20130828

happy enough to die

Spoiler alert
Dla wszystkich tych, których przeraża długość tego wpisu: byłam w Krakowie na koncercie Florence+the Machine i to był koncert mojego życia. 
Alarm odwołany

Zaczynam relację z mojego ostatniego wakacyjnego wyjazdu. Od końca, więc skaczemy do Krakowa i świętujemy z Flo, bo dziś (28.08) ma urodziny. Już miałam nie publikować tej notki (rekord długości?), ale niech będzie, dziś też nie myślę za dużo i chcę znów poczuć szczęście.

Po co pojechałam do Krakowa? W sumie to dziwne, na blogu do tej pory słowem się nie zająknęłam o wycieczce do tej byłej już stolicy naszego pięknego kraju, a mówić będę o jednym z tych wydarzeń, jakie pamięta się do końca życia. To o czym mówię? O festiwalu Coke Live Music, który odbywa się co roku w Krakowie właśnie, i który odwiedzić miałam przyjemność w tym roku. Na jeden dzień. Na jeden koncert. 
To będzie notka bardzo sentymentalna, bo i koncert taki własnie był. 

prawa fotka z instagrama Flo

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Cztery lata temu byłam innym człowiekiem. Zapatrzona w chłopców z Wysp, którzy łamali dziewczyńskie serca grając na gitarach i śpiewając o trudach i przyjemnościach życia młodego człowieka. Muzyka indie była wszędzie, szczególnie na katowanym przeze mnie w tamtych czasach MTV 2 (dziś MTV Rocks, nadal nie mogę odżałować nazwy). I nagle, pośród męskich grzywek i wąskich spodni pojawia się ruda dziewczyna o nieprzeciętnej urodzie i niesamowitym głosie. Jest bajkowo i romantycznie. Trochę przerażająco, ale pięknie ponad wszystko. Są też niesamowite długie nogi, krótkie sukienki i szalenie wysokie obcasy. Rabbit Heart. Chcę być rudą wróżką, skakać po łące i tworzyć prawdziwą sztukę (dwa ostatnie akurat do dziś mi pozostały). Chyba każdy zrozumie, że w moim małym. złożonym z członków zespołów pokroju Arctic Monkeys czy Franz Ferdinand świecie, brygada Florence + the Machine postawiła wszystko na głowie. Cieszyłam się tym bardziej, że wśród moich znajomych to ja byłam odkrywcą (#hipsteralert) tego dobra wcielonego. I tak miłość kwitła. Z resztą nie tylko moja. Tak się składa, że słowiańska dusza Polaków jest niezwykle czuła na Florowe dźwięki - debiutanckie Lungs w kraju przyjęte było w kraju świetnie - do tego stopnia, że (jak do 10 sierpnia) jedyny koncert zespołu w Polsce wyprzedał się w całości, na długo przed tym jak doszedł do skutku. Jak się domyślacie... Nie, nie było mnie tam. Z resztą - fakt ten wypłakałam z siebie bardzo dokładnie, tym bardziej że moja przyjaciółka i exprzyjaciel nie odmówili sobie przyjemności z zobaczenia Flo i ekipy na żywo. Mnie na pamiątkę tego przykrego wydarzenia przypadła płócienna torba (którą z resztą noszę do dziś - zdecydowanie nie jest już czarna, a litery zaczynają się już poważnie rozpadać, ale nie potrafię nosić innej). Co było potem? Kariera w Stanach. No tak, to była kwestia czasu. I oczywiście wielki sukces, no ale on nie powinien nikogo dziwić. Wraz z nim pojawiło się światowe życie Flo, kilka wywiadów, w których opowiadała o swoim zagubieniu w tym wszystkim i coraz większe "zamerykanizowanie", które tak bardzo zaczęło mi przeszkadzać. Później przyszła kolejna płyta. Tak, jest piękna i zachwycająca, Flora nadal ujmuje osobistymi tekstami i dużymi brzmieniami, ale jest w niej coś obcego. Coś dorosłego i dalekiego od tej dziewczyny robiącej sobie fotki w męskiej toalecie, którą pamiętam. Moja ukochana londyńska łobuziara z włosami czesanymi przez wiatr została podmieniona na ikonę stylu, bywalczynię holiłudzkich imprez i przyjaciółkę gwiazd. Pojawiła się nie tylko na okładkach wszystkich najważniejszych muzycznych i modowych pism, galach nagród ale i na wybiegu Chanel czy gali MET. A to wszystko szczyt góry lodowej wielkiego fejmu zjawiska o nazwie Florence + the Machine. A im więcej krzyku, tym więcej moich wątpliwości.
Kiedy ogłoszono, że moja Flora pojawi się na Coke'u mało nie umarłam. Po pierwsze z żalu. Cały czas liczyłam, że pojawi się jednak na Open'erze, na który bilet już miałam, z resztą do Gdyni mam bliżej. A Kraków?! (Bez obrazy) Drugi koniec Polski, sierpniowy termin, kolejny bilet do kupienia. Jednak z drugiej strony to koncert, na który czekałam cztery długie lata, cztery oficjalnie wydane płyty (w tym jedną reedycję i jedną live, no ale w sumie cztery, tak?). 
Decyzja zapadła.
Bardzo się bałam tego koncertu. Po raz kolejny wszystko mogło pójść nie tak. Bo moja Flora skakała po scenie bosa i dawała ponieść się emocjom. Ta, która patrzy (a raczej nie patrzy) na mnie z okładki Ceremonials wygląda raczej na taką, która jest w stanie oczarować publiczność "jedynie" pięknym głosem i teatralnymi gestami. Niech więc nie dziwi Was, że stojąc pod sceną (a raczej sto kilometrów od niej niestety) w gronie MILIARDA ludzi (mam takie wrażenie, że szanowny organizator postanowił wycisnąć z tego koncertu jak najwięcej się da i wpuścił na teren festiwalu więcej ludzi, niż było można - co za tym idzie, godna egzystencja i napicie się wszechobecnej koli na krakowskim lotnisku nie było możliwe) miałam ochotę uciekać. Do worka nieszczęść chciałabym jeszcze dorzucić znajomych znajomych moich znajomych, wszystkich palących w tłumie (przepraszam chłopaka, którego popchnęłam kiedy sama zostałam popchnięta, przypaliłeś sobie rękę. no ale sam się o to prosiłeś paląc w tłumie) i grono nastoletnich psychofanek próbujących się przepchnąć w złym miejscu - akurat obok mnie stali sami wysocy ludzie jakimś dziwnym cudem, he he he.
Podsumowując: ja, tysiące ludzi, letnia noc i wielkie oczekiwanie. Och, w jakim ja błędzie była, w jakim ogromnym. Głowę posypuję popiołem i przepraszam gorąco za niewiarę.
Bo Florence była fantastyczna. Saute. Bez zbędnego makijażu, bez butów. W pięknej sukience, ale z dość zwyczajną fryzurą. Z uśmiechem od ucha do ucha. I przede wszystkim z tym głosem. Z piosenkami, które, choć brzmi to banalnie, odmieniły moje życie. Dziś pewnie byłabym innym człowiekiem, gdyby nie ta muzyka. W prawdzie nie mogę powiedzieć nic w stylu "Florence nauczyła mnie kochać", jednak z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że nigdy nie przepełniało mnie tyle dobrych emocji co w trakcie tego koncertu. Live actów widziałam już w swoim krótkim życiu sporo, czasem zdarzyło mi się mieć łzy w oczach, jednak jeszcze nigdy nie udało mi się kompletnie rozpłakać. Tak, by łzy ściekały mi z brody i ściskały gardło. Wiecie co? Cudowne uczucie. Bo nagle w moim pokręconym życiu, pełnym ciągłych zmian i niepewności pojawiło się coś stałego. Klamra spinająca znienawidzone studenckie życie i spokojne czasy liceum. Ruda Florence tańcząca w zielonym parku w teledysku do wspomnianego Rabbit Heart, to ta sama, która stała przede mną na scenie w sobotę. Jestem tego absolutnie pewna.
W sumie to zabawne, że do tego miejsca napisałam już 1077 słów i postawiłam 6889 znaków, a nie napisałam nic co przybliżyłoby Wam muzyczne oblicze koncertu. Wybaczcie. Set listę znajdziecie w internecie, z resztą cały koncert podobno również. Bo ja nie pamiętam prawie nic. Tak po prostu nie pamiętam. Wiem, że wszystkie piosenki przemknęły dosyć szybko, szczęśliwie nie na tyle, żebym nie zdążyła wytrzeć spływających po mnie łez. Pamiętam też, że ta denerwująca i strasznie zróżnicowana publiczność już po pierwszych dźwiękach Only if for a night zaczęła reagować jak jeden organizm. Wierzcie mi, tak daleko od sceny rzadko się to zdarza. Wychodzi na to, że ten koncert również sponsorowało słowo magia, cóż więc mnie dziwi?
Przepraszam wszystkich, którzy liczyli na w miarę składną relację (przynajmniej porównywalną z ). Z rzeczy, które można odczuwać obiektywnie jestem w stanie stwierdzić jedynie, że coś było nie tak z nagłośnieniem. Absolutnie nie jestem fanką koncertów, w trakcie których słuchacze zapoznawani są z dźwiękami na poziomie bólu, jednak dobrze jest słyszeć wszystko. I żeby wszystko było jasne: nie, nie stałam gdzieś na końcu świata, umiejscowiłam się przy dźwiękowcach, więc teoretycznie tam, gdzie wszystko słychać najlepiej. No chyba nie tym razem. Szczęśliwie odbioru zjawiska jakim jest Florence, nie udało im się zepsuć.

Gdyby ktoś pewnego dnia postawił mnie przed wyborem najlepszego koncertu jaki widziałam, dziś nie miałabym problemu z wyborem. Flora wygrywa.

Bonus. Po tym koncercie mój fetysz brokatu osiągnął apogeum. I kwiatów we włosach. Przegapiłam koncertowe akcje fanów i jakoś muszę sobie to odbić. Jeżeli w środku zimy spotkacie w Trójmieście dziewczę z rozwianym włosem i powpinanymi w nie kwiatami - wiedzcie, że to będę ja. Podejdźcie się przywitać, albo chociaż zarzućcie mi kaptur na głowę. Będę wdzięczna.


20130824

bad kingdom


Nowy Moderat jest taki dobry, że aż postanowiłam wpaść tu na chwilę i się nim z Wami podzielić, bo aż wytrzymać nie mogę! A tak, może uda mi się spokojnie powrócić do nauki, bo kruca bomba, mało casu, sami wiecie.


Największą niesprawiedliwością dziejową jest to, że ci panowie występują dziś w Katowicach. Jeszcze nie wiecie, ale od tych wakacji to jedno z moich ulubionych miast. 

Cóż, nie można mieć wszystkiego.

20130820

awesome!

Za oknem ciemno i leje, więc nadeszła najlepsza pora na blogowanie zgłębienie tego, gdzie w projektowanym przeze mnie budynku powinny być okna. Ludzie przejawiają dziwne przywiązanie do okien i kontaktu ze światem zewnętrznym, a nie wiem czy wiecie, ale te potworne otwory w ścianach nieraz mogą zniszczyć najbardziej przemyślaną kompozycję. Skandal. Powiedziała ta, która najchętniej całe życie spędziła siedząc w oknie i obserwując świat.
Ale nie o tym. 
Sama w poprzednim poście poruszyłam temat motywacji i tego jak bardzo mi jej brakuje. Oto co mi wpadło w lepkie łapki. Sądząc po liczbie odtworzeń, pewnie część z Was już widziała, ale mam wrażenie, że to taki filmik, który można oglądać w kółko. Może pomoże. I może świat w końcu zacznie być awesome.



20130819

magda




Tak bardzo bardzo kompletnie nie czuję tego, co właśnie robię. 
Magda jeszcze z Łodzi, która czeka na swojego własnego zdziwionego posta. Czeka też wiele innych dziwnych wspomnień i zdjęć (wybaczcie niezrozumiałą fotoszopowatowość tego), które odłożyłam na lepsze czasy. Niestety istnieje taka możliwość, że sierpień zacznę wspominać w październiku, ot taka moja natura. 
Gdyby ktoś postanowił mnie zmotywować do ukończenia wszystkiego, czego nawet nie zaczęłam dobrze robić, to byłabym wdzięczna.

20130812

fajnie było!

Walizka już rozpakowana, wielkie pranie rozpoczęte, koniec z wyjazdami. Od dziś komputer jest moim najlepszym przyjacielem, włączam moich ukochanych cadów i fotoszopów i nadrabiam. 
W skrócie wróciłam i w skrócie było wspaniale. Operacja #OWCa zakończona. Wło - Kato - Wiedeń - Wawa - Kraków - Wawa - Wło. 
Na głębsze refleksje niestety musicie poczekać - jak na razie w głowie mam miliard luźnych i rozemocjonowanych refleksji, w aparacie czeka mnóstwo zdjęć do przejrzenia, a w notatkach trochę muzyki, którą przywiozłam w wakacji. 
Jejku, jejku, ALE BYŁO FAJNIE.

A tak na marginesie i w temacie, który cały czas czeka aż poruszę go na blogu. Coś od czego płaczę, a #DabljuJakWoodstock wchodzi do mojego języka na stałe. Maja radzi!


Już na zupełnym marginesie: mam taką bluzę (zarową kremową wersję) i teraz zastanawiam się, czy ją spalić czy co?!

20130803

kilka luźnych refleksji


Prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem czemu co roku wracam do Gdyni. Czemu moje mieszczuchowe ciało co roku zmuszam do spania w śpiworze na karimacie, pod którą jest tylko trawa i stada robactwa, w namiocie gdzie w nocy temperatura spada do przerażających wartości po to, by odbić sobie wszystko rano, kiedy serwuje nam saunę. Nie zrozumiem codziennego przemierzania ładnych paru kilometrów między scenami, przebywania w tłumie ludzi, którzy zainteresowani są jedynie zaimponowaniem znajomym. Nie zrozumiem czemu spędzam cały dzień w słońcu które spala mi kark i ramiona, albo w deszczu, który wciska się w każdy zakamarek i pod każdą, nawet najbardziej nieprzemakalną część garderoby. Czemu całe dnie spędzam na trawie, która ewidentnie powoduje u mnie uczulenie, a co za tym idzie ciągłe kichanie i kapanie z nosa. Zdrowy rozsądek zawsze będzie mi podpowiadał, że jest zdecydowanie za głośno i za tłoczno, że opaska gryzie i ciągle macza się ją w talerzu, a co najgorsze pozostawia biały pasek na opalonej ręce. Że jem i piję zdecydowanie za mało, że nie biorę leków i nie zakładam aparatu na noc. Że za często stawiam na swoim czym denerwuję znajomych i siebie.
Festiwal muzyczny to festiwal masochizmu, którego nigdy nie będę w stanie pojąć rozumem. Nie pojmą go też nigdy moi rodzice, którzy już chyba do końca moich dni nie będą domagać się żadnych opowieści. One ekscytują tylko mnie.
Tego się nie da pojąć. To kwestia uczuć i konkretnych przeżyć. Tego jak brzmi kilkunastotysięczny tłum śpiewający jeden refren. Jak faluje niesiony siłą muzyki płynącej z głośników. Tego, że jest tak głośno że aż boli. Koncertów trzeba doświadczyć. Gniecionych kości, crowdsurferów spadających nagle na głowę, ochroniarzy i wody, którą podają pierwszym rzędom. Zmęczenia, które cały czas trzeba pokonywać. Kaprysów pogody. Kaprysów znajomych.
Ale ponad wszystko doświadczyć trzeba tego, jak bardzo wszelkie niedogodności nagle tracą całe swoje znaczenie kiedy słychać pierwsze dźwięki, tak bardzo wyczekane i upragnione. Jak ginie wszystko i wszyscy. Całoroczny stres, projekt dyplomowy, praktyki, dziekanaty, skomplikowane relacje ze znajomymi, alergie, przeziębienia, wieczny brak czasu i funduszy.
Zawsze będę wracać do tych kilku dni w morzu trawy. Bez względu na to czy będzie to Gdynia, Katowice, Kraków, czy Warszawa. Mam nawet cichą nadzieję, że kiedyś uda mi się wyjechać i zdobyć festiwalowe doświadczenia z innego kraju. Okej, nie będę czarować - ja wiem, że kiedyś te plany dojdą do skutku. Na 110%. W końcu marzenia są od tego, żeby je realizować.




A w tej chwili przemierzam kolejne kilometry między scenami.

Szczęściarze.