20130731

pod nogi




Dobrze jest czasami spojrzeć pod nogi. Złapać równowagę i dystans. Im bardziej żyję, tym bardziej czuję, że mam gdzie pod te moje nogi patrzeć. A jak już pod nie spojrzę, to mogę zwrócić się do nieba i lecieć dalej.
Nagle zrobiło się całkiem ciemno, czas zostawić trawnik i spadające z drzewa jabłka w spokoju. 
No właśnie, czas się pakować.

Wybaczcie śmietnik na blogu i ogólną pustkę, nagle poczułam chęć zmiany. Jednak zmiana nie wyszła tak jak chciałam i teraz o, wszystko musi poczekać, aż wrócę z głową pełną pomysłów.

20130726

szajn brajt!



Jestem złym i zmęczonym człowiekiem, a w dodatku (byłam) zajętym. Jednak dziś dopadły mnie wyrzuty sumienia. No i zdałam sobie sprawę, że za chwilę będę chciała pisać o moich wrażeniach po następnych festiwalach, a nie rozprawiłam się jeszcze z minionym. Cóż za niedopatrzenie! W takim razie jeszcze chwilę ponadrabiam open'erowe zaległości. Przed Państwem nieszczęsna, świecąca milionem monet  diamentów, Rihanna! I jeszcze dwa dodatki. (Ostrzegam, jest przydługo, ale za długo tłumiłam w sobie emocje. Wirtualny medal z ziemniaka, dla wszystkich którzy to przeczytają!)



Open'er to w tym roku nie tylko cztery dni wypełnione koncertami gwiazd, które rozgrzewają małe czarne serca alternatywnej młodzieży. Edycja 2013 została wzbogacona dość ciekawymi gratisami, które rozciągnęły festiwal do aż 6 dni, a sam pobyt na polu namiotowym do tygodnia (o zgrozo, moje biedne plecy). Nie wiem czy Alter Art miał w tym roku problemy ze sprzedażą całej puli biletów (w co jednak wątpię), czy po prostu tak bardzo nas kocha (tak!), faktem jednak jest, że w ramach czterodniowego karnetu z polem namiotowym, miałam zapewnione dwa dodatkowe koncertowe dni.


Po pierwsze - wtorek. Zawsze było i pewnie będzie tak, że zanim festiwalowe wrota zostaną otwarte, a nasze stópki popędzą przez dziesiątki hektarów trawy, otwierany jest najpierw camping. Rozbijamy namioty, integrujemy się z sąsiadami, ewentualnie jedziemy na sopocki bifor. Taki mały dzień na aklimatyzajcę i pogodzenie się ze spartańskimi warunkami. W tym roku nie było nam jednak dane przetarcie Monciaka naszymi już lekko przykurzonymi butami. Na pole wjechał autobus RedBulla w jedynym słusznym celu.
W tym momencie może wtrącę jak bardzo byłam nieszczęśliwa, kiedy lineup został zamknięty i nagle okazało się, że brakuje tam pewniaka pewniaków (nie, nie tylko mojego) w postaci Kampu. Trochę to dziwne, zważywszy na to, że każdy polski zespół z kręgu szeroko pojętej muzyki alternatywnej, po wydaniu płyty pojawia się na którejś ze scen rozrzuconych po gdyńskim lotnisku. A dodając do tych ogólnych oczekiwań moje psychofańskie zapędy, pewnie domyślacie się jak wielka rozpacz pojawiła się w moim zimnym sercu. Smutek ogarnął mnie w prawdzie wielki, jednak radości, jakiej wybuchu doświadczyłam w chwili, gdy RedBull ogłosił artystów występujących na ich małej obwoźnej scenie, nie da zmierzyć się prawdopodobnie w żaden sposób. Już chyba domyślacie się jak rozpoczęłam tegorocznego open'era. Koncertem Kampu właśnie. Jak było? Chłopaki grają świetnie - nie można tego nie zauważyć. Lata koncertowania i szlifowania swoich umiejętności jeszcze przed wydaniem debiutanckiego krążka zrobiły swoje, to jedno. Wspaniałą rzeczą jest również to, że cały czas się uczą. To widać gołym okiem, nawet jeśli widzi się ich średnio co miesiąc, góra dwa. Z występu na występ serwują coraz większą dawkę energii, jednocześnie odbierając jej mnóstwo od fanów (fanek;) ) stłoczonych pod sceną. W skrócie, bo nie ma co przedłużać (właśnie poczułam, że znowu chyba chcę iść na rekord długości wpisu) - było ekstra, chcę więceeeeeeeeej! Pozdrawiam też namiotowe sąsiadki, nie zintegrowaliśmy się z Wami, jednak codziennie słyszałam, że jednak z Was została Kampową psychofanką. Nie kochanie, TO MOJA FUCHA.
To był bifor.

Po tym przydługim wstępie o zespole na K (sama już nie mogę siebie słuchać, ale jakby ktoś wpadł tutaj i był niezorientowany, może poczytać o nich na tym blogu w wielu miejscach, naprawdę wielu) - czas na after. Niedziela. Jeszcze dwa lata temu niedziela była regularnym dniem festiwalowym, więc może dlatego dodatkowy dzień przyjął się w mojej świadomości bez większych problemów. Przyjął się dobrze tym bardziej, że koncert supportujący wielką gwiazdę zaczynał się dopiero o 20 - mieliśmy cały dzień na plażing, smażing i czytanie Bravo Girl (serio jeszcze to wydają, byłam w szoku! w końcu mogę nadrobić nieczytanie tej pięknej gazety w dzieciństwie!) na sopockiej plaży. Żyć, nie umierać moi drodzy, naprawdę! Ale przejdźmy do konkretów.
W roli supportu pojawił się Dizzee Rascal. Jeszcze 2-3 lata temu szalałabym w pierwszym rzędzie, dziś mi przeszło, więc skaczącego po scenia Dizzeego i kumpli oglądaliśmy z daleka, delektując się kiwi w czekoladzie już niestety po raz ostatni. Ten koncert opóźniony był o niecałe 15 minut, czyli mieścił się w granicach zdrowego rozsądku i festiwalowych realiów. Potrwał godzinę, więc około 21.15 zaczęło się wielkie oczekiwanie.
Przesadziłam z tą wielkością? Nie sądzę. Pomimo tłumów regularnych festiwalowiczów (dla posiadaczy karnetów czterodniowych niedzielny koncert był "gratis") widać było mnóstwo ludzi, którzy przyszli specjalnie na koncert. I to widać z daleka ich było. Takich tłumów dzieci Babie Doły jeszcze nigdy nie widziały. Na koncert Rihanny przybyły całe rodziny. I w pewnym sensie było to miłe. Zwyczaj chodzenia na koncerty dopiero się rodzi w naszym kraju, więc tym bardziej miło widzieć najmłodsze pokolenie, które chce poznawać uroki odbierania żywej muzyki.
No właśnie. Pojawiło się słowo - klucz. Żywa muzyka. Bo kiedy muzyka jest tak naprawdę żywa? Co jest ważne na koncercie? Sama obecność gwiazdy? Usłyszenie ulubionych piosenek i największych hitów porywających tysiące ludzi? Emocje towarzyszące śpiewającej i słuchającym? Wokalne popisy? Szaleni gitarzyści i ich rozbudowane solówki? Jesteście moją ulubioną publicznością? Show? Tancerki? Sztuczne ognie? Wizualizacje? Kolorowe stroje?
Tyle recenzji koncertu Rihanny ile odpowiedzi na moje pytania. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wystarczy poczytać recenzje fanów na stronie rihannadaily.pl. Co tu dużo mówić, oni byli zachwyceni. Możliwościami wokalnymi, uśmiechami i pozdrowieniami, całą oprawą wizualną. Przez wszystkie recenzje przewijają się wielogodzinne oczekiwania i łzy radości przy pierwszych dźwiękach rozpoczynającego się koncertu. Wszystkie opisy łączy też coś innego: wylewanie nienawiści na "hejterów". Czyli że na mnie niby. Okej dziewczątka, nieładnie.
Co zabiło ten koncert (poza wszystkim tym, o czym zaraz napiszę)? Przede wszystkim porównania. Pomimo tego, że koncert nie należał już do festiwalu i odbył się po jego oficjalnym zakończeniu, to odbywał się na głównej festiwalowej scenie. Więc stałam w tym samym miejscu, w którym nie wierzyłam w rzeczywistość na koncercie Blur i płakałam przy Arctic Monkeys. Za moimi plecami majaczył namiot, gdzie zakochałam się w Rebece i Devendrze. Pod stopami miałam ten sam trawnik, po którym biegałam nocami modląc się, by nie połamać nóg. Cała przestrzeń była pełna naprawdę żywych i jeszcze gorących przeżyć. A to wszystko przy popowych dźwiękach rodem z Eski. I nagle, jak to pięknie ujęła moja kumpela, fonia przestała zgadzać nam się z wizją. Nasze zmęczone mózgi przestały składać rzeczywistość do kupy. Byliśmy zbyt na świeżo z fantastycznymi doznaniami, więc nikogo dziwić nie powinno, że raczej mierny występ nas nie zaspokoił. Co w takim razie zbulwersowało mnie aż tak bardzo, że w dziesięciostopniowej skali ocen moja oscyluje gdzieś na poziomie -3?
Po pierwsze spóźnienie, o którym mówią wszyscy. Bo dla niej to normalne. Wszystko fajnie i wielka gwiazda, ale 22.00 to 22.00. Ewentualnie akceptuję 22.15. Dlaczego? Festiwalowe realia (tak tak, ja ciągle o tym samym - patrz poprzedni akapit) sprawiają, że większe spóźnienie rozwala cały misternie układany plan. Bo koncert to nie tylko 1-1,5 godziny grania i śpiewania. To także sprzątnięcie i wprowadzenie nowego sprzętu, wpięcie go i dostrojenie. A to trwa. Jedno małe spóźnienie może spowodować bardzo duże szkody. Efekt domina. Przez cztery dni wszystko chodziło jak w zegarku, więc nie sposób się nie denerwować. Szczególnie w momencie, kiedy nie ma gdzie uciec, bo gra tylko jedna scena.
Po drugie wokale. Telewizji nigdy nie oglądałam za dużo jako dzieciak, szczególnie że przez długi czas mieliśmy w domu tylko jedynkę, dwójkę i polsat. Czemu o tym wspominam? Bo pewnie pamiętacie Mini Playback Show, emitowany chyba w tvn. Urocze dzieci, piosenki i dużo szumu o nic, tak to pamiętam z telewizora w szkolnej świetlicy. I właśnie tak czułam się na koncercie. Gwiazdka, która łapie słodkie minki, uśmiecha się i macha. No dobra, czasem coś zaśpiewała. Szkoda tylko, że nie wyciągnęła żadnego wysokiego dźwięku. A Stay i Diamonds odśpiewane na koniec nie zdołały zatrzeć złego wrażenia. Tutaj mogę nawet wtrącić porównanie pozaopenerowe. Widziałam i słyszałam Lady Gagę na żywo. I ona śpiewała, wtedy byłam w szoku jak dobrze to robi. Tutaj byłam w szoku że Barbadoska nie śpiewa w ogóle.
Po trzecie przerwy. Nie zrozumiałam i pewnie nie zrozumiem idei schodzenia ze sceny co cztery piosenki. No nie. Zazwyczaj tych kilka minut, w trakcie których jakiś szalony gitarzysta popisuje się rozbudowaną solówką (nie żeby było one z lekka kiczowate i przebrzmiałe), gwiazda spędza za kulisami, gdzie w pośpiechu się przebiera, a później wyskakuje w akompaniamencie pierwszych dźwięków kolejnej piosenki i wtedy zabija nas swoim blaskiem. Nic z tych rzeczy. Rihanna ot tak ginęła sobie i powracała. Strasznie podobają mi się komentarze wspomnianych dziewczątek ze wspomnianego rihannadaily. Bo przecież każdy się męczy, a jak ona i śpiewa i tańczy na raz to już w ogóle. Kochaniutkie. Miłe moje. Popatrzcie sobie na Damona Albarna. Albo o, na Nicka Cave'a. Wiecie ile ci panowie mają lat? Otóż dużo, dużo, dużo więcej niż wasza ukochana idolka. Nawet zadyszki nie dostali, a przedstawienia dali iście szatańskie.
Po czwarte, na dokładkę - publiczność. Tutaj się zgodzę, że ludzie się nie bawili. Czemu? Jedna z moich kumpel stała załamana i chciała uciekać, do dziś wspomina koncert jako traumę życia. Podejrzewam, że wielu ludzi podeszło do tematu podobnie. Ja postanowiłam pląsać, a później to i poskakać, czym wzbudziłam przerażenie wśród wszystkich dzieci stojących dookoła. A ludzi nieprzyzwyczajonych do szaleństw na koncertach (dopiero po czasie zrozumiałam, jak wielkie przerażenie musiało budzić moje nieskoordynowane machania kończynami, jak by nie patrzeć długimi, na dzieciach około siedmioletnich) w niedzielę pojawiło się bardzo dużo. Więc mamy kolejną grupę niebawiących się.
A co do hejterów, to czy aby na pewno wszyscy openerowicze "jak ona bardzo tu nie pasuje" przyszli tylko po to, żeby móc rozsiewać dookoła siebie głęboką pogardę, a później opowiadać znajomym jak koszmarnie było? Nie sądzę. Gwiazda wieczoru jest na tyle znana, że chcąc nie chcąc wszyscy znamy największe przeboje. WSZYSCY. I tak naprawdę wszyscy mogliśmy się świetnie bawić. To mogła być impreza życia, a dostaliśmy coś o czym jak najprędzej chcemy zapomnieć. Taka zmarnowana szansa.

Czym dla mnie jest żywa muzyka? Świetnym wokalem, niewymuszonym kontaktem z publicznością, muzyką graną na żywo i żywiołowo reagującą publicznością. I wiecie co? Na koncercie Rihanny w Gdyni tego nie było. Dobrze, że wejście miałam gratis, kasy wydanej na bilet nigdy bym nie odżałowała.


20130722

jedziemy na festiwal! znowu!


Dziś, a raczej w ogóle kiedyś dawno temu, miała pojawić się całkiem inna notka, a raczej ze trzy inne notki, ale nic to. Musicie mi wybaczyć, muszę sama sobie wybaczyć, że tak olałam temat blogowania. Ale wiecie, lato, słońce, ciepełko, praktyki w archibiurze od 9.00 do 17.00 i mieszkanie u dziwnego starszego człowieka. Zazwyczaj po powrocie muszę zjeść obiad (bo na pewno nic nie jem i w ogóle jestem taka chuda, a jedzenie od mamy to na cięższe czasy będzie oraz ja się zaraz obrażę), a później padam sobie na twarz. A z praktykami to w ogóle dobra historia jest (i miejsce), ale o tym przy lepszej okazji i przy jakiś dobrych (albo i nie) zdjęciach.
Temat dzisiejszego dnia jest niezwykle prozaiczny i w sumie jest tak, że otworzyłam bloggera tylko po to żeby napisać jedno magiczne zdanie. Kupiłam karnet na Offa. Tak! Ja, wielki Offowy hejter, schowałam swoją nienawiść do bardzo głębokiej kieszeni i w przyszły w piątek wyruszam do Katowic. Znowu pakuję ciepłe ubranka i ruszam w świat. Bo Katowice są pierwszym przystankiem w mojej małej podróży... Intensywne te wakacje, nie powiem.
Kończąc i wracając do przepraszania: niedługo znowu zacznę coś pisać, w ogóle miałam pisać o Rijanie, a to już taki stary temat, no nie wiem, może kiedyś skoro napisałam już 3/4 tekstu. Na razie znikam, wstawanie o 7.00 nie robi mi najlepiej.
Trzymajcie się i korzystajcie z wakacji póki ciepło!

Austra prosto z Offa, między innymi dlatego tak się jaram


20130710

koncertowe podsumowanie

Jak obiecałam, tak też czynię. Open'er numer 5 w kilku(dziesięciuset) zdaniach.

Dawid Podsiadło - poszłam znając jedynie (a może aż) całą wydaną niedawno płytę, o  telewizyjnej karierze wiedząc tylko od znajomych. Takiego entuzjazmu to ja się nie spodziewałam! I na scenie i pod sceną (nigdy nie widziałam tak wypełnionego namiotu o 17!). Okazuje się, że nie oglądając telewizji jednak może człowiekowi coś umknąć.
Mikromusic - przed koncertem znałam jedną piosenkę zespołu, teraz chcę poznać wszystkie. Plus: zdanie "w dupie to mam" nigdy nie brzmiało tak słodko.
Vavamuffin - jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, która do tej pory nie widziała tego zespołu na żywo, co więcej nie znałam ich twórczości. Ciekawie było stać wśród rozentuzjazmowanej publiczności i patrzeć na panów w wieku mojego taty, którzy energii mają więcej niż niejeden mój rówieśnik. Pozytywnie!
Blur - łzy w oczach i niedowierzanie, że naprawdę ich widzę. Świetny zespół, świetna forma, jak cudownie, że miałam okazję uczestniczyć w "nadrabianiu historii" jakie miało miejsce w trakcie tego koncertu. Chcę jeszcze raz!
alt-J - alterart zrobił nam bardzo niemiły psiukus układając lajnap tak, że alt-J pojawiało się zaraz po Blur. Straciłam w prawdzie tylko 2 piosenki, jednak i tak czuję niedosyt. Bardzo fajny koncert, bardzo dobre przyjęcie. Mam nadzieję, że szybko do nas wrócą.
Crystal Castles - poszłam w ramach nadrabiania koncertu sprzed 4 lat (który wtedy z niewiadomych przyczyn postanowiłam zignorować) i chyba żałuję. Miłość do zespołu mi przeszła, a co za tym idzie chęć do spędzenia występu pod sceną. Na siedząco i w pewnej odległości od sceny wszystko straciło jakiekolwiek resztki atrakcyjności - totalna siepanka zamiast muzyki i Alice, której ani nie było słychać, ani widać. No i śpiewać zapominała. No nie.
__________

xxanaxx - od początku nie byłam przekonana do twórczości tego zespołu, jednak postanowiłam dać im szansę. Co dostałam? Muzykę puszczaną z laptopa. Nie, nie i jeszcze raz NIE.
Kim Nowak - bracia Waglewscy nigdy nie zawodzą, tyle w temacie.
Junip - poszłam namówiona przez przyjaciółkę (wcześniej namówiła mnie na xxanaxx więc naprawdę spodziewałam się najgorszego). Na szczęście nie pożałowałam, było miło, lekko i przyjemnie. Jednak teraz kiedy siedzę w domu, nie potrafię przypomnieć sobie nic konkretnego z tego występu. A to chyba nienajlepiej.
Arctic Monkeys - ponownie - widziałam ich 4 lata temu. Wtedy w drodze do Gdyni trafił ich piorun (sirjusli!), w trakcie koncertu parę razy padł dźwięk, a sam zespół wydawał się być obrażony. Jak dobrze, że teraz kataklizmy ich ominęły - dali świetny koncert i żeby było jeszcze lepiej zakończyli moją ukochaną piosenką. Znowu miałam 18 lat!
Nick Cave & The Bad Seeds - jeżeli ktoś z Was zastanawiał się kiedykolwiek jak wyglądają władcy piekieł powinien zainteresować się tym zespołem. A tak na poważnie: panowie wiekowi, jednak wiele współczesnych gwiazd powinno brać z nich przykład - Nick Cave to prawdziwa sceniczna bestia potrafiąca dyrygować tłumem. Jedno wielkie łał.
__________

Rebeka - znałam ich wcześniej jako jedno z dzieci netlabela Brennnessel no i z anteny Radiowej Trójki, więc idąc na koncert mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam też, że wyjdę jako psychofanka, ale i tak chyba jednak ich nie doceniłam. Według relacji kumpeli z którą byłam cała promieniałam. Gwiazdki w oczach i te sprawy. Muszę jak najszybciej złapać ich gdzieś w trasie. No i popędzić do sklepu muzycznego żeby zakupić płytę!
Palma Violets - niby znaleźli się na liście BBC Sound of 2013, ale ja i tak uciekłam z tego koncertu po 10 minutach. Porównania z The Libertines są chyba na miejscu - na scenie chaos, bójki, nagłe zniknięcie jednego z członków zespołu (podobno musiał do toalety) i ogólna atmosfera przedawkowania. To nie było fajne.
Skubas - Linoskoczek naprawdę chwycił mnie za serce, więc pójście na koncert było oczywistością. Było bardzo rockowo, może aż za bardzo i nie do końca w klimacie, ale i tak mi się podobało. Gitar nigdy za wiele.
Oszibarack - ciągle o nich słyszałam (tak, w radiu) ale jakoś nigdy za bardzo nie zgłębiałam twórczości. Na koncert trafiłam trochę przez przypadek ("chodźmy na frytki i zjedzmy je na trawie na jakimś koncercie, o World jest blisko, o ktoś gra, świetnie, zostajemy!") i wiedziałam, że muszę wyjść po około połowie. Muszę przyznać, że żal mi było wychodzić, fajna instrumentalna muzyka i dużo energii.
The & - poszłam w ramach ciekawostki. Polski duet, który gra trochę elektroniki, trochę soulu, trochę niewiadomoczego. Dużo łączenia i dużo przerysowania, szczególnie kiedy patrzy się na kocie ruchy wokalisty. Zdecydowanie z przymrużeniem oka, choć muzyka porwała większość publiczności zebranej pod sceną.
Queens of the Stone Age - kiedy zaczynałam swoją przygodę ze słuchaniem muzyki, to właśnie QOTSA wprowadzili mnie w ostrzejsze gitarowe klimaty. Strasznie fajnie było ich zobaczyć na żywo, znowu poczułam się jakbym miała te ładnych parę lat i doświadczeń mniej. Fajne uczucie.
Kixnare - kolejne tańce tego dnia. Tyle tylko, że nie w moim wykonaniu. Kixnare to elektronika, tyle tylko, że taka raczej do pobujania się. Z tej okazji padłam gdzieś pod barierką koło dźwiękowców i przysnęło mi się odrobinę na siedząco. Ale publiczność bawiła się pięknie.
[w tym miejscu chciałabym pozdrowić namiot Gdynia - dzięki Waszym leżankom i ogólnej atmosferze chilloutu, udało mi się zdrzemnąć przez jakieś 20 minut, więc następny koncert mogłam przeżyć naprawdę intensywnie. wielka miłość! ♥]
Disclosure - to chyba obecnie najgorętsza nazwa w elektronicznym światku. Z ich energetyczną płytą przeżyłam sesję, w trakcie koncertu okazało się, że na żywo też potrafią rozkręcić nie najgorszą imprezę. I chociaż trochę w tym wszystkim było muzyki z laptopa (chociażby wokale - duet Disclosure to kompozycje i produkcja, teksty piosenek i same wokale powstają dzięki gościom, świetnym z resztą) i trochę niefajnego didżejowania rodem z klubu gdzieś w Lloret de Mar (a przynajmniej ja to sobie tak wyobrażam), to było naprawdę fajnie.
__________

Magnificent Muttley - poszłam głównie z ciekawości, znając jedynie dość entuzjastyczne recenzje debiutu zespołu. Po koncercie ze zdziwieniem mogę stwierdzić, że chociaż to zupełnie nie moje klimaty, to zespół zdobył moje serce. Poza tym fajnie się ich oglądało wiedząc, że wokalista/basista jest również członkiem zespołu Paula i Karol (dla niezorientowanych PiK to naprawdę słoneczny, radosny i cudowny folk). Niesamowite jak świetnie odnajduje się w tak różnych światach. Szacun.
Hot Casandra - po MM nie za bardzo wiedziałam kogo chcę zobaczyć, więc postanowiłam dać szansę "rumuńskiemu duetowi elektronicznemu z mocnym electropopowym brzmieniem". I przyznaję, że trochę było mi przykro, kiedy po dwóch piosenkach zdecydowałam się uciec czym prędzej. Nie, to nie było to.
Fismoll - może i polski Bon Iver, może i wypuścił naprawdę zgrabny singiel (który mnie kupił, nie przeczę) może chciałam go zobaczyć. No ale sorry, wyszłam jeszcze przed koncertem, raczej wściekła i chętna do bójki. Czemu? Kiedy muzyk z zespołem pojawił się na scenie, poprosił publiczność o to by usiadła. Otóż kochany ty mój Fismollu. Sam sobie usiądź do diabła w namiocie który jest pełen ludzi. Dzięki. Serio. Kiedy wszyscy usiedli miejsce się skończyło więc nie pozostało mi nic innego jak tylko odwrót. I to nie tylko mnie. Wkurzona byłam i w sumie nadal jestem. Tego typu idiotyczne pomysły zachowaj sobie chłopaku dla siebie. W tym momencie chciałabym jeszcze pozdrowić dziewczynę, z którą wspomniany Fismoll do szkoły uczęszcza(ł?). Zagadałam pod sceną przed Crystal Fighters, nie pamiętam jej imienia, ale kiedy mówiła poczułam coś przedziwnego. Ja wiem, że to było tylko 4 lata temu, ale naprawdę przez moment zobaczyłam w niej zajaraną siebie sprzed 4 lat właśnie, kiedy przyjechałam zachwycać się Arktycznymi Małpami, miałam wystarczająco dużo zacięcia i czasu) który aktualnie pożera wszechobecna archiczasopochłaniaczka), żeby planować naprawdę dużo koncertów. Mam nadzieję, że uda jej się zobaczyć wszystko co zaplanowała!
Crystal Fighters - skoro już olałam Fismolla miałam sporo czasu na to, by stanąć pod sceną przed koncertem Crystalsów. I wbić pod scenę. O zgrozo, wbić pod scenę z lewej strony. Nie wiem czy macie podobne doświadczenia, ale na openerze to lewa strona zawsze reaguje bardziej. Głośniej krzyczy, wyżej skacze, poguje bardziej i ludzi jest zdecydowanie więcej. Ja zawsze lądowałam z prawej i odkąd pamiętam chciałam wbić na lewo, w sam środek panującego tam chaosu. I w końcu się udało. Zespół który naprawdę lubię, piosenki które znam i... tłum licealistek dookoła. Okej, poważnie zawyżałam średnią wieku, to nawet zabawne. Wyszłam z jednym siniakiem i naciągniętymi mięśniami brzucha. Spokojnie było. Kolejny zespół, którego koncert musiałam nadrobić, dwa lata temu z okazji Foalsów nie zdążyłam niestety dobiec.
Kings of Leon - i znowu powtórka z rozrywki, te ciągle wspominane 4 lata i pamiętny open'er 2009. Wtedy wyszłam bardzo szybko (pobiegłam na The Ting Tings), teraz wpadłam na chwilę - tylko po to, żeby usłyszeć moje ulubione Closer. I jak było? W sumie to mogłam sobie puścić z płyty w domu, ewentualnie na słuchawkach, żeby było odpowiednio głośno. KoL to taki zespół, który na koncertach nie wnosi żadnych nowych emocji do swoich piosenek. ŻADNYCH. A do tego zawsze chce być na szczycie plakatu.
Devendra Banhart - mój absolutny numer jeden. Słyszałam parę razy w radiu, jednak jakoś szczególnie nie utknął ten pan w mojej pamięci, nie wiem więc skąd w mojej głowie nagle wziął się pomysł, żeby zobaczyć go na scenie. Szczególnie, że ostatniego dnia zmęczenie już bardzo dawało mi się we znaki, a żeby Devendrę zobaczyć, musiałam po raz kolejny dylować kilometr spod Głównej do Namiotu. Ale warto było, losie, jak bardzo! Wszyscy ci, którym nie chciało się przebiec tego kilometra po raz ostatni powinni żałować. I to bardzo. Hipnotyzujące piosenki, hiszpański (czyżby znowu zaczynał podobać mi się ten język?) i słoneczne rytmy przy których pod koniec pląsali już dosłownie wszyscy. Cudo, cudo, cudo, chcę jeszcze raz!
Jonny Greenwood - kiedy w lineupie wyczytaliśmy, że dla tego pana przewidziane jest całe piętnaście minut, trochę byliśmy w szoku, trochę śmialiśmy się pod nosem. Kiedy okazało się, że to naprawdę było 15 minut (na szczęście opóźnione też o jakieś 15 minut, dzięki czemu zdążyłam dobiec po Devendrze) byłam naprawdę urzeczona. Świetny gitarowy utwór z narastającym napięciem i magicznym brzmieniem. Tak, słowo "magia" zasponsorowało zakończenie festiwalu.
Steve Reich & Ensemble Modern - po zeszłorocznych doświadczeniach z Krzysztofem Pendereckim, odrobinę się obawiałam. Wtedy słuchając dźwięków generowanych przez orkiestrę spodziewałam się końca świata i ataku zombie. W tym roku szczęśliwie było inaczej. Naprawdę piękne dźwięki a do nich dodany film-podsumowania tegorocznego openera. Magia po raz drugi. Lepiej być nie mogło, choć szkoda, że musiałam uciec wcześniej.
UL/KR - perfekcyjne zakończenie festiwalu, lepiej być nie mogło. Magia, magia, po raz trzeci magia. Zupełnie nie wiem co napisać, to było naprawdę przeżycie totalne. Zimną i dość introwertyczną muzykę UL/KR po prostu trzeba chyba poczuć. A czuje się ją szczególnie po 4 dniach biegania między scenami, kalkulowania gdzie się zdąży a co trzeba szerokim łukiem ominąć, po niedospaniu, niedożywieniu, przegrzaniu i odmarznięciu.

Tak. Właśnie to poczułam. To jest mój ulubiony open'er jak do tej pory, trzynastka okazała się szczęśliwa.

Ze spraw technicznych chcę dopisać jeszcze coś o wielkim bublu gratisie w postaci Rihanny i kilku małych i większych zachwytach. Ale to już nie dzisiaj, bo i tak wyszedł chyba mój najdłuższy wpis ever. Wszystkim tym, którzy przeczytali dziękuję oczywiście za uwagę i zachęcam do dzielenia się własnymi doświadczeniami i refleksjami z tegorocznego festiwalu.
Miała być środa i jeszcze jest, więc obietnica (chyba pierwszy raz) dotrzymana. Do następnego wpisu!


20130708

#yolo

No to po wszystkim. Do domu wpakowałam się kilka godzin temu i prawdopodobnie zaraz padnę na twarz, więc chcę tylko powiedzieć że było wspaniale. Co ja mówię, PRZEWSPANIALE było. Jeszcze w prawdzie nie wiem czy Open'era 2013 mogę uznać za tego najlepszego z najlepszych, potrzebuję kilku chwil na złapanie dystansu i ogarnięcie wszystkich przeżyć. No i przeziębienia.
A tak w skrócie na zachętę? Największym zaskoczeniem okazał się Dawid Podsiadło, łzy w oczach pojawiły się w trakcie koncertu (oczywiście) Blur i (zaskakująco) Arctic Monkeys, odkryciem mojego festiwalu został Devendra Banhart, a w przekonaniu, że zostaję ich psychofanką utwierdził mnie duet Rebeka. Nie mam jeszcze pomysł jak pisać i czy przypadkiem nie powinnam rozbić tekstu na poszczególne dni (bo wyjdzie tasiemiec), ale podejrzewam że decyzję podejmę szybko, chcę poukładać sobie wszystko do środy.
Będzie oczywiście o koncertach ale i o hasztagach, yolo, swagu, prysznicach, obsłudze i o owocach w czekoladzie. Wspomnę też o gratisach w postaci Kampu, Rihanny i panów technicznych.
Tyle festiwali ilu jego uczestników, wszyscy o tym wiemy. Strasznie jestem ciekawa jak wyglądają komentarze dziennikarzy i blogerów, ale chyba nie mam siły tego czytać już dziś. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że było wspaniale, jednak żadnych obietnic względem przyszłego roku jeszcze nie zrobiłam.
Trzymajcie kciuki żebym szybko przestała kaszleć i żeby mój nos doszedł w końcu do siebie.
Wkrótce będzie co czytać, chwilowo łóżko mnie wzywa, a na razie plumkająca pięknie zapowiedź. Pa a!




20130702

na północ! (znów)

W zasadzie zostawianie bloga samego sobie i zero wyrzutów sumienia w związku z tym, to w moim wypadku norma, jednak tym razem chcę się z Wami oficjalnie pożegnać (na tydzień). Jutro jadę zdobywać Gdynię (nie żebym była tam ostatnio w sobotę)! Najpierw niestety muszę zdobyć uczelnię i przeżyć koszmarne konsultacje, ale Gdynia znowu staje się faktem. I chociaż ostatnio często przewija się hasło "po raz ostatni", kto wie, może ten etap życia mamy już za sobą i potrzebujemy zupełnie nowych wrażeń, to i tak zamierzamy się tylko i wyłącznie świetnie bawić. Włączam opcję "jestem miła" i już nic nie jest w stanie mnie powstrzymać.
Na do widzenia, moje małe chciałabym. Jest już naprawdę mało wielkich zespołów/wykonawców, których nie widziałam a bardzo bym tego chciała. Ta lista skraca się z roku na rok coraz bardziej, ostatnia duża nazwa zostanie wykreślona już za kilka chwil (że Blur). Więc ten Pan mi zostanie, o.
No to tymczasem.