20131116

Sverige! vol.2 aka James Blake@Berns

Miłość do tego Pana wyznawałam już kiedyś na blogu (chociażby tu), wyznawałam też mój wielki ból połamanego serca (o tu). James Blake. Miłości moja bezgraniczna. Kiedy wydawał swoją pierwszą płytę, ujmował świat (i mnie) smutnymi piosenkami o uczuciach, doprawionymi basami łamiącymi nie tyle serca, co żebra. Wydanie drugiej płyty tylko utwierdziło świat w przekonaniu, że oto stoi (i śpiewa) przed nim jeden ze zdolniejszych muzyków młodego pokolenia. Ochów i achów nie ma końca, hipnotyzująca muzyka Brytyjczyka zdobywa cały czas coraz to nowych fanów, a koncerty wyprzedają się dość szybko.
A teraz krótki test. Czy byłabym sobą, gdyby termin mojego wyjazdu do Sztokholmu nie pokrywał się z terminem koncertu Blejka w szwedzkiej stolicy? Hue hue hue, cytując klasyka. Moi rodzice zawsze dziwią się, kiedy z kieszeni wydobywam najgłębiej ukrywane ostatnie zaskórniaki i biegnę z entuzjazmem na koncert odbywający się w okolicy miejsca, w którym akurat przebywam. I pomimo tego, że na ten koncert zaskórniaków wyjąć musiałam wyjątkowo dużo, to było warto. Niektórzy łowią ryby, inni grają w kosza, ewentualnie zbierają książki o Tatrach. Ja chodzę na koncerty. Hobby jak każde inne.

Już samo wejście do sali, w której odbywał się koncert, zwiastowało niezwykły wieczór. Weszłam do budynku, który ma pierwszy rzut oka wyglądał dość... tymczasowo, a wewnątrz zobaczyłam historyczną salę ze sztukateriami, malowidłami i trzema gigantycznymi żyrandolami. XIX wiek pełną gębą. Musiałam wyglądać wyjątkowo idiotycznie stojąc tak na środku pomieszczenia i zbierając szczękę z podłogi, kiedy całkiem zrelaksowani ludzie dookoła popijali czerwone wino. Wybaczcie mą zaściankowość, nie przywykłam do takiego prestiżu. U nas kultowa jest Warszawska Stodoła (kojarzycie?), w porównaniu z Bernsem wypada... Powiem tak, nazwa jest bardzo adekwatna.
Przejdźmy jednak do muzycznych doznań. Przystawką tego wieczoru był jakiś anonimowy (przynajmniej dla mnie) dj. I tak jak, wydaje mi się, potrafię docenić ciężką pracę pana/pani z winylami i i jej wybrzmiewające efekty, tak tym razem było naprawdę... nieporywająco. Nie ma więc w czym się rozsmakowywać i rozpisywać i najlepiej będzie przejść od razu do dania głównego.
W skrócie - było fenomenalnie. Wokalnie bajka (bo uważam, że dwa lata temu można było mieć zastrzeżenia), nowy materiał cudownie brzmi połączony z tym z debiutu i wcześniejszych epek, cały zespół jest świetnie zgrany i po prostu brzmi dobrze. Świetne było też nagłośnienie (szkoda, że w Bernsie nie mogę bywać częściej) - basy łamały żebra, słyszałam każdą najcieńszą warstwę granych utworów. I otarłam się o granicę bólu. Tak, było bardzo głośno, prawdopodobnie to nie najlepiej dla moich biednych bębenków, no ale co zrobić. Poszczęśliwiłam się słysząc Lindisfarne i CMYK, wzruszyłam przy Retrograde i A Case of You i udało się nawet odrobinę potańczyć przy Voyeurze. Przy ostatnich dźwiękach The Wilhelm Scream myślałam, że lepiej już być nie może. Ale tak jak po każdym dobrym daniu głównym musi być deser, tak i teraz nie zabrakło czegoś na osłodzenie końca koncertu.
Na deser - bis z zagranym genialnym Measurements. Udało się za trzecim razem. Dlaczego? Zagranie utworu wymagało od publiczności zachowania kompletnej ciszy - piosenka składa się ze stopniowo warstw wokalu. A jako że mikrofon łapie za dużo (o czym można było przekonać się w trakcie koncertu - w trakcie grania wielu utworów fanom udało się "wprosić" do piosenek i ekstatyczne krzyki było słychać zbyt często) to i Cholerny perfekcjonista. Ale warto było chwilę się pomęczyć, bo efekt zwalał z nóg. Cudownie było słyszeć jak utwór oparty tylko i wyłącznie na wokalnych ścieżkach powstaje na żywo. I jak brzmi.
No cóż, lifetime event.

a tak to mniej więcej wyglądało


Wiem, że prawdopodobnie robię się nudna ciągle powtarzając formułkę o przeżyciu życia i koncercie, który zapamiętam do dnia śmierci. Nic na to poradzić nie mogę, ten rok po prostu obfituje w muzyczne przygody na najwyższym poziomie.



Dzisiejszy margines brzmi tak: jeżeli wszystko dobrze poszło (czyli margines jest opublikowany i właśnie go czytacie), to od czwartku posty publikują się automatycznie, a ja dziś dotarłam do Waw i świętuję, bo znowu wylądowałam na koncercie takiego jednego zespołu, którego nazwa pada na tym blogu częściej niż moje jęki związane ze studiami. Jutro powinnam zawitać do Gda i wszystko powoli wróci do normy. O ile to wszystko w ogóle normą da się nazwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)