20131231

'14!


No to Wasze zdrowie! Wasze w sensie, no Wasze, nie panów Kampów. Dobra, ich przecież też. No tak czy inaczej pięknego nowego roku i 

BAWCIE SIĘ DZIŚ LEPIEJ

A jak wrócę, to uraczę Was rozkminą na tematy muzyczne i niezwykle życiowe. No, zobaczymy co z tego wyjdzie, bo ja to sama nie wiem, czy wyjdę cało z tego sylwestrowania. 

#snobizmnapolskąmuzykę

20131229

'13

A co tam sobie będę żałować. Wszystko co było fajne w 2013. I prawie fajne, ale za to zwycięskie. 

Styczeń - Rok rozpoczął się fenomenalnie - na dosłownie 3 minuty przed północą zdążyłyśmy wpaść na imprezę sylwestrową do znajomych. Wielkie wejście - checked. Imprezę zakończyłam wychodząc na środek dwupasmówki i ściągając taksówkę. Soł njujork, naprawdę to było SUPER.

Luty - Sesja zabójca. Nic więcej nie pamiętam. Ale zwycięsko! 

Marzec - Podobnie. Tylko, bogom dzięki, bez sesji. 

Kwiecień - Warszawski wypad, morze napojów wyskokowych i Kampy. Tak dla odmiany.

Maj - 11 maja nagle postanowiłam skoczyć do Warszawy na Free Form Festival. Sprzedaż biletów zakończyła się na 15 minut zanim dotarłam do empiku, więc do stolicy jechałam pełna obaw. Ale bilety były. Woodkid, szaleństwo, dęciaki i skoki. 

Czerwiec - Sesja zabójca vol. 2 i zjazd do domu. Przy okazji dzień nad morzem z Rodzicami. Zdecydowanie za rzadko przychodzą takie dni - tamten był naprawdę super.

Lipiec - Open'er! Numer 5. Jechałam z mieszanymi uczuciami, grupą licealistów oraz wielbicielem picia w pociągu. Nowych znajomych udało mi się szybko pozbyć, a mieszane uczucia zastąpiło naprawdę sporo świetnych koncertowych doznań. I szatańskie przeziębienie, którego pozbyłam się dopiero w połowie sierpnia.
Praktyka przeddyplomowa. Z tej okazji spędziłam dwa tygodnie w Łodzi. 14 dni w prawdzie nie wystarczyło żebym mogła się szlajać do woli i gubić w zaułach, ale w pewien sposób i do jakiegoś stopnia odczarowałam sobie to miasto. Być może nie jest aż tak koszmarne, a klimat rozpadu jest jakoś tam pociągający.

Sierpień - Miesiąc podróży. Wło->Katowice->Wiedeń->Warszawa->Kraków->Warszawa->Wło. Łzy niedowierzania i krakowski McDonald, który zawsze ratuje życie. A przy okazji prawie dwa festiwale. Dodatkowo w panice kończone dwa projekty i historia architektury polskiej.

Wrzesień - 22 22 22!

Październik - Szwecja! James Blake łamie mi żebra i rozpoczynam histeryczny wyścig z czasem - dyplom sam nie chce się zrobić. 

Listopad - Przede wszystkim - wyzwanie Paranoi i codzienne blogowanie, które o dziwo bardzo mi się spodobało. Poza tym Kampy w Sopocie po nocy spędzonej nad dyplomem i prawie spontaniczne Kampy w Warszawie. Wyścig z czasem w dalszym ciągu.

Grudzień - Może i w tym miesiącu wydarzyło się kilka miłych rzeczy, ale i tak liczy się naprawdę tylko jedno: DYPLOM NA PIĄTECZKĘ! U-u!

Podsumował mnie też Spotify, wychodzi na to, że jestem monotematyczna: Top Artist: James Blake, Top Album: Overgrown by James Blake, Top playlist: Overgrown by James Blake. Prawdopodobnie po połączeniu tej listy z moim iTunesem i wieżą (bo nadal w większości muzykę odtwarzam z płyt), wygrana przypadłaby płycie z kwiatem, ale co tam. Drugi krążek Brytyjczyka jest dla mnie jedną z płyt roku. 
A gdyby ktoś chciał posłuchać jak dla mnie brzmiał 2013 - mój profil Spotify czeka i poleca playlistę #2013. Całkiem subiektywnie i bezkompromisowo, nie tylko tegoroczne premiery, ale wszystko to, co tworzyło soundtrack tego roku. Lista już trwa ponad 5 godzin, a cały czas rośnie!

Nie mam w zwyczaju robienia noworocznych postanowień, więc nie zakładam z góry jaki ma być nadchodzący rok. Jaka ja mam być. Za to już nie mogę się go doczekać.

20131227

bliżej?

Pamiętam taki zimowy wieczór w Zakopanem. Pokój - jedynka. Większa szafa. Czekałam wtedy na znajomych, którzy już byli w drodze i za kilka godzin miałam się z nimi spotkać. Mieliśmy przeżyć kilka beztroskich dni w zimowej stolicy kraju, poszlajać się odrobinę po knajpkach. Sama spędziłam pełną dobę. Jeszcze wtedy nie wiedziałam jak bardzo lubię odkrywać miasta na własną rękę i jak wiele godzin spędzę tak jak tamten dzień - sama i z radiem. 

To była sobota, 23 stycznia 2010, gdzieś między godziną 16 a 19. Piotr Stelmach zaprasza na Myśliwiecką 3/5/7. Muchy prezentują fragmenty swojego nowego albumu. To wtedy usłyszałam po raz pierwszy Notorycznych debiutantów
Warszawo, idź do diabła. To chyba wtedy postanowiłam, że to tam będę studiować. Szkoda, że terminy egzaminów wstępnych popsuły mi plany i wylądowałam tam, gdzie wylądowałam. Ale widocznie tak miało być. I mimo wszystko nie żałuję.
To będzie dobry rok zaowocowało najgorszym rokiem w moim życiu. Studniówką, maturą, studiami, rozbitymi przyjaźniami i kilkoma poważnymi próbami znajomości. Mimo tego co roku, 1 stycznia, wymawiam to magiczne zdanie. Tak źle już przecież nigdy nie będzie. 
Koniec końców, to Idź do diabła wydaje się być jedyną aktualną frazą.

I przychodzi rok 2013. Pokój w prawdzie większy, ale radio zostało. Piotr Stelmach znów zaprasza, tym razem jednak dzień wcześniej - na piątkową Offensywę. Muchy znowu grają. Są po przejściach. Wydali trzy długogrające krążki, z pierwotnego składu pozostał tylko wokalista, jednak grupa ciągle rośnie. Wraz z nowymi członkami przychodzą nowe pomysły, już trzeci krążek zwiastował sporo zmian. 
I nagle pojawia Bliżej. Na którymś z profili pani dziennikarz - bohaterki wpisu sprzed kilku dni przeczytałam, że niektórzy mogą być zszokowani. I że to zbyt mało przebojowy numer. Nie pamiętam jak to dokładnie brzmiało, a i chwilowo wpisu znaleźć nie mogę.
Rozmowa telefoniczna, Wiraszko gdzieś w Polsce, tak dawno nie rozmawialiśmy na antenie i czy zmienił się ten Wasz Poznań - Miasto Doznań. Kończymy trasę, wchodzimy do studia, album w przyszłym roku, tytuł nie do końca jeszcze wybrany, ale pierwszy singiel już jest, a i teledysk będzie niedługo. I to by było na tyle z ważniejszych informacji. Więc doświadczony pracą w radiu Michał W. zapowiada i piosenka idzie w świat.


A ja nie poczułam absolutnie nic.

I przez to nic zrobiło mi się cholernie przykro. Bo nagle okazało się że te "moje Muchy" są jak starzy znajomi, których owszem, widuję od czasu do czasu, zawsze jest miło, ale nie łączy nas nic innego niż tylko sentyment. Dawne piosenki i mnóstwo wspomnień. Wyczekiwanie na koncerty, bo musiałam iść na studia żeby zobaczyć mój ukochany zespół. Trzy lata czekania. Zupełnie nieświadome i niewinne były to czasy, którym towarzyszył mój ulubiony Terroromans. 
Trochę to jak rzucanie starego misia w kąt, bo jest nowy i lepszy, ale właśnie tak się stało. Jakkolwiek potwornie to zabrzmi, to już nie jest to samo. Nie. To nie ta sama ja raczej. Pewnie kupię tę płytę jeżeli się ukaże, przesłucham, postawię na półce, pewnie nawet będę do niej wracać. Ale tak samo nie będzie.

Czyli jednak dalej. 

20131226

takietam

Kiedy tydzień temu przygotowywałam się do egzaminu z prawa budowlanego, a właściwie to nawet wcześniej, bo tydzień temu o tej porze to ja zjadałam piernik i zapijałam go kakałkiem w Pikawie i nie martwiłam się już absolutnie niczym, więc tych 10 dni temu miałam plan zostania Perfekcyjną Blogerką. Grzecznie napisałam tyle postów, żeby wystarczyło aż do Nowego Roku, a następne miałam pisać tuż po Świętach. Czyli wtedy, kiedy powinnam się uczyć. Norma. I wiecie co? Ja nawet napisałam te posty! Wymagają ostatnich poprawek i wyrzucenia literówek, które zauważę, ale są. Dzisiaj nawet postanowiłam napisać post-laudację postępu technologicznego (AUTOSTRADA DO TORUNIA, PANIE!) i czegośtam jeszcze, ale wszystko zostało przyćmione jedną drobną rzeczą.

SKOŃCZYŁ MI SIĘ BIAŁY LAKIER

Nie wiem jak żyć, co ze sobą zrobić, gdzie iść i komu naklepać. Zupełnie rozstrojona jestem, nawet tona ciastek i pół tony cukierków nie jest w stanie wyciągnąć mnie z doła, w który obecnie wpadłam. 

Tutaj powinnam zakończyć posta, żeby było wystarczająco dramatycznie, ale z okazji tego, że ostatnie posty dodawały się z automatu, mam głęboką potrzebę pisania. Więc:
Jutro będzie o Muchach, bo skoro napisałam sentymentalny wywód, no to czemu ma gnić w archiwach. Jutro też ogłoszę, a raczej ogłaszam teraz, żeby wszyscy zdążyli się przygotować, Międzynarodowy Dzień Pisania Mejli, bo mam ich do wysłania kilka i fajnie byłoby zdążyć z nimi przed końcem roku. Znowu jutro muszę iść do kosmetyczki (pjenknym trzeba być na imprezę, której nikt w sumie nie lubi i nie rozumie), później muszę udawać, że się uczę i że nie czytam tych wszystkich książek, które dostałam. Bo jutro trzeba zdążyć ze zrobieniem wszystkiego, co chciałabym zrobić w sobotę, bo w sobotę jedziemy na wycieczkę. A raczej szoping. Studniówkowy szoping. Jak się pewnie domyślacie, to nie ja będę główną zainteresowaną, więc raczej nie zanosi się na ultra ekscytujący dzień ta sobota. Szczególnie dla kogoś, kto galerie handlowe omija szerokim łukiem.

Strasznie pracowite to jutro.

/Mam nadzieję, że Wasze ciąże spożywcze mają się dobrze i powoli odpuszczają. I że żyjecie, to dość ważne/

To jeden z najbardziej bezsensownych postów od dawna. 

KURTYNA

20131221

zima!

Dziś pierwszy dzień zimy. Z tej okazji premierę ma nowa zakładka na blogu (uszanowanko!). Zima jest spoko - czyli wszystko to, co miłego potrafimy z zimy wyciągnąć. Klikajcie ^^

/Aha, gdyby ktoś jeszcze chciał dorzucić swój pomysł do listy - zapraszam!/

Dziś jestem już prawie świąteczna, biegam w fartuchu i udaję perfekcyjną panią domu. W międzyczasie próbuję wybrać 10 ulubionych płyt, piosenek i wydarzeń muzycznych roku i wymyślić jakieś dobre myki do użycia w portfolio. Bo czas kolejnej rekrutacji zbliża się nieubłaganie. O, ktoś już ćwiczy odpalanie petard.

A choinki cały czas nie ma. Bez sensu.


okej, ulubiona płyta jest, ale co z resztą?

20131220

mandarynki

Czasy pustych sklepowych półek i telewizyjnych relacji z portów, gdzie wpłynęły kontenerowce z cytrusami, minęły bezpowrotnie. Teraz przez cały rok w sklepach można kupić dosłownie wszystko, począwszy od truskawek, na króliczym mięsie kończąc. A i tak nachylając się nad sklepowymi zamrażarkami kręcę nosem jeżeli nie znajdę szpinaku w liściach, bo jest tylko krojony. Te jabłka są brzydkie, te za małe, a tamte za duże i tak z ładnych paru dostępnych gatunków nie jestem w stanie wybrać ani jednego. I ten przytłaczający niektórych dobrobyt to nie tylko domena lata. Nikogo już nie dziwią świeże maliny, które mogłam zakupić w jednym z marketów. W środku grudnia. 

To przejdźmy do mandarynek. Właściwie z nimi jest podobnie. Po prostu są, nikogo nie dziwią i nie robią zbyt dużego wrażenia. Lubią je chyba wszyscy. Takie mniejsze i słodsze pomarańcze, dużo wygodniejsze do obierania i jedzenia. W podstawówce bardzo często dostawałam je w pakiecie drugiego śniadania. Bo nawet mała ja (choć trochę mniej rozkojarzona i chaotyczna) byłam w stanie sobie z nimi poradzić. Mandarynki są zawsze i wszędzie, nie jestem więc w stanie zrozumieć jednej rzeczy. 

Dlaczego dla wielu ludzi to zapach Świąt? Przecież mamy je na co dzień, a jednak cały czas utrzymujemy, że ten wyjątkowy zapach i smak to tylko raz w roku. Ja zupełnie tego nie czuję. Rozumieć też nie rozumiem. Zapachem świąt może być pieczony raz w roku pasztet, pierniki, lukier, który oblepił mi całą bluzę. Choinka. Brokat, który pachnie bardziej jak kurz, ale zawsze się go nawdycham smarując dokładnie kota, żeby był piękny. Duszący zapach suszonych owoców. Odświętne perfumy babci. Kapusta, grzyby i fasola. Ale przecież każdy ma swoje własne Święta, prawda?

Zabawne, jak przyzwyczajenia rodziców i dziadków przyjmujemy do swojego życia. Ale ma to swój urok :)

20131218

kobiety... a, nieważne

Dawno temu powstały na blogu dwa teksty o inspirujących kobietach. Miałam nawet pomysł, że będzie to cały cykl poświęcony dziewczynom, które podziwiam od dawna. Dziś określiłabym je raczej jako te, z którymi chciałabym wypić drinka albo dwa. Ewentualnie siedem. Do tamtych tekstów niespecjalnie chcę wracać, jakoś nie mam najlepszego zdania o swojej pisaninie sprzed dobrych dwóch lat /okej, zajrzałam, nie jest źle. swoją drogą jak świetnie siebie znam: we wstępie do "cyklu" wyraziłam nadzieję, że będzie on miał więcej niż dwa wpisy. no zgadnijcie ile ich było :D/, ale szukając dziś materiałów do eseju na etykę, wpadłam na wywiad z dziennikarką, o której planowałam coś napisać. Więc na chwilę wskrzeszam cykl. Bo czemu nie.

Anna Gacek. Nie wymawia r i trzeba cierpieć na bezsenność żeby móc jej słuchać. Ma niezrozumiałą przeze mnie skłonność do Kings of Leon i bardzo zrozumiałą do nieuczesanych włosów. Audycje prowadzi zawsze w butach na wysokim obcasie.
Prawdopodobnie dziś patrzę na Nią już zupełnie inaczej niż wspomniane dwa lata temu. To już nie tylko młoda, ambitna dziennikarka, która musi udowadniać całemu światu, że nie tylko faceci mają monopol na dobre radio. Być może nie jest już dla mnie muzyczną wyrocznią (bo chyba już nikt nią nie jest, co za upadek ideałów), choć nadal uwielbiam słuchać, jak wiele radości sprawiają jej nowe wydawnictwa ulubionych zespołów i elektryzujące świat debiuty. Ten krótki czas, kiedy prowadziła audycję modową na antenie radia (dość karkołomny wyczyn, jednak jak na mój gust bardzo udany) pokazał mi pannę Gacek w dość nowym, jednak nadal szalenie profesjonalnym świetle. Co więcej dał mi do zrozumienia, że interesowanie się ciuchami nie jest tylko fanaberią niezbyt inteligentnych dziewczyn. 
A przy okazji, wybudowała wokół siebie całkiem ciekawą otoczkę tajemnicy, romansów, przystojnych muzyków (olaboga) i niebotycznych szpilek. Tak bardzo kuszące. Tutaj pojawia się historia z poszukiwaniem asystenta. Nie wiem jak się skończyła, ale był to jeden z tych momentów, kiedy bardzo żałowałam, że nie mieszkam w Warszawie. Nie wiem czy bym się nadawała, ale bardzo chciałabym się nadawać. A chcieć, to móc, prawda? 

Po przeczytaniu wywiadu wiem też, że Anna postanowiła mieć po prostu fajne życie. I za to chyba lubię ją najbardziej. 


Wywiad jest TUTAJ. Z kolei TUTAJ jest blog Anny. Są jeszcze dwa facebookowe profile. MODOWY oraz MUZYCZNY. I to by było tyle na dzisiaj. 

20131217

strzałów koniec

Po drugiej w nocy ostatnie Strzały znikąd. Zabawne, jak można przywiązać się do radiowej audycji, nawet nie słuchając jej za bardzo regularnie. Teraz to żałuję.

Będzie mi ich brakowało. Bardzo.

Do zobaczenia w lepszym świecie.

/Strzały oczywiście w Trójce, po raz ostatni. Dla zainteresowanych na tym blogu na razie audycje minione do ściągnięcia i odsłuchania/

Tak mi smutno trochę.

20131215

fotoznawca

Było gorąco. Oj, było. Gorąco i ciężko, ale już po wszystkim! Pracę dyplomową inżynierską oddaje się na szczęście raz. Nie pisałam od raptem kilku dni, a mam wrażenie, że minęły wieki. Szczególnie, że wydarzyło się parę rzeczy. Ale po kolei i nie wszystko na raz. Na pierwszy ogień pójdzie dosyć krótka refleksja. Albo jak kto woli post spod znaku "nie znam się, to się wypowiem".

Co w tym tygodniu zrobiło mi największą wodę z mózgu? Te fotki. Foteczki. Zupełnie nieistotne zdjęcia.

Wyobraźcie sobie, że siedzę na wykładzie. Wykład jest nudny i zupełnie nietrafiony, trwa zbyt długo, a jedyne o czym jestem w stanie myśleć, to SEN. I nagle widzę coś takiego. Ruska porno mafia z lat osiemdziesiątych. Prawdziwi twardziele rodem z epok minionych. Brakuje tylko złotych zębów, deszczu diamentów i rozebranych lasek. 


I nie zrozumcie mnie źle. Ja nie uważam, że to są złe zdjęcia. Możliwe, że wprost przeciwnie. Kompozycja jest super, oświetlenie też, a ograniczenie kolorów do czerni i bieli nie wydaje się być naciągane (jeżeli czujecie o czym mówię z tym cz-b. bo dla mnie to rzecz jeszcze dosyć intuicyjna). Chłopaki też dobrze wyszli: uczesani, wygładzeni, no nic tylko brać. 

Ale z drugiej strony... Nijak te zdjęcia nie składają mi się w całość z twórczością zespołu. No w żaden sposób. Bo jak połączyć tę nową sesję ze świeżymi, dość "karaibskimi" piosenkami? Albo z wypełniającymi kluby melancholijnymi hitami z debiutanckiego albumu? Na Zeusa, nijak, NO NIJAK. Mam wrażenie, że stylistka sesji trochę odleciała i zbyt dosłownie potraktowała wszechobecną i wszechmodną inspirację latami osiemdziesiątymi. 

Dużo bardziej podobają mi się pradawne kampowe sesje. Były takie... po prostu. 



koniec psychofanatyzmu :D

PS, bo zupełnie zapomniałam
Autorka szczęsnych-nieszczęsnych zdjęć jest TUTAJ. Poleca, bo piękne.

20131212

koniec świata

Przyszedł wyż. W powietrzu czuć lekki mróz, kaczki spacerują po zamarzniętym stawie, gwiaździste niebo unosi się nad centrum Gdańska. Na balkonach zaczynają pojawiać się kolorowe lampki. Naprawdę idą święta. Chyba zachowam ten moment na dłużej. Dokładnie ten, kiedy szłam przez osiedle, a wiatr wyjątkowo nie wiał. Ja i wielka czarna teczka. 

Dziś jest ten dzień, kiedy oddałam projekt dyplomowy. I zupełnie nie wiem co w związku z tym napisać. 

dobranoc

20131208

pozytywnie (WOW)

Tak się zdarzyło, że niesiona czekoladowym nałogiem postanowiłam w końcu wygrzebać się z gniazda uwitego z kocyka i dwóch bluz i pobiegłam do sklepu.  Czego się nie robi dla kawałka czeko, no nie? Tak czy inaczej, przebijałam się przez śniegi, błota, lód i kolejki do kasy, więc miałam jakieś 30 minut na to, żeby pomyśleć o czymś innym niż przykre wypadki, które będą miały miejsce w tym tygodniu. No i wymyśliłam.

Pesymizm i ironia to momentami moje prawdziwie imiona, które, nie wiedzieć czemu, nie zostały przez moich rodziców wpisane do aktu urodzenia/chrztu, whatever. Ale dziś już naprawdę mnie to zmęczyło, miewam czasami takie momenty w życiu. Stąd moja propozycja. Jako, że w miarę regularnie zagląda tu kilka osób (♥), proponuję, żebyśmy wspólnymi siłami wymyślili krótką (albo i długą, jak tam wyjdzie) listę rzeczy, za które możemy być zimie wdzięczni. Przyjmuję wszystkie pomysły, rzeczy małe i duże, a nawet skrajnie abstrakcyjne. Jeżeli nazbiera się chociaż troszkę, w weekend zrobię z nich kolejną zakładkę na blogu - tak żeby przez całą zimę można było do tych pozytywów wrócić i chociaż odrobinę się pocieszyć. 

Na dobry początek: plus zimy, który zauważyłam ja. 
Nie wiem czy przesiadujecie po nocach, ale ja często uskuteczniam ten wyniszczający organizm sport. I nie ma dla mnie nic bardziej denerwującego, niż ptaki, które wiosną i latem budzą się do życia już po 2.00. W tym momencie zawsze budzi się we mnie przerażenie i świadomość tego, że czas się kończy, a mnie jak zwykle zostało dużo do zrobienia. Atakuje mnie paraliżujący strach, który wcale nie działa mobilizująco. Za to zimą nikt do mnie o drugiej nie śpiewa, panuje cisza i spokój, więc i praca idzie spokojnie. Racjonalna część umysłu podpowiada mi, że i zimą i latem na pracę mam dokładnie tyle samo czasu, jednak poczucie tak wcześnie/tak późno potrafi nieźle namieszać w mojej głowie. 

Zimą ptaki nie śpiewają po nocach - plus numer jeden. Do dzieła!

20131207

DLACZEGO?!

Zupełnie miałam nie pisać tutaj bzdur i nawet nieźle mi szło. Rano zabrakło internetów, więc zrobiłam naprawdę dużo z dyplomowego zakresu, a w ramach przerwy i odgruzowania umysłu napisałam dwa logiczne posty, które może kiedyś się tu pojawią. A może nie. Pisać jednak skończyłam i dalej zwalczałam detal budowlany i kiedy myślałam, że kataklizmy się skończyły (internet wrócił), okazało się, że toaleta postanowiła się zapchać, prąd w gniazdkach postanowił nie działać już dwa razy, a AutoCAD uraczył mnie pierwszym od BARDZO dawna błędem krytycznym. Za co, się pytam, ZA CO?! 
Cały ten panujący dookoła mnie chaos ma skończyć się w czwartek i naprawdę chciałabym do czwartku dotrwać i nawet do dziś szło świetnie. Przesilenie, czy co? Wiać przestało, na chwilę wyszło nawet słońce.  

Ale nie, ja wytrzymam. Nie po to zarwałam już tyle nocek, żeby cokolwiek mogło mnie powstrzymać. Melisa z czterech torebek Polecam, Esc.

mój mikołajkowy autoprezent. bardzo dobry, bardzo

20131205

-to też nie jest post. zupełnie nie-



To tego odcinka szukałam! Junikorny na lodzie i hipsterski nihilizm! Czegóż chcieć więcej? Przed Państwem Pingwiny, mój stylowy ratunek od popadnięcia w obłęd (stylowy, bo we fraku, czujecie). I przed odpłynięciem na drugą stronę tęczy, bo każda kolejna nieprzespana noc bardzo mnie do tego przybliża. (Nie wiem zupełnie, czemu filmik przeskakuje cały czas do połowy. Jakby co, to pierwszy odcinek jest bardziej wartościowy i to właśnie jego polecam obejrzeć)
Suszymy ząbki, Panowie i ciśniemy dalej.

Swoją drogą, z pewnym (ogromnym) niedowierzaniem patrzę na to, jak niedziecięca jest to kreskówka. Współczesne dzieciaki są o wiele bardziej do przodu niż byłam ja w ich wieku, jednak wydaje mi się, że nadal nie ogarniają hipsterów, ironii, ziarenek goryczy, katonatastrof (okej, tego też nie ogarniam), a co dopiero wyskakiwać z nihilizmem. A moi rodzice się dziwią, że coś tak dziecięcego mnie bawi. TO WCALE DZIECIĘCE NIE JEST!

20131204

-to wcale nie jest post i ja go wcale nie napisałam, bo ciężko pracuję nad dyplomem-

To jest tylko taka mała polecajka. Gdyby ktoś przypadkiem był jutro w Gdańsku i około godziny 19.00 plątał się gdzieś po Głównym Mieście, to polecam spotkanie z Filipem Springerem w Instytucie Kultury Miejskiej (Długa 39/40). Ja pewnie nie dotrę - już rozpaczam. Życie takie ciężkie. 

Gdyby ktoś miał wątpliwości kim pan Springer jest to przede wszystkim jest mą wielką miłością. Po więcej informacji odsyłam do internetów, ewentualnie TU, TU i TU, bo kiedyś nawet coś o nim napisałam. A i on napisał coś dla mnie. 



20131203

wyzwanie. w pewnym sensie

Poszłam spać. Z jednej strony mam wrażenie, że wykorzystuję ostatnią możliwą noc na uskutecznianie tej wielce czasochłonnej czynności, z drugiej - jakoś cały czas nie mogę się przekonać do tego, że sytuacja jest już NAPRAWDĘ DRAMATYCZNA i powinnam zaprzestać oddawania się tak bezsensownym czynnościom jak sen, jedzenie czy branie prysznica. O robieniu prania w ogóle już nie wspominając. 
Sytuacja przedstawia się tak, że do końca świata pozostało mi 9 dni, a ja w przysłowiowej czarnej dupie jestem. No, nie pytajcie, wszystko źle, wszystko leży, a ja mam ochotę na tworzenie artystycznych wizualizacji i pięknie zakomponowanych plansz. I ta chłodna kolorystyka, którą ćwiczyć zaczęłam przy okazji tworzenia blogowego nagłówka. 
Jak powiedziałby klasyk: kruca bomba, mało casu. Wyłączam bloggera, a ten wściekły, pomarańczowy guzik od tworzenia nowych postów zaczynam najzwyczajniej w świecie ignorować. W najbliższych dniach ograniczam się do czytania. 

Takie to wyzwanie na pierwszą połowę grudnia.

20131202

mała rzecz, a cieszy

Życie jest straszne a potem się umiera.

Ale czasem wystarczy zmienić środowisko. Na chwilę oderwać się od własnej szarej rzeczywistości, żeby złapać niezbędny dystans. I żeby śmierć nie nastąpiła aż tak szybko. Ja przyłapałam się na tym, że z roku na rok, ba, z miesiąca na miesiąc, coraz częściej jestem w Domu. To zabawne, ale tak proste rzeczy, jak obiad, którego nie muszę wywalczyć, Kot, czy własne łóżko, zawsze sprowadzają mnie do pionu. Bez względu na to, jak bardzo leżę i umieram. A czasem mi się poszczęści i wyjadę w trochę innym kierunku. W tym roku przypływ szczęścia był ogromny, na własne oczy zobaczyłam Szwecję. Ale starcza też Warszawa, czy nawet Sopot i Gdynia.

Rutyna zabija i to w najgorszy możliwy sposób - powoli. A moje dni ostatnimi czasy wyglądają tak samo. Dochodzi nawet do tego, że czasami mam problem ze zgadnięciem jaki mamy dzień tygodnia. Szczęśliwie jeszcze tylko do przyszłego czwartku. No i później zmiana klimatu.

tak w ogóle, to polecam obrazki Gemmy, są TU

20131201

lato w kato

Co za głupi tytuł. W sierpniu byłam w Katowicach, wczoraj sobie o tym przypomniałam. 


Moje wyobrażenie o Katowicach nie było najlepsze. Co ja mówię, było wprost straszne, porównywalne prawdopodobnie jedynie z Łodzią*. Strach, deszcz, wiatr i drechy. 
A moje Katowice to ciepło, słońce i brak wiatru. Niezbyt wielu ludzi, za to sporo samochodów. Spokój. Mnóstwo zieleni i zaskakująco duża zabudowy pamiętającej coś więcej niż tylko postmodernę lat 90. Modernizm tak podobny, ale jednocześnie tak bardzo inny od tego w Gdyni. Cisza, kompletny brak spięcia i paranoicznej potrzeby zaimponowania obcym ludziom.




Przemierzałyśmy miasto z czeską mapą turystyczną, nie przejmując się absolutnie niczym. Fajnie było. 

Nie wiem jakim cudem można zakochać się w tak dziwnym mieście. Ale stało się, do Katowic zamierzam wrócić, znów w sierpniu.


*Zupełnie nie pamiętam, czy poruszyłam ten temat na blogu, czy nie ale: a) Łódź mnie przeraża(ła); b) w te wakacje spędziłam w tym mieście dwa tygodnie. I muszę przyznać, że chyba czas zmienić o nim zdanie.