20130513

the golden age is (SO NOT) over

W sumie miałam nie pisać i wyjść z założenia, że zdarzenia minionego weekendu to jakaś obca galaktyka w bezczasie... No ale skoro miałam ogromne zaległości w blogosferze (kto by pomyślał, że tacy się wszyscy aktywni nagle zrobią!) i spędziłam na bloggerze już tyle czasu...

Plan był taki, że wyjeżdżam w sobotę rano do domu, a w niedzielę jem rodzinny obiad (osiemnastka siostry, po prostu dzikie party hard z rodziną) i od razu pakuję się w pociąg. I plan ten zacny obowiązywał aż do 17.15 w sobotę. Bo wtedy resztki mojej spontaniczności krzyknęły: Jedziemy na Free Forma. I tak oto, dwie godziny później byłam gdzieś pod Łodzią w samochodzie mojej przyjaciółki i pędziłyśmy ile fabryka dała do Warszawy. Z całej tej spontaniczności wyszedł wyjazd bez biletu (jeszcze raz dziękuję światu za to, że ludzie postanowili nie przyjść i nie wykupić wszystkich ♥) a później kluczenie po Pradze (polecam, wasza esc.) i jeden z najlepszych koncertów na jakim kiedykolwiek byłam.
Pomimo tego, że główną gwiazdą wieczoru była Azealia Banks (a oto ona), jak dla mnie nie zachwyciła. Fakt, wokalnie i wizualnie było spoko, w ogóle było bardzo spoko, udało mi się potańczyć, pośpiewać parę refrenów, ale czy koncert trwający 45 minut (jak do tej pory nie wydała płyty, więc w sumie tak krótki koncert powinien być zrozumiały) mnie zaspokoił? Nie. Wyszłam bez poczucia niedosytu, a to niedobrze.
Przejdźmy jednak do wspominanego koncertu życia (dobrze, że średnio co pół roku taki przeżywam, a w wakacje to potrafię nawet kilka w ciągu 4 dni. pogratulować, bez kitu). Właściwie to pojechałam na FFF żeby zobaczyć Woodkida, nikogo więcej. To taki pan, który zaczął od kręcenia teledysków (na przykład takich) (tak, specjalnie go wybrałam) aż pewnego dnia postanowił spróbować swoich sił w muzyce. I dobrze zrobił (takie to smutne klimaty). A jak koncert? Nie ma nic lepszego niż poczucie, że entuzjazm który masz w sobie podziela nie tylko tłum dookoła ciebie, ale także artysta. W życiu nie pomyślałabym, że na koncercie Woodkida będę skakać razem z tłumem. Więcej, nie pomyślałabym że artysta z radości wskoczy na plecy koledze z zespołu i w ten sposób poskaczą razem. (Bo o cudności wykonania wszystkich piosenek, to po co ja będę pisać)
No i te dęciaki (MRRRR... :D)

A teraz powinnam zabrać się ostro do pracy i te rzeczy. HAHAHAHAHAHAHAHA!



3 komentarze:

  1. No to nie zazdroszczę tych prac w grupach. Ja bym się zamęczyła! Niestety, mój pech w tym zakresie wynika z tego, że ludzie są poorganizowani w grupki, które się kumplują i rotacyjnie robią ze sobą wszystkie zadania. Ja w żadnej takiej grupie nie jestem, dlatego zawsze muszę liczyć na to, że ktoś będzie bez pary. Najczęściej tymi bez pary są te same osoby, co działa niestety na niekorzyść, bo najczęściej nie możemy się dogadać...

    OdpowiedzUsuń
  2. A co do postu-matko, zazdroszczę przygody! U mnie ta sama nuda, co zwykle...Cieszę się, że spędziłaś tak wspaniały czas.
    Pozdrawiam, trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm, bardzo dziękuję za rady. Niestety, z natury nie jestem raczej taką osobą, która się angażuje w rzeczy typu te olimpiady, konkursy, targi, o których pisałaś...zresztą w moim mieście jest już grupa wolontariuszy na takie okazje, która jak już się angażuje, to łatwo nie odpuści i niechętnie otwiera miejsce na nowych. Ale poszukać mogę, zobaczę.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)