20131130

to już!

Wieczór. Pogoda dość koszmarna, mgła i nisko latające helikoptery. Choć bywało gorzej. 30 listopada, imieniny Andrzeja, Fryderyka i Justyny. W Jemenie i Barbadosie jest dziś Święto Niepodległości, reszta świata może świętować 34 rocznicę wydania The Wall Pink Floydów. Ja znowu dostałam weekendowej depresji, toczę się po pokoju od komputera do wydruków i od wydruków do komputera, próbując zwalczyć ostatnią prostą w wyścigu o pół tytułu inżyniera. Radio śpiewa do mnie wczutym Tomaszowym głosem. Dzień jak co dzień, Proszę Państwa, nic szczególnego.

A na zupełnie poważnie i z innej trochę beczki. Dziś ostatni dzień Wyzwania Kominka, na moje potrzeby nazwanego Wyzwaniem Paranoi. Zabawne, jakie miałam obawy, że nie zdążę, że nie będzie o czym pisać, że zwyczajnie nie będzie mi się chciało. A proszę, udało się, grzecznie publikowałam posty codziennie i nie przeszkodziły mi w tym dwa długie weekendy tego miesiąca, wyjazdy koncertowe, dwie klauzury, doły mniejsze i większe. Wychodzi na to, że jestem człowiekiem zadaniowym - potrzebuję określonego dokładnie celu, do którego mogę sobie dążyć. Przy okazji odkryłam, a może wyrobiłam w sobie upodobanie do pisania, zrobiłam z niego odskocznię od dość monotonnej codzienności. Nauczyłam się paru rzeczy.

Jeżeli chodzi o samego bloga to, o ile dobrze pamiętam, przybyło mu dwóch obserwatorów (hej!) i tam ta da dam, ponad 1100 wejść. W świecie wielkich internetów to jest pewnie jakiś śmiech na sali, ale dla mnie to jakiś totalny kosmos. Naprawdę. Przez całe istnienie tego bloga (czyli jakieś 2,5 roku) było tu raptem 4 razy więcej, więc poruszenie w ostatnim miesiącu nastąpiło niemałe. Może to zabrzmi dość banalnie, ale dziękuję wszystkim tym, którzy przez cały miesiąc zaglądali, komentowali i tym samym mobilizowali mnie do pisania. Dzięki miliard♥

Teraz pozostaje jedno pytanie. Co z tym fantem dalej zrobić? Na razie piszę dalej, jednak bez kolejnego rzucania wyzwań i obiecywania, że codziennie. Jak będzie, zobaczymy, choć już czuję wyrzuty sumienia na myśl, że mogłabym mojego małego bloga porzucić na dłużej niż dobę. Jak ja mogłam żyć publikując 4 posty miesięcznie? NO JAK?!

20131129

pekin

Jak zwykle. Taka ze mnie dusza towarzystwa, że w momencie kiedy wszyscy przygotowują się do imprezowej nocy z wróżbami, ja siedzę z komputerem. Wmawiam sobie, że tyle do roboty i siedzę non stop klikając w rzuty i przekroje, a w rzeczywistości...


Należę do tych, którzy Pałac Kultury lubią. Ba! Ja idę nawet o krok dalej i mogę przyznać się do faktu, że budynek ten niezwykle mnie fascynuje. Bo podobno gdyby chcieć spędzić jeden dzień w każdym z pomieszczeń Pałacu, można byłoby z niego nie wychodzić przez mniej więcej dziewięć lat. Podobno znajduje się w nim mnóstwo niewykorzystywanych pomieszczeń bez okien i podziemne tunele. Podobno w trakcie budowy zginęło wielu robotników i ciała części z nich leżą po dziś dzień gdzieś pod setkami ton betonu. Chyba nie ma drugiego budynku w Polsce, który kryłby aż tyle tajemnic. 
Oczywiście legendy, jak to legendy, w większości okazują się stekiem kompletnych bzdur, jednak rozbudzają wyobraźnię bardzo skutecznie. 

Dla mnie Pałac Kultury i Nauki jest taką samą częścią Warszawy jak Zamek Królewski i Syrenka. Wrósł w jej tkankę, a przy okazji stał się całkiem niezłym symbolem miasta. W końcu to on wita wszystkich podróżnych przybywających do Stolicy pociągiem. Nie wyobrażam sobie, żeby w jego miejscu mogło powstać cokolwiek innego. Może i jest pozostałością po złych czasach i złej historii, ale to NASZA historia. Nie zmienimy jej, nie zapomnimy, nie wymażemy z podręczników. Było, stało się, a teraz wypadałoby złapać do niej dystans. I nie zapominać, a wyciągnąć wnioski.

Miłego wróżenia!

20131128

jak zrobić dyplom i nie zwariować?

Ostatnio moje myśli krążą tylko i wyłącznie wokół jednego tematu. Od października słowo DYPLOM odmieniam przez wszystkie przypadki i tak naprawdę podporządkowuję mu całe życie. Dzień w dzień widzę ten sam projekt, ciągle coś poprawiam, zmieniam albo wymyślam od nowa. Wykreślam z kilometrowych list "do zrobienia" kolejne pozycje, a kiedy uda mi się jakąś skończyć, zaczynam robić nową. I znowu zaczyna się wykreślanie. Idzie oszaleć, no nie?

Jednak ja o dziwo nie oszalałam (a przynajmniej wariactwo mi się nie pogłębiło) i nadal jestem w stanie myśleć trzeźwo. Czasem w prawdzie przydarzy mi się wpaść w histerię i zbesztać wszystkich znajomych i rodzinę, którzy akurat wejdą mi w drogę, ale to się zdarza przecież wszystkim. Generalnie staram się trzymać fason i idzie mi całkiem nieźle.

Jeszcze jakieś dwie godziny temu chciałam napisać notkę o tym, co robię żeby trzymać się w pionie. Miało być kilka punktów, dużo snu, sporo małych przyjemności, tworzenie list i dbanie o cerę. Ale...
Tak naprawdę wszystko to można wyczytać właściwie wszędzie. Dużo pracujesz - wyśpij się, bez snu Twój mózg nie będzie działał prawidłowo. Małe przyjemności umilają życie, a wypad na miast od czasu do czasu pozwala złapać konieczny dystans do życia.

Ja w tym miesiącu przekonałam się, że warto mieć małą codzienną odskocznię. Taką, która zmusza mnie myśleć przez przynajmniej chwilę o czymś innym niż studia. Sprawia, że zaczynam widzieć i czuć nie tylko dość abstrakcyjne linie i płaszczyzny, ale też otaczające mnie słowa i historie. Jeszcze dużo nauki i ćwiczeń przede mną, ale już wiem, że lubię pisanie. Lubię je tak po prostu, bo sprawia radość i jest małym codziennym wyzwaniem. Zauważyłam, że idąc na uczelnię, jadąc tramwajem, czy zwyczajnie spacerując nie zamykam się już w swoim świecie, nie zagłuszam otaczającej mnie rzeczywistości muzyką płynącą ze słuchawek. Otworzyłam się i przyglądam się światu, a później o tym piszę. W prawdzie większość tej pisaniny ginie gdzieś w Wersjach roboczych, jednak przecież nie tylko o publikowanie w tym wszystkim chodzi. Znalazłam coś mojego, co utrzymuje mnie w pionie i pozwala zachować zdrową równowagę.

Fajnie mieć bloga, taki jest wniosek na dziś.


Na marginesie dziękuję też za wszystkie odpowiedzi i życiowe ciekawostki, którymi podzieliliście się w ramach poprzedniego posta. Nie oczekiwałam takiego odzewu i strasznie mi z tym wszystkim fajnie :)
Dzięki!

20131127

nagroda ♥

Kuj żelazo póki gorące! Czy cośtam. Z tej okazji odpowiem już dziś na nagrodę, którą dostałam od Paranoi w poniedziałek. Po pierwsze oto ona, w pełnej okazałości.


Po drugie, zanim przejdę do całkiem randomowych faktów o mnie, nominowani. Podobno powinnam uzasadnić swoje wybory i jeżeli naprawdę muszę i naciskacie, to powiem: bo tak. Bo wszystkie te blogi lubię czytać i jak dla mnie są wystarczająco wszechstronne i poruszają wiele ważkich tematów, ach ach ach. Więc będzie fajnie i ucieszę się niezmiernie, jeżeli napiszą coś o sobie:

  • Sawatka, bo to serio blog wszechstronny,
  • Panna Darcysia, bo ostatnio za rzadko pisze,
  • Anna o Andrzeju, bo o kotach nigdy dosyć,
  • Martyna, o sobie w Krakowie (taka propozycja), bo ostatnio coraz częściej o nim myślę
  • ParanoJa, choć to trochę bez sensu tak odbijać piłeczkę (no chyba że chcesz :D),
  • wszystkie osoby, którym zdarzy się trafić na tego posta na blogu i poczują w sobie chęć podzielenia się ze światem odrobiną siebie,
  • nagrodziłabym i zmusiła do pisania też tą Panią, bo uwielbiam jej audycje radiowe, ale jednak trochę tak głupio. 
Ale jakby co, to ja się nie obrażę za brak odzewu.

No dobra. To teraz siedem dziwnych faktów o mnie, których nie znacie, znać pewnie nie musicie, ale i tak poznacie, czy tego chcecie, czy nie.

(1) Na imię mam Weronika i jedynie w pierwszej klasie podstawówki miałam z nim problem. Wolałam być Olą, bardziej popularną i mniej rzucającą się w oczy. Szczęśliwie szybko mi przeszło. Co ciekawe, jak głosi rodzinna legenda, miałam mieć na imię Milena (w tym momencie pozdrawiam taką jedną), nikt niestety nie wie czemu imię zostało odrzucone i jest jak jest. 

(2) Moja mama do dziś śmieje się z faktu, że bałam się zmiany czasu. Jako kilkulatka przeżyłam prawdziwą traumę słysząc beztroskie "dziś jest zmiana czasu, kochanie" moich rodziców. W mojej zbyt poważnej głowie zrodziła się wizja zmiany miesiąca, roku, czy diabeł raczy wiedzieć czego innego, w skrócie prawdziwa rewolucja, anarchia i koniec świata. Zmiana jednej (!) godziny to w sumie trochę rozczarowanie.

(3) Gdyby nie architektura, byłabym dziś studentką stomatologii. Docelowo zostałabym ortodontą. Spędziłam na prostowaniu zębów połowę mojego życia i mam wrażenie, że dyplom powinnam dostać od ręki.

(4) Możliwe, że uznacie to za nienormalne, ale ja naprawdę lubię poniedziałki. Zawsze kojarzą mi się z nowym początkiem i nowymi wyzwaniami. Które w gruncie rzeczy są fajne.

(5) Zupełnie nie przerażają mnie tłumy, mogę nawet powiedzieć, że meandrowanie między ludźmi sprawia mi pewną niezrozumiałą przyjemność, nie za bardzo boję się szlajać po nocy i zdecydowanie nie mam problemu z odbieraniem telefonów od obcych numerów (ostatnio się dowiedziałam, że wielu ludzi ma z tym problem. okej, ludzie, lol). Nie przerażają mnie skaleczenia, obtarcia, rozbicia i siniaki. Krew też nie. Nie boję się też robactwa wpadającego do mieszkań. Za to wpadam w histerię kiedy: a) nie ma prądu; b) złamie mi się paznokieć; c) do pokoju wpadnie ćma. Nie chcielibyście mnie wtedy spotkać.

(6) Wracając do tematu zębów. Najdziwniejszy komplement jaki kiedykolwiek usłyszałam to "masz takie ładne zęby". Choć prawdopodobnie jeszcze dziwniejsze jest to, że ten niecodzienny komentarz mojej urody wraca do mnie od czasu do czasu. Z ust różnych ludzi. Usłyszałam też że mam "ładną głowę". Ale wtedy była 4 rano, eskaemka, polibuda kończy sesję nad morzem i paru pijanych chłopców z ZiE. Więc chyba się nie liczy.

(7) Mój escapologist wziął się z tej piosenki. Na początku zafascynowało mnie samo słowo i jego brzmienie, dopiero później jego znaczenie. Magicy są super, a Małpy były kiedyś tak cholernie dobre.

Starczy tego ekshibicjonizmu w internetach.

20131126

mózg

Mój mózg działa. Ale działa według swojego widzimisię i ani myśli pójść na jakąkolwiek współpracę. Odbiera fale wysyłane przez nadchodzącą zimę i zarządza przesilenie, czas marznących stóp i wygrzewania się pod kocykiem. Możliwe, że to dlatego wstanie z łóżka w moim przypadku graniczy z cudem. A tu dyplom czeka, działanie działanie działanie, rysunki do narysowania, listy do wykreślenia i blog do pisania. 

Sama nie wiem kiedy nagle zrobiła się 23. Bez sensu.

Bardzo dobry remiks, jeszcze lepszej piosenki. Misia Ff, aka Misia Furtak, aka 1/3 Tres.B versus Bartek Szczęsny, męski pierwiastek Rebeki. Gdybym miała miliony monet, to EPka, z której pochodzi ten utwór, siedziałaby już w mojej płytowej walizce. Ona TAK NA MNIE PATRZY.

Okej. Przyznaję się do winy zawalania bloga notkami pozbawionymi sensu, a to chyba trochę oszukiwanie w kwestii codziennego pisania. Ale obiecuję poprawę, skoro dostałam nagrodę (łohohoho!), a ekshibizjonizm w internetach jest wręcz mile widziany. Jutro. 

20131125

bezsens

Jeżeli zupełnie nie masz ochoty pisać - zacznij to robić. Nastaw budzik na pół godziny i pisz. Pisz wszystko co przyjdzie Ci do głowy. W większości przypadków pół godziny wystarcza i po tym czasie nagle okazuje się, że pisanie nagle idzie samo. Wyczytałam to w pewnym wywiadzie poleconym na pewnym blogu. Oczywiście nie pamiętam co, gdzie i jak, ale może nikt nie posądzi mnie o plagiat. Bo w końcu przyznaję, że to nie mój autorski pomysł. 
Poza tym, pisze się najlepiej wyłączając wszelkie przeszkadzacze. Wychodzi na to, że należy pożegnać, fejsbuka, obce blogi, recenzje płyt i strony z repertuarami kin. Trochę mission impossible, ale czego się nie robi, żeby się skupić. Ideałem jest wyłączenie komputera i odcięcie się od świata. Coś w tym stylu przeczytałam u pana Witkowskiego, który w ten sposób pisał wszystkie swoje dotychczasowe wydane powieści i opowiadania. Brzmi prawdziwie, nieprawdaż?
Ale najtrudniej zawsze jest zacząć. Wymyślić pierwsze zdanie, postawić po nim kropkę. I dalej kontynuować myśl. Nie wiem, które z kolei jest przełomowe i po nim wszystko idzie gładko. Do sprawdzenia.

Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie zbyt łatwo. Wstałam bardzo wcześnie, jak na moje ostatnie dokonania to wprost w nocy. Udało mi się zjeść śniadanie i nie spóźnić na autobus. Przeżyłam małą euforię, kiedy nie wysiadłam na moim politechnicznym przystanku, za każdym razem kiedy jadę gdzieś dalej ją przeżywam. Pojechałam na drobne szkolenie z zakresu wentylacji i klimatyzacji, które nie wniosło do mojego życia nic poza kilkoma nowymi broszurami drukowanymi na najgrubszym dostępnym papierze kredowym. Bądźmy ekologiczni. 

Nie wiem, w którym momencie zaczęło być mi do niczego, ale myślę, że wykład ze Starożytnego Egiptu mnie po prostu dobił. Dlatego dziś posta nie będzie. Ten post to braku postu.

Aha, puenta: najtrudniej nie jest zacząć, a dobrze skończyć. A ja dziś nie umiem zakończyć nawet tego posta.

Pingwiny z Madagaskaru!



Może cudem się zdarzy, że są tu jacyś inni pingwini wielbiciele. Czy ktoś kojarzy odcinek, w którym w sercu Szeregowego zostało zasiane ziarno goryczy? Z tej okazji przywdział nawet na chwile hipsterski kapelusz i ironiczne okularki. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?


20131124

spacer niedzielny

Skończył mi się chleb, więc naprawdę musiałam wyjść z mieszkania. Pomimo tego, że zupełnie nie miałam ochoty przebierać się za człowieka. I pomimo tego, że aura była co najmniej nie sprzyjająca. No ale, czego człowiek nie robi z głodu. 

Po chleb wybrałam się dość okrężną drogą. Wysiadłam na Targu Siennym z 315 i przebyłam moją ulubioną szybką trasę spacerową. Przejściem podziemnym pod Okopową, później Długą, do Długiego Targu, pod Bramą Zieloną, w lewo na Długie Pobrzeże, dalej prosto Wartka, w lewo Karpia, Krosienka, Krosna i Rybaki Górne. Mniej więcej 3/4 tej trasy przegadałam z mamą przez telefon, jednak pech chciał, a może szczęście, że przed Rybakami zdążyłam skończyć rozmowę. 

Przed sobą widzę dwóch chłopców i zmieszaną laskę, mniej więcej w moim wieku. Dziewczyna szybko uciekła, młodziaki za bardzo nie wiedziały co mają zrobić. Odwracają się co i rusz, idą trochę niepewnie, trochę się zatrzymują, niby zawracają, ale w końcu jeden rzuca, całkiem szczerze ale pszę pana, ja się pana trochę boję, no! Drugi mrucze pod nosem pomorskie ale beka i już zwiewają co sił w nogach z piłką pod pachą. 

Nie wiem czym byłam omotana, ale nie od razu zauważyłam wspomnianego wcześniej pana. A widok to był dość niecodzienny. Facet zdecydowanie już nie w kwiecie wieku wychylał się z okna sypiącej się powoli kamienicy i krzyczy do ludzi. Trzecie piętro i machanie rąk w zdenerwowaniu. Dopiero kiedy kobieta idąca z naprzeciwka, parę metrów za młodymi, schyla się i podnosi niezidentyfikowane obiekty z jezdni i chodnika cała sytuacja powoli do mnie dociera. 

Oto Wściekła Żona Pana z Trzeciego Piętra postanowiła iść przykładem kilku reklam, które widziała kiedyś w telewizji i wyrzuciła za okno ubrania męża. Mąż nie chcąc pozostać dłużnym, chwycił za czarne kozaczki z eko skórki i też cisnął nimi na ulicę. A niech ludzie zobaczą jakie ładne ci kupiłem, a teraz ty mi tu awanturę urządzasz. A masz babo. A masz chłopie, a więcej pić nie będziesz. A później przypadkowa kobieta niosąca zakupy do domu zbiera te szmaty i wrzuca na klatkę. Bo Państwo z Trzeciego Piętra nie zejdą. 

Jakieś 50 metrów dalej hotel Mercure Hevelius i ąę zagraniczni goście. Naprzeciwko hotelu bar z sushi i jego modne wnętrze. Kolejne 50 metrów i świątynia konsumpcjonizmu, świąteczne ozdoby xxl i modne nastolatki. Naprzeciwko Jehowi z wózkiem pełnym ulotek - superbohaterowie XXI wieku, dziś trzech chciało mnie uratować. 

Proza życia.


20131123

rok później


Tuż po ukazaniu się płyty, późną jesienią, kiedy wszystko co ciepłe i miłe stało się tak odległe, że aż nierealne, nagle przypomina mi się o tych dwóch najlepszych miesiącach. Nie wszystko stracone, lato pojawia co roku i naprawdę za kilka miesięcy wróci. NAPRAWDĘ. Na razie słuchaj i niech przepełnia cię wiara w to, że kiedyś jeszcze będzie przepięknie i normalnie. Lato, lato, lato.


Ale później przyszło upragnione lato i te piosenki jakoś tak nie brały. Owszem, dla mnie to nadal był soundtrack każdego kolejnego dnia, jednak bardziej z przywiązania do konkretnych dźwięków, niż z głębszej potrzeby. A może w trakcie tych wakacji pełnych nowych bodźców, potrzebowałam czegoś tak dobrze znanego? Bo tak było bezpieczniej.



A teraz znów jest jesień. Znów ślęczę godzinami nad notatkami i projektami modląc się, by czas płynął odrobinę wolniej, bo się nie wyrabiam. Za oknem wiatr, deszcz i szczekające kundle, które starają się udowodnić mi, że wszystko co dobre minęło i teraz to tylko czekać na niechybny koniec świata. I w środku tej koszmarnej apokalipsy wyjmuję z kieszeni ipoda i włączam moją ulubioną płytę. Już pierwsze dźwięki Oaxaci poprawiają mi nastrój. 

Już wiem czym jest ta płyta. Ona nie pachnie latem. Ani tym, które było, ani tym, które dopiero ma nadejść. To płyta - wyobrażenie, która podsuwa mojej wyobraźni obrazki tak piękne, jak te z włoskiego Vogue'a. Owszem, tęsknię. Jednak to tęsknota za nieistniejącym. Za nocami pełnymi miłości, tańca i alkoholu, które nie mają końca i początku. To sen, nie może stać ci się nic złego. 
Zawsze czekamy na wakacyjny urlop z utęsknieniem, oczekując nie wiadomo czego, gwiazdki z nieba, księcia na białym rumaku i późniejszego seksu na plaży. W zamian dostajemy dwa tygodnie deszczu w Juracie, podstarzałych podrywaczy na motorach i sex on the beach serwowane w wyszczerbionych szklankach. I tak co roku. Ale czy mimo wszystko kiedykolwiek przestaniemy marzyć? Nie. I o tych marzeniach właśnie jest ta płyta.

Mam wrażenie, że gdyby ukazała się latem, straciłaby sporo. 




A teraz się ogarniam i nie piszę już o nic więcej. Aż do momentu, w którym ukaże się EPka. Spokojnie, mają chłopaki czasem taki zapłon, że może to potrwać długo. NAPRAWDĘ długo. 

20131122

randomowe linki

W tym semestrze jakoś tak dziwnie życie się układa, że mało piątków udaje mi się spędzić w Gdańsku. Ale nie żebym jakoś szczególnie cierpiała z tego powodu, wręcz przeciwnie. Niemniej dziś taki piątek nastąpił, więc siedzę w starym mieście portowym i próbuję dłubać w dyplomie (okej, nie oszukujmy się) sprzątam, piorę, a na koniec maluję paznokcie. 
I jako ten dzień jest zupełnie bez sensu, to taki też będzie ten post. Randomowe linki!

Po pierwsze piosenka.


Trochę już zapomniałam, jak bardzo Pharrellem jarać się potrafiłam, ale ta piosenka mi to w cudowny sposób przypomniała. I nawet na chwilę wyszło słońce! (a tutaj możecie obejrzeć wersję pełną, trwającą 24 h. 4REAL)

Po drugie, Wy też możecie pobawić się w projektantów. Na tej stronie możecie stworzyć swój własny, unikalny przekrój przez ulicę. Na pewno rzecz niezwykle dydaktyczna. Nudzi dopiero po jakiś 5 minutach, przynajmniej mnie. Ale na początku radości było sporo. 

Po następne: były już koty, które wyglądają jak pin up girls, czas najwyższy więc na to. Nie wiem czy to koty wyglądające jak faceci, czy w druga stronę, ale co za różnica. Ten tumblr udowadnia, że koty ZAWSZE wyglądają najlepiej. Z A W S Z E ! (Okej, może są dwa wyjątki gdzie musiałabym się mocno zastanowić ;) )

A po ostatnie, polecam ten filmik. Niby wiem, że telewizja kłamie, a wielkie amerykańskie produkcje to już w ogóle, jednak i tak musiałam zbierać szczękę z podłogi. Moje ulubione fragmenty, to te samochodowe, no aż w głowie się to wszystko nie mieści. 


Miłego popołudnia!

20131121

żarówka niczyja

Moje doświadczenie dotyczące życia w bloku jest dość ubogie.

  1. Do siódmego roku życia mieszkałam w kamienicy. Pamiętam niewiele, jednak sąsiadom kłaniamy się do dziś. Oczywiście o ile jestem z Rodzicami, bo w innym wypadku za diabła bym ich nie rozpoznała.
Za to mam klika doświadczeń "pożyczonych", zaobserwowanych.
  1. Moja Babcia mieszka w wieżowcu w centrum Lublina i przez większość mojego życia spędzałam u niej ogromną część wakacji. Za babciną ścianą mieszkają sąsiedzi, którzy z biegiem lat stali się najbliższymi przyjaciółmi Babci. 
  2. Większość moich koleżanek z podstawówki mieszkało na jednym blokowisku, więc wszystkie dzieciaki znały się od małego i do dziś utrzymują kontakt. A ja jak zwykle mieszkałam gdzieś indziej. #4ever_alone
  3. Moi Dziadkowie z Wło mieszkają na typowym polskim blokowisku z lat minionych. Stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że oni też należą do tej części starszych ludzi, którzy spotykają sąsiadów pod blokiem i przesiadują na ławce długie kwadranse, wymieniając się wspomnieniami z sanatoriów. 
  4. Na drugim roku studiów mieszkałam na blokowisku, gdzie dzieciarnia dosłownie roznosiła plac zabaw, matki spacerowały z innymi matkami, a pani w sklepie wiedziała wszystko o swoich klientach. 
W skrócie wydawało mi się, że mieszkanie w bloku jest nie najgorszą formą życia, szczególnie, że za ścianą zawsze są ludzie, z którymi dobrze jest żyć w zgodzie. Pomijam oczywiście przypadki ekstremalne i sąsiadki, które z policją nachodzą moją znajomą, bo klawiatura klika zbyt głośno. True story. Ja zazdrościłam moim koleżankom tego, że mieszkają tak blisko siebie, że dwa bloki dalej mieszkają ich babcie czekające z obiadem i że sąsiedzi są jednocześnie znajomymi. 

A później poszłam na trzeci rok studiów (i czwarty, bo nadal mieszkam w tym samym miejscu) i straciłam wiarę w ludzi. 

Zaczęło się od śmietnika. W zeszłym roku ustawa śmieciowa była dopiero szeroko komentowana i obwieszczana światu, jednak już wtedy na moim-nie moim osiedlu tylko jeden śmietnik nie był obudowany i zamykany. Z czystego lenistwa, ale i w pełnej nieświadomości korzystałam właśnie z niego, dopóki jeden pan, w dość nieuprzejmy sposób, zwrócił mi uwagę. Bo to nie mój śmietnik, a oni płacom, a ja wyrzucom. Nadal nie jestem w stanie zrozumieć wariactwa, które panuje tu z wyrzucaniem śmieci, pilnowania śmietników i powszechnego braku zaufania. Ale nie to jest najgorsze.
Drugi przejaw patologii jest tym najpoważniejszym, jednak również nie najgorszym. Pewnego zimowego poranka piłam herbatę i wyglądałam przez okno. To jedne z moich dwóch ulubionych "leniwych" czynności, więc można powiedzieć, że byłam oazą spokoju, kiedy zobaczyłam płot wyrastający za moim oknem. Blok naprzeciwko opłotowali. Nie wiem dlaczego i po co, osiedle jest na uboczu, raczej nikt obcy się tu nie zapuszcza. Bo i po co? Niemniej płot jest. Mało brakowało, a popłakałabym się nad tym przejawem ludzkiej głupoty, jednak byłam dzielna, przełknęłam łzy i udało mi się nie rzucić studiów. 
Później, już po tym jak spadło jakieś pół metra śniegu, a ziemia zamarzła na kamień, zostałam zrugana przez pewną panią o to, że depczę po trawniku. Bo ścięłam sobie drogę. Zaoszczędziłam jakieś dwa metry drogi kosztem biednej trawy. Zasikanej przez psy, pół metra pod moimi stopami. 
Preludium do najgorszego nastąpiło pół roku temu. To wtedy w niewyjaśnionych okolicznościach zginął nasz klucz od śmietnika. Bywa, nawet zdziwiłam się, że zaginął dopiero wtedy i do tego (nawet do dziś!) jedyny raz. Jednak od właścicielki zamiast "pójdę do sąsiadki i pożyczę" usłyszałam "w poniedziałek pójdę do spółdzielni poprosić o nowy". Okej. To co ze śmieciami? Nie było nawet rozpatrywania opcji pożyczenia klucza na chwilę. Stały do momentu, kiedy nowy przyszedł ze spółdzielni.

Najgorsze nastąpiło w poniedziałek. Przepaliła się żarówka na naszym ostatnim, trzecim piętrze. Nie obwijając w bawełnę, jest ciemno jak w przysłowiowej dupie, otwarcie zamka bez przyświecenia sobie telefonem jest po prostu niemożliwe. Szczególnie kiedy w jednej ręce trzymam torbę, w drugiej zakupy z Carfa, w trzeciej klucz, a czwartą sobie przyświecam. Ciekawe kto pierwszy się przełamie, ewentualnie połamie spadając ze schodów, i zatroszczy się o nowe oświetlenie. I ile to jeszcze potrwa.

To odrobinę przykre, że na piętrze, gdzie mieszkają jedynie dwie rodziny i to mieszkają tak obok siebie od lat i z tego co wiem mają dzieci w podobnym wieku, żarówka jest niczyja. Problem jest, wszyscy go zauważają, jednak jako że jest wspólny i "ktoś" powinien się nim zająć, nie zajmuje się nim nikt. 

Ja nie wiem dokąd zmierza świat. 

20131120

magiczne słowa


Trzy magiczne słowa: proszę, przepraszam, dziękuję oraz dzień dobry wieczór/do widzenia. Wpajane są wszystkim dzieciom już od przedszkola. Wszyscy mamy wbite pod czaszki, że babciom i ciociom na powitanie mówimy "dzień dobry!", prosimy o herbatę, przepraszamy za rozsypany cukier i dziękujemy za banknot na drobne wydatki. Na koniec całus w policzek razy trzy i grzeczne "do widzenia". Test zdany na piąteczkę, następnym razem kieszonkowe będzie wyższe, bo taki dobrze poukładany ten wnuczek/chrześniak. Ah, te maniery.

Od babcinych drzwi młodociany wzór cnót wszelakich popędzi do sklepu. 
- Paczkę Marlboro
W pociągu nie odezwie się ani słowem, otworzy tylko w pewnym momencie drzwi i usiądzie na wolnym miejscu. Później wysiądzie w ten sam bezszelestny sposób. Ulotkarzy i restauracyjnych naganiaczy na ulicy obejdzie szerokim łukiem. 
I nie zrozumcie mnie źle, to może być naprawdę grzeczny i miły człowiek. Tylko zachowuje dystans. Ale uwierzcie. Dużo lepiej odbiera się ludzi, którzy wchodząc do przedziału mówią "dzień dobry", a w sklepie potrafią użyć prostego "poproszę" i "dziękuję". Za niechcianą ulotkę też można podziękować. To naprawdę nie boli, a takie drobne uprzejmości potrafią przynajmniej trochę poprawić ten zimny i nieprzyjazny świat. 
No i należy się uśmiechać. Podobno dlatego, bo nigdy nie wiadomo kto w tym uśmiechu nagle się zakocha. A tak zupełnie serio, to przypadkowe uśmiechy na ulicy też na swój sposób naprawiają świat. I tego nie da się przecenić. 



Wasza prawie zawsze uśmiechnięta Esc, która jest żywym dowodem na to, że ludzie się w uśmiechach nie zakochują :P




Ten post jest zadedykowany pani z pociągu z poprzedniego posta-podróżnika. Zero "dzień dobry", "ja poczekam aż pani swoje rzeczy sprzątnie". Nawet pół przyjaznego uśmiechu. Za to rozkazujące "proszę ściszyć". Ja już wiem jak będzie wyglądało twoje piekło, kobieto zaczytana w pustym kalendarzu. 

20131119

przypadek?

W zeszłą niedzielę postanowiłam wybrać się na spacer nad morze. To wtedy dotarło do mnie, że będę tęsknić za Sopotem, ale dziś ten temat jest nieistotny. Może zdajecie sobie z tego sprawę, a może nie, ale dotarcie z centrum Gdańska do mojej ulubionej plaży w Jelitkowie jest dość czasochłonne i jeżeli podróżujemy tramwajem trwa około czterdziestu minut. Ale ja lubię tramwaje i być może właśnie to uratowało mi życie przedwczoraj. 

W zeszłą niedzielę zapalił się tramwaj, którym jechałam. Od początku zachowywał się dziwnie, jednak dotarcie nad morze było ważniejsze niż tramwajowa szarpanina. W pewnym momencie maszyna po prostu stanęła, a motorniczy, otwierając wszystkie drzwi (na środku pasa zieleni między dwoma ruchliwymi jezdniami), delikatnie zasugerował pasażerom natychmiastową wysiadkę. Pustemu już tramwajowi udało się odjechać i nie zatamować ruchu. Za sobą ciągnął smugę dymu. Tak mało brakowało, wcześniej stałam dokładnie w miejscu największego dymienia.

W tę niedzielę w Warszawie płonął wagonik metra. Podobno zupełnie nowy. Taki, jakim jechałam kilka godzin wcześniej. Nie chcę nic sprawdzać i czytać, bo wolę uniknąć palpitacji serca i jednego wielkiego MAŁO BRAKOWAŁO. Bo w niedzielę musiałam dostać się z Mokotowa na Centralny. Zadanie jest bardzo proste: hyc w metro/tramwaj, kilka minut i już widzę mój ulubiony dworzec. I już miałyśmy jechać metrem, ale przypadkiem postawiłyśmy jednak na tramwaj. 

Przypadek? Nie sądzę!

20131118

sztuka, choć bez entuzjazmu

Michael Jackson and Bubbles, zdjęcie stąd

Dawno nie byłam tak wściekła. A zaczęło się niewinnie.

Od połowy semestru, czyli dwa tygodnie temu, miały zacząć mi się wykłady z historii sztuki, jednak pan artysta nie raczył zaszczycić nas swoją obecnością. Dzisiaj, po trzech telefonach do dziekanatu okazało się, że wykład szczęśliwie się odbędzie, a jak głosi legenda warto na niego chodzić. I przyznam, że spodziewałam się najgorszego: dziś przez trzy godziny facet poględzi o prehistorii i antyku, za tydzień średniowiecze, później renesans, a na koniec barok i w piętnaście minut wszystko to, co było później. Każdy przedmiot ze słówkiem "historia" w nazwie tak wygląda. Początek zwiastował trzy godziny spędzone w kompletnych ciemnościach, a jeżeli do tego miały dojść wywody o Wenus z Willendorfu, to ja odpadam.
Wyobraźcie więc sobie moje gigantyczne zdziwienie, gdy po przydługim wstępie (tutaj ja i Lech Wałęsa, to ja i ambasador Izraela, to ja i słynny artysta...) moim oczom ukazała się Fontanna Duchampa, która stanowiła wstęp do wykładu o człowieku nazwiskiem Jeff Koons.

Nazwisko słyszałam pierwszy raz (tak mi się przynajmniej wydawało, w drugiej części wykładu przekonałam się, że jednak musiałam się z nim zetknąć), jednak kiedy zobaczyłam jeden z jego tworów wiedziałam, że to artysta którego muszę poznać. Dzieło, które zobaczyłam rozpoczyna dzisiejszy post. Tak. To Michael Jackson z małpą. Złoto, róże i sztuczność. Rzeźba przerysowana do granic możliwości. A to tylko początek. Do najdziwniejszych aktów sztuki należy cykl rzeźb i obrazów Made in Heaven. Wszystkim ciekawskim polecam, choć ostrzegam, że to twory przedstawiające artystę i jego żonę w pozycjach z Kamasutry. Można? Można. Artyści szokują, chcą to robić, żyją z przekraczania kolejnych granic i stawiania odbiorców w nowych sytuacjach. Taka jest sztuka.

jedna z prac z cyklu Made in Heaven, zdjęcie stąd

Być może widziałam zbyt wiele i zdążyłam poczuć o co chodzi w sztuce współczesnej. Choć początki były obiecujące - w pewnej berlińskiej galerii zwijałam się ze śmiechu patrząc na instalację ogrodową, złożoną z drabin, łopat, telewizorów, słoików wypełnionych tajemniczą cieczą. Zdarzyło mi się też zastanawiać nad sensem istnienia gapiąc się na niebieski prostokąt (o tym tutaj) i załamać ręce nad kompozycją z białych i czarnych kwadratów. Ale później zobaczyłam za dużo i zaczęłam to wszystko rozumieć. Nadal jestem w stanie przedawkować i wyjść z galerii płacząc ze śmiechu, jednak jest w tym wszystkim coś niepodważalnego: mam wielki szacunek do współczesnych twórców. Nie mam go za to za grosz do prawie wszystkiego co wytworzyli artyści do czasów baroku włącznie. Tak już jest.

Wróćmy jednak do wykładu, na którym padło mnóstwo mądrych słów i, ku mojej radości nie do zmierzenia, poruszony został problem kampowej estetyki, czyli świadomego kiczu, czegoś przerysowanego i ironicznego. I wyszłabym z tego wykładu przeszczęśliwa i wierząca w ludzi, ale nie.

Mam wrażenie, że byłam jedną z pięciu osób, które naprawdę chciały słuchać i wiedziały o czym szanowny pan doktor mówi. Bo dookoła non stop ktoś mamrotał pod nosem, że wstydzi się za świat, w którym żyje. Że 27 milionów dolców wydane na dzieło sztuki to jak w błoto, a ludzie na Haiti i w Afryce umierają. Że każdy mógł zamknąć stary odkurzacz babci z Ameryki w gablotce i obwieścić światu: OTO SZTUKA. Wstyd, hańba i plagi egipskie, świat schodzi na psy, a my czcimy wariatów. Jednak najgorsze dopiero miało nadejść, bo kiedy zobaczyliśmy zdjęcia wystawy zorganizowanej w Wersalu, prawdziwe krzyki dopiero się zaczęły. Bo Wersal taki piękny, Wersal taki stary, Wersal taki złoty, wow, uszanowanko. A rzeźby takie bezgustne, zamknięte w gablocie, a Maria Antonina na portrecie wisi na ścianie i bez większego problemu można ją pomacać (co oczywiście dozwolone nie jest, ale tak w gruncie rzeczy, to przecież rzeczy niemożliwych do zrobienia nie ma). A ona taka stara, taka cenna, taka uznana w świecie.
Moja przyjaciółka stwierdziła, że malarze najczęściej byli uznawani już po śmierci, współcześni nigdy ich nie doceniali. Nie jest to do końca prawda, jednak chcę zwrócić uwagę na coś innego.

Balloon Dog w Wersalu, foto stąd

Studiuję pieprzoną architekturę. Wiecie co robią architekci? Budują budynki. Rzeczy, które są wielkie i trwałe i nie stoją pochowane w muzeach, tylko widzimy je codziennie. To od tych budynków zależy jakość naszego codziennego życia, bo przyznacie, że przyjemniej pracować w stylowym nowoczesnym biurowcu dyskretnie wpisanym w historyczną tkankę miasta, niż w blaszanym baraku. Mówcie co chcecie, ale przestrzeń jest ważna. Architekci są bardzo odpowiedzialni za wszystko co nas otacza i gdzie przyszło nam żyć - powinni być obeznani w estetyce jak nikt inny. Powiedzcie mi zatem jak ludzie, którzy już na studiach, kiedy powinni kipieć od nietuzinkowych pomysłów, a głowy powinni mieć otwarte, zamykają się w estetycznym zacofaniu i za szczyt elegancji i dobrego smaku uważają Wersal, do którego dziś wyjątkowo się przyczepię. Szkoda, że nie widzą, że to taki sam kicz jak każdy inny, tyle tylko że przykryty warstwą kurzu zbierającą się od ponad trzystu lat. Mnie to zestawienie kiczu współczesnego i XVII wieku w ogóle nie oburza, wręcz przeciwnie, pociąga i zachwyca. Przez tak drastyczny kontrast jaki wytworzył się między dziełami Koonsa a pałacowymi wnętrzami obydwa zjawiska przemawiają do nas bardziej. To tak jak piramida Peia przed Luwrem. Czerń jest zawsze czarniejsza przy bieli, a starość nabiera jeszcze więcej lat zestawiona z młodością. Kontrasty nie obrażają, ale podkreślają różnice i wydobywają coś, co często trudno dostrzec.

Wygodnie jest założyć sobie klapki na oczy i oceniać świat według prostego wzoru: sprzed II wojny światowej - dobre, po wojnie - złe. Szkoda, że nikt z nami na ten temat nie rozmawia, bo jak by nie patrzeć, w naszym zawodowym życiu przyjdzie nam zmierzyć się z problemem dziedzictwa lat powojennych. I ciekawe co wtedy.

Z kim ja studiuję.


20131117

co ja słyszę?! /jeszcze więcej pociągu/

Kilka razy zdarzyło mi się słuchać muzyki razem z kimś, bo słuchawki "kogoś" grały zdecydowanie zbyt głośno. Czy było mi z tym źle? No czasem tak, bo trudno trafić na człowieka, który słuchałby muzyki w moim odczuciu dobrej. Jednak to on głuchnie, więc nic mi do tego. Jeżeli zdarza się to w komunikacji miejskiej - spoko, jadę krótko więc wytrzymam. Ewentualnie pośmieję się z dźwiękowych wyborów współpodróżnego. A później wysiądę i zapomnę o całej sprawie. 

Nieco inaczej sprawa wygląda w pociągach. Z uwagi na panujący hałas zazwyczaj niewiele słychać z tego czym czas umilają sobie inni pasażerowie w przedziale. Z resztą na dłuższych trasach (czyli w sumie zawsze) sama zakładam słuchawki i próbuję umilić sobie czas podróży ulubionymi płytami. Sama nigdy nie zastanawiałam się czy to czego słucham komuś przeszkadza czy nie. Zawsze wychodzę z założenia, że pokonywanie długich tras w, nie oszukujmy, wiecznie zawodzącym PKP, wymaga od pasażerów dużo tolerancji. Także do współpasażerów.


Tutaj pojawia się mój bulwers. W pewnej chwili pani, która siedzi obok mnie (tak, obsmarowuję ją w czasie rzeczywistym, taki ze mnie podlec) poprosiła mnie o ściszenie muzyki w moim ipodzie. Nie wiem czym jej Rebeka zawiniła, jednak trochę zszokowana przykręciłam głośność dość ostro. Więc teraz słyszę głównie pociąg, szmery rozmów za mną i Piotra Fronczewskiego czytającego którąś z części Harrego Pottera. Tak, ktoś słucha nagrania zupełnie głośno. Książkowy dj bez słuchawek. (Ciekawe, że tego moja sąsiadka nie uciszy...) A ja mam fetysz słuchania muzyki, więc takie ciche brzęczenie doprowadza mnie do szału. Choć z drugiej strony lepiej słuchać jakkolwiek niż tępo gapić się w fotel przede mną. 
Gdzie w pociągu leży granica tego co można, a gdzie wyraźnie trzeba powiedzieć stop? Wiele razy zdarzyło mi się jechać z człowiekiem, którego stopy pierwszej świeżości nie były, jednak dumnie leżały bez butów na siedzeniu. Jeździłam z nadpobudliwymi dzieciakami i ich babciami, nastolatkami trzepiącymi wódę i z panami, z których wczorajsza suto zakrapiana impreza parowała wprost na mnie. Lekko nie jest, kto mówił, że w pociągu będzie miło i pusto? 
Mnie się zawsze wydaję, że tych parę godzin to tylko etap przejściowy i zaraz po wyjściu z wagonu wszystko odpłynie w niepamięć. Za to każde zwrócenie uwagi przez obcego człowieka, nie ważne w jak bardzo przyjacielski sposób sformułowane, pozostawia jakiś niesmak i napięcie. Bo pani jest lepiej, a mnie wcale. 
Żadna trasa nie jest na tyle długa, żeby psuć innym nastrój.


Zupełnie nie podoba mi się powrót do rzeczywistości. Rzeczywistość jest zimna, wieje, pada deszczem i kazała mi wstać jutro rano i iść na politechnikę. Paskuda!

20131116

Sverige! vol.2 aka James Blake@Berns

Miłość do tego Pana wyznawałam już kiedyś na blogu (chociażby tu), wyznawałam też mój wielki ból połamanego serca (o tu). James Blake. Miłości moja bezgraniczna. Kiedy wydawał swoją pierwszą płytę, ujmował świat (i mnie) smutnymi piosenkami o uczuciach, doprawionymi basami łamiącymi nie tyle serca, co żebra. Wydanie drugiej płyty tylko utwierdziło świat w przekonaniu, że oto stoi (i śpiewa) przed nim jeden ze zdolniejszych muzyków młodego pokolenia. Ochów i achów nie ma końca, hipnotyzująca muzyka Brytyjczyka zdobywa cały czas coraz to nowych fanów, a koncerty wyprzedają się dość szybko.
A teraz krótki test. Czy byłabym sobą, gdyby termin mojego wyjazdu do Sztokholmu nie pokrywał się z terminem koncertu Blejka w szwedzkiej stolicy? Hue hue hue, cytując klasyka. Moi rodzice zawsze dziwią się, kiedy z kieszeni wydobywam najgłębiej ukrywane ostatnie zaskórniaki i biegnę z entuzjazmem na koncert odbywający się w okolicy miejsca, w którym akurat przebywam. I pomimo tego, że na ten koncert zaskórniaków wyjąć musiałam wyjątkowo dużo, to było warto. Niektórzy łowią ryby, inni grają w kosza, ewentualnie zbierają książki o Tatrach. Ja chodzę na koncerty. Hobby jak każde inne.

Już samo wejście do sali, w której odbywał się koncert, zwiastowało niezwykły wieczór. Weszłam do budynku, który ma pierwszy rzut oka wyglądał dość... tymczasowo, a wewnątrz zobaczyłam historyczną salę ze sztukateriami, malowidłami i trzema gigantycznymi żyrandolami. XIX wiek pełną gębą. Musiałam wyglądać wyjątkowo idiotycznie stojąc tak na środku pomieszczenia i zbierając szczękę z podłogi, kiedy całkiem zrelaksowani ludzie dookoła popijali czerwone wino. Wybaczcie mą zaściankowość, nie przywykłam do takiego prestiżu. U nas kultowa jest Warszawska Stodoła (kojarzycie?), w porównaniu z Bernsem wypada... Powiem tak, nazwa jest bardzo adekwatna.
Przejdźmy jednak do muzycznych doznań. Przystawką tego wieczoru był jakiś anonimowy (przynajmniej dla mnie) dj. I tak jak, wydaje mi się, potrafię docenić ciężką pracę pana/pani z winylami i i jej wybrzmiewające efekty, tak tym razem było naprawdę... nieporywająco. Nie ma więc w czym się rozsmakowywać i rozpisywać i najlepiej będzie przejść od razu do dania głównego.
W skrócie - było fenomenalnie. Wokalnie bajka (bo uważam, że dwa lata temu można było mieć zastrzeżenia), nowy materiał cudownie brzmi połączony z tym z debiutu i wcześniejszych epek, cały zespół jest świetnie zgrany i po prostu brzmi dobrze. Świetne było też nagłośnienie (szkoda, że w Bernsie nie mogę bywać częściej) - basy łamały żebra, słyszałam każdą najcieńszą warstwę granych utworów. I otarłam się o granicę bólu. Tak, było bardzo głośno, prawdopodobnie to nie najlepiej dla moich biednych bębenków, no ale co zrobić. Poszczęśliwiłam się słysząc Lindisfarne i CMYK, wzruszyłam przy Retrograde i A Case of You i udało się nawet odrobinę potańczyć przy Voyeurze. Przy ostatnich dźwiękach The Wilhelm Scream myślałam, że lepiej już być nie może. Ale tak jak po każdym dobrym daniu głównym musi być deser, tak i teraz nie zabrakło czegoś na osłodzenie końca koncertu.
Na deser - bis z zagranym genialnym Measurements. Udało się za trzecim razem. Dlaczego? Zagranie utworu wymagało od publiczności zachowania kompletnej ciszy - piosenka składa się ze stopniowo warstw wokalu. A jako że mikrofon łapie za dużo (o czym można było przekonać się w trakcie koncertu - w trakcie grania wielu utworów fanom udało się "wprosić" do piosenek i ekstatyczne krzyki było słychać zbyt często) to i Cholerny perfekcjonista. Ale warto było chwilę się pomęczyć, bo efekt zwalał z nóg. Cudownie było słyszeć jak utwór oparty tylko i wyłącznie na wokalnych ścieżkach powstaje na żywo. I jak brzmi.
No cóż, lifetime event.

a tak to mniej więcej wyglądało


Wiem, że prawdopodobnie robię się nudna ciągle powtarzając formułkę o przeżyciu życia i koncercie, który zapamiętam do dnia śmierci. Nic na to poradzić nie mogę, ten rok po prostu obfituje w muzyczne przygody na najwyższym poziomie.



Dzisiejszy margines brzmi tak: jeżeli wszystko dobrze poszło (czyli margines jest opublikowany i właśnie go czytacie), to od czwartku posty publikują się automatycznie, a ja dziś dotarłam do Waw i świętuję, bo znowu wylądowałam na koncercie takiego jednego zespołu, którego nazwa pada na tym blogu częściej niż moje jęki związane ze studiami. Jutro powinnam zawitać do Gda i wszystko powoli wróci do normy. O ile to wszystko w ogóle normą da się nazwać.

20131115

na półmetku

Połowa listopada, wpis numer 15, a ja mam wrażenie, że wyzwanie zaczęłam dopiero wczoraj. Serio. Myślałam, że na codzienne pisanie nie mam czasu, jednak jak do tej pory (poza kilkoma gorszymi dniami i jednozdaniowymi wpisami) dzień po dniu udaje mi się wygospodarować chwilę, żeby coś napisać. Mam jednak wrażenie, że tych chwil robi się niebezpiecznie dużo. Bo kiedy ja przyspieszyłam, świat jakby przystopował. Codziennie aktualizuję bloga, notki piszę w kilku podejściach, więc pulpit nawigacyjny bloggera widzę mniej więcej miliard razy dziennie. Jeśli nie więcej. A na tle mojej nadaktywności normalne zachowanie internetów i blogów, które śledzę wygląda co najmniej... słabo. Być może śledzę złe blogi (zdarzają się takie, które aktualizowane są raz na tydzień albo i rzadziej), ale problem najprawdopodobniej tkwi w innym miejscu. Codzienne pisanie przywiązało mnie do internetów, uzależniło jeszcze bardziej. Jednocześnie pisanie powoli sprawia mi frajdę nie do wyrażenia. Jakoś te dwie rzeczy muszę pogodzić, zostały mi dwa tygodnie, sporo czasu.

Czas coś zmienić. 

20131114

estetycznie

Kilka dni temu zostawiłam tutaj tę piosenkę bez żadnego komentarza. A raczej z komentarzem sugerującym, że życie jest bardzo złe. Więc jeszcze raz, w końcu to ładna piosenka.


A teraz nowa nowość, towar z dziś.


Podobieństwo tych dwóch obrazów rzuciło mi się w oczy od razu. Dwa cudownie piękne obrazy, które cieszą moje oczy. Tyle szczęścia. Zrobiłam się jeszcze szczęśliwsza kiedy okazało się, że się nie pomyliłam i teledyski naprawdę wyszły spod rąk tych samych ludzi! O ile to w ogóle ma sens co powiedziałam ale czujecie o co chodzi. Tak czy inaczej, przechodząc do sedna sprawy: za pięknymi obrazami sprawiającymi, że słuchanie Bokki i Dawida staje się jeszcze przyjemniejsze, stoi duet Pani Reżyser i Pana Operatora - Psychokino. Na swoim koncie mają jeszcze jeden teledysk <ten> i jedną postprodukcję <>.
Warto ich śledzić, robią piękne rzeczy i będą wielcy.
O Psychokinie więcej na ich stronie internetowej i facebooku.

Takie to cudowne doznanie estetyczne na dziś.

20131113

obraz na dziś: IKB 48

Skoro wczoraj pojawił się temat obrazów, SZtuki przez duże SZ i milionów monet, dziś zrobię coś co chciałam uczynić od dawna. Opowiem Wam o moim ulubionym artyście. 

IKB 48, Moderna museet, Sztokholm

Tak. To jest obraz. Podejrzewam, że mogę wyobrazić sobie Waszą pierwszą reakcję, bo moja była podobna. Stoję w wielkiej galerii sztuki (akurat wtedy było to słynne Centrum Pompidou), a przede mną wisi spore niebieskie płótno. Przez ostatnie dwie godziny patrzyłam na przedziwne twory i nabawiłam się pewnej znieczulicy na SZTUKĘ, jednak ten sprawia, że zatrzymuję się na dłuższą chwilę. Najpierw nie wierzę, że ten wielki błękit to naprawdę dzieło, wydaje mi się, że to jakiś nieśmieszny żart, a za chwilę zza ściany wyskoczy ekipa telewizyjna i wykrzyczy "MAMY CIĘ". Nic takiego jednak się nie dzieje, a ja coraz bardziej zatapiam się w kolorze. Bo ten błękit jest niezwykły. Niesamowicie intensywny, wciągający. Zaskakujący. Piękny.
To niecodzienne dzieło podpisane jest nazwiskiem Yves Klein, tytuł to tajemnicze IKB 3.

Yves Klein urodził się we francuskiej Nicei jako syn pary malarzy. Napiętnowany od samego początku. Podejrzewam jednak, że nikt z rodziny, nawet w najśmielszych marzeniach, nie spodziewał się jak wyjątkowym artystą zostanie Klein - syn. Wyrósł z niego artysta intermedialny, zainteresowany nie tylko malarstwem, ale także rzeźbą, tworzeniem instalacji, fotografii, scenografii teatralnych i filmowych. Napisał również kilka tekstów dotyczących sztuki i stworzył... symfonię!
Zasłynął jako pierwszy twórca monochromów i do dziś jest z nimi najbardziej kojarzony. Te najsłynniejsze? Błękitne właśnie. Niebieski w ogóle był ulubionym kolorem artysty, co więcej, niebieskie prace tworzył przy użyciu koloru wyrabianego i opatentowanego przez siebie - International Klein Blue. Tubka tej farby to jedno z moich największych "chciejskich" marzeń, choć nawet nie wiem czy można takie dobro gdziekolwiek kupić. 

Klein żył krótko, zdążył jednak w pewien sposób zrewolucjonizować sztukę i jej postrzeganie. Jego obrazy można podziwiać na całym świecie, więc następnym razem będąc chociażby w Paryżu, Rzymie, Sztokholmie, czy w Wiedniu wstąpcie do najbliższego muzeum sztuki i spróbujcie stanąć oko w oko z jednym ze słynnych IKB


Na filmie: Artysta, fragment Monotone Symphony, IKB oraz performance - powstawanie jednego z obrazów z cyklu Anthropometries: zamiast pędzli - kobiety wysmarowane niebieską farbą zostawiające odciski na płótnie. Tyle szczęścia.

Więcej dzieł możecie obejrzeć <TUTAJ>.

Prawdopodobnie zachwycanie się monochromami jest dość daleko posuniętym wariactwem i nie do końca dobrze postrzegane jest przez społeczeństwo. No trudno. Co dokładnie ujmuje mnie w monochromach Kleina? Przede wszystkim wspomniany wcześniej kolor, który jest tak intensywny, że wydaje się jakby chciał wciągnąć oglądającego do środka. Przy dłuższym wpatrywaniu się, mnie przypomina bezkres oceanu, tak pociągający i fascynujący...

Okej, pogrążam się. Dziękuję, dobranoc.

PS Nie spodziewałam się, więc tym bardziej jest mi miło, tylu słów wsparcia pod ostatnim postem! Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna ♥

20131112

co dalej?



Ostatnio coraz częściej zadaje sobie to jedno kluczowe pytanie. No własnie. Co dalej? Dokładnie za miesiąc następuje sądny dzień złożenia projektu inżynierskiego. Później tylko ostatnia inżynierska sesja, egzamin dyplomowy i... Już. Właściwie już jak już, dopiero wszystko się zacznie, na szybko będę musiała sklecić portfolio i od nowa dostać się na studia. Bo to jest chyba jedyny pewniak: chcę mieć skrót mgr przed nazwiskiem z pełnymi jego konsekwencjami. 
Gdzie leży problem? Nie do końca jestem pewna, choć z każdym kolejnym dniem jestem coraz pewniejsza, że to nie w portowym Gdańsku przyjdzie mi spędzić kolejne trzy semestry. Właściwie z braku możliwości studiowania w Warszawie (wymyślili sobie trochę inny tok nauczania, więc chcąc się tam dostać miałabym, w najlepszym wypadku, pół roku w plecy) w mojej głowie jest właściwie tylko jedno miejsce, do którego mogłabym się przenieść. No ale na razie to tylko głośne rozmyślania i pertraktacje, bo ktoś w końcu cały mój dobytek musiałby przewieźć. 

Tęskniłabym za czymś trójmiejskim? Znalazłoby się parę rzeczy, jednak to Sopot byłby na szczycie listy.



Dziś na marginesie dość okazyjna aukcja w Christies! Andy Warhol! A ja się zastanawiam czemu w naszych muzeach nie ma wielkich i sławnych. O ja naiwna.

20131111

vergiss mein nicht


Wracam do pionu.

W sobotę obejrzałam naprawdę świetny film. Nie zapomnij mnie jest obrazem nakręconym przez syna o matce. O matce, która cierpi na Alzheimer i jest z nią naprawdę źle. Zapomina o podstawowych życiowych czynnościach, nie poznaje najbliższych, nie rozumie czemu tak często płaczą. 
Wszystko wskazuje na to, że to jeden z tych poważnych wyciskaczy łez, szczególnie że mamy do czynienia z dokumentem. Miałam możliwość obejrzenia go w wakacje , ale wtedy zrezygnowałam myśląc, że moja nadwątlona sesją psychika, może nie znieść tak ciężkiego tematu. Bo chyba nikt mi nie powie, że syn kręcący film o umierającej matce, to temat łatwy i przyjemny. 

Ale. Właściwie "ale" to za mało, bo film w żadnym przypadku nie spełnia oczekiwań. Źle to brzmi. Hmm... Może tak. Spodziewałam się poważnej gry na emocjach, wyciskania łez, trudnych wyborów i pożegnań. Dostałam za to półtorej godziny miłości i poczucia humoru, które ani przez chwilę nie trąciły banałem. Choroba nie była pokazana jako życiowy koszmar, udręka, kara za grzechy, czy wielka próba miłości, a raczej jak nieodłączny fragment życia, który po prostu następuje. Nie oszukujmy się. Być może to banał, ale tak - wszyscy kiedyś umrzemy, prędzej czy później, czy tego chcemy, czy też nie. I idealnie byłoby kończyć swój pobyt na ziemi wśród tak kochającej rodziny. 
Naprawdę warto obejrzeć.

Zwiastun do obejrzenia TUTAJ.

Chciałam napisać jeszcze coś, ale usłyszałam, że w pięknej stolicy znowu niepodległościowe rozruchy. I płonie tęcza. Tak mi się dość przykro zrobiło.

20131109

prawie na chłodno o pokrzywiej rodzinie

Zamykamy oczy i przenosimy się do Sfinksa. No dobra, nie zamykamy bo jednak mam zamiar coś napisać, a bez patrzenia to i mnie będzie trudno i Wam. Lecimy!

foty ukradłam STĄD

Rebeka
Gdybym miała komuś powiedzieć w skrócie kim jest tajemnicza Rebeka, najtrafniej byłoby stwierdzić, że to taka młodsza siostra Kampów. Śpiewająca ciepłym, kobiecym głosem melancholijne piosenki, obudowane elektronicznymi rytmami rodem z lat minionych. Do zakochania. Koncertowy potencjał zespołu odkryłam na tegorocznym Open'erze, już wtedy miałam ochotę na więcej. Warto było czekać te cztery miesiące, żeby zobaczyć ich ponownie. W międzyczasie zakupiłam płytę, więc prawie wszystko co zostało na koncercie zagrane doskonale znałam. A niewiele jest na tym świecie rzeczy, które lubię bardziej niż odkrywanie piosenek na nowo. Za każdym razem, kiedy słyszę utwór już dobrze mi znany zagrany na żywo, zakochuję się w nim od nowa. A już szczególnie dobrze jest, kiedy wokal staje się jeszcze cieplejszy i ekspresyjny, a muzyka rozpala parkiety (choć czepiając się szczegółów, to w tym konkretnym przypadku powinna rozpalać betonową wylewkę). I tak było! W prawdzie nie od samego początku, bo publiczność nie od razu zareagowała entuzjastycznie, ale zakończenie było już naprawdę rasowe. Na początku Rebekowego występu miałam wrażenie, że dla nich ta trasa jest odrobinę krzywdząca. W końcu występują bardziej jako support przed gwiazdeczkami (wybaczcie określenie, ale tak bardzo mi pasuje) wieczoru, niż pełnoprawni uczestnicy muzycznego show. Odrobinę to niesprawiedliwe, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ta młodsza siostra pod co najmniej kilkoma względami jest po prostu... lepsza. Dla zainteresowanych polecam zagłębienie się w warstwę tekstową piosenek obydwu zespołów.
A jeżeli mam się do czegoś przyczepiać, bo robi się zbyt słodko. Mam wrażenie, że Stars zostało odrobinę spłaszczone i nie uderzało tak mocno jak mogłabym sobie życzyć. "Na płycie jest lepiej" powiedziała niezadowolona Esc, marszcząc czoło.
E tam, czepiam się, było cudnie.


Kamp!
Nie widziałam ich od lipca (uściślijmy - grających, bo w sierpniu jednak widzieć dwóch panów Kampów mi się przydarzyło. szczęśliwie moja nieśmiałość jest większa niż psychofanatyzm, dlatego nadal żyją i grają. możecie mi dziękować), więc potrzebę pójścia na ten koncert miałam przeogromną. Co więcej, od wakacji zapowiadana jest nowa EPka zespołu, z której materiał miał mieć premierę w trakcie jesiennej trasy. No i każdy ich koncert to taka dawka szaleńczej energii i uśmiechu, że powinno się ją przyjmować najrzadziej co dwa miesiące. Jak sami rozumiecie, głód mój był przeogromny. 
Tutaj pojawia się pytanie, czy w ogóle głód muzyki na żywo da się zaspokoić? Za każdym razem kiedy widzę Kampów mam ochotę na więcej. Regularny koncert, nawet taki z dwoma bisami, nie jest w stanie zaspokoić na dłużej. Pokicam, później poprzeżywam kilka dni i... Znowu chciałabym więcej. Ale chyba lepiej zostawić słuchaczy nienasyconych i wiedzieć, że wrócą niż doprowadzić do sytuacji przesytu. I tak źle i tak niedobrze.
Wracając do samego koncertu. Zaserwowana przez chłopaków mieszkanka tanecznych hitów i nowych piosenek dosłownie rozpaliła fanów, nie da określić się tego inaczej. Sprawdzone dźwięki porywały do tańca wszystkich, nawet odrobinę przerażonego kolesia pod krawatem, który stał za mną, a nowe utwory dzielnie dotrzymywały im kroku. A skoro jesteśmy przy nowych utworach. Strasznie nie mogę się doczekać chwili, w której światło dzienne ujrzy zapowiadana EPka. Bo jak na razie nie do końca jestem przekonana. Cudownie brzmiały i porywały, jednak wydaje mi się, że inspiracje latami osiemdziesiątymi poszła o krok za daleko. To świadomy kicz w czystym wydaniu, jeszcze nie wiem co o tym myśleć. Na razie wydaje mi się, że tak jak debiutancki album miał w sobie sporo słodyczy ale i melancholijnej goryczy, tak nowości są jedynie słodkie. Ale być może o to właśnie chodziło. O piosenki o smaku truskawkowych landrynek, bo przecież wszyscy pragniemy słodkiego, miłego życia. Ewentualnie wychodzi na to, że znowu się czepiam.
A na marginesie, drobnym drukiem. Było jeszcze coś, co uwielbiam. Autentyczna radość z grania. Uśmiechy nie schodziły z twarzy nie tylko fanom, ale też samemu zespołowi. Piękny widok. Być może to moja nadinterpretacja, ale mam wrażenie, że nie tylko dla nas było to szalone przeżycie. Pierwszy koncert na trasie, w trakcie której promowane są nowe numery, musi być niezwykle ekscytujący. Tak cudownie, że mogłam być częścią czegoś takiego.

ostrzegałam, że będą w kółko te same piosenki

A co by się stało, gdybym miała w jednym słowie zamknąć całą swoją opinię o tamtym wieczorze? Zdecydowanie byłoby to słowo BARDZIEJ. Głośniej, szybciej, z większą dawką emocji. Z wielkim uśmiechem i sercem. Czyli tak jak lubię najbardziej.

Byle częściej grali razem. 

Oho, jeszcze sekunda i podejmę szaleńczą decyzję. No jak zwykle, jak zwykle :D

20131108

swimmers

Prawie dokładnie rok temu miałam trochę obaw przed tamtym koncertem. Szczęśliwie już wtedy zostały rozwiane, więc tym razem oczekiwałam tylko petardy. Petardę dostałam, rozgniotło mi uszy, nogi potańczyły, a serce po raz kolejny zostało mi ukradzione tymi uśmiechami. Znowu nie jestem w stanie napisać nic innego niż "są przesłodcy". Więc może nie napiszę nic.
Kamp! w Sfinksie był wczoraj, dziś Olsztyn, w sobotę Toruń, a później trasa jedzie do centrum Polski. Jeżeli macie możliwość i lubicie niebanalną muzykę taneczną - IDŹCIE. Bo są taaaaacy słoooodcyyyy. 

Tak bardzo chciałabym napisać coś logicznego.

A co do dnia wczorajszego i weryfikacji moich katastroficznych wizji - jestem zawiedziona! Nie dość, że dostałam więcej niż przewidywane 4, to jeszcze udało mi się przespać w nocy (a raczej już w dzień, bo między 8.06 a 12.30) i o dziwo nie zapomniałam zabrać biletu. I nie spóźniłam się na eskaemkę! 
Także sukces. 

Wiecie co, może lepiej będzie jeśli ja poskładam myśli, ogarnę dziewczyński pisk w mojej głowie i napiszę coś o nowych piosenkach i dlaczego fajnie widzieć pierwszy koncert na trasie. No i o Rebece napiszę, bo chwilowo zachowuję się jak wszyscy obecni wczoraj w klubie, kiedy zespół pojawił się na scenie. Poproszę kilka dni na ochłodzenie głowy.


Powinnam iść popływać. Tak.

20131107

wróżę z fusów, tanio

Dziś jest post z automatu, a piszę go z tygodniowym wyprzedzeniem. W takim razie pozwolę sobie nakreślić to jak dzień, o którym piszę, może wyglądać.

Zacznijmy od tego, że najprawdopodobniej wstałam w środę rano, a dziś już czwartek i to jego wieczór. Od momentu kiedy wstałam (w środę) zapewne nie robię nic poza rysowaniem w cadzie i przeklinaniem. Takim, że każdy szewc byłby ze mnie dumny. Pracowałam przez jakieś 30 godzin robiąc przerwy jedynie na posiłki, łazienkę i pranie. I pewnie nadal wszystkiego nie mam. Jeżeli jest 21:00, to 7 godzin temu dotarłam na uczelnię, rzuciłam to co udało mi się zaprojektować i pobiegłam na wykład z betonu architektonicznego. Przesiedziałam tam godzinę skupiając się głównie na tym, żeby nie zasnąć. W końcu beton architektoniczny jest potrzebny, ważny i TO MI SIĘ PRZYDA. Po betonie wróciłam do mojego projektu, dostałam ocenę (strzelam w 4, choć nie zasłużyłam, ale mój promotor nie jest dobrym nauczycielem), odczekałam co swoje w kolejce do konsultacji i usłyszałam, że nooo, że tutaj, że tu pani nie ma, ale dobrze, no, tutaj pani pójdzie do konstruktora, ja nie wiem, ale układ plansz, a dylatacja, ja nie wiem, o koleżanka małżonka dzwoni. Aha, w międzyczasie tak zwanym wypiłam pewnie już ze dwie puszki Coli i kawę. Ale serce nadal mam, studenci architektury są niezniszczalni.

Na uczelni wysiedziałam pewnie do 18. I to z trudem. Pędem wróciłam do mieszkania, zjadłam obiad i przebrałam się w jakieś bardziej fancy ciuchy. Myślę, że zrobiłam też od nowa makijaż, podejrzewam, że moje podkrążone oczy tego naprawdę potrzebowały. Miałam czas do 20. Trochę późno, ale czas na ogarnięcie siebie po nieprzespanej nocy wydłuża się wprost niewyobrażalnie. Mam nadzieję, że w tym czasie nie przysnęłam pod prysznicem, nie spadłam ze schodów, nie polałam sobie ręki wrzątkiem, ani nie wybiłam oka szczoteczką z tuszem do rzęs. To już sukces. Czyli wychodzę, wychodzę, wyszłam, idę, zapomniałam biletu, no ku.wa. Wracam. Serce znowu zaczyna mi bić szybciej, bo spóźniam się na autobus, na eskaemkę, ludzie na mnie czekają, koncerty się zaczynają, życie mi się wali na głowę, wszędzie się spóźniam znowu nie przespałam nocy nienawidzę życia zaraz się rozpłaczę jeszcze dzwoni mama i ja jej opowiadam iwszystkotracisenstakbardzomiźlechcędodomunacomitowszystkobyłotestudiatengdańsktekoncertychcędodomugdziemójkotznowunieodłączyłamładowarkiodkomputerazgniazdkatakbardzomiźlegdzietensopotcholernytakdalekopocomitobyło...

Okej, idę na KAMP! Wszystko będzie w porządku. Przecież zawsze jest. 
Jak już się obudzę to powiem Wam jak było naprawdę.

20131106

co ja mierzę?!

Próbuję właśnie zwalczyć wymiarowanie w budynku, który projektuję. Teoretycznie prosta sprawa - zaznaczam punkty, pomiędzy którymi chcę wstawić wymiar, zmieniam właściwości, tak by tekst był większy, a linie wymiarowe były zgodne z wymogami. Jednak jest w tym wszystkim straszny chaos, bo tak naprawdę nie mam pojęcia co wymiarować powinnam, a czego nie muszę. 

Do pewnego momentu byłam bardzo dumna z mojego projektu dyplomowego. Przełamałam własną rutynę i zrezygnowałam z wielu kątów prostych. A później, w dość niemiłych słowach, dowiedziałam się, że kąty proste być muszą. W dużym skrócie. Teraz mój projekt obdarty jest z moich idei i pomysłów. Jest projektem, ale nie jest już mój

Projektowanie w moim przypadku to bardziej radosna twórczość i robienie wszystkiego na czuja, niż przemyślane działanie. Ale nie myślcie, że wszystko pozostawiam woli przypadku - wymyślam i tworzę dużo, wydaje mi się że nawet świadomie, jednak wraz z każdą kolejną konsultacją z prowadzącym, czy nawet przy zwykłej rozmowie przekonuję się, jak wiele jeszcze nie wiem i jak naiwne jest to moje projektowanie. Więc często wychodzi tak, że machnę i zobaczymy co będzie. Zbiorę potężną krytykę, ale może czegoś się jednak nauczę. Paradoksalnie lepiej zrobić wszystko źle (oczywiście zanim projekt zostanie ostatecznie oddany), niż nie popełnić żadnego błędu - za wszystkie wady dostaniemy solidny opieprz, za to wszystko co dobre zostanie przemilczane. A szkoda, bo takie wypunktowanie też mogłoby się przydać. Ale widocznie wtedy byłoby zbyt łatwo.

Na tym podobno polega studiowanie - wiedzy nie dostajemy wprost, podanej w notatkach dyktowanych przez panią/pana nauczyciela. Trzeba na własną rękę dotrzeć do magicznego źródła wiedzy i czerpać. Ale co wtedy gdy, tak jak w architekturze, wszystko na studiach jest dla nas nowe, owszem, istnieje mnóstwo mądrych książek, więc rady możemy uzyskać nawet od największych tego świata, jednak uważam, że instytucji mentora jest w tym wypadku nie do przecenienia. Tak jak każdy wannabe-rzemieślnik miał swojego mistrza, pod którego okiem rozwijał swoje umiejętności, tak i początkujący architekt powinien najpierw rozwijać się pod okiem kogoś doświadczonego. Nie wszystko można wyczytać w książkach, nawet w tych najmądrzejszych.

Ostatnimi czasy czytam coraz więcej o architekturze. Nie wiem czemu zaczęłam dopiero teraz, ale podobno lepiej później niż wcale. I wiecie co? Z każdą książką coraz bardziej dociera do mnie, jak bardzo moje idee, te które zaprowadziły mnie na takie a nie inne studia, są prawdziwe, ale jednocześnie prowadzące donikąd. Nasz kraj to architektoniczny chaos, a świat woli architekturę, która będzie bardziej pomnikiem i punktem przyciągającym turystów, niż użytecznym "obudowaniem" ludzkiego życia. Bo to człowiek powinien być ważniejszy, niż kupa żelbetu. Nawet obudowanego najdroższym szkłem i blachą cortenową. Ale to już temat na dłuższą rozkminę architektoniczno-etyczną.

Jestem taka naiwna.


Melancholia. Rebeka jest prawie jak Kamp i pasuje do tych samych piosenek, w kółko. I ich też zobaczę jutro.



edit, 5:35
półtorej godziny temu miałam iść spać. no no, powodzenia. daję sobie jeszcze dwie i pół. trzymajcie za mnie kciuki. aha, no i mam hasło mojego życia: Jeśli myślisz, że jesteś niewyspany to znaczy, że zaczynasz się nad sobą litować. panie Murakami, ja pana proszę...

20131105

straszność

Teoretycznie wiem, że światem rządzi tak naprawdę tylko kilka wielkich korporacji. Ale to i tak robi wrażenie. Wypuszczając masę produktów dają nam złudzenie wyboru, a w rzeczywistości wybieramy pomiędzy kilkoma produktami tej samej firmy, które tak naprawdę są... tym samym. No ale mamy wybór. Wolny rynek. Dobrobyt. 
Straszność.



Obrazek pochodzi z internetów, a dokładniej stąd. Na stronie znajdziecie też inne ciekawe infografiki.

Ale że Nestle ma odnogę kontrolującą ubrania?!

20131104

pociąg, znowu

2013-11-04
09:55

Podróże pociągiem są takie fascynujące. Przedział sześcioosobowy, cała nasza piątka karnie siedzi na swoich miejscach i czeka. Trójka młodych ze słuchawkami na uszach i dwoje starszych. Pan wygląda na zrelaksowanego, ot znowu jedzie pociągiem i nie ma w tym nic dziwnego. Na kolanach ma przeczytaną już pewnie kilka razy gazetę, teraz już tylko patrzy tępo na jej pierwszą stronę. Szpalta retorycznie pyta "czy to ma jeszcze sens?". A diabli wiedzą. 

Przejdźmy do Pani. Na pierwszy rzut oka to całkiem dziarska kobieta. Ściągnięte usta i przymrużone oczy, włosy w kolorze nie występującym w przyrodzie. Sweter i etola pod kolor fryzury. Zdecydowana babka, pewnie twardą ręką trzymała dzieci. Ale wnuki pewnie rozpieszcza. Bo całkiem niezapowiedziana odzywa się w niej lękliwa kobieca natura. Musi rzadko jeździć pociągami, bo jest wyjątkowo zdenerwowana małym opóźnieniem pociągu i przesiadką w Toruniu. Miejsce 95 zarezerwowane jest dziś dla nerwowych.

Młodzi. Rozpiera nas energia, pomysły, usta nam się nie zamykają, śmiejemy się i cieszymy każdą ulotną chwilą. Mama zawsze twierdzi, że teraz to zleci i ani się obejrzę, a stanę w kolejce po głodową emeryturę. Więc chwytamy życie za nogi. W sensie... Każdy wcisnął słuchawki jak najgłębiej w uszy i patrzy w mały, niepewnie świecący ekran swojego telefonu. Introwertycy i indywidualiści XXI wieku.

Wszyscy wysiedli w Toruniu.

Dosiadł się jeden. Pan po czterdziestce, torba nie za duża, czerwona. Wysoki, znaków szczególnych brak. Trochę jakby niewyspany. Nie interesuje się porzuconą w przedziale Wyborczą, dzwoni. Ciekawe po co jedzie do Bydgoszczy.

Nie lubię jeździć w dwójkę. Jest wtedy zbyt kameralnie i odnoszę wrażenie, że w powietrzu wisi jakieś nieopisywalne napięcie. Jeżeli jesteście tylko we dwójkę, to istnieją perfekcyjne wprost warunki do rozmowy. Czuję, że powinnam zagadać i wyciągnąć historię tego człowieka. Większość odpowiednio zapytanych ludzi chce się podzielić życiem z nieznajomymi. Mają potrzebę tego, żeby obcy współczuli im w gorszych momentach, ewentualnie żeby zazdrościli pięknego życia. Tacy z nich mali emocjonalni ekshibicjoniści. Z nas.

Pozamiatane. Mała, biała empetrójka Creative rozwiązała mój problem. Nie pomyślałabym, że za coś kiedyś będę wdzięczna zespołowi Enej. Teraz to ich piosenka sprawia, że noga mojego współpasażera lekko tupie, a ręka wybija rytm o kolano.

Po drodze stajemy gdzieś w polu, za opóźnienie serdecznie przepraszamy.

Solec Kujawski. Nigdy tu nie byłam. Nowiuteńkie tory, wulkanizacja, kostka polska i Netto. Za garażami spory cmentarz, niezliczone ilości chryzantem widać nawet z pociągu. Kręci się przy nich kilka osób. Domek na drzewie. I koniec miasta.

Prawie półtorej godziny i jedną kawę później nadal jestem w Bydgoszczy. Na starej żółtej ławce czekam na opóźniony pociąg. Razem ze mną jedzący kanapkę posiadacz czarnych butów, ciemnych dżinsów i białych skarpetek oraz non stop dzwoniąca wielbicielka szarości. Czekamy. Zrobiłam już kilka bezsensownych zdjęć, popodziwiałam attykę kryjącą instalacje na dachu budynku pesy, zdążyły zamarznąć mi ręce. Białe skarpetki odeszły w nieznanym mi kierunku. Teoretycznie jeszcze 15 minut, jednak "opóźnienie może ulec zmianie".

Te opóźnienia są chyba celowe. Poczekałam na pociąg pół godziny na peronie i to wystarczyło, żebym pokochała skład, którym jadę. Miłość od pierwszego wejrzenia, od chwili kiedy zobaczyłam lokomotywę wyłaniającą się zza zakrętu. Jeżeli każdy wsiadający zapałał tym samym uczuciem co ja - mieliśmy naprawdę nie małą kumulację szczęścia. Znowu jadę. 

Mijamy coraz więcej coraz mniej znaczących mieścin w wsi. Rozpędzamy się razem z piosenką odtwarzaną przez mojego ipoda. Kwintesencja jesieni. Siedzę w ciepłym miejscu, słucham muzyki pełnej emocji, a za oknem przesuwają się drzewa bez liści, szarzejące pola i ostatnie krowy, które korzystają z rosnącej jeszcze trawy. Melancholia. Turner namalowałby piękny obraz.

Tym razem mam wyraźnie znudzonych współpodróżnych. Jedzą, śpią i patrzą bezmyślnie w krajobraz za oknem. Jednocześnie.

Zaczynają mnie nudzić.

Uwielbiam być w podróży. 

W tym tygodniu słuchamy Kampów. W kółko tych samych piosenek.

/ distance of the modern hearts \

2013-11-04
21:55

Minęło dwanaście godzin od momentu, w którym zaczęłam pisać. Zdążyłam przejechać trasę z Wło do Gdańska, przybiec do wynajmowanego pokoju, porzucić bagaż, pobiec na uczelnię i przeżyć wykłady. Dwanaście godzin później siedzę w łóżku, którego z dnia na dzień nie lubię coraz bardziej, a mój żołądek ciągle nie chce zapomnieć o kawie wypitej w Bydgoszczy. 

Chciałabym zacząć ten weekend od nowa.