20131025

Sverige!

Zbieram się do napisania tego posta już dobre dwa tygodnie. I cały czas nie potrafię poukładać swoich myśli tak, by wyszło z nich coś głębszego niż "Szwecja taka wspaniała, pogoda taka piękna, drzewa takie kolorowe, jezioro takie romantyczne, lampy [w oknach] takie świecące, gwiazdki w oczach, junikorny, tęcze i galaktyki" Lubię być przebodźcowana, a ostatnie dwa tygodnie bogate były w przeżycia i przemieszczanie się z miejsca do miejsca. Takie życie bardzo mi odpowiada, problem rodzi się dopiero, kiedy ktoś wymaga ode mnie logicznej relacji. Wszystkie wspomnienia cały czas we mnie siedzą i są bardzo żywe, więc kiedy piszę, za dużo wylewania z siebie emocji, a za mało w tym wszystkim składnych opinii. Trzy tygodnie temu o tej porze wychodziłam ze świetnego koncertu. Trzy tygodnie, dwadzieścia jeden dni. Okej, dla mnie to ciągle jest "wczoraj". Tak czy inaczej, próbuję.
Proszę zapiąć pasy i przygotować się do lotu.  



Kiedy obudziłam się w dzień odlotu, myślałam, że coś mi się pomyliło i tak naprawdę ostatnie dwa miesiące były tylko snem, za oknem jest lipiec i powinnam pamiętać o kremie do opalania zanim wyjdę na dwór. Słońce, słońce i słońce, chyba nie ma lepszej pogody na wycieczki wszelakie. Jak okazało się kilka godzin później - Sztokholm też postanowił przywitać mnie bezchmurnym niebem. Przywitał mnie też za pośrednictwem sympatycznego Walijczyka, który akurat podróżował po kontynentalnej Europie (27 miast w 40 dni) i znalazł się w tym samym miejscu i czasie co ja, więc razem przesiedzieliśmy pół godziny na ławce w parku po to, by później rozstać się i nigdy ponownie nie spotkać. Cóż za dramatyzm. Przybiliśmy sobie piątkę i poszliśmy, każdy w swoją stronę.

Jadąc do obcego miasta, rzadko mam o nim jakieś większe wyobrażenie, staram się raczej przyjmować wszystko takim jakie jest, a nie jakim być powinno, bo tak to widziałam w mojej głowie. Więc jaki jest Sztokholm? Co zaskakujące, wcale nie jest ani duży, ani obcy. Błądząc po jego ulicach i uliczkach uderzyło mnie pewne podobieństwo. Sztokholmskie stare miasto - jego ulice, zaułki, kolorowe kamienice i kocie łby do złudzenia przypominają Starówkę Warszawską. Wystarczy jednak przejść kawałek dalej na północ, by przekonać się, że to miasto powstawało też w XX wieku i trochę przypomina Berlin Zachodni. Najbardziej jednak w mieście podobało mi się coś, czego nie ma w żadnym ze wspomnianych stolic Europejskich - dostęp do wody. Jej obecność nie powinna mnie dziwić, w końcu szwedzka stolica położona jest na czternastu wyspach. Mimo to, za każdym razem kiedy w trakcie spaceru trafiałyśmy nad kanał, ja umierałam z radości i robiłam zdjęcia wszystkim pływającym jednostkom. Przecież tak rzadko je widuje i wcale nie mieszkam w mieście portowym.

Trochę rozczarował mnie fakt (ale może nie do końca zdziwił), że Stare Miasto nocą zupełnie pustoszeje. Trudno szukać klubów czy pubów stworzonych do nocnych posiadówek. Szwedzi zbyt chyba cenią sobie ciszę nocną, by w ciasne uliczki najstarszej części miasta wpuszczać rozochoconą młodzież. A szkoda. Choć z drugiej strony przechadzka o północy w Sztokholmie należała do jednych z bardziej magicznych jakie udało mi się odbyć. Wąskie uliczki, bruk, cisza i lampy w oknach.







Jonkoping. Prawdopodobnie nikt z Was, nigdy nie słyszał o tym mieście. Ja też pewnie bym się o nim nie dowiedziała gdyby nie fakt, że to tam moja przyjaciółka postanowiła spędzić semestr, korzystając z erazmusowego stypendium. Nie mogę powiedzieć, że nieznajomość Jonkoping sprawia, że ludzkie życie jest uboższe, czy też w ogóle nie ma sensu. Ot miasto, jakich w Szwecji pewnie istnieje sporo. Nie za duże, ale i nie za małe. Nie wygląda na stare i nie ma wysokiej zabudowy. W zasadzie wygląda jakby powstało w trakcie ostatnich stu lat, choć według niezastąpionej Wikipedii, prawa miejskie otrzymało w 1284 roku. 

Gdybym miała opisać miasto jednym słowem, byłoby to na pewno słowo "spokój". Jako, że postanowiłam zwiedzać świat w październiku, czyli już po zakończeniu sezonu turystycznego, miasto momentami wyglądało na wymarłe. Byliście kiedyś w Sopocie w styczniu? Najlepiej w tygodniu, bo wtedy jest najmniej ludzi, na molo można wejść bezpłatnie, część knajpek jest zamknięta i wszędzie hula wiatr. Tak właśnie wyglądało Jonkoping, kiedy je poznałam. Być może warunki pogodowe były odrobinę bardziej znośne (jakieś 25 stopni C różnicy, brak śniegu i koszmarnego wiatru, no no, nie najgorzej), ale nastrój pozostawał podobny do zimowych Sopotu czy Gdańska. Ktoś mógłby kręcić nosem na stopień zachmurzenia i przelotne odpady, jednak dla mnie idealnie wpisywały się w klimat wymarłego, posezonowego kurortu. Nic, tylko celebrować brak wszędobylskich turystów, ciszę i czyste powietrze.

Sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej, kiedy wejdzie się do kawiarni. Podobno Szwedzi uwielbiają kawę i nikogo dziwić to nie powinno. Z braku szerokiego dostępu do innych używek (specjalne sklepy monopolowe i fioletowe reklamówki, które w moim odczuciu piętnują wszystkich kupujących w Systembolaget), Szwedzi piją kawę. A skoro ją piją, to i kawiarni jest całkiem sporo, a sam napój jest dość tani.




Tegoroczna jesień pachnie zimną, krystaliczną wodą, kawą i czystymi korytarzami akademika. Pachnie ogniskiem zorganizowanym w środku lasu i palonymi piankami, wyczuwalna jest też lekka nuta cynamonu, która, o dziwo, wyjątkowo mi nie przeszkadza.
Brzmi z kolei jak cisza na lotniskach i dudnienie głębokich basów z piosenek Jamesa Blake'a. Jak język angielski okraszony akcentami ze wszystkich zakątków świata. I jak rozkręcony dzwonek do drzwi. 
Ja też powinnam wyjechać gdzieś na pół roku. 





zdjęcie 5, prawe - Yves Klein, IKB 48
zdjęcie 6 - Niki de Saint Phalle, I rather like you a lot you fool

8 komentarzy:

  1. Specjalne fioletowe reklamówki? hah, to może niektórzy Szwedzi się wycwanili i chodzą ze swoimi własnymi, niefioletowymi ;d
    Tyle jest tanich lotów do Szwecji, a mnie przeraża zawsze ten stereotyp o zimnie - jak napisałaś o cieple i słońcu, to nie mogłam uwierzyć. Ach, te utarte przekonania.
    Widzę, że Szwecja jest inna. Cicha, spokojna, po prostu inna. Chyba jednak kiedyś muszę się tam wybrać.
    Trzecie zdjęcie od dołu bardzo mi się podoba!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że wielu klientów przychodzi z własną torbą zakupową, niemniej jakiś procent paraduje po ulicach z fioletowymi foliówkami :)
      co do lotów, to są naprawdę tanie i myślę, że warto wyskoczyć na krótką wycieczkę do Sztokholmu, problemem mogą być jedynie ceny hosteli, jedzenia i wejściówek do muzeów. a co do zimna, odkąd śledzę Szwedzką pogodę (czyli już jakieś dwa miesiące), to niewiele ona odbiega od warunków panujących w Gdańsku, ale stereotypu o strasznym zimnie nie mogę wyplenić nawet ze swojej głowy :)
      Szwecja naprawdę jest inna, uporządkowana i spokojna.

      Usuń
  2. niestety, nie udało mi się wygrać konkursu, ale... Fakt, pisząc notkę o Sztokholmie mam niesamowitą ochotę zobaczyć to miasto!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja to nawet na rok, najlepiej gdzie jest ciepło, ciepłe morze i opcja nieograniczonego nurkowania głębinowego, nie ma za to zasięgu i nikogo znajomego. Tak mi dopomóż pan buk i wszystkie drzewa.

    OdpowiedzUsuń
  4. A Szwecja mi w tym roku (kalendarzowym) nie pyknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wyjazd to jest dobra opcja. bardzo. szczególnie z tym brakiem zasięgu, internetów i znajomych. niech się dzieje co chce, mnie nie ma.
      mnie Szwecja by pewnie w ogóle nie pykła, gdyby nie ten erazmus przyjaciółkowy, bo zawsze miałam wrażenie, że mnie zdecydowanie na to nie stać. w sumie teraz to ja już o tym wiem i przekonałam się osobiście. ale przy okazji przekonałam się też, że wiem na co będę odkładać zarobione pieniądze :D

      Usuń
  5. Ja bardzo chciałabym zwiedzić północ Europy. Na razie byłam tylko d Danii i mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć dalej :)
    A.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)