20130115

piosenki o smaku lata

Za oknem śniegu po kolana (no dobra, po kostki, ale miało być bardziej dramatycznie), na uczelni najgorętszy okres, przestałam sypiać, a moje myśli zamiast być tu i teraz, słup i żebro, stal i beton, sierp i młot, mają tendencję do zagalopowywania się.
Jak to kilka dni temu moja ulubiona Pani - Radiowiec stwierdziła, skoro już po Świętach, powinno nastąpić lato, ciepło, miło i koncerty w plenerze. Jak tu się nie zgodzić?! Więc żeby:
a) oderwać się na chwile od tych wszystkich rzeczy, których nie rozumiem
b) przypomnieć sobie co to jest lato i z czym się je jada
c) ParanoJa miała co czytać*.
Piosenki, które smakują latem. Jak truskawki prosto z krzaka, zapiekanki z wild bean cafe, rozwodnione piwo i zupa owocowa.


Lykke Li, Little Bit. To dosyć zabawne bo, w przeciwieństwie do większości społeczeństwa, nie mam nic do poniedziałków. No po prostu są. Czasem lepsze, czasem gorsze, niemniej zawsze w trakcie weekendu jakoś pozbierać się do nich zdążę. Nienawidzę za to niedziel. Świadomość tego, że zmarnowałam całą sobotę, a jedna niedziela nie starczy mi na nadrobienie całotygodniowych zaległości, zawsze mnie przeraża. Do czego zmierzam? Nie mam pojęcia dlaczego, ale dla mnie ta piosenka jest zawsze kojarzona z niedzielą. Leniwą i letnią, około godziny 8, kiedy słońce świeci już jak szalone, ale cały świat dopiero budzi się do życia. Jest cicho i spokojnie, jeszcze nie czuję presji tygodnia. Tak czy inaczej. Lato w pełni, słoneczny, ciepły lipiec.


Florence + The Machine, Heartlines. Nie wiem czy to kwestia tych bębnów na początku, chóralnego śpiewania i klaskania, czy szybkiego tempa. Za każdym razem kiedy mój ipod zaserwuje mi Heartlines czuję lato. Festiwalowe lato. Hektary trawy pokryte plastikowymi kubeczkami, wspomniane rozwodnione piwo, kilometry które codziennie przemierzam wędrując od sceny do sceny, wschody i zachody słońca, piekielny upał przechodzący w koszmarne zimno, tłumy ludzi dookoła mnie, pająki rezydujące w namiocie, ciepły prysznic o 5 rano...


A skoro już mowa o festiwalach... Foals, Spanish Sahara. To nie jest wybitnie letnia piosenka. Śmiem nawet twierdzić, że dla zwykłego słuchacza może być nawet zimowa (teledysk!), ale co tam. Tutaj wchodzi magiczne skojarzenie (wpadłam na nie dzięki wpisowi u Panny Darcysi). Hiszpańska Sahara to po prostu lipiec 2011 i esc, która stoi w tłumie, leje się na nią woda z nieba, jest przemoczona tak że bardziej się już nie da, ale bez dwóch zdań, nigdy nie była aż tak szczęśliwa.

-- W tym przykrym momencie dotarło do mnie, że jest prawie 21.00, a ja w przysłowiowym lesie. Reszta będzie w momencie kolejnej słabości. --


wiem że już dawno "poniewczasie", ale lista internetowych miejsc, które odwiedzam i polecam, już prawie mi się skrystalizowała
* tak, zdaję sobie z tego sprawę, że nikt inny nie przebrnie

1 komentarz:

  1. Ostatnio kilka osób mnie podlinkowuje - dzięki! Nabijacie mi statystyki. Teraz dodatkowo - z okazji nowego wpisu - założyłam blokera, więc statystyki tym bardziej skaczą. :D

    Muzyka zupełnie nie moja, ale jak tak sobie czytam i czytam, to tak już bym chciała lata, jakiegoś festiwalu, jakiegoś wyjazdu. No cóż... Muszę zadowolić się styczniowym Afryka Reggae Festiwalem, przynajmniej na razie.

    A w ogóle to też nie cierpię niedziel, nawet jeśli poniedziałki mam wolne. :P

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)