20131118

sztuka, choć bez entuzjazmu

Michael Jackson and Bubbles, zdjęcie stąd

Dawno nie byłam tak wściekła. A zaczęło się niewinnie.

Od połowy semestru, czyli dwa tygodnie temu, miały zacząć mi się wykłady z historii sztuki, jednak pan artysta nie raczył zaszczycić nas swoją obecnością. Dzisiaj, po trzech telefonach do dziekanatu okazało się, że wykład szczęśliwie się odbędzie, a jak głosi legenda warto na niego chodzić. I przyznam, że spodziewałam się najgorszego: dziś przez trzy godziny facet poględzi o prehistorii i antyku, za tydzień średniowiecze, później renesans, a na koniec barok i w piętnaście minut wszystko to, co było później. Każdy przedmiot ze słówkiem "historia" w nazwie tak wygląda. Początek zwiastował trzy godziny spędzone w kompletnych ciemnościach, a jeżeli do tego miały dojść wywody o Wenus z Willendorfu, to ja odpadam.
Wyobraźcie więc sobie moje gigantyczne zdziwienie, gdy po przydługim wstępie (tutaj ja i Lech Wałęsa, to ja i ambasador Izraela, to ja i słynny artysta...) moim oczom ukazała się Fontanna Duchampa, która stanowiła wstęp do wykładu o człowieku nazwiskiem Jeff Koons.

Nazwisko słyszałam pierwszy raz (tak mi się przynajmniej wydawało, w drugiej części wykładu przekonałam się, że jednak musiałam się z nim zetknąć), jednak kiedy zobaczyłam jeden z jego tworów wiedziałam, że to artysta którego muszę poznać. Dzieło, które zobaczyłam rozpoczyna dzisiejszy post. Tak. To Michael Jackson z małpą. Złoto, róże i sztuczność. Rzeźba przerysowana do granic możliwości. A to tylko początek. Do najdziwniejszych aktów sztuki należy cykl rzeźb i obrazów Made in Heaven. Wszystkim ciekawskim polecam, choć ostrzegam, że to twory przedstawiające artystę i jego żonę w pozycjach z Kamasutry. Można? Można. Artyści szokują, chcą to robić, żyją z przekraczania kolejnych granic i stawiania odbiorców w nowych sytuacjach. Taka jest sztuka.

jedna z prac z cyklu Made in Heaven, zdjęcie stąd

Być może widziałam zbyt wiele i zdążyłam poczuć o co chodzi w sztuce współczesnej. Choć początki były obiecujące - w pewnej berlińskiej galerii zwijałam się ze śmiechu patrząc na instalację ogrodową, złożoną z drabin, łopat, telewizorów, słoików wypełnionych tajemniczą cieczą. Zdarzyło mi się też zastanawiać nad sensem istnienia gapiąc się na niebieski prostokąt (o tym tutaj) i załamać ręce nad kompozycją z białych i czarnych kwadratów. Ale później zobaczyłam za dużo i zaczęłam to wszystko rozumieć. Nadal jestem w stanie przedawkować i wyjść z galerii płacząc ze śmiechu, jednak jest w tym wszystkim coś niepodważalnego: mam wielki szacunek do współczesnych twórców. Nie mam go za to za grosz do prawie wszystkiego co wytworzyli artyści do czasów baroku włącznie. Tak już jest.

Wróćmy jednak do wykładu, na którym padło mnóstwo mądrych słów i, ku mojej radości nie do zmierzenia, poruszony został problem kampowej estetyki, czyli świadomego kiczu, czegoś przerysowanego i ironicznego. I wyszłabym z tego wykładu przeszczęśliwa i wierząca w ludzi, ale nie.

Mam wrażenie, że byłam jedną z pięciu osób, które naprawdę chciały słuchać i wiedziały o czym szanowny pan doktor mówi. Bo dookoła non stop ktoś mamrotał pod nosem, że wstydzi się za świat, w którym żyje. Że 27 milionów dolców wydane na dzieło sztuki to jak w błoto, a ludzie na Haiti i w Afryce umierają. Że każdy mógł zamknąć stary odkurzacz babci z Ameryki w gablotce i obwieścić światu: OTO SZTUKA. Wstyd, hańba i plagi egipskie, świat schodzi na psy, a my czcimy wariatów. Jednak najgorsze dopiero miało nadejść, bo kiedy zobaczyliśmy zdjęcia wystawy zorganizowanej w Wersalu, prawdziwe krzyki dopiero się zaczęły. Bo Wersal taki piękny, Wersal taki stary, Wersal taki złoty, wow, uszanowanko. A rzeźby takie bezgustne, zamknięte w gablocie, a Maria Antonina na portrecie wisi na ścianie i bez większego problemu można ją pomacać (co oczywiście dozwolone nie jest, ale tak w gruncie rzeczy, to przecież rzeczy niemożliwych do zrobienia nie ma). A ona taka stara, taka cenna, taka uznana w świecie.
Moja przyjaciółka stwierdziła, że malarze najczęściej byli uznawani już po śmierci, współcześni nigdy ich nie doceniali. Nie jest to do końca prawda, jednak chcę zwrócić uwagę na coś innego.

Balloon Dog w Wersalu, foto stąd

Studiuję pieprzoną architekturę. Wiecie co robią architekci? Budują budynki. Rzeczy, które są wielkie i trwałe i nie stoją pochowane w muzeach, tylko widzimy je codziennie. To od tych budynków zależy jakość naszego codziennego życia, bo przyznacie, że przyjemniej pracować w stylowym nowoczesnym biurowcu dyskretnie wpisanym w historyczną tkankę miasta, niż w blaszanym baraku. Mówcie co chcecie, ale przestrzeń jest ważna. Architekci są bardzo odpowiedzialni za wszystko co nas otacza i gdzie przyszło nam żyć - powinni być obeznani w estetyce jak nikt inny. Powiedzcie mi zatem jak ludzie, którzy już na studiach, kiedy powinni kipieć od nietuzinkowych pomysłów, a głowy powinni mieć otwarte, zamykają się w estetycznym zacofaniu i za szczyt elegancji i dobrego smaku uważają Wersal, do którego dziś wyjątkowo się przyczepię. Szkoda, że nie widzą, że to taki sam kicz jak każdy inny, tyle tylko że przykryty warstwą kurzu zbierającą się od ponad trzystu lat. Mnie to zestawienie kiczu współczesnego i XVII wieku w ogóle nie oburza, wręcz przeciwnie, pociąga i zachwyca. Przez tak drastyczny kontrast jaki wytworzył się między dziełami Koonsa a pałacowymi wnętrzami obydwa zjawiska przemawiają do nas bardziej. To tak jak piramida Peia przed Luwrem. Czerń jest zawsze czarniejsza przy bieli, a starość nabiera jeszcze więcej lat zestawiona z młodością. Kontrasty nie obrażają, ale podkreślają różnice i wydobywają coś, co często trudno dostrzec.

Wygodnie jest założyć sobie klapki na oczy i oceniać świat według prostego wzoru: sprzed II wojny światowej - dobre, po wojnie - złe. Szkoda, że nikt z nami na ten temat nie rozmawia, bo jak by nie patrzeć, w naszym zawodowym życiu przyjdzie nam zmierzyć się z problemem dziedzictwa lat powojennych. I ciekawe co wtedy.

Z kim ja studiuję.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)