20130710

koncertowe podsumowanie

Jak obiecałam, tak też czynię. Open'er numer 5 w kilku(dziesięciuset) zdaniach.

Dawid Podsiadło - poszłam znając jedynie (a może aż) całą wydaną niedawno płytę, o  telewizyjnej karierze wiedząc tylko od znajomych. Takiego entuzjazmu to ja się nie spodziewałam! I na scenie i pod sceną (nigdy nie widziałam tak wypełnionego namiotu o 17!). Okazuje się, że nie oglądając telewizji jednak może człowiekowi coś umknąć.
Mikromusic - przed koncertem znałam jedną piosenkę zespołu, teraz chcę poznać wszystkie. Plus: zdanie "w dupie to mam" nigdy nie brzmiało tak słodko.
Vavamuffin - jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, która do tej pory nie widziała tego zespołu na żywo, co więcej nie znałam ich twórczości. Ciekawie było stać wśród rozentuzjazmowanej publiczności i patrzeć na panów w wieku mojego taty, którzy energii mają więcej niż niejeden mój rówieśnik. Pozytywnie!
Blur - łzy w oczach i niedowierzanie, że naprawdę ich widzę. Świetny zespół, świetna forma, jak cudownie, że miałam okazję uczestniczyć w "nadrabianiu historii" jakie miało miejsce w trakcie tego koncertu. Chcę jeszcze raz!
alt-J - alterart zrobił nam bardzo niemiły psiukus układając lajnap tak, że alt-J pojawiało się zaraz po Blur. Straciłam w prawdzie tylko 2 piosenki, jednak i tak czuję niedosyt. Bardzo fajny koncert, bardzo dobre przyjęcie. Mam nadzieję, że szybko do nas wrócą.
Crystal Castles - poszłam w ramach nadrabiania koncertu sprzed 4 lat (który wtedy z niewiadomych przyczyn postanowiłam zignorować) i chyba żałuję. Miłość do zespołu mi przeszła, a co za tym idzie chęć do spędzenia występu pod sceną. Na siedząco i w pewnej odległości od sceny wszystko straciło jakiekolwiek resztki atrakcyjności - totalna siepanka zamiast muzyki i Alice, której ani nie było słychać, ani widać. No i śpiewać zapominała. No nie.
__________

xxanaxx - od początku nie byłam przekonana do twórczości tego zespołu, jednak postanowiłam dać im szansę. Co dostałam? Muzykę puszczaną z laptopa. Nie, nie i jeszcze raz NIE.
Kim Nowak - bracia Waglewscy nigdy nie zawodzą, tyle w temacie.
Junip - poszłam namówiona przez przyjaciółkę (wcześniej namówiła mnie na xxanaxx więc naprawdę spodziewałam się najgorszego). Na szczęście nie pożałowałam, było miło, lekko i przyjemnie. Jednak teraz kiedy siedzę w domu, nie potrafię przypomnieć sobie nic konkretnego z tego występu. A to chyba nienajlepiej.
Arctic Monkeys - ponownie - widziałam ich 4 lata temu. Wtedy w drodze do Gdyni trafił ich piorun (sirjusli!), w trakcie koncertu parę razy padł dźwięk, a sam zespół wydawał się być obrażony. Jak dobrze, że teraz kataklizmy ich ominęły - dali świetny koncert i żeby było jeszcze lepiej zakończyli moją ukochaną piosenką. Znowu miałam 18 lat!
Nick Cave & The Bad Seeds - jeżeli ktoś z Was zastanawiał się kiedykolwiek jak wyglądają władcy piekieł powinien zainteresować się tym zespołem. A tak na poważnie: panowie wiekowi, jednak wiele współczesnych gwiazd powinno brać z nich przykład - Nick Cave to prawdziwa sceniczna bestia potrafiąca dyrygować tłumem. Jedno wielkie łał.
__________

Rebeka - znałam ich wcześniej jako jedno z dzieci netlabela Brennnessel no i z anteny Radiowej Trójki, więc idąc na koncert mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam też, że wyjdę jako psychofanka, ale i tak chyba jednak ich nie doceniłam. Według relacji kumpeli z którą byłam cała promieniałam. Gwiazdki w oczach i te sprawy. Muszę jak najszybciej złapać ich gdzieś w trasie. No i popędzić do sklepu muzycznego żeby zakupić płytę!
Palma Violets - niby znaleźli się na liście BBC Sound of 2013, ale ja i tak uciekłam z tego koncertu po 10 minutach. Porównania z The Libertines są chyba na miejscu - na scenie chaos, bójki, nagłe zniknięcie jednego z członków zespołu (podobno musiał do toalety) i ogólna atmosfera przedawkowania. To nie było fajne.
Skubas - Linoskoczek naprawdę chwycił mnie za serce, więc pójście na koncert było oczywistością. Było bardzo rockowo, może aż za bardzo i nie do końca w klimacie, ale i tak mi się podobało. Gitar nigdy za wiele.
Oszibarack - ciągle o nich słyszałam (tak, w radiu) ale jakoś nigdy za bardzo nie zgłębiałam twórczości. Na koncert trafiłam trochę przez przypadek ("chodźmy na frytki i zjedzmy je na trawie na jakimś koncercie, o World jest blisko, o ktoś gra, świetnie, zostajemy!") i wiedziałam, że muszę wyjść po około połowie. Muszę przyznać, że żal mi było wychodzić, fajna instrumentalna muzyka i dużo energii.
The & - poszłam w ramach ciekawostki. Polski duet, który gra trochę elektroniki, trochę soulu, trochę niewiadomoczego. Dużo łączenia i dużo przerysowania, szczególnie kiedy patrzy się na kocie ruchy wokalisty. Zdecydowanie z przymrużeniem oka, choć muzyka porwała większość publiczności zebranej pod sceną.
Queens of the Stone Age - kiedy zaczynałam swoją przygodę ze słuchaniem muzyki, to właśnie QOTSA wprowadzili mnie w ostrzejsze gitarowe klimaty. Strasznie fajnie było ich zobaczyć na żywo, znowu poczułam się jakbym miała te ładnych parę lat i doświadczeń mniej. Fajne uczucie.
Kixnare - kolejne tańce tego dnia. Tyle tylko, że nie w moim wykonaniu. Kixnare to elektronika, tyle tylko, że taka raczej do pobujania się. Z tej okazji padłam gdzieś pod barierką koło dźwiękowców i przysnęło mi się odrobinę na siedząco. Ale publiczność bawiła się pięknie.
[w tym miejscu chciałabym pozdrowić namiot Gdynia - dzięki Waszym leżankom i ogólnej atmosferze chilloutu, udało mi się zdrzemnąć przez jakieś 20 minut, więc następny koncert mogłam przeżyć naprawdę intensywnie. wielka miłość! ♥]
Disclosure - to chyba obecnie najgorętsza nazwa w elektronicznym światku. Z ich energetyczną płytą przeżyłam sesję, w trakcie koncertu okazało się, że na żywo też potrafią rozkręcić nie najgorszą imprezę. I chociaż trochę w tym wszystkim było muzyki z laptopa (chociażby wokale - duet Disclosure to kompozycje i produkcja, teksty piosenek i same wokale powstają dzięki gościom, świetnym z resztą) i trochę niefajnego didżejowania rodem z klubu gdzieś w Lloret de Mar (a przynajmniej ja to sobie tak wyobrażam), to było naprawdę fajnie.
__________

Magnificent Muttley - poszłam głównie z ciekawości, znając jedynie dość entuzjastyczne recenzje debiutu zespołu. Po koncercie ze zdziwieniem mogę stwierdzić, że chociaż to zupełnie nie moje klimaty, to zespół zdobył moje serce. Poza tym fajnie się ich oglądało wiedząc, że wokalista/basista jest również członkiem zespołu Paula i Karol (dla niezorientowanych PiK to naprawdę słoneczny, radosny i cudowny folk). Niesamowite jak świetnie odnajduje się w tak różnych światach. Szacun.
Hot Casandra - po MM nie za bardzo wiedziałam kogo chcę zobaczyć, więc postanowiłam dać szansę "rumuńskiemu duetowi elektronicznemu z mocnym electropopowym brzmieniem". I przyznaję, że trochę było mi przykro, kiedy po dwóch piosenkach zdecydowałam się uciec czym prędzej. Nie, to nie było to.
Fismoll - może i polski Bon Iver, może i wypuścił naprawdę zgrabny singiel (który mnie kupił, nie przeczę) może chciałam go zobaczyć. No ale sorry, wyszłam jeszcze przed koncertem, raczej wściekła i chętna do bójki. Czemu? Kiedy muzyk z zespołem pojawił się na scenie, poprosił publiczność o to by usiadła. Otóż kochany ty mój Fismollu. Sam sobie usiądź do diabła w namiocie który jest pełen ludzi. Dzięki. Serio. Kiedy wszyscy usiedli miejsce się skończyło więc nie pozostało mi nic innego jak tylko odwrót. I to nie tylko mnie. Wkurzona byłam i w sumie nadal jestem. Tego typu idiotyczne pomysły zachowaj sobie chłopaku dla siebie. W tym momencie chciałabym jeszcze pozdrowić dziewczynę, z którą wspomniany Fismoll do szkoły uczęszcza(ł?). Zagadałam pod sceną przed Crystal Fighters, nie pamiętam jej imienia, ale kiedy mówiła poczułam coś przedziwnego. Ja wiem, że to było tylko 4 lata temu, ale naprawdę przez moment zobaczyłam w niej zajaraną siebie sprzed 4 lat właśnie, kiedy przyjechałam zachwycać się Arktycznymi Małpami, miałam wystarczająco dużo zacięcia i czasu) który aktualnie pożera wszechobecna archiczasopochłaniaczka), żeby planować naprawdę dużo koncertów. Mam nadzieję, że uda jej się zobaczyć wszystko co zaplanowała!
Crystal Fighters - skoro już olałam Fismolla miałam sporo czasu na to, by stanąć pod sceną przed koncertem Crystalsów. I wbić pod scenę. O zgrozo, wbić pod scenę z lewej strony. Nie wiem czy macie podobne doświadczenia, ale na openerze to lewa strona zawsze reaguje bardziej. Głośniej krzyczy, wyżej skacze, poguje bardziej i ludzi jest zdecydowanie więcej. Ja zawsze lądowałam z prawej i odkąd pamiętam chciałam wbić na lewo, w sam środek panującego tam chaosu. I w końcu się udało. Zespół który naprawdę lubię, piosenki które znam i... tłum licealistek dookoła. Okej, poważnie zawyżałam średnią wieku, to nawet zabawne. Wyszłam z jednym siniakiem i naciągniętymi mięśniami brzucha. Spokojnie było. Kolejny zespół, którego koncert musiałam nadrobić, dwa lata temu z okazji Foalsów nie zdążyłam niestety dobiec.
Kings of Leon - i znowu powtórka z rozrywki, te ciągle wspominane 4 lata i pamiętny open'er 2009. Wtedy wyszłam bardzo szybko (pobiegłam na The Ting Tings), teraz wpadłam na chwilę - tylko po to, żeby usłyszeć moje ulubione Closer. I jak było? W sumie to mogłam sobie puścić z płyty w domu, ewentualnie na słuchawkach, żeby było odpowiednio głośno. KoL to taki zespół, który na koncertach nie wnosi żadnych nowych emocji do swoich piosenek. ŻADNYCH. A do tego zawsze chce być na szczycie plakatu.
Devendra Banhart - mój absolutny numer jeden. Słyszałam parę razy w radiu, jednak jakoś szczególnie nie utknął ten pan w mojej pamięci, nie wiem więc skąd w mojej głowie nagle wziął się pomysł, żeby zobaczyć go na scenie. Szczególnie, że ostatniego dnia zmęczenie już bardzo dawało mi się we znaki, a żeby Devendrę zobaczyć, musiałam po raz kolejny dylować kilometr spod Głównej do Namiotu. Ale warto było, losie, jak bardzo! Wszyscy ci, którym nie chciało się przebiec tego kilometra po raz ostatni powinni żałować. I to bardzo. Hipnotyzujące piosenki, hiszpański (czyżby znowu zaczynał podobać mi się ten język?) i słoneczne rytmy przy których pod koniec pląsali już dosłownie wszyscy. Cudo, cudo, cudo, chcę jeszcze raz!
Jonny Greenwood - kiedy w lineupie wyczytaliśmy, że dla tego pana przewidziane jest całe piętnaście minut, trochę byliśmy w szoku, trochę śmialiśmy się pod nosem. Kiedy okazało się, że to naprawdę było 15 minut (na szczęście opóźnione też o jakieś 15 minut, dzięki czemu zdążyłam dobiec po Devendrze) byłam naprawdę urzeczona. Świetny gitarowy utwór z narastającym napięciem i magicznym brzmieniem. Tak, słowo "magia" zasponsorowało zakończenie festiwalu.
Steve Reich & Ensemble Modern - po zeszłorocznych doświadczeniach z Krzysztofem Pendereckim, odrobinę się obawiałam. Wtedy słuchając dźwięków generowanych przez orkiestrę spodziewałam się końca świata i ataku zombie. W tym roku szczęśliwie było inaczej. Naprawdę piękne dźwięki a do nich dodany film-podsumowania tegorocznego openera. Magia po raz drugi. Lepiej być nie mogło, choć szkoda, że musiałam uciec wcześniej.
UL/KR - perfekcyjne zakończenie festiwalu, lepiej być nie mogło. Magia, magia, po raz trzeci magia. Zupełnie nie wiem co napisać, to było naprawdę przeżycie totalne. Zimną i dość introwertyczną muzykę UL/KR po prostu trzeba chyba poczuć. A czuje się ją szczególnie po 4 dniach biegania między scenami, kalkulowania gdzie się zdąży a co trzeba szerokim łukiem ominąć, po niedospaniu, niedożywieniu, przegrzaniu i odmarznięciu.

Tak. Właśnie to poczułam. To jest mój ulubiony open'er jak do tej pory, trzynastka okazała się szczęśliwa.

Ze spraw technicznych chcę dopisać jeszcze coś o wielkim bublu gratisie w postaci Rihanny i kilku małych i większych zachwytach. Ale to już nie dzisiaj, bo i tak wyszedł chyba mój najdłuższy wpis ever. Wszystkim tym, którzy przeczytali dziękuję oczywiście za uwagę i zachęcam do dzielenia się własnymi doświadczeniami i refleksjami z tegorocznego festiwalu.
Miała być środa i jeszcze jest, więc obietnica (chyba pierwszy raz) dotrzymana. Do następnego wpisu!


9 komentarzy:

  1. Świetny post, uwielbiam twoją lekkość pisania! ;) Dzięki Tobie z pewnością odsłucham kilka wspomnianych, a dotychczas nieznanych mi zespołów! Muszę się w końcu wybrać na open'er bo aż wstyd przyznać - nigdy nie byłem! :o

    A za bubla się obrażam! :D

    xxanaxx mnie trochę rozczarowałaś, liczyłem, że pokażą się z lepszej strony, szkoda! Mimo to mam do ich muzyki jakąś słabość, po prostu chyba idealnie wpisują się w moje gusta! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, strasznie miło mi się czyta takie komentarze, dziękuję! Open'era bardzo polecam, na początku ogrom wszystkiego odrobinę przeraża, ale doznań nie da się porównać z niczym. A co do muzyki, to ze swojej strony najbardziej polecam Rebekę, bo dobre i Polskie.

      Co do Rihanny to ja sama jestem rozczarowana, liczyłam na fajne show, a dostałam... No bubla dostałam kurczę. Z resztą będę jeszcze pisać o nim szerzej.

      A z xxanaxxem liczyłam, że może jednak mnie do siebie przekonają. Dostali dużą szansę i jak dla mnie zupełnie ją zmarnowali.
      Wychodzi na to, że strasznie jestem przywiązana do wszystkiego co autentyczne.

      Usuń
  2. czytam zajebistą książkę, weszłam tylko na chwileczkę na bloggera, a tu wpis! no i musiałam przeczytać. :P
    większość to pewnie nie mój klimat, o części pierwszy raz w życiu słyszę, to się odniosę do Muffinów - nie byłam na nich ładnych kilka lat, ale z tego co pamiętam dają radę na koncertach, o. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, nie ma lekko! (a cóż takiego czytasz?)
      co do Vavamuffin to nawet bardzo dają radę, szacun tym większy, że na scenie obok nich z powodzeniem mógłby pojawić się mój Tata, bo to ten wiek. energia jednak chyba nie ta :D
      klimat większości faktycznie nie Twój jakby, ale gdybym miała cokolwiek Ci polecić to chyba Magnificent Muttley. może trafię, może nie

      Usuń
    2. "Prawdziwy gangster" - coś jakby wywiad rzeka z Jonem Robertsem. wiem już, jak bić bejsbolem, a jak bronią palną; co robić, kiedy ktoś zamierza do Ciebie strzelić, zależnie od tego w jakiej odległości od niego się znajdujesz; jak obdzierać ludzi ze skóry, żeby najbardziej bolało i żeby żyli przy tym jak najdłużej; jak kopać, żeby zrobić jak największą krzywdę ofierze, a nie zrobić żadnej krzywdy sobie; jak pozbyć się zwłok, a także jak zwłoki wypatroszyć, żeby poszły na dno, a nie unosiły się na powierzchni. :D

      nooo, troszeczunię przesadzasz z tym wiekiem. :D Pablopavo jest chyba coś koło 1978-80 rocznika, więc mocno by się musiał Twój tata postarać. :P ale rzeczywiście Gorg jest chyba rocznik mojego ojca. ;) nie pamiętam, kiedy ich ostatnio widziałam. pytałam już pewnie, ale zapytam jeszcze raz - będziesz na Woodzie? ;> tam to dopiero będzie można się naoglądać energetycznych "dziadków". ;)

      ogarnę jutro. to znaczy dzisiaj. :P

      Usuń
  3. ... fakt, że na koncercie Fismola było ciasno , ale to nie jego wina, że tylu chętnych do namiotu przyszło. Ja nie miałem dobrego miejsca, bo siedziałem prawie przy wyjściu i raczej widziałem i słyszałem to co się przy nim dzieje niż sam koncert. Ale i tak nie żałuję ... było OK.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. było ciasno, a ja strasznie nie lubię tego typu akcji - siadajcie, wstawajcie, znowu siadajcie... w sumie szkoda mi, że nie usłyszałam koncertu i nie potrafię powiedzieć niczego logicznego na temat najważniejszy. ale może jeszcze nadarzy się okazja, żeby sprawdzić Fismolowe dźwięki

      Usuń
  4. Bardzo zazdroszczę koncertu Nicka Cave'a !

    btw. świetny wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nick Cave - wielka klasa, naprawdę

      dzięki! za tyle komplementów to ja się rozpłynę i o, przestój :)

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)