20131121

żarówka niczyja

Moje doświadczenie dotyczące życia w bloku jest dość ubogie.

  1. Do siódmego roku życia mieszkałam w kamienicy. Pamiętam niewiele, jednak sąsiadom kłaniamy się do dziś. Oczywiście o ile jestem z Rodzicami, bo w innym wypadku za diabła bym ich nie rozpoznała.
Za to mam klika doświadczeń "pożyczonych", zaobserwowanych.
  1. Moja Babcia mieszka w wieżowcu w centrum Lublina i przez większość mojego życia spędzałam u niej ogromną część wakacji. Za babciną ścianą mieszkają sąsiedzi, którzy z biegiem lat stali się najbliższymi przyjaciółmi Babci. 
  2. Większość moich koleżanek z podstawówki mieszkało na jednym blokowisku, więc wszystkie dzieciaki znały się od małego i do dziś utrzymują kontakt. A ja jak zwykle mieszkałam gdzieś indziej. #4ever_alone
  3. Moi Dziadkowie z Wło mieszkają na typowym polskim blokowisku z lat minionych. Stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że oni też należą do tej części starszych ludzi, którzy spotykają sąsiadów pod blokiem i przesiadują na ławce długie kwadranse, wymieniając się wspomnieniami z sanatoriów. 
  4. Na drugim roku studiów mieszkałam na blokowisku, gdzie dzieciarnia dosłownie roznosiła plac zabaw, matki spacerowały z innymi matkami, a pani w sklepie wiedziała wszystko o swoich klientach. 
W skrócie wydawało mi się, że mieszkanie w bloku jest nie najgorszą formą życia, szczególnie, że za ścianą zawsze są ludzie, z którymi dobrze jest żyć w zgodzie. Pomijam oczywiście przypadki ekstremalne i sąsiadki, które z policją nachodzą moją znajomą, bo klawiatura klika zbyt głośno. True story. Ja zazdrościłam moim koleżankom tego, że mieszkają tak blisko siebie, że dwa bloki dalej mieszkają ich babcie czekające z obiadem i że sąsiedzi są jednocześnie znajomymi. 

A później poszłam na trzeci rok studiów (i czwarty, bo nadal mieszkam w tym samym miejscu) i straciłam wiarę w ludzi. 

Zaczęło się od śmietnika. W zeszłym roku ustawa śmieciowa była dopiero szeroko komentowana i obwieszczana światu, jednak już wtedy na moim-nie moim osiedlu tylko jeden śmietnik nie był obudowany i zamykany. Z czystego lenistwa, ale i w pełnej nieświadomości korzystałam właśnie z niego, dopóki jeden pan, w dość nieuprzejmy sposób, zwrócił mi uwagę. Bo to nie mój śmietnik, a oni płacom, a ja wyrzucom. Nadal nie jestem w stanie zrozumieć wariactwa, które panuje tu z wyrzucaniem śmieci, pilnowania śmietników i powszechnego braku zaufania. Ale nie to jest najgorsze.
Drugi przejaw patologii jest tym najpoważniejszym, jednak również nie najgorszym. Pewnego zimowego poranka piłam herbatę i wyglądałam przez okno. To jedne z moich dwóch ulubionych "leniwych" czynności, więc można powiedzieć, że byłam oazą spokoju, kiedy zobaczyłam płot wyrastający za moim oknem. Blok naprzeciwko opłotowali. Nie wiem dlaczego i po co, osiedle jest na uboczu, raczej nikt obcy się tu nie zapuszcza. Bo i po co? Niemniej płot jest. Mało brakowało, a popłakałabym się nad tym przejawem ludzkiej głupoty, jednak byłam dzielna, przełknęłam łzy i udało mi się nie rzucić studiów. 
Później, już po tym jak spadło jakieś pół metra śniegu, a ziemia zamarzła na kamień, zostałam zrugana przez pewną panią o to, że depczę po trawniku. Bo ścięłam sobie drogę. Zaoszczędziłam jakieś dwa metry drogi kosztem biednej trawy. Zasikanej przez psy, pół metra pod moimi stopami. 
Preludium do najgorszego nastąpiło pół roku temu. To wtedy w niewyjaśnionych okolicznościach zginął nasz klucz od śmietnika. Bywa, nawet zdziwiłam się, że zaginął dopiero wtedy i do tego (nawet do dziś!) jedyny raz. Jednak od właścicielki zamiast "pójdę do sąsiadki i pożyczę" usłyszałam "w poniedziałek pójdę do spółdzielni poprosić o nowy". Okej. To co ze śmieciami? Nie było nawet rozpatrywania opcji pożyczenia klucza na chwilę. Stały do momentu, kiedy nowy przyszedł ze spółdzielni.

Najgorsze nastąpiło w poniedziałek. Przepaliła się żarówka na naszym ostatnim, trzecim piętrze. Nie obwijając w bawełnę, jest ciemno jak w przysłowiowej dupie, otwarcie zamka bez przyświecenia sobie telefonem jest po prostu niemożliwe. Szczególnie kiedy w jednej ręce trzymam torbę, w drugiej zakupy z Carfa, w trzeciej klucz, a czwartą sobie przyświecam. Ciekawe kto pierwszy się przełamie, ewentualnie połamie spadając ze schodów, i zatroszczy się o nowe oświetlenie. I ile to jeszcze potrwa.

To odrobinę przykre, że na piętrze, gdzie mieszkają jedynie dwie rodziny i to mieszkają tak obok siebie od lat i z tego co wiem mają dzieci w podobnym wieku, żarówka jest niczyja. Problem jest, wszyscy go zauważają, jednak jako że jest wspólny i "ktoś" powinien się nim zająć, nie zajmuje się nim nikt. 

Ja nie wiem dokąd zmierza świat. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)