20131109

prawie na chłodno o pokrzywiej rodzinie

Zamykamy oczy i przenosimy się do Sfinksa. No dobra, nie zamykamy bo jednak mam zamiar coś napisać, a bez patrzenia to i mnie będzie trudno i Wam. Lecimy!

foty ukradłam STĄD

Rebeka
Gdybym miała komuś powiedzieć w skrócie kim jest tajemnicza Rebeka, najtrafniej byłoby stwierdzić, że to taka młodsza siostra Kampów. Śpiewająca ciepłym, kobiecym głosem melancholijne piosenki, obudowane elektronicznymi rytmami rodem z lat minionych. Do zakochania. Koncertowy potencjał zespołu odkryłam na tegorocznym Open'erze, już wtedy miałam ochotę na więcej. Warto było czekać te cztery miesiące, żeby zobaczyć ich ponownie. W międzyczasie zakupiłam płytę, więc prawie wszystko co zostało na koncercie zagrane doskonale znałam. A niewiele jest na tym świecie rzeczy, które lubię bardziej niż odkrywanie piosenek na nowo. Za każdym razem, kiedy słyszę utwór już dobrze mi znany zagrany na żywo, zakochuję się w nim od nowa. A już szczególnie dobrze jest, kiedy wokal staje się jeszcze cieplejszy i ekspresyjny, a muzyka rozpala parkiety (choć czepiając się szczegółów, to w tym konkretnym przypadku powinna rozpalać betonową wylewkę). I tak było! W prawdzie nie od samego początku, bo publiczność nie od razu zareagowała entuzjastycznie, ale zakończenie było już naprawdę rasowe. Na początku Rebekowego występu miałam wrażenie, że dla nich ta trasa jest odrobinę krzywdząca. W końcu występują bardziej jako support przed gwiazdeczkami (wybaczcie określenie, ale tak bardzo mi pasuje) wieczoru, niż pełnoprawni uczestnicy muzycznego show. Odrobinę to niesprawiedliwe, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ta młodsza siostra pod co najmniej kilkoma względami jest po prostu... lepsza. Dla zainteresowanych polecam zagłębienie się w warstwę tekstową piosenek obydwu zespołów.
A jeżeli mam się do czegoś przyczepiać, bo robi się zbyt słodko. Mam wrażenie, że Stars zostało odrobinę spłaszczone i nie uderzało tak mocno jak mogłabym sobie życzyć. "Na płycie jest lepiej" powiedziała niezadowolona Esc, marszcząc czoło.
E tam, czepiam się, było cudnie.


Kamp!
Nie widziałam ich od lipca (uściślijmy - grających, bo w sierpniu jednak widzieć dwóch panów Kampów mi się przydarzyło. szczęśliwie moja nieśmiałość jest większa niż psychofanatyzm, dlatego nadal żyją i grają. możecie mi dziękować), więc potrzebę pójścia na ten koncert miałam przeogromną. Co więcej, od wakacji zapowiadana jest nowa EPka zespołu, z której materiał miał mieć premierę w trakcie jesiennej trasy. No i każdy ich koncert to taka dawka szaleńczej energii i uśmiechu, że powinno się ją przyjmować najrzadziej co dwa miesiące. Jak sami rozumiecie, głód mój był przeogromny. 
Tutaj pojawia się pytanie, czy w ogóle głód muzyki na żywo da się zaspokoić? Za każdym razem kiedy widzę Kampów mam ochotę na więcej. Regularny koncert, nawet taki z dwoma bisami, nie jest w stanie zaspokoić na dłużej. Pokicam, później poprzeżywam kilka dni i... Znowu chciałabym więcej. Ale chyba lepiej zostawić słuchaczy nienasyconych i wiedzieć, że wrócą niż doprowadzić do sytuacji przesytu. I tak źle i tak niedobrze.
Wracając do samego koncertu. Zaserwowana przez chłopaków mieszkanka tanecznych hitów i nowych piosenek dosłownie rozpaliła fanów, nie da określić się tego inaczej. Sprawdzone dźwięki porywały do tańca wszystkich, nawet odrobinę przerażonego kolesia pod krawatem, który stał za mną, a nowe utwory dzielnie dotrzymywały im kroku. A skoro jesteśmy przy nowych utworach. Strasznie nie mogę się doczekać chwili, w której światło dzienne ujrzy zapowiadana EPka. Bo jak na razie nie do końca jestem przekonana. Cudownie brzmiały i porywały, jednak wydaje mi się, że inspiracje latami osiemdziesiątymi poszła o krok za daleko. To świadomy kicz w czystym wydaniu, jeszcze nie wiem co o tym myśleć. Na razie wydaje mi się, że tak jak debiutancki album miał w sobie sporo słodyczy ale i melancholijnej goryczy, tak nowości są jedynie słodkie. Ale być może o to właśnie chodziło. O piosenki o smaku truskawkowych landrynek, bo przecież wszyscy pragniemy słodkiego, miłego życia. Ewentualnie wychodzi na to, że znowu się czepiam.
A na marginesie, drobnym drukiem. Było jeszcze coś, co uwielbiam. Autentyczna radość z grania. Uśmiechy nie schodziły z twarzy nie tylko fanom, ale też samemu zespołowi. Piękny widok. Być może to moja nadinterpretacja, ale mam wrażenie, że nie tylko dla nas było to szalone przeżycie. Pierwszy koncert na trasie, w trakcie której promowane są nowe numery, musi być niezwykle ekscytujący. Tak cudownie, że mogłam być częścią czegoś takiego.

ostrzegałam, że będą w kółko te same piosenki

A co by się stało, gdybym miała w jednym słowie zamknąć całą swoją opinię o tamtym wieczorze? Zdecydowanie byłoby to słowo BARDZIEJ. Głośniej, szybciej, z większą dawką emocji. Z wielkim uśmiechem i sercem. Czyli tak jak lubię najbardziej.

Byle częściej grali razem. 

Oho, jeszcze sekunda i podejmę szaleńczą decyzję. No jak zwykle, jak zwykle :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)