nie więcej. A na tle mojej nadaktywności normalne zachowanie internetów i blogów, które śledzę wygląda co najmniej... słabo. Być może śledzę złe blogi (zdarzają się takie, które aktualizowane są raz na tydzień albo i rzadziej), ale problem najprawdopodobniej tkwi w innym miejscu. Codzienne pisanie przywiązało mnie do internetów, uzależniło jeszcze bardziej. Jednocześnie pisanie powoli sprawia mi frajdę nie do wyrażenia. Jakoś te dwie rzeczy muszę pogodzić, zostały mi dwa tygodnie, sporo czasu.

Czas coś zmienić. 

20131114

estetycznie

Kilka dni temu zostawiłam tutaj tę piosenkę bez żadnego komentarza. A raczej z komentarzem sugerującym, że życie jest bardzo złe. Więc jeszcze raz, w końcu to ładna piosenka.


A teraz nowa nowość, towar z dziś.


Podobieństwo tych dwóch obrazów rzuciło mi się w oczy od razu. Dwa cudownie piękne obrazy, które cieszą moje oczy. Tyle szczęścia. Zrobiłam się jeszcze szczęśliwsza kiedy okazało się, że się nie pomyliłam i teledyski naprawdę wyszły spod rąk tych samych ludzi! O ile to w ogóle ma sens co powiedziałam ale czujecie o co chodzi. Tak czy inaczej, przechodząc do sedna sprawy: za pięknymi obrazami sprawiającymi, że słuchanie Bokki i Dawida staje się jeszcze przyjemniejsze, stoi duet Pani Reżyser i Pana Operatora - Psychokino. Na swoim koncie mają jeszcze jeden teledysk <ten> i jedną postprodukcję <>.
Warto ich śledzić, robią piękne rzeczy i będą wielcy.
O Psychokinie więcej na ich stronie internetowej i facebooku.

Takie to cudowne doznanie estetyczne na dziś.

20131113

obraz na dziś: IKB 48

Skoro wczoraj pojawił się temat obrazów, SZtuki przez duże SZ i milionów monet, dziś zrobię coś co chciałam uczynić od dawna. Opowiem Wam o moim ulubionym artyście. 

IKB 48, Moderna museet, Sztokholm

Tak. To jest obraz. Podejrzewam, że mogę wyobrazić sobie Waszą pierwszą reakcję, bo moja była podobna. Stoję w wielkiej galerii sztuki (akurat wtedy było to słynne Centrum Pompidou), a przede mną wisi spore niebieskie płótno. Przez ostatnie dwie godziny patrzyłam na przedziwne twory i nabawiłam się pewnej znieczulicy na SZTUKĘ, jednak ten sprawia, że zatrzymuję się na dłuższą chwilę. Najpierw nie wierzę, że ten wielki błękit to naprawdę dzieło, wydaje mi się, że to jakiś nieśmieszny żart, a za chwilę zza ściany wyskoczy ekipa telewizyjna i wykrzyczy "MAMY CIĘ". Nic takiego jednak się nie dzieje, a ja coraz bardziej zatapiam się w kolorze. Bo ten błękit jest niezwykły. Niesamowicie intensywny, wciągający. Zaskakujący. Piękny.
To niecodzienne dzieło podpisane jest nazwiskiem Yves Klein, tytuł to tajemnicze IKB 3.

Yves Klein urodził się we francuskiej Nicei jako syn pary malarzy. Napiętnowany od samego początku. Podejrzewam jednak, że nikt z rodziny, nawet w najśmielszych marzeniach, nie spodziewał się jak wyjątkowym artystą zostanie Klein - syn. Wyrósł z niego artysta intermedialny, zainteresowany nie tylko malarstwem, ale także rzeźbą, tworzeniem instalacji, fotografii, scenografii teatralnych i filmowych. Napisał również kilka tekstów dotyczących sztuki i stworzył... symfonię!
Zasłynął jako pierwszy twórca monochromów i do dziś jest z nimi najbardziej kojarzony. Te najsłynniejsze? Błękitne właśnie. Niebieski w ogóle był ulubionym kolorem artysty, co więcej, niebieskie prace tworzył przy użyciu koloru wyrabianego i opatentowanego przez siebie - International Klein Blue. Tubka tej farby to jedno z moich największych "chciejskich" marzeń, choć nawet nie wiem czy można takie dobro gdziekolwiek kupić. 

Klein żył krótko, zdążył jednak w pewien sposób zrewolucjonizować sztukę i jej postrzeganie. Jego obrazy można podziwiać na całym świecie, więc następnym razem będąc chociażby w Paryżu, Rzymie, Sztokholmie, czy w Wiedniu wstąpcie do najbliższego muzeum sztuki i spróbujcie stanąć oko w oko z jednym ze słynnych IKB


Na filmie: Artysta, fragment Monotone Symphony, IKB oraz performance - powstawanie jednego z obrazów z cyklu Anthropometries: zamiast pędzli - kobiety wysmarowane niebieską farbą zostawiające odciski na płótnie. Tyle szczęścia.

Więcej dzieł możecie obejrzeć <TUTAJ>.

Prawdopodobnie zachwycanie się monochromami jest dość daleko posuniętym wariactwem i nie do końca dobrze postrzegane jest przez społeczeństwo. No trudno. Co dokładnie ujmuje mnie w monochromach Kleina? Przede wszystkim wspomniany wcześniej kolor, który jest tak intensywny, że wydaje się jakby chciał wciągnąć oglądającego do środka. Przy dłuższym wpatrywaniu się, mnie przypomina bezkres oceanu, tak pociągający i fascynujący...

Okej, pogrążam się. Dziękuję, dobranoc.

PS Nie spodziewałam się, więc tym bardziej jest mi miło, tylu słów wsparcia pod ostatnim postem! Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna ♥