20130929

o co mi w ogóle chodzi?!

Od dwóch dni piszę posta na temat pewnej piosenki. To poważny post. Krytyczny. Pełen profesjonalizm. Udowadniam w nim sobie i światu, że świetnie znam się na muzyce i marnuję sobie życie studiując architekturę, bo czym prędzej powinnam dołączyć do jakiegoś internetowego portalu muzycznego i pisać filozoficzne wywody na temat piosenek. A muszę Wam powiedzieć, że pisanie szło mi naprawdę świetnie, dopóki nie zdałam sobie sprawy z tego, że próbując znaleźć dobre strony tajemniczej (na razie) piosenki, nagle przekonałam samą siebie, że to jest całkiem dobra piosenka. Co więcej, zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że początkowo bardzo kręciłam nosem, bo nudne, bo odtwórcze, bo tak strasznie "modne" i na czasie. Że playlista dużych stacji radiowych i szczyt OLiS. Mainstream i pod publikę. Koszmar!
No nic, jutro będę miała całkiem dużo czasu na przemyślenia, więc najprawdopodobniej skończę ten dziwny tekst i go opublikuję. Raz się żyje.

A później udam się do psychoanalityka.

A przy okazji: bloglovin!

20130927

TETRIS

Dzisiejsza notka powinna zostać opatrzona etykietką głęboka filozofia życia, albo jeszcze inną i jeszcze bardziej skłaniającą do refleksji, bo życie to jedna wielka refleksja. Zanik jednak dojdziemy do meritum, chciałabym w skrócie nakreślić sytuację, która skłoniła mnie do jakże głębokich przemyśleń. Otóż, jak co dzień, kiedy jestem w domu i robię za pełnoetatową matkę polkę perfekcyjną niepracującą panią domu bez diademu na głowie, sprzątałam sobie w kuchni i próbowałam upchnąć wszystkie cholerne kubki w cholernej szafce i wszystkie cholerne talerze i innej cholernej szafce. Bo musicie wiedzieć, że kubków, talerzy, szklanek, garów i innych widelców przybywa w tym domu w postępie dosłownie geometrycznym, a szafki jak były małe tak małe nadal są i nawet magiczna torebka Hermiony nie byłaby w stanie nam pomóc. 

I nagle dotarło do mnie, że podstawową umiejętnością, którą powinien posiąść każdy żyjący w XXI wieku człowiek jest (werbel werbel werbel i dźwięki z filmów grozy) 

PAKOWANIE

I nie, nie chodzi mi o pakowanie na siłce, wciąganie protein i białek, najpierw masa, potem rzeźba. Choć wcale nie twierdzę, że w tych dążeniach do perfekcji nie leży przyszłość narodu. Nie nie nie, tym razem proza życia, codzienne małe czynności, które sprawiają, że znajdujemy w naszych zagraconych domach jakąkolwiek minimalną przestrzeń do życia. Bo PAKOWANIE dopada nas na każdym kroku i co chwilę przypomina o tym jak szatańskim jest zajęciem.

#problemy pierwszego świata
Jak upchnąć wszystkie gary w zmywarce, żeby za jednym praniem umyć ich jak najwięcej? Gdzie mam zmieścić wszystkie kubki i szklanki, któe nie zmieściły się w dwóch szafkach i kredensie? Co zrobić z lodówką, do której nie zmieści się już kolejna paczka łososia i miska #ultramodnejekohasztagfit sałatki, której trochę zostało po obiedzie? A co z szafą ze studenckiego pokoju (który sam w sobie jest wielkości naturalnych rozmiarów szafy występującej dziko w przyrodzie) w której mieści się jedynie (albo aż) kurtka zimowa? Przecież jako szanująca się blogerka (helou) potrzebuję wcisnąć tam jeszcze oversize'owy sweter i denimową koszulę!!! Jak żyć? JAK ŻYĆ?!

Uczyć pakowania uczyli już chyba wszyscy. Kasia Tusk, Louis Vuitton (choć chyba nie do końca w osobie własnej), jakieś dziwne laski na youtubie, a ostatnio nawet ParanoJa. Ale nic i nikt, nawet wasza własna Matka (choć to zazwyczaj ona osiąga mistrzostwo świata i okolicy w dziedzinie pakowania, a raczej masowego upychania gdzie się da i jak się da) nie przygotuje Was na dramat związany z włożeniem (i tak żeby nie wypadło po zamknięciu i ponownym otwarciu, HACZYK!) szklanek do kredensu. Ani do zmywarki. Ani do szafy. Z walizką jakoś sobie poradzicie.

I kiedy już przekonałam Was do tego, że nie ma nadziei i że zginiemy marnie przygnieceni przez tony niepotrzebnych rzeczy, które mnożą się w domu (no chyba, że przejdziemy na modny hipsterski minimalizm♥), postanowiłam zostawić Was samych z tym problemem, zgińcie sami, muahahahahahaha rozświetlić Wasze dusze i uświadomić Was, że umiejętność pakowania wyssaliśmy praktycznie z mlekiem matki. A właściwie wyćwiczyliśmy w gierce na czas. Po prostu (teraz znowu dramatyczna chwila ciszy, napięcie narasta, czas na duże literki)

TETRIS NAUCZYŁ NAS ŻYĆ

Wychodzi na to, że godziny spędzone na graniu w tetrisa, wcale nie były zmarnowane. Chyba jeszcze żaden naukowiec tego nie przebadał (ZAKLEPUJĘ!), ale ta teoretycznie prosta gra musi mieć niesamowity wpływ na rozwijanie umiejętności pakowania. To takie proste - zapełnione rzędy dają punkty, a pozostawione luki sprawiają, że plansza szybko się zapełnia, gra się kończy i następuje katastrofa. Game over, bitch. I wszyscy o tym doskonale wiemy. Dlaczego więc, kiedy dochodzi do pakowania/upychania/załadowywania/chowania/call it what you want zapominamy o tym, że umiemy się pakować? To kwestia psychiki, zdecydowanie. Dlatego teraz, wszyscy razem

Umiesz się pakować, JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ!

Obiecuję, że już nigdy więcej* nie napiszę notki po pijaku**.





* tak, tak, jak ja kocham obiecywać, hehehe
** a najgorsze jest to, że w ogóle nie jestem pijana



Nie wiem dlaczego ja to w ogóle publikuję. Dziś ogłaszam dzień bez mózgu! Sztuka!

Chyba powinnam to wszystko machnąć Comic Sansem, żeby było fikuśniej.

O nie, nie ma ;____;

Enough.

20130923

201!

Siedzę sobie od czwartku w domu, macham nogami, czytam książki i generalnie całą swoją uwagę skupiam na porządnym obijaniu się. Plan jest taki, że nie ma planu. Życie bez planu ma swoje niewątpliwe zalety, o tak. Powoli nadrabiam zaległości książkowe i filmowe, śpię wprost nieprzyzwoicie długo i próbuję ograniczyć korzystanie z komputera do absolutnego minimum. A w międzyczasie udaje mi się jeszcze planować jesienne wypady koncertowe i... niekoncertowe, tak to określę. W skrócie: ładuję akumulatory i przygotowuję się psychicznie na czekający mnie inżynierski maraton. Będę twarda, silna i nie do zdarcia. I skupiona. Choć o to czasem bywa trudno. 

Bo ostatnio interesuje mnie już prawie wszystko. Cóż, im więcej rzeczy odciągających mnie od głównego nurtu mojego życia (jakim, teoretycznie, powinny być studia i związana z nimi moja świetlana przyszłość) tym lepiej. Tak więc obok architektury pojawia się ilustracja, grafika, moda i muzyka, literatura i sztuka XX wieku. Same przyszłościowe, ale jednocześnie szalenie fascynujące dziedziny. Nie potrafię się ograniczyć do jednej z tych dziedzin, skaczę z kwiatka na kwiatek, czytam, słucham, oglądam i zgłębiam. Chcę wiedzieć wszystko. Ale im więcej wiem, tym czuję, że gubię się coraz bardziej i rozumiem coraz mniej. Poszerzanie horyzontów zawsze popłaca, bez dwóch zdań. Ale jednocześnie uświadamia jak bardzo dużo jest jeszcze do poznania i odkrycia. Życie człowieka renesansu to prawdziwa udręka. 

Skąd piosenka, artystka i pomysł wspomnienia o tym swoistym rozszczepieniu osobowości? Oh Land, to moja wiosna sprzed dwóch lat i fascynacja tą uroczą duńską dziewczyną. Złożyło się oczywiście tak, że posłuchałam chwilę, pocieszyła się i... zapomniałam. I trwałam w zapomnieniu, aż do teraz. Kilka dni  temu odbyła się premiera trzeciego albumy Nanny i teraz cała moja fejsbukowa tablica zaklejona jest zdjęciami dziewczyny. Trudno więc było nie posłuchać i nie zakochać się od nowa. O samej płycie na razie nie mogę powiedzieć zbyt wiele. Udało mi się posłuchać jedynie dwóch singli, na resztę muszę poczekać, aż wróce do mojego komputera i konta na Spotify. Mam jednak wrażenie, że jest na co czekać. Szczególnie, że wraz z nowym krążkiem nastąpiła pewna zmiana w wyglądzie wokalistki. Jest bezkompromisowo, trochę nonszalancko i bardzo... na czasie. Trochę w stylu Grimes, jednak nadal z dziewczęcym urokiem. Kolorowo krótko i świecąco. Do mnie to trafia, na tyle, że zaczęłam poważnie zastanawiać się nad wyjazdem na koncert artystki. Bilety tanie, a i Warszawa (jak ostatnio mnie przekonywaliście dzielnie) wcale nie aż tak daleko. Kto wie, kto wie. 


Dziś pierwszy dzień jesieni, a to jest post numer 201. Zupełnie przespałam świętowanie dwusetki i przy tamtym numerze pojawił się dość dołujący tekst. Wybaczcie. Nie wiem czy mam świętować, czy nie, jeżeli Wy macie ochotę i pomysły to dajcie znać, coś wymyślimy ;)

20130915

witaj nieznajomy

Nie jestem zbyt towarzyska i dużo czasu spędzam sama (choć gdyby geografia mi na to pozwalała, zdecydowanie więcej i częściej widywałabym się ze znajomymi) i nie mogę powiedzieć, że jakoś specjalnie mnie to uwiera. Fakt, czasem przychodzą momenty totalnego załamania i poczucia samotności, ale czy wszyscy czasem nie potrzebujemy trochę popłakać? Większość dnia spędzam w anonimowym tłumie, gdzie bezkarnie mogę gapić się na ludzi i wymyślać życie, które pasowałoby do ich wyglądu. To dość paskudny zwyczaj, ale lubię też oceniać to co robią i jak wyglądają. Zazwyczaj najbardziej obrywa się matkom z małymi dziećmi. Chyba tylko raz udało mi się spotkać kobietę, która nie dość, że świetnie wyglądała, to jeszcze patrzyła z wielką miłością na synka, który spał na jej kolanach. Później wysiedli z autobusu i już nigdy więcej nasze ścieżki się nie przecięły.
Staram się nie przywiązywać.
Ale potem przychodzi taki moment jak dziś, w niedzielę, kiedy po tygodniowym pobycie w pokoju postanawiam przerwać naukę i wyjść w końcu na dwór, bo makaron się skończył i na śniadanie też nic nie ma. I pomimo tego, że z moimi współlokatorami mieszkam tylko przez chwilę (bo czym jest rok wobec całego życia, no czym), to i tak robi mi się odrobinę przykro gdy wychodzę i nikt jakoś nie jest tym przejęty. Na dobrą sprawę mogłabym zniknąć, wyjechać na tydzień na drugi koniec świata i nikt by nawet nie zauważył. 
Bo czasem współlokatorzy potrafią zaistnieć dopiero kiedy ich nie ma, a w lodówce zaczyna się psuć pierś drobiowa, którą nieopatrzenie w niej zostawili. True story. 


A to jest bardzo ładna piosenka z bardzo tandetnym teledyskiem. Dlatego oszczędzę go i Wam i sobie. Dziś Dawid gra i śpiewa w Trójce (do odsłuchania w radiu i do zobaczenia na ich stronie internetowej), polecam, bo już raz się przekonałam, że warto go posłuchać. (Tak, to ten koncert na openerze, o którym już pisałam, linkowałam go miliard razy, ale gdyby ktoś był naprawdę ciekawy i chciał przeczytać jeszcze raz, to on jest TU).


20130909

long distance




Dobra, obiecuję, że to już ostatni post z serii "boże co ja uczyniłam". Bo żałuję bardzo, że nie pojechałam. Ale przy okazji dotarło do mnie parę przykrych faktów, no nic, widocznie tak być musiało. Wychodzi na to, że mam jakąś chorą potrzebę i nawyk przywiązywania się do ludzi, za to ludzie lubią zawodzić mnie non stop. Pomijając tych, którzy byliby skłonni przylecieć zza Morza. 

Tak czy inaczej, było minęło. A teraz można wszystko obejrzeć w internetach, o TU. (Panowie byli tacy odstrzeleni, że wyjść z podziwu nie mogę, koszule ♥) Będę sobie oglądała w kółko, o.
I tak jak krówka do mnie przemówiła (tak, ta z fotki), sięgać muszę po więcej. W sumie, z racji wzrostu sięgam wyżej niż moje koleżanki (i, o zgrozo, niektórzy koledzy), więc problemu nie będzie. Wystarczy tylko chcieć. 

i te kocie ruchy! *-*
#psycho


20130907

jechać, czy nie jechać?!





Jechać, czy nie jechać - oto jest pytanie. Wygrałam wejściówkę na pewien koncert, w dość kultowym miejscu. Fart niesamowity i szczęście nie do opisania. To gdzie leży pies pogrzebany? Muszę wyjechać z Gdańska i przejechać pół Polski, a jeszcze w międzyczasie nauczyć się hapolu i nie zwariować. O projektach do dokończenia nawet nie wspomnę. 
Jeżeli nie pojadę, umrę z żalu, to pewne. Ale spędzę kolejny miły dzień nad morzem (PLAŻA♥). Zdążę też poklikać trochę w plansze. No i w kieszeni zostanie mniej więcej stówa, którą wydałabym na pociągi, obiad i komunikację miejską. 
Ale z drugiej strony, przeżyję koncert życia (Okej, już widzę te spojrzenia, kiedy ostatnio pisałam o koncercie życia? Tydzień temu? Dwa?), no dobra jeden z najlepszych koncertów ever, zobaczę wspomniane kultowe miejsce od środka. Będę miała naprawdę sporo czasu w pociągu na to, żeby wkuć do mojej pustej głowy wszystkie dziwne rzuty kościołów pierwszych i ostatnich Piastów. Drugiej takiej szansy nie będzie.
Boże, boże, predatorze, co mi odbiło, żeby wziąć udział w konkursie, na zasadzie "eee, jak wygram to się martwić będę". Tak, brawo.
A najgorzej jak będę musiała jechać sama, o.


Edit brzmi tak: nigdzie nie jadę, jestem wściekła. Znaczy może inaczej. Na pewno nie jadę do Warszawy, ale odmówić sobie wycieczki do Gdyni nie potrafię. To chyba odpowiedzialna decyzja. Dorosła. Prawdopodobnie dlatego, odkąd pierwszy raz usłyszałam hasło "w dorosłym życiu" szczerze je znienawidziłam. Dlaczego wszystko, co odpowiedzialne, musi być też nudne i wpędzające w depresję?! Mam nadzieję, że podziękuję sobie za to sama w momencie, kiedy oddam wypełniony indeks do dziekanatu. A chwilę później kupię bilet na inny koncert. I umrę z radości. 
A w jeszcze gorszy nastrój wpędza mnie to, co w radiowej Trójce zostało wrzucone dość brutalnie, w miejsce mojej ukochanej Ciemnej Strony Mocy. Nieładnie. Tak się nie robi.


20130904

crawlin' back to you

Kajam się i pokutuję za ten rozwód (wina obustronna), który wzięłam z moim niegdysiejszym ukochanym zespołem. Ale. Od wczoraj dzięki iTunes'owi można przesłuchać najnowszy album Arctic Monkeys. Pewnie nikogo nie zdziwi, że zakochałam się ponownie i podobnie jak Alex nie może pozbyć się swojej starej miłości w singlowym Do I wanna know, tak też ja, przypomniawszy sobie o Małpach w te wakacje, nie mogę powstrzymać się od przesłuchiwania płyty w kółko od kilku godzin. Wychodzi na to, że moja płytowa kolekcja powiększy się o kolejną pozycję, bo AM mieć muszę i koniec.
Jeżeli korzystacie z iTunes'a, polecam. Jeżeli nie, zostawiam Wam piosenkę, która najbardziej wpadła mi w ucho, głowę i... oko, bo Why'd you only call me when you're high? (ah, te najdłuższe tytuły świata♥) ma całkiem fajny teledysk.


22!


Kumulacja! Dziś bawicie się w moim imieniu!


A ja wkładam kapelusz i lecę zdobywać świat :)

20130902

jesień, @*&!!#


Ja wiem, że wszyscy mają własne okna i własne oczy. Wiem też, że prawdopodobnie połowa Waszych znajomych zauważyła to samo co ja i postanowiła podzielić się tą niesamowitą wiedzą na fejsie. Nic to. JA MUSZĘ. Bo wszystko to co za oknem się dzieje krzyczy do mnie:


JESIEŃ, KURWA!

I to "r" aż gotuje się w gardle, kiedy jesień w ludzkiej postaci przemawia. Żeby wszystko było jasne: ta jesień to nie miła pani z rudą czupryną i w brązowej kiecce. To raczej młody, lekko otyły, łysy drech, w bluzie i spodniach z trzema paskami, który szeleści przy każdym kroku. Już z daleka czuć od niego petami i palonym plastikiem, z bliska ujawniają się poważne braki w uzębieniu i problemy z cerą. Syf, kiła, mogiła, malaria, bez kija nie podchodź. Normalnie luj od Witkowskiego. 
A i pogodowo też zupełnie jak w prozie wyżej wymienionego pana. Nieludzko zimno, wiatr i mżawka wciskająca się dosłownie wszędzie. Brakuje tylko szerokiej pustej plaży, bo mokry las i chatki podejrzanych mężczyzn dałoby się znaleźć. 
Nie wierzę w złotą polską jesień. W długie wieczory z książką, pod kołdrą i przy gorącej herbacie też nie wierzę. W uroki ubierania się na cebulkę tym bardziej. Jesień to czas potu, łez i krwi wylanych w nowym semestrze i na obcej ziemi. Czas wiatru, deszczu i, co w tym wszystkim najgorsze, ZIMNA. I żadne zapewnienia o tym, że jeszcze będzie ciepło, koncerty będą i nowe płyty, mnie nie przekonają. 
Powietrze pachnie już zupełnie inaczej. Czas rozpocząć dziesięciomiesięczną zimę.