20130803

kilka luźnych refleksji


Prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem czemu co roku wracam do Gdyni. Czemu moje mieszczuchowe ciało co roku zmuszam do spania w śpiworze na karimacie, pod którą jest tylko trawa i stada robactwa, w namiocie gdzie w nocy temperatura spada do przerażających wartości po to, by odbić sobie wszystko rano, kiedy serwuje nam saunę. Nie zrozumiem codziennego przemierzania ładnych paru kilometrów między scenami, przebywania w tłumie ludzi, którzy zainteresowani są jedynie zaimponowaniem znajomym. Nie zrozumiem czemu spędzam cały dzień w słońcu które spala mi kark i ramiona, albo w deszczu, który wciska się w każdy zakamarek i pod każdą, nawet najbardziej nieprzemakalną część garderoby. Czemu całe dnie spędzam na trawie, która ewidentnie powoduje u mnie uczulenie, a co za tym idzie ciągłe kichanie i kapanie z nosa. Zdrowy rozsądek zawsze będzie mi podpowiadał, że jest zdecydowanie za głośno i za tłoczno, że opaska gryzie i ciągle macza się ją w talerzu, a co najgorsze pozostawia biały pasek na opalonej ręce. Że jem i piję zdecydowanie za mało, że nie biorę leków i nie zakładam aparatu na noc. Że za często stawiam na swoim czym denerwuję znajomych i siebie.
Festiwal muzyczny to festiwal masochizmu, którego nigdy nie będę w stanie pojąć rozumem. Nie pojmą go też nigdy moi rodzice, którzy już chyba do końca moich dni nie będą domagać się żadnych opowieści. One ekscytują tylko mnie.
Tego się nie da pojąć. To kwestia uczuć i konkretnych przeżyć. Tego jak brzmi kilkunastotysięczny tłum śpiewający jeden refren. Jak faluje niesiony siłą muzyki płynącej z głośników. Tego, że jest tak głośno że aż boli. Koncertów trzeba doświadczyć. Gniecionych kości, crowdsurferów spadających nagle na głowę, ochroniarzy i wody, którą podają pierwszym rzędom. Zmęczenia, które cały czas trzeba pokonywać. Kaprysów pogody. Kaprysów znajomych.
Ale ponad wszystko doświadczyć trzeba tego, jak bardzo wszelkie niedogodności nagle tracą całe swoje znaczenie kiedy słychać pierwsze dźwięki, tak bardzo wyczekane i upragnione. Jak ginie wszystko i wszyscy. Całoroczny stres, projekt dyplomowy, praktyki, dziekanaty, skomplikowane relacje ze znajomymi, alergie, przeziębienia, wieczny brak czasu i funduszy.
Zawsze będę wracać do tych kilku dni w morzu trawy. Bez względu na to czy będzie to Gdynia, Katowice, Kraków, czy Warszawa. Mam nawet cichą nadzieję, że kiedyś uda mi się wyjechać i zdobyć festiwalowe doświadczenia z innego kraju. Okej, nie będę czarować - ja wiem, że kiedyś te plany dojdą do skutku. Na 110%. W końcu marzenia są od tego, żeby je realizować.




A w tej chwili przemierzam kolejne kilometry między scenami.

Szczęściarze.


4 komentarze:

  1. Podziwiam Cię za takie poświęcenia, ale Tobie to chyba sprawia przyjemność, co? :D
    Masochistka jesteś i tyle ; p
    Marzy mi się kilkudniowy festiwal lub jakiś koncert pod gołym niebem : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zdecydowanie nie poświęcenie a szalona radość i nawet nałóg powiedziałabym. Czasem tylko nachodzą mnie takie "zdroworozsądkowe" myśli. Zazwyczaj na dzień przed wyjazdem i tylko po to, żebym następnego dnia umierała z ekscytacji.
      A ci do festiwali - polecam, bo to doznania jedyne w swoim rodzaju ^^

      Usuń
  2. pod tym powyżej podpisuję się wszystkimi kończynami, które mam. nie, żeby po Woodstocku doszły mi jakieś dodatkowe... tak tylko.

    ale chciałam jeszcze do poprzedniego poprzedniego wpisu - po pierwsze, domagam się swojego medalu z ziemniaka. po drugie, dlaczego ja byłam przekonana, że ten KAMP to kobieta? wokal to też mężczyzna? w ogóle jest tam wokal? boże, tak bardzo mi wstyd, że wciąż tego nie ogarnęłam. ogarnę, ogarnę! po trzecie, zastanowiłam się i serio, serio, nie mogę skumać żadnej piosenki Rihanny. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kampy to trzej panowie, zdecydowanie ^^ z wokalem i ze wszystkim, o.
      a z Rihanną i tak nie wierzę!

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)