20130726

szajn brajt!



Jestem złym i zmęczonym człowiekiem, a w dodatku (byłam) zajętym. Jednak dziś dopadły mnie wyrzuty sumienia. No i zdałam sobie sprawę, że za chwilę będę chciała pisać o moich wrażeniach po następnych festiwalach, a nie rozprawiłam się jeszcze z minionym. Cóż za niedopatrzenie! W takim razie jeszcze chwilę ponadrabiam open'erowe zaległości. Przed Państwem nieszczęsna, świecąca milionem monet  diamentów, Rihanna! I jeszcze dwa dodatki. (Ostrzegam, jest przydługo, ale za długo tłumiłam w sobie emocje. Wirtualny medal z ziemniaka, dla wszystkich którzy to przeczytają!)



Open'er to w tym roku nie tylko cztery dni wypełnione koncertami gwiazd, które rozgrzewają małe czarne serca alternatywnej młodzieży. Edycja 2013 została wzbogacona dość ciekawymi gratisami, które rozciągnęły festiwal do aż 6 dni, a sam pobyt na polu namiotowym do tygodnia (o zgrozo, moje biedne plecy). Nie wiem czy Alter Art miał w tym roku problemy ze sprzedażą całej puli biletów (w co jednak wątpię), czy po prostu tak bardzo nas kocha (tak!), faktem jednak jest, że w ramach czterodniowego karnetu z polem namiotowym, miałam zapewnione dwa dodatkowe koncertowe dni.


Po pierwsze - wtorek. Zawsze było i pewnie będzie tak, że zanim festiwalowe wrota zostaną otwarte, a nasze stópki popędzą przez dziesiątki hektarów trawy, otwierany jest najpierw camping. Rozbijamy namioty, integrujemy się z sąsiadami, ewentualnie jedziemy na sopocki bifor. Taki mały dzień na aklimatyzajcę i pogodzenie się ze spartańskimi warunkami. W tym roku nie było nam jednak dane przetarcie Monciaka naszymi już lekko przykurzonymi butami. Na pole wjechał autobus RedBulla w jedynym słusznym celu.
W tym momencie może wtrącę jak bardzo byłam nieszczęśliwa, kiedy lineup został zamknięty i nagle okazało się, że brakuje tam pewniaka pewniaków (nie, nie tylko mojego) w postaci Kampu. Trochę to dziwne, zważywszy na to, że każdy polski zespół z kręgu szeroko pojętej muzyki alternatywnej, po wydaniu płyty pojawia się na którejś ze scen rozrzuconych po gdyńskim lotnisku. A dodając do tych ogólnych oczekiwań moje psychofańskie zapędy, pewnie domyślacie się jak wielka rozpacz pojawiła się w moim zimnym sercu. Smutek ogarnął mnie w prawdzie wielki, jednak radości, jakiej wybuchu doświadczyłam w chwili, gdy RedBull ogłosił artystów występujących na ich małej obwoźnej scenie, nie da zmierzyć się prawdopodobnie w żaden sposób. Już chyba domyślacie się jak rozpoczęłam tegorocznego open'era. Koncertem Kampu właśnie. Jak było? Chłopaki grają świetnie - nie można tego nie zauważyć. Lata koncertowania i szlifowania swoich umiejętności jeszcze przed wydaniem debiutanckiego krążka zrobiły swoje, to jedno. Wspaniałą rzeczą jest również to, że cały czas się uczą. To widać gołym okiem, nawet jeśli widzi się ich średnio co miesiąc, góra dwa. Z występu na występ serwują coraz większą dawkę energii, jednocześnie odbierając jej mnóstwo od fanów (fanek;) ) stłoczonych pod sceną. W skrócie, bo nie ma co przedłużać (właśnie poczułam, że znowu chyba chcę iść na rekord długości wpisu) - było ekstra, chcę więceeeeeeeeej! Pozdrawiam też namiotowe sąsiadki, nie zintegrowaliśmy się z Wami, jednak codziennie słyszałam, że jednak z Was została Kampową psychofanką. Nie kochanie, TO MOJA FUCHA.
To był bifor.

Po tym przydługim wstępie o zespole na K (sama już nie mogę siebie słuchać, ale jakby ktoś wpadł tutaj i był niezorientowany, może poczytać o nich na tym blogu w wielu miejscach, naprawdę wielu) - czas na after. Niedziela. Jeszcze dwa lata temu niedziela była regularnym dniem festiwalowym, więc może dlatego dodatkowy dzień przyjął się w mojej świadomości bez większych problemów. Przyjął się dobrze tym bardziej, że koncert supportujący wielką gwiazdę zaczynał się dopiero o 20 - mieliśmy cały dzień na plażing, smażing i czytanie Bravo Girl (serio jeszcze to wydają, byłam w szoku! w końcu mogę nadrobić nieczytanie tej pięknej gazety w dzieciństwie!) na sopockiej plaży. Żyć, nie umierać moi drodzy, naprawdę! Ale przejdźmy do konkretów.
W roli supportu pojawił się Dizzee Rascal. Jeszcze 2-3 lata temu szalałabym w pierwszym rzędzie, dziś mi przeszło, więc skaczącego po scenia Dizzeego i kumpli oglądaliśmy z daleka, delektując się kiwi w czekoladzie już niestety po raz ostatni. Ten koncert opóźniony był o niecałe 15 minut, czyli mieścił się w granicach zdrowego rozsądku i festiwalowych realiów. Potrwał godzinę, więc około 21.15 zaczęło się wielkie oczekiwanie.
Przesadziłam z tą wielkością? Nie sądzę. Pomimo tłumów regularnych festiwalowiczów (dla posiadaczy karnetów czterodniowych niedzielny koncert był "gratis") widać było mnóstwo ludzi, którzy przyszli specjalnie na koncert. I to widać z daleka ich było. Takich tłumów dzieci Babie Doły jeszcze nigdy nie widziały. Na koncert Rihanny przybyły całe rodziny. I w pewnym sensie było to miłe. Zwyczaj chodzenia na koncerty dopiero się rodzi w naszym kraju, więc tym bardziej miło widzieć najmłodsze pokolenie, które chce poznawać uroki odbierania żywej muzyki.
No właśnie. Pojawiło się słowo - klucz. Żywa muzyka. Bo kiedy muzyka jest tak naprawdę żywa? Co jest ważne na koncercie? Sama obecność gwiazdy? Usłyszenie ulubionych piosenek i największych hitów porywających tysiące ludzi? Emocje towarzyszące śpiewającej i słuchającym? Wokalne popisy? Szaleni gitarzyści i ich rozbudowane solówki? Jesteście moją ulubioną publicznością? Show? Tancerki? Sztuczne ognie? Wizualizacje? Kolorowe stroje?
Tyle recenzji koncertu Rihanny ile odpowiedzi na moje pytania. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wystarczy poczytać recenzje fanów na stronie rihannadaily.pl. Co tu dużo mówić, oni byli zachwyceni. Możliwościami wokalnymi, uśmiechami i pozdrowieniami, całą oprawą wizualną. Przez wszystkie recenzje przewijają się wielogodzinne oczekiwania i łzy radości przy pierwszych dźwiękach rozpoczynającego się koncertu. Wszystkie opisy łączy też coś innego: wylewanie nienawiści na "hejterów". Czyli że na mnie niby. Okej dziewczątka, nieładnie.
Co zabiło ten koncert (poza wszystkim tym, o czym zaraz napiszę)? Przede wszystkim porównania. Pomimo tego, że koncert nie należał już do festiwalu i odbył się po jego oficjalnym zakończeniu, to odbywał się na głównej festiwalowej scenie. Więc stałam w tym samym miejscu, w którym nie wierzyłam w rzeczywistość na koncercie Blur i płakałam przy Arctic Monkeys. Za moimi plecami majaczył namiot, gdzie zakochałam się w Rebece i Devendrze. Pod stopami miałam ten sam trawnik, po którym biegałam nocami modląc się, by nie połamać nóg. Cała przestrzeń była pełna naprawdę żywych i jeszcze gorących przeżyć. A to wszystko przy popowych dźwiękach rodem z Eski. I nagle, jak to pięknie ujęła moja kumpela, fonia przestała zgadzać nam się z wizją. Nasze zmęczone mózgi przestały składać rzeczywistość do kupy. Byliśmy zbyt na świeżo z fantastycznymi doznaniami, więc nikogo dziwić nie powinno, że raczej mierny występ nas nie zaspokoił. Co w takim razie zbulwersowało mnie aż tak bardzo, że w dziesięciostopniowej skali ocen moja oscyluje gdzieś na poziomie -3?
Po pierwsze spóźnienie, o którym mówią wszyscy. Bo dla niej to normalne. Wszystko fajnie i wielka gwiazda, ale 22.00 to 22.00. Ewentualnie akceptuję 22.15. Dlaczego? Festiwalowe realia (tak tak, ja ciągle o tym samym - patrz poprzedni akapit) sprawiają, że większe spóźnienie rozwala cały misternie układany plan. Bo koncert to nie tylko 1-1,5 godziny grania i śpiewania. To także sprzątnięcie i wprowadzenie nowego sprzętu, wpięcie go i dostrojenie. A to trwa. Jedno małe spóźnienie może spowodować bardzo duże szkody. Efekt domina. Przez cztery dni wszystko chodziło jak w zegarku, więc nie sposób się nie denerwować. Szczególnie w momencie, kiedy nie ma gdzie uciec, bo gra tylko jedna scena.
Po drugie wokale. Telewizji nigdy nie oglądałam za dużo jako dzieciak, szczególnie że przez długi czas mieliśmy w domu tylko jedynkę, dwójkę i polsat. Czemu o tym wspominam? Bo pewnie pamiętacie Mini Playback Show, emitowany chyba w tvn. Urocze dzieci, piosenki i dużo szumu o nic, tak to pamiętam z telewizora w szkolnej świetlicy. I właśnie tak czułam się na koncercie. Gwiazdka, która łapie słodkie minki, uśmiecha się i macha. No dobra, czasem coś zaśpiewała. Szkoda tylko, że nie wyciągnęła żadnego wysokiego dźwięku. A Stay i Diamonds odśpiewane na koniec nie zdołały zatrzeć złego wrażenia. Tutaj mogę nawet wtrącić porównanie pozaopenerowe. Widziałam i słyszałam Lady Gagę na żywo. I ona śpiewała, wtedy byłam w szoku jak dobrze to robi. Tutaj byłam w szoku że Barbadoska nie śpiewa w ogóle.
Po trzecie przerwy. Nie zrozumiałam i pewnie nie zrozumiem idei schodzenia ze sceny co cztery piosenki. No nie. Zazwyczaj tych kilka minut, w trakcie których jakiś szalony gitarzysta popisuje się rozbudowaną solówką (nie żeby było one z lekka kiczowate i przebrzmiałe), gwiazda spędza za kulisami, gdzie w pośpiechu się przebiera, a później wyskakuje w akompaniamencie pierwszych dźwięków kolejnej piosenki i wtedy zabija nas swoim blaskiem. Nic z tych rzeczy. Rihanna ot tak ginęła sobie i powracała. Strasznie podobają mi się komentarze wspomnianych dziewczątek ze wspomnianego rihannadaily. Bo przecież każdy się męczy, a jak ona i śpiewa i tańczy na raz to już w ogóle. Kochaniutkie. Miłe moje. Popatrzcie sobie na Damona Albarna. Albo o, na Nicka Cave'a. Wiecie ile ci panowie mają lat? Otóż dużo, dużo, dużo więcej niż wasza ukochana idolka. Nawet zadyszki nie dostali, a przedstawienia dali iście szatańskie.
Po czwarte, na dokładkę - publiczność. Tutaj się zgodzę, że ludzie się nie bawili. Czemu? Jedna z moich kumpel stała załamana i chciała uciekać, do dziś wspomina koncert jako traumę życia. Podejrzewam, że wielu ludzi podeszło do tematu podobnie. Ja postanowiłam pląsać, a później to i poskakać, czym wzbudziłam przerażenie wśród wszystkich dzieci stojących dookoła. A ludzi nieprzyzwyczajonych do szaleństw na koncertach (dopiero po czasie zrozumiałam, jak wielkie przerażenie musiało budzić moje nieskoordynowane machania kończynami, jak by nie patrzeć długimi, na dzieciach około siedmioletnich) w niedzielę pojawiło się bardzo dużo. Więc mamy kolejną grupę niebawiących się.
A co do hejterów, to czy aby na pewno wszyscy openerowicze "jak ona bardzo tu nie pasuje" przyszli tylko po to, żeby móc rozsiewać dookoła siebie głęboką pogardę, a później opowiadać znajomym jak koszmarnie było? Nie sądzę. Gwiazda wieczoru jest na tyle znana, że chcąc nie chcąc wszyscy znamy największe przeboje. WSZYSCY. I tak naprawdę wszyscy mogliśmy się świetnie bawić. To mogła być impreza życia, a dostaliśmy coś o czym jak najprędzej chcemy zapomnieć. Taka zmarnowana szansa.

Czym dla mnie jest żywa muzyka? Świetnym wokalem, niewymuszonym kontaktem z publicznością, muzyką graną na żywo i żywiołowo reagującą publicznością. I wiecie co? Na koncercie Rihanny w Gdyni tego nie było. Dobrze, że wejście miałam gratis, kasy wydanej na bilet nigdy bym nie odżałowała.


2 komentarze:

  1. Dlatego nie lubię tych współczesnych ,,gwiazdek" - muzycznie słabo, a jeszcze fochy stroją i spóźniają się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety często się tak zdarza, choć ja nadal wierzę w potęgę żywej muzyki :)
      i mamy pierwszy przyznany medal, gratuluję!)

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)