20141230

'14

Stwórzmy nową świecką tradycję i ponownie podsumujmy miniony rok.

Styczeń - rozpoczął się fantastycznie, nie oszukujmy się. Później było jakby gorzej - usłyszałam wymówienie z mieszkania. Szczęśliwie inne sprawy potoczyły się dość gładko i egzamin dyplomowy udało mi się zdać. Na cztery z plusem.

Luty - szaleństwa. Moderat w Warszawie, a później... Narty! W prawdzie nie ja jeździłam, ale przynajmniej dane mi było zobaczyć góry. Choć przez chwilę. W tym miesiącu prawie przeprowadziłam się też do Krakowa, zobaczyłam Damę z łasiczką i dostałam się na kolejny etap studiów.

Marzec - najbardziej w pamięci wyrył mi się Dzień Kobiet i tańce hulanki swawole. Mewa Towarzyska. Poza tym mnóstwo nieróbstwa i wykłady z filozofii.

Kwiecień - początek miesiąca i ja znowu w Warszawie, ale to szczegół. Z rzeczy ważnych: pewnego dnia odczułam jak bardzo w d.. ekhm, w nosie mają mnie moi znajomi. I to był moment, w którym na ostatnią chwilę złożyłam papiery na Erazmusa. Siedząc do późnej nocy w łóżku próbowałam zdecydować, które miasto będzie najfajniejsze. Wyszło mi, że fińskie Tampere, więc jak nakazuje logika, wylądowało na drugim miejscu na liście moich preferencji. A to co wydarzyło się w czwartek, 17 kwietnia, już jest historią.



Maj - uczelniana atmosfera zaczęła zagęszczać się dopiero w drugiej połowie miesiąca, więc w pierwszej ochoczo zostałam w Gdańsku w trakcie majówki. Mało brakowało, a zemdlałabym pod prysznicem pewnego pięknego dnia rano. Rano - słowo klucz. Wieczorem tańczyłam na barze w pewnym gdańskim klubie. Serio.

Czerwiec - ten miesiąc wygrał ze wszystkimi innymi w kategorii najmniej przespanych nocy. Ciężko było.

Lipiec - w czerwcu ciężko było do tego stopnia, że sesja przesunęła mi się aż do lipca. Przesunęła się tym bardziej, że na Openerze pojawiło się kilka moich ukochanych artystów... Poza tym: wielka rzecz i samochodowa wyprawa przez Niemcy na festiwal muzyczny. I upały. (Gdzie są teraz moje upały?!)

Sierpień - zaczynamy od posta ze stycznia. Cóż wtedy wyartykułowałam swoją potrzebę (o tu), a siedem miesięcy później stałam na murawie PGE Areny i nie dowierzałam. Juuuustiiiiiiiin i pełen psychofanatyzm. Co poza tym? Szybki wypad do Gdańska i jeszcze szybszy powrót. Chwila w domu i powrót do przeszłości, czyli tydzień w Lublinie. Dodatkowo zbyt dużo drinków w Warszawie i wielkomiejski klimat nad Wisłą we Wło. Na koniec upadek ideałów i Muchy w Lipnie. 



Wrzesień - przede wszystkim: 23. Plus, tak na marginesie: ja, trzy walizki i torba z pościelą zostaliśmy przetransportowani do Pragi. 11 września 2014, czyli początek mojego nowego życia

Październik - zaczęłam uczyć się francuskiego. Zaczęłam się uczyć czeskiego. Poznawałam nowych ludzi niemalże non stop, jeździłam, zwiedzałam, gubiłam się i zakochałam się w jesieni. Podsumowując: uczę się żyć, nie mam czasu na bloga.

Listopad - dostałam w głowę pewnym njusem. Płakałam w związku (słowo klucz!) z nim tylko raz. Wielka przyjaźń została wystawiona na próbę, ale chyba mamy już to za sobą. Wtedy to już w ogóle nie miałam siły blogować.

Grudzień - nie zdążyłam właściwie z niczym, przytrzasnęłam palec w najgłupszy możliwy sposób i (FAMFARY) spóźniłam się na PolskiegoBusa. W domu za to zdałam sobie sprawę z kilku ważnych rzeczy i wróciłam do Pragi z mocnym postanowieniem dobrego wykorzystania czasu, który mi tutaj został.



fotostory - zlepek moich ulubionych fotek z insta i tego co nigdy się tam nie pojawiło

Jaki będzie kolejny rok? Chciałabym powiedzieć, że nie mam oczekiwań, ale byłoby to poważne nadużycie. Cały czas staram się podążyć za życzeniami, które Wam złożyłam i odważnie otworzyć swoją głowę na wszystko to, co nadejdzie. Niestety, nie będę ukrywać, cholernie się tego wszystkiego boję. Niemniej, roku dorosłości, cho no tu. Trzeba ci stawić czoła. Tym razem nie oglądając się na kogokolwiek.


To znów będzie dobry rok. Trzymajcie się! (I nie zachlejcie w trupa, jednak chciałabym Was kiedyś znów zobaczyć :*)

20141224

wesołych świąt!

Zrobiłam to co uwielbiam robić i zagłębiłam się we własnych archiwach. Wyszło na to, że moje świąteczne posty nigdy nie są przegadane. Więc i nie będę zagadywać tego.
W zeszłym roku życzyłam Wam miłości. Mam nadzieję, że się spełniło i miłość była all around. Nie tylko tak męsko-damska (bądź w innych konfiguracjach), ale ta rodzinna, ta do życia i do wszystkiego tego, co przyszło Wam robić. 

W tym roku chcę życzyć czegoś odrobinę innego. I to naprawdę, z głębi serca, które chyba jednak mam. Życzę Wam otwartych głów i odwagi. Do pięknego życia nie potrzeba właściwie nic więcej. 
Buziaki!

a piosenkę ukradłam od jednej z moich najulubieńszych blogerek. bo ile można słuchać tego samego. ale gdyby jednak ktoś chciał :D

20141213

gdzie moja nazwa, no gdzie?

Mniej więcej od roku zbieram się do założenia nowego bloga (ale spoko, ten zostanie, uwielbiam to miejsce), przecież internetowego contentu nigdy dosyć. Chwilowo mam wrażenie, że już prawie, już niemalże mam pewność, że wiem jak to nowe miejsce powinno wyglądać, jaki powinno mieć charakter i co miałoby sobą reprezentować. No kurcze, nawet wiem jaki nagłówek chciałabym mieć! Muszę tylko dokładnie wymyślić to o czym chcę pisać i... 

Właśnie, nazwa. Przez ten rok w mojej głowie pojawiło się mniej więcej milion pomysłów. Założyłam nawet jeden adres, ale... przestał mi pasować do całej wymyślnej idei. Co ja mówię, nawet idea się zmieniła odkąd wyjechałam z kraju i moje horyzonty rozsunęły się bardzo daleko. Właściwie to się nie zmieniła, raczej się rozmyła. Tak, to zdecydowanie dużo lepsze słowo. Więc jak tu znaleźć dobrą nazwę?!

Jestem bliska stwierdzenia, że oddam duszę za dobrą, dowcipną i krótką nazwę, która będzie w jakiś sposób korespondowała z szeroko pojętą architekturą, kawą, nieśmiesznymi żartami, betonem, plastikowym drewnem, Gropiusem i jeszcze będzie niby po angielsku ale jednak nie. Taką, która odda atmosferę kontrolowanego chaosu i wszystkie dylematy postmodernistów. Właśnie tą mieszczącą wszystkie moje miłości do paskudnego powojennego budownictwa, białego wina, dinozaurów i.... STOP, pogrążasz się, esc złotko. I już niemalże dzwonię po szatany i cyrografy, ale nagle sobie przypominam, że z tą moją duszą i jej istnieniem to tak na dwa razy. Ups. Jak żyć, no jak żyć?!

Natchnijcie mnie. Jak nie zrobię tego do końca roku - nie zrobię tego nigdy.

20141211

PPD

/Dziędobry/

A niech będzie, że mi wlazła na ambicję. I że wcale nie mam nic do roboty. Będzie TAG, bo na serio nadal żyję (choć niedługo stracę wątrobę, ewentualnie zabije mnie kac, ale ten moralny. właściwie to jest najbardziej prawdopodobne). No to się zaraz dowiecie jaka ze mnie perfekcyjna pani domu.

1/ Dwa obowiązki domowe, które lubisz robić.
Lubię zmywać (bo nigdy nie zmywałam po obiedzie dla czterech osób), bo ciepła woda i ładnie pachnący płyn do mycia naczyń, wiadomo. Lubię też odkurzać, bo... hałas. Tak, wiem to dziwne, ale szum, który wytwarza się wokół odkurzacza jest fantastycznym sposobem na oderwanie się od rzeczywistości. Ale mówi to osoba, która do szaleństwa uwielbia suszenie włosów suszarką. Mnie to usypia.

2/ Dwa obowiązki domowe, których nie lubisz robić.
Nie lubię sprzątać łazienki. Ba, ja jej nie cierpię sprzątać! I wcale nie chodzi mi o to, że to najbardziej brudzące się miejsce, czy coś. Nienawidziłam wprost tego, że u mnie w domu było zawsze zbyt dużo kosmetyków, których nikt nie używał, więc były wiecznie zakurzone. Dodatkowo było ich za dużo. No i wanna. Wanna, która służy jako wielkie poidło dla kota, bo przecież nikt normalny nie ma czasy z niej korzystać. Co będzie moim drugim nieulubionym obowiązkiem? Pewnie gotowanie, oczywista oczywistość, ale mam wrażenie, że jestem o krok od pokochania tej czynności. Ale o tym innym razem.

3/ Czy lubisz gotować? Jaka jest Twoja popisowa potrawa?
A oto i mamy inny raz! Więc nie, nie lubię gotować. Z racji tego, że większość z ostatnich lat mojego życia spędziłam w obcej kuchni z jednym garnkiem i jedną patelnią, trudno jest mi powiedzieć, że gotowanie sprawia mi przyjemność. Szczególnie, że nigdy nie mam na nie czasu i siły. No i nie mam ani dla kogo ani tym bardziej z kim gotować. Bez sensu.
A co do popisowej poprawy. Zazwyczaj krzyczę, że nie umiem gotować, więc wszyscy znajomi niemalże klaszczą, gdy widzą, że jestem w stanie zrobić sobie herbatę. Ale ja jednak coś potrafię przyrządzić. Chyba zrobiłabym placek ze śliwkami. Albo szarlotkę. Ewentualnie upiekłabym łososia i podała z warzywami gotowanymi na parze. Dla nieuznających ryb może być quiche, to z rzeczy, których nauczyłam się w Pradze. Ewentualnie turecki borek. Ooo, albo żurek. Umiem zrobić ZAJEBISTY żurek. Serio. Ostatnio jeden jegomość nawet pytał mnie o tę zupę, ale wiecie co... chyba nie zasłużył.

4/ Podziel się dwoma trikami a'la Perfekcyjna Pani Domu.
Wyrzuć śmieci zanim wyjdą same oraz Co masz zrobić dziś zrób jutro. Jestem naprawdę najlepszą Perfekcyjną.

5/ Wymień dwóch ulubieńców domu. 
Mój laptop. Oraz łóżko, które niezmiennie jest moim jedynym i najwierniejszym kochankiem

6/ Mieszkanie czy dom?
No jasne, że mieszkanie. Mogę się nawet przyznać, że od jakiegoś czasu zaczęłam marzyć o własnym kącie. Nie ważne jak będzie mały (właściwie to nie potrzebuję zbyt dużo przestrzeni), ważne żeby był naprawdę mój. Niestety patrząc na moje obecne życie, przewiduję dla siebie stałe miejsce pobytu za lat... no tak z 10 pewnie. Niestety? Właściwie to stety, będę miała czas na sprawdzenie wielu miejsc i podjęcie naprawdę dobrej decyzji. 

7/ Kto prowadzi budżet domowy?
Matka Unia. Oczywiście.

8/ Pedantka czy bałaganiarz?
Chciałam powiedzieć, że uwielbiam mieć porządek ale potem rozejrzałam się dookoła siebie. 

9/ Jak wyglądałby Twój wymarzony dom?
Zapytaj architekta, a pożałujesz :D. No dobrze, skrócę. Na dzień dzisiejszy - chcę mieć małe mieszkanie w parszywej ale starej i artystycznej dzielnicy wielkiego miasta, z dużymi oknami na ulicę pełną ludzi i z szerokim parapetem. Chcę mieć kolekcję przypadkowych mebli z lat 50. i 60., krzesło EPA w kuchni oraz tonę książek i masę randomowych pamiątek. No i miejsce na rower. I wielki stół.

10/ Tradycja wyniesiona z domu, którą praktykujesz do dziś. 
Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia. Nie mieliśmy, czy też nie mamy w domu jakiś wyjątkowych tradycji. Może bardziej rytuały, czy przyzwyczajenia, które niekoniecznie wiążą się właściwie z domem. Bardziej z samochodem. Na niedzielne spacery zazwyczaj jeździmy, a skoro już jedziemy, to możemy wybrać się odrobinę dalej od domu. I zwiedzić wszystkie rozwalone zamki krzyżackie w okolicy. Albo zapomniane drewniane kościoły, dawne kurorty i tajemnicze miejsca grzybiarzy, gdzie rosną same prawdziwki. Zaszczepiły we mnie te spacery pasję odkrywania, co uważam za największe osiągnięcie moich rodziców.

I to chyba tyle. A nominuję oczywiście Martynę, Binę i Sarę. Być może nawet upomnę się u Was na blogach o tego taga, ale to juuutro :D

/Zgodnie z niepisaną tradycją jutro powinien być kolejny post, ale nie liczcie na to. Jutro idę na imprezę, a potem na kolejną imprezę. A w sobotę to już nie to samo/

20141123

ideał

Każda dyskusja o facetach kończy się stwierdzeniem, że przecież ideały nie istnieją i wszystkie lubimy pewne niedociągnięcia i rysy na charakterze. Nie lubię tych dyskusji, bo mam wrażenie, że zawsze zaczynają się od błędnego założenia, że istnieje jeden z góry określony wzór faceta idealnego, co jest totalną bzdurą, ale może nie zagłębiajmy się w tym momencie w ten temat. Bo wychodzi na to, że poznałam ideał. Ale happy endu nie będzie.

BANKS na dziś

Dość wysoki brunet, całkiem przystojny. Lubi gotować. Zna się na kinie i potrafi przyznać się do słuchania naprawdę komercyjnego popu, choć tak naprawdę nie jest mu obca szeroko pojęta muzyka niemejnstrimowa i życie letnich festiwali. Otwarcie mówi o tym, że płacze oglądając smutne filmy. Studiuje budownictwo, pracuje. Inteligentny młody człowiek, który lubi dzieci i chce założyć rodzinę. Niemiec, który świetnie mówi po angielsku i zna węgierski. 

No nic tylko brać. 

Więc tak sobie myślę, że mogłabym mieć proste życie. Wystarczyłoby się zakochać, przeprowadzić do Hamburga i mieć trójkę dzieci. Mogłyby biegle władać trzema językami i znać szczątki języka, którego nie jest w stanie zrozumieć nikt. Mielibyśmy dom za miastem, dwa Ople, dużego psa, dwa koty i rybki. Co roku jeździlibyśmy na wakacje, ale tylko do miejsc, w których dzieci mogłyby się czegoś nauczyć. Bylibyśmy rodziną idealną, połączeniem kilku kultur, mieszanką tak idealną jak kawa, spienione mleko i brązowy cukier. Połączyłaby nas pasja do muzyki i architektury, do białego wina i komunizmu, do jedzenia i mycia garów. Ludzie by zazdrościli.

A w rzeczywistości usłyszę tylko, że jestem wredna, bo nie odwzajemniam czyichś uczuć. Ba, ja nawet nieszczególnie zwracam na niego uwagę. Tym gorzej. Nie mam uczuć więc kogoś ranię. Ale z drugiej strony wystarczy mu tylko powiedzieć. Przecież zrozumie i nadal będziemy przyjaciółmi. Być może. Jednak ta sytuacja za bardzo przypomina mi dziwne przypadki sprzed lat pięciu. Ale o tym nie chcę rozmawiać. 

Mogłabym mieć proste życie, ale nie zawsze lubię najprostsze rozwiązania. Pewnie dlatego w mojej głowie zagościł ten słynny Holender, o którym zdążyłam zapomnieć, więc pewnie już o nim nie usłyszycie. W erazmusowej rzeczywistości dwa tygodnie to jednak mnóstwo czasu.

PS pocztówkę komuś? Ładną, praską.

20141121

we're back!

Oh, we're back home.

Tak właśnie pomyślałam wjeżdżając dziś wieczorem do Pragi. A skoro już pomyślałam, to i powiedziałam, a moja nowa fińska znajoma ze zrozumieniem pokiwała głową. A potem już tylko milczałyśmy i patrzyłyśmy jak za oknem naszego vana szybko zmieniają się miejskie krajobrazy. 

są to zupełnie nieistotne lampki z TESCO. i kawałek mojej ściany

To fascynujące jak bardzo czuję się tutaj w domu. Bo zawsze wiem jak wrócić do Strahov Mansion, znalazłam kawiarnię z przecudownym brownie do której chodzę co tydzień i zjadliwe miejsce obiadowe. Wiem już, że istnieje świat dalszy niż Praga 7, przyzwyczaiłam się do najdłuższych schodów ruchomych jakie znam i wiem jak ominąć największe tłumy ze Starego Rynku. Polubiłam piwo i białe wino. Grzyb na ścianach nie robi na mnie wrażenia. I, to chyba najważniejsze, poznałam ludzi, z którymi można wyjść w miasto w każdym momencie. Żeby tańczyć, pić, śmiać się, narzekać i płakać.
Mam zarwane łóżko, koedukacyjne prysznice i planuję najdalej z tygodniowym wyprzedzeniem. Od dawna nie czułam się tak bezpiecznie.

Tylko jest jedno ale. Bo wiem, że po moim wyjeździe, nie będzie powrotów. Cała moja Praga wyparuje i odpłynie w niebyt razem ze wszystkimi tymi, których tu poznałam. Wiem, że lubię się martwić na zapas, więc już zaczęłam. Ale wiem też, że kiedyś tu wrócę. Z kimś, kto będzie w stanie przejść kilkanaście kilometrów po tym charakterystycznym bruku tylko po to, żeby posłuchać historii o tym, jak zaczęłam być szczęśliwa.


20141102

bruises on my knees


Dziś znów jest mgliście.

garść przypadkowych słów, których nie musicie czytać, a po pocztówki proszę mejlować

W Pradze prawie nie pada. Jest za to sporo mgły. A mgła idealnie pasuje do James'a Blake'a. I w ten oto abstrakcyjny sposób znów doszłam do roztrząsania tematu rok temu

Bo rok temu już na pewno spałam. Pierwszego wstałam o szatańskiej porze (okolice 6.00 bądź 7.00) i pojechałam na cmentarz. Porządkować. Później jeszcze przez co najmniej trzy miesiące nosiłam w kieszeni sporą garść orzechów laskowych, które wywołały uśmiechy politowania u bramkarzy jednego z warszawskich klubów... No ale my nie o tym. Rok temu oczyszczaliśmy granitowe pomniki i ustawialiśmy białe znicze według zaginionych schematów rozrysowanych przez babcię. Robiliśmy też zdjęcia, co początkowo wydawało mi się wyjątkowo idiotyczne, nabrało jednak sporo sensu, kiedy w mieszkaniu dziadków, babci zaszkliły się oczy przy ich oglądaniu. Jak zwykle sporą część mojej głowy zaprzątały myśli o nieuchronności śmierci. Pamiętam, że czytałam artykuł o tym ile tak naprawdę kosztuje pogrzeb. Sprawdzałam też za ile i jaką najlepiej jest kupić trumnę (sosnową) czym doprowadziłam przyjaciółkę do lekkiej histerii. To zabawne, pamiętam moją dyskusję na temat trumien z rodzicami. Siedzieliśmy w salonie, był wieczór. Telewizor był jak zwykle włączony, a ja miałam na kolanach laptopa. Zajmowałam miejsce na fotelu, pod ścianą, przede mną stał stół a na nim gazeta, w niej artykuł...

W tym roku podobno padało. Zamiast mnie na cmentarz pojechała mama. Pewnie znów robili zdjęcia, znów byli u dziadków i znów gazety zadawały trudne pytanie jak żyć umierać?. Mogę się jedynie domyślać, z mamą dziś nie udało mi się porozmawiać. Wiem za to, że moi znajomi spotkali się w bardzo okrojonym gronie. Pili wino i wodę evian, jedli makaronki i wznosili toast za szczęśliwe narzeczeństwo. Były rozmowy o sukni od La Mani i, przede wszystkim, o ślubie, bo po studiach to już na to czas. Padło też pytanie co tam u Weroniki, bo przecież rozmowę jakoś podtrzymać trzeba. I szczerze mówiąc wszystko mi jedno jaka padła odpowiedź. Jeszcze bardziej nie jest potrzebna mi wiedza jak ta odpowiedź została odebrana przez pytających. 

Teraz znajduję się już w zupełnie innym wymiarze. Krystyna Janda śpiewa własnie cicho z radia, że jest proszę pana na zakręcie. Współczuję, zakręt to nie jest dobre miejsce do życia. Gdzie więc jest to dobre miejsce? Prawdopodobnie własnie tutaj gdzie ja się znajduję. W zarwanym łóżku w zapuszczonych praskich akademikach. Obok stadionu, który jest tak wielki, że wewnątrz mieści się 9 boisk piłkarskich. Na górze z której widać całe miasto. Tak. To jest właśnie miejsce do którego zawędrowało moje życie. Jestem w miejscu, z którego jest widok. Nie wiem na co, ale wiem, że przede mną jest naprawdę dużo rzeczy. 

Czy jest jakiś morał z tego równania? Nie mam pojęcia, zginął mi gdzieś pomiędzy słowami. Bo ten post na początku miał być o czymś zupełnie innym. 


Nie wiem czy jestem szczęśliwa. Ale na pewno jestem wolna. A to jest naprawdę cudowne uczucie. 


20141101

kryzys połowy semestru




Znamy się już właściwie wszyscy. Każdy ma swoją grupę znajomych, z którymi spędza każdą wolną chwilę. Chyba jeszcze się nie dusimy, choć ja już powoli zaczynam. Skończyła się ekscytacja nowością, przyszedł czas powrotu do rzeczywistości. Połowa semestru, czas zacząć pracować. 

PS Jeżeli chcecie znaleźć w swojej skrzynce pocztowej praską pocztówkę, bądź zapragniecie odwiedzić czeską stolicę - wiecie co robić.

20141020

post pisany nocą

Dlaczego znów nie ma postów, vol. 3. 

zdjęcie o numerze 505. i ja nie wiem co mam o tym myśleć.

Głupieję. A wszystko według zasady, że przecież żyje się tylko raz.

20141008

a rok temu...

Zobaczyłam zdjęcie u Sawatki i nagle mnei uderzyło. Dokładnie rok temu siedziałam w autobusie relacji Jonkoping - Goteborg, tylko po to żeby przesiąść się na autobus na lotnisko, a później przesiedzieć na nim dobre trzy godziny. Na najmniejszym i bardzo polskim lotnisku. Opuściłam pochmurną, melancholijną Szwecję i wróciłam do przytłaczającej własnej rzeczywistości. 

ciasny i poniekąd warszawski Sztokholm

Zaczęłam przeglądać zdjęcia i trochę tęsknię. Za tymi magicznymi nocami, za spokojem. A najbardziej za jesiennym czasem, który spędzałam z moją drogą D. Bo niby jeździmy w wiele miejsc razem, mamy na naszym wspólnym koncie naprawdę dużo wspomnień, ale akurat te szwedzkie są moimi ulubionymi. 

No cóż, dobrze, że jestem w Pradze, w przeciwnym razie wpadłabym w naprawdę głęboki dół. A teraz przeżyjmy to jeszcze raz. Szwecja po raz pierwszy i drugi. A tak na marginesie - nie poznałam tutaj jeszcze nikogo ze Szwecji. Ciekawe.

Pyknęło 14 000 wejść. Wow, trochę nie wiem skąd Was tu tyle, ale, kurcze, to miłe!

20141005

dlaczego znowu nic nie zrobiłam

Czuję się zainspirowana. Paranoja pyta jak nazwać nowy cykl na blogu, a ja zastanawiam się jaką mam wymówkę. Bo przecież obiecywałam, że napiszę, nawet zaczęłam to robić i... No właśnie, przecież widzicie. Blog stoi. Świeci pustkami. Ktoś mógłby nawet stwierdzić, że jeszcze chwila, a go porzucę, ale nie, nie zrobię tego. Na razie trochę się wytłumaczę.

Wiecie, wszystko co mówią o Erazmusie - to prawda. Okej, może nie wszędzie, ale jeżeli chodzi o mój konkretny przypadek to tak. Przynajmniej na razie. Nie mam zbyt ciężkich zajęć, imprezuję NAPRAWDĘ często, moich nowych znajomych widuję codziennie, a zaproszenia na kawę/piwo/śniadanie/let's be sick together party zaczęłam zapisywać w excelu, bo trudno się w tym wszystkim połapać. W skrócie - atmosfera carpe diem, yolo i dajemy Ci miesiąc na znalezienie sobie chłopaka (tak mi powiedzieli. źli ludzie. wczoraj). A wszystko to doprawione jest smakiem piwa i białego wina.

Rozmawiamy, śmiejemy się, gotujemy, pijemy, tańczymy, próbujemy się poznać. A czas ucieka nam w zawrotnym tempie.


Właściwie to ten post, a raczej cały cykl bardzo pasujący do tego miejsca, na dzień dzisiejszy powinien nazywać się o, Holender. Ale tę historię może zostawmy sobie na inny raz.

20140930

mózg w butelce

Ja naprawdę chcę coś napisać. Naprawdę. Ale zawsze brakuje mi czasu. Na razie nowy Thom. Jestem bezgranicznie urzeczona i jeżeli w końcu dostanę stypendium - zaszaleję i płyta będzie moja. Więc na razie Wy słuchacie, a ja próbuję zacząć projektować. Interior wzywa. 



Wybrałam już nawet zdjęcia i wiem o czym chcę pisać (o niczym). Po prostu... stay tuned.

20140918

Praga po raz pierwszy

No siema. Dziś szybki post, bo przecież jestem tu już od tygodnia! Muszę wrócić do regularnego blogowania, a przy okazji porządkować wszystko to, co się dzieje. Więc na początek kilka randomowych faktów i moich przemyśleń.

Praga w deszczu to nie jest to. Przez kilka pierwszych dni padało właściwie non stop i szczerze mówiąc - to był problem. Miasto najlepiej zwiedza się na pieszo, więc lejące się z nieba hektolitry wody nie ułatwiały sajtsiingu. Mam jednak nadzieję, że mój limit deszczu już wykorzystałam i teraz będzie tylko lepiej.

Takie tam zamki.

Czesi są mili. Być może to zdanie zabrzmiało idiotycznie, ale wydaje mi się, że podstawowym stereotypem o naszych południowych sąsiadach jest właśnie ten mówiący, że za nic nie idzie się z nimi dogadać, są niemili i zamknięci w sobie. Na szczęście moje obserwacje zupełnie nie potwierdzają tej tezy. Pomagają nam wszyscy: nie tylko ludzie na uczelni, ale też ci przypadkowo spotkani na ulicy. Nawet jeśli o pomoc się nie pytało.

Jesteś z Polski? Więc rozumiesz też czeski! NIE. Ten język to jakaś galopująca patologia jest.

Francuzi są wszędzie. Prawdopodobnie połowa wszystkich tych, których do tej pory poznałam, pochodzi z Francji. Są Francuzi z północy, z południa, ze wschodu i z zachody. Z Paryża, z plaż Normandii i Nicei, spod samiuśkich Tater z okolic Mont Blanc, a nawet ze... Szwajcarii i Belgii. Język Biny słychać wszędzie, więc może w końcu uda mi się go przynajmniej odrobinę nauczyć.

Strahov Mansion

Mieszkam w najgorszym akademiku. Bo miałam pecha. Wybudowano go mniej więcej 50 lat temu i odnoszę wrażenie, że od złotych lat komunizmu niewiele się tu zmieniło. Łóżka są zarwane, szafki obdrapane, zamknięte na klucz drzwi można bez problemu otworzyć jednym kopnięciem. Okazuje się jednak, że cały ten paskudny, nie bójmy się tego słowa, syf jest całkiem niezłym pokojem - w porównaniu z innymi które widziałam, mieszkam niemalże w pałacu, bo mam nowe okno, niezłe ustawienie mebli i kilka plakatów na ścianie, która nie jest powgniatana i porysowana. Cie-szmy-sie-zma-łych-rze-czybo. Niestety wszyscy poznani przeze mnie Francuzi i Niemcy mieszkają w innym akademiku. I chyba to najbardziej mnie martwi.

Piwo leje się strumieniami i nawet mi to nie przeszkadza. Co więcej, w restauracji, czy w pubie, jest tańsze niż szklanka coli. I przy okazji dwa razy większe. A tak przy okazji odkryłam, że po wypiciu dwóch biega mi się dużo lepiej niż na trzeźwo. Mój mózg pewnie z opóźnieniem rejestrował fakty.

Cydr lał się tylko przez chwilę. Za to tuż przed zachodem słońca i z niesamowitym widokiem na pół miasta.

IKEA jest moim ulubionym sklepem. I w pewnym sensie uratowała mnie przed popadnięciem w skrajną depresję. W prawdzie każdy rok akademicki zaczynałam od wizyty w wielkiej placówce tej szwedzkiej marki, ale to tym razem potrzebowałam tego najbardziej. Nowe zasłony, miniaturowa palma i kilka świeczek i od razu lepiej żyje się w moim pokoju.

Napisałabym jeszcze o czymś, jednak wyszłabym na jakąś uprzedzoną stwierdzając, że spotkałam fajnego Włocha i byłam w szoku. Umówmy się więc, że nic nie wiecie na ten temat :D
Życzę Wam więc miłej nocy i nie-koszmarów (choć mam wrażenie, że język w jakim został napisany ten post może je spowodować), a ja tymczasem uciekam do pakowania się. Jutro jadę na krótką wycieczkę do Kutnej Hory. I, być może, w końcu zacznę wyciągać aparat i robić nim zdjęcia. (Ale gdybym nie zaczęła, to wiecie, na insta jestem całkiem często).

20140911

do widzenia, do jutra

Przepraszam, że ostatni jest tu tak... milcząco. Po prostu wyjeżdżam. To już dziś. Z radia żegna mnie Radosław eM, za mną stoją walizki, które całym swoim milczeniem wywierają na mnie presję. Idź spać, jutro jedziesz. 

Mam zdecydowanie za dużo bagażu. Mam też potencjalnego (bo tak naprawdę nie wiem czy on tam jest) simlocka. Jest nowa fryzura. Nowa kurtka i buty, jeszcze w pudełku. Zbyt dużo ubrań i kosmetyków. A jeżeli jesteśmy już przy zbyt dużo: zdecydowanie oddałabym trzy czwarte swoich obaw i czarnych myśli. Byłoby mi łatwiej. A przecież już za miesiąc będę się z tego śmiać. 

Jest chaos i nie wiem kiedy będzie internet. Trzymajcie za mnie kciuki.


Zaraz umrem ;__;


To całkiem ciekawe, że akurat dziś wczoraj można było obejrzeć retransmisję Foalsów z Open'era. To było lata świetlne temu. Piękna klamra.

Sorry za chaos

20140904

23!

Dziś kończę 23 lata.

Niezbyt pamiętam jak wyglądało moje życie jeszcze rok temu. Ale spróbujmy. Na pewno byłam w domu i ciężko pracowałam nad zdaniem hapolu i nad dwoma projektami. Przy okazji otrzymałam dość nieoczekiwany prezent w postaci wejściówki na koncert, który bez dwóch zdań stałby się koncertem z trójki najlepszych w moim skromnym krótkim życiu. Niestety później okazało się, że dwie osoby totalnie mnie wystawiły, a ja nie miałam odwagi jechać sama i do dziś żałuję. Ale jak już sama zaznaczyłam, to stało się kilka dni później. Wróćmy więc do okrągłego roku. Moja przyjaciółka była już od kilku tygodni w dalekiej Szwecji. Nie pamiętam jaką piosenką rozpoczęłam ten dzień, jaką zakończyłam. Nie pamiętam nawet czy rodzinne jedzenie tortu wypadło dokładnie czwartego. Właściwie, to nie pamiętam prawie nic. Okej, pamiętam ten filmik. I to raczej wszystko.


Jednak kiedy myślę o całym roku, który dzieli mnie od czwartego do czwartego nie dowierzam. Bo jeszcze rok temu nie spodziewałam się, że zakocham się w Szwecji. Bycie inżynierem wydawało mi się abstrakcyjne, podobnie jak i samo wykonanie tak dokładnego projektu na poważnie. Nie myślałam, że Sylwester będzie ostatnią beztroską imprezą w tym gronie znajomych. Nie domyślałam się, że leniwie spędzę niemalże całą zimę i po raz pierwszy od kilku lat zobaczę góry przykryte śniegiem. Nie mogłam sobie wyobrazić, że moi rodzice zgodzą się na nasza samodzielną wyprawę samochodową do Niemiec. Wizytę na zagranicznym festiwalu cały czas pozostawiałam w sferze marzeń. A tuż obok siedział koncert Justina Timberlake'a. Co najważniejsze - gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że rzucę się w wir przygody i postanowię wyjechać na Erazmusa, co najmniej bym się zdziwiła. 


Zdziwiłabym się? Naprawdę? Nie, zdecydowanie nie. Gdyby dokładnie rok temu ktoś powiedział mi, że te wszystkie rzeczy naprawdę się wydarzą, pomyślałabym, że... mam fantastyczne życie. Bez względu na to ile w tym czasie wypiłam kubków melisy żeby uspokoić się chociaż trochę i ile nocy spędziłam płacząc w poduszkę. Bo było zaskakująco dużo takich nocy, jednak nie potrafię przypomnieć sobie żadnej konkretnej. Widocznie to prawda, że koniec końców, pamiętamy tylko te dobre momenty.

Dużo się przez ten rok nauczyłam. O świecie, o ludziach i o sobie. Dziś jestem trochę innym człowiekiem. W trochę innym miejscu. Ciekawe co będzie za rok.


Fotostory na dziś: Esc żegna się z morzem. 

20140831

juuuuuuuuuuuustin! albo post, który miał się pojawić sto lat temu

Albo ja wykończę tego posta, albo on wykończy mnie. Taka sytuacja. Po prostu piśmienniczy leń, który we mnie siedzi jest już tak ogromny, że muszę go zwalczyć. Uruchomię mózg i zmuszę go do współpracy. No właśnie, też tak macie, że po naprawdę długiej przerwie w sensownym pisaniu nie możecie napisać nic co byłoby dłuższe niż trzy zdania? Bo ja tak mam. I całkiem mi z tym źle. Ale będę ponad to i napiszę. Napiszę, bo czekają ze 4 osoby. 

Udajmy na chwilę, że jest wtorek, 19 sierpnia 2014 roku. Świeci słońce i jest całkiem ciepło, a my stoimy na przystanku tramwajowym Twarda w Gdańsku. Przejeżdżają dwa tramwaje linii 7 wypełnione po brzegi więc decydujemy się iść na pieszo. Oczywiście to Wy chcecie iść za ludźmi a nie tak jak iść się powinno, więc dostaję ataku agresji, ale koniec końców docieramy. W końcu nie jest daleko. Ludzie są z przodu, ludzie są z tyłu. Są z prawej, są z lewej, nie ma ich chyba tylko nad nami, przynajmniej na razie. Machamy biletami ludziom na barierkach i wchodzimy przez bramkę numer osiem. Poszło dużo łatwiej niż przypuszczaliśmy więc możemy złapać resztki sierpniowego słońca leżąc na trawniku okalającym stadion.

Kiedy zaczynają do nas dobiegać pierwsze dźwięki wydobywające się z głośników podnosimy się z trawy. Support. Muszę przyznać, że do ostatniej chwili nie interesowałam się tym, kto będzie rozgrzewał powoli gromadzący się tłum. Na hasło dj dopowiedziałam sobie Adamus (oglądaliście Twoja twarz brzmi znajomo?) i trochę bez jakiegokolwiek szacunku w to co serwuje mi pan stojący z boku sceny. Zaczęło się dość obiecująco, na tyle, że zapamiętałam nawet pseudonim (DJ Freestyle Steve, gdyby kogoś to interesowało), jednak po trzydziestu minutach straciłam jego grą jakiekolwiek resztki zainteresowania. Nie wiem jakim cudem pan puszczający z laptopa piosenki i pokrzykujący od czasu do czasu Ladieeeeeees!, został wytypowany jako oficjalny DJ Timberlejka, ale okej. Za mało wiem widocznie o tym świecie. Jednak puszczenie nam Eski czy RMF Maxxx byłoby tańsze. Szczęśliwie jednak każdy support, nawet najgorszy, kiedyś się kończy. Więc i ten dobiegł końca. Zaskakujące!

Kiedy po smętnie zwisających z boków sceny drabinkach zaczęli wspinać się panowie oświetleniowcy wiedzieliśmy, że do koncertu jest już zdecydowanie bliżej niż dalej. Nie można więc było dziwić się ogólnej ludzkiej rozpaczy kiedy okazało się, że jeden z reflektorów nie działa i trzeba ekspresowo uporać się z problemem. Na nieszczęście, bądź szczęście, zależy jak do tematu podejść, wszelkie usterki udało się usunąć wywołując jedynie dziesięciominutowe opóźnienie. Publiczność musi często podróżować koleją, bo nie dało się wyczuć zbyt dużego zniecierpliwienia. Ewentualnie wszyscy wiedzieli, że warto czekać o czym za chwilę mieli się przekonać.
tak, kochamy ♥♥♥

Gdy nagle zgasły wszystkie światła i zorientowaliśmy się, że to już TO (i niemalże wszystkie telefony zostały uniesione w górę) z głośników popłynęły dźwięki piosenki Franka Sinatry. Czyli uderzamy w vintage i wracamy do czasów, kiedy muzyka i muzycy byli eleganccy, branża muzyczna nie była aż tak przepełniona, a teksty piosenek nie były tak dosłowne. Chciałoby więc się powiedzieć, że przez najbliższe dwie godziny nie będziemy bringing sexy back, tylko raczej bringing classy back. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem na tak.
Koncert zaczyna się od Pusher love girl. W trakcie intro na scenie pojawia się zespół (tak, intro gra się samo), który pojawia się w nudny, dość klasyczny sposób (no wchodzi), a sam Justin wjeżdża na podnośniku i pojawia się na szczycie schodów umieszczonych na środku sceny. I w ten sposób mamy za sobą najbardziej emocjonujący element choreografii. I choć poprzednie zdanie nie zabrzmiało dobrze, powiedziałabym nawet, że ociekało niezadowoleniem, to jest wręcz przeciwnie. Poza tańcem (z resztą świetnym, dopracowanym do perfekcji) koncert pozbawiony był teatralnych zagrań związanych ze znikaniem artysty ze sceny i jego ponownym pojawianiem się w innym stroju, czy też z nagłym przearanżowaniem przestrzeni tak, by zespół tancerzy mógł pokazać się od zupełnie innej strony niż jeszcze trzy minuty temu. Można więc stwierdzić, że mamy do czynienia z czymś co może nie jest skromne, ale na pewno pozbawione tanich efekciarskich zagrań.
Ale przejdźmy może do najważniejszego. Bo wiecie, Timberlake naprawdę potrafi śpiewać. Naprawdę. I nie wiem czemu mnie to aż tak zaskoczyło (kilka pierwszych minut koncertu stałam naprawdę oniemiała), ale teraz jest mi nawet trochę wstyd. O, ja niewierna. Być może winny tej sytuacji jest cały świat, który tak długo wbijał mi do głowy wizerunek typowej gwiazdy pop, która potrafi tylko ładnie otwierać usta, a śpiewać już jakby nie, że na stałe zagościł on w mojej głowie. Czas jednak chyba zmienić poglądy, bo ogromna konkurencja na rynku sprawia, że tylko ci, którzy naprawdę coś sobą reprezentują mogą dojść naprawdę wysoko. (A nie, przecież jest Rihanna. No i całą idealistyczną teorię diabli wzięli) Powtórzę więc jeszcze raz, tak dla utrwalenia: Justin Timberlake świetnie śpiewa.
A co z samymi piosenkami? Wielkiego zaskoczenia nie było, koncert wypełniony był niemalże wszystkimi hitami piosenkarza (choć mnie zabrakło Tunnel Vision), pojawiło się też kilka nowych aranżacji, ale nie powiem, żeby były to najbardziej zaskakujące zmiany. Czasem z trochę większym pazurem, czasem lirycznie i akustycznie. Sam fakt, że nie potrafię przypomnieć sobie, które z piosenek zyskały nowe życie (choć coś mi mówi, że jedną z nich było What Goes Around... Comes Around) świadczy o tym jak bardzo nowe aranże nie zmieniły mojego życia.
Wróćmy jednak na chwilę do samego show. Jak już pisałam było bez fajerwerków (co mnie ucieszyło), jednak dopracowane do perfekcji. Tak, ale właściwie co mam na myśli? Na pewno wszelkie układy taneczne. Bo wiecie, mnie to niezmiennie fascynuje jak można jednocześnie śpiewać, tańczyć i nie umierać. A przy okazji nie wyglądać jak palant, a jak facet, którego czym prędzej chciałoby się... no, porwać i nie wypuszczać. Jest to rzecz, która niemalże nie mieści mi się w głowie, więc tym bardziej wzbudza mój nieskończony szacunek. Żeby tych atrakcji było mało: na scenie poza samym Justinem znajdowali się jeszcze instrumentaliści, państwo z chórków i, czasami, tancerze. Tancerze - świetni, jednak ich brak na scenie był momentami wypełniany przez... Chórzystów i sekcję dętą. I według mnie ta ósemka mogłaby spokojnie zastępować wszystkich tancerzy świata. Śpiewacy tańczyli i klaskali, jednak robili to w tak uroczy sposób, że nie sposób im ulec. A dęciaki? No wiecie, ja je po prostu zawsze uwielbiam :D
Cóż jeszcze... Nagłośnienie. W końcu to o nie zapytała dziś moja kumpela. Wychodzi na to, że po lamentach na nieszczęsną akustykę Narodowego, teraz to jeden z kluczowych elementów rozwalających koncerty. Z płyty, a nawet więcej, z Golden Circle słychać było dobrze. Nie wiem jak wyglądała sprawa na trybunach, jednak znajoma, którą spotkałam na stadionie nie narzekała. A musicie wiedzieć, że gdyby coś było nie tak, to zaraz zacząłby się prawdziwy dramat. Więc PGE Arena jak najbardziej na propsie. Pod wieloma względami.
I wiecie, ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ten koncert od początku do końca był wyreżyserowany (No może poza Agnieszką. Słyszeliście o Agnieszce? Miała w dniu koncertu urodziny, więc wzięła ze sobą stosowny kartonik, który obwieszczał światu tę radosną nowinę. I los chciał, że Agnieszka wylądowała pod barierką, Justin ją wypatrzył i razem z 42 tys. ludzi na stadionie odśpiewał jej sto lat. Agnieszko, jeżeli to czytasz, to wiedz, że jesteś super szczęściarą i tak bardzo ci zazdroszczę. Choć ja bym pewnie zemdlała i nie zapamiętała akcji. Co gorsza, wynieśliby mnie na zewnątrz. Koniec dygresji.). Rozpisane wcześniej zostało każde słowo, każdy gest i krok. Nawet wzruszające gdyby 10 lat temu ktoś powiedział mi, że zagram tu, w Gdańsku i że byłoby tak ekstra, to w życiu bym mu nie uwierzył. Widziałam już zbyt dużo koncertów, żeby wierzyć w tego typu sprawy (Choć istniejąca opinia o Polskiej publiczności, że jest super ekstra, jest chyba jak najbardziej prawdziwa. I ja serio chcę o tym napisać). Jednak na szczęście w trakcie planowania tego niesamowitego spektaklu nie zapomniano o tym, że kontakt z publicznością jest naprawdę ważny. Udawany czy nie, trafił w nasze zimne serca. Swoją drogą to dość niesamowite jak bardzo, wydawałoby się głupie, jesteście najlepsi czy cześć Gdańsk potrafi zmienić odbiór koncertu. Patrząc na show Justina w czerni i bieli przypomniał mi się równie perfekcyjnie dograny i zagrany koncert Janelle Monae z Open'era, który jest dla mnie jednym ze słabszych koncertów jakie widziałam, właśnie przez ten brak kontaktu.

Podsumowując? Być może z tekstu momentami można wysnuć zupełnie inne wnioski, jednak jestem tego absolutnie pewna. Podobało mi się. Bardzo mi się podobało! Przeżyłam dwie godziny czystej radości wśród fantastycznych dźwięków. Czego chcieć więcej? Było niesamowicie i wciągająco. Na tyle, że zrobiłam aż dwa zdjęcia. I żadne nie nadaje się do czegokolwiek.


A teraz dodatki. Extrasy. Smaczki. Są dwa. Jest ekstra.

1)   Być może pamiętacie posta o Blondynce aka mojej zaginionej siostrze bliźniaczce. Tej, którą ciągle widuję na koncertach. Tej samej, do której przy najbliższej możliwej okazji postanowiłam zagadać. No cóż, zagadać się nie udało. Pod stadion odjechała przepełnionym tramwajem, do którego ja zwyczajnie się nie zmieściłam. To była mniej ekscytująca historia.
2)   Wy chyba nie wiecie nic o moim małym uwielbieniu dla pewnego pana radiowca. Być może pana to zbyt dużo powiedziane, bo nie przywykłam do takiego tytułowania ludzi, którzy są mniej więcej w moim wieku (#zeroszacunku). Radiowca - też za dużo. I uwielbienie, to znów zbyt dużo powiedziane, ale niech tak już zostanie. Ci z Was, którym zdarza się słuchać Radiowej Trójki mogą kojarzyć aksamitny (ha!) niski głos jednego z serwisantów. Nie będę owijać w bawełnę, każde Radosław Mróz, zapraszam na serwis Trójki poprawia mi humor. Ostatnimi czasy jednak drogi Radosław złapał życie za nogi (czy coś) i od niedawna można podziwiać go w całej okazałości w jednym z programów tvn24 (zainteresowanym polecam, jakoś o 23.00 można go wypatrzeć). I wiecie, choć jego wygląd nie budzi u mnie już takiego zainteresowania jak jego głos (no nie mój typ, no), to jednak leżąc z kumpelami przed telewizorem, na dosłownie 3 dni przed koncertem, nabijałyśmy się (głównie one) z mojej ewentualnej reakcji na spotkanie z Radosławem (one obstawiały omdlenie, ja, że go kompletnie nie rozpoznam). I nie przyszło mi długo czekać, na to spotkanie. Najpierw zaplułam trawnik, później niemalże się po nim turlałam. A na koniec, przez pół koncertu stałam z nim ramię w ramię. Miałam już nigdy nie umyć tej ręki, ale niestety wchodząc pod prysznic od razu o tym zapomniałam ;)

To by było tyle. Gratulacje, przeczytane!

Aha, nie chodźcie do Sfinksa w Madisonie w Gdańsku. Syf, kiła i mogiła. Zgiń w piekle Przemku.

20140822

halo halo

Trochę nie wiem od czego i jak zacząć. Bo właściwie nie wiem jak to się stało, że ostatni post na tym blogu pojawił się... 30 lipca. 23 dni temu. Trzy tygodnie. Dużo. W pierwszej chwili chciałam napisać, że nie wiem jak to się stało, że na blogowanie nagle zabrakło mi czasu. Ale przecież ja to wiem. Bo paradoksalnie im więcej mam czasu i im bardziej go marnuję, tym bardziej czuję jego smak i doskonale wiem co robiłam. Dlatego mogę Wam powiedzieć, że od końca lipca intensywnie pracowałam nad skończeniem projektu, z którym wybrałam się do Gdańska. Na jedną noc. W trakcie wycieczki, która trwała jakieś 27 godzin zdążyłam skończyć plansze, wpaść na uczelnię, pójść nad morze, spotkać się z przyjaciółką i siać nienawiść do turystów. Po powrocie do domu zdążyłam przepakować plecak i pojechać do babci do Lublina. I chociaż nie robiłam zupełnie nic, to jednak byłam na koncercie, w kinie, przeszłam się po starym mieście kilka razy i poczułam się jak Alicja w Krainie Czarów. Później pojechałam do Warszawy, oglądałam sztukę, spotkałam znajomego ze studiów, a z innym starym znajomym wymieniłam tyle smsów w ciągu jednej doby ilu nie wymieniłam przez całe 10 lat znajomości. Kulminacją całej historii był przyjazd do Gdańska, zobaczenie pana Timberlake'a i otarcie się o śmierć ze szczęścia. Przy okazji przekonałam się dlaczego ten stadion uważany jest za najpiękniejszy, poczułam pod stopami piłkarską murawę (a przy okazji zaoszczędziłam jakieś miliony monet) oraz spotkałam pewien radiowy głos i jego let me take a selfie dziewczynę. Koniec końców wróciłam do domu i powoli muszę wrócić do prozy życia. I jest ciężko.

takie to wakacyjne Jelitkowo

Chyba mam Wam sporo do opowiedzenia. Teraz tylko trzymajcie kciuki żeby mi się udało spisać wszystko to, co na tę chwilę kłębi się w mojej głowie. Bo może być trudno. 

20140730

early days

Dziś będzie bardzo krótki i nieplanowany post. Bo to jest PRZE-FAN-TAS-TYCZ-NE (proszę przefiltrować przez moje psychofaństwo). 


To do jakiego kurortu i na jaką imprezę się przenosimy?

A poza tym: ogromne DZIĘKUJĘ za Wasze słowa pod poprzednim postem ♥♥♥. Zdecydowałam się na praktyki, dzięki znajomym znajomych znajomych udało mi się nawet znaleźć pokój do wynajęcia. Jednak usłyszałam, że pani architekt jednak nie wie na sto procent i mam czekać. Chyba muszę jej uświadomić, że ja trochę nie mam czasu czekać. 

20140725

wyznania rozpieszczonej blondynki

Kiedy jakiś czas temu moja znajoma stwierdziła, że nie chce iść na miesięczne płatne (!) praktyki stwierdziłam, że chyba upadła na głowę. No ale skoro po jej uczelni o pracę relatywnie łatwo, to jej decyzja. Wtedy ważniejsza okazała się dwudniowa wizyta znajomych i zajęcia, których podobno nie można było ominąć. 

Dziś zadzwoniła do mnie inna znajoma. Po przydługim wstępie okazało się, że jej zeszłoroczny wakacyjny praktykodawca potrzebuje kogoś do pomocy, a ona ma już inne zobowiązania. Pracy jest na jakieś trzy tygodnie, można wyrobić obowiązkową praktykę przeddyplomową (choć pani w dziekanacie prawdopodobnie dostanie szału, kiedy pojawię się u niej we wrześniu z umową), a i trochę grosza wpadnie. Wpadnie też kolejna pozycja w CV udowadniająca, że jednak coś w kierunku zawodu robię. No i nauczę się czegoś, skoro zostanę przyjęta do wykonania konkretnego zadania.

Ale z drugiej strony plan był właśnie taki, żeby nie robić zbyt wiele w te wakacje i dać sobie odpocząć, po raz ostatni. Za rok o tej porze będę już niemalże po piątym roku, mój dyplom będzie w fazie wykańczania, a w pracy (o ile oczywiście dobrze pójdzie) będę już od kilku miesięcy. Za półtora miesiąca za to będę szaleć zdobywać nowe doświadczenia w Pradze i przeżywać najprawdopodobniej najbardziej intensywne pięć miesięcy życia (przynajmniej tego do tej pory). Więc wolny czas w dużej ilości (którego już prawdopodobnie nigdy nie będę mieć w takich ilościach i w takiej beztroskiej postaci) chciałam wykorzystać najbardziej produktywnie na sprzątaniu pokoju, czytaniu książek, chodzeniu boso po trawie, czesaniu kota i robieniu innych dziwnych rzeczy. 

chwilowo czuję się trochę jak ten koleś. każda kolejna wątpliwość jest strzałą, która przebija mnie na wylot. po prostu zaraz umrę ze stresu i cały misterny plan odpoczywania w łeb wzięło

W tym momencie trzecia strona każe mi zapytać, czy naprawdę, ale to NAPRAWDĘ będę w stanie przeczytać wszystkie zaległe książki, zrobić nowy szablon na bloga i zbudować od zera zupełnie nowy blogowy pomysł (omg, powiedziałam to!). No cóż, znając siebie odpowiedzią na tak zadane pytanie raczej byłoby krótkie słówko na literę N. Pewnie nie zrobiłabym zupełnie nic. 

Problemem jest też samo miejsce praktyk. Moje ulubione miasto Łódź (choć od zeszłego roku jakoś dobrze je wspominam) znów zaprasza do siebie, po prostu woła mnie z daleka. Okej. Nie z AŻ tak daleka, ale nie oszukujmy się, wymarzony kierunek podróży to to nie jest.

Nie chcę jednak za jakiś czas żałować, że nie wykorzystałam danej mi szansy i olałam możliwości zesłane przez los. Bo skoro mi je zsyła, to widocznie jestem w stanie to zrobić. No i może nie zesłać ich po raz kolejny.

Mogłabym tak jeszcze naprawdę długo. A i tak czegokolwiek nie zrobię wyjdę na rozpieszczoną gówniarę, która albo nie chce pracować albo idąc do pracy stawia zbyt twarde warunki. Bo niektórych sierpniowych planów odwołać już nie mogę. Więc pozwolicie, że wywód skrócę do prostego: mój mózg jest rozdarty. Krzyknąć JOLO, jechać do pracy i stawić czoło wyzwaniom, czy też krzyknąć JOLO i stwierdzić, że mam wyjebane, a na komentarze mamy wszyscy Twoi znajomi pracują, reagować kompletnym spokojem?

I to są prawdziwe problemy pierwszego świata.

A w międzyczasie zaczęły już się pisać dwa niemiecko-wakacyjne posty, a nie udało mi się nawet dotrzeć do wrażeń muzycznych. Więc będzie co czytać, poszłam na ilość. Kwestie merytoryczne może przemilczmy.

20140723

lubię powroty

Zawsze jest tak, że nie chcę wyjeżdżać. Pomimo tego, że na długo przed chcę bardzo, kupuję bilety, brakujące ubrania, wyciągam z piwnicy zapomniane buty do zdarcia, śpiwór i karimatę. Planuję długo, jednak już na miesiąc przed wyjazdem pękam. Najchętniej zostałabym w domu. Przecież to tu mam swoje miejsce, rodzinę, książki, miękką trawę i codzienne zadania, które sprawiają, że czuję się bezpieczna.

A jednak wyjeżdżam. Rzucam wszystko i jadę w nieznane. Odkrywam zapomniane miasta, śpię pod gołym niebem, zwiedzam legendarne miejsca i przekonuję się jak bardzo nieprawdziwe są stereotypy. Oddycham innym powietrzem, staram się wyłapać jak najwięcej ciepła na zimowe wieczory, wszechobecny pył i brokat przenika przez moją skórę wgłąb ciała. Kąpię się pod prysznicem dla małych ekshibicjonistów, zaskakuję sama siebie rozumiejąc pojedyncze słowa w niemieckim radiu i na kartach menu, poznaję świetnych ludzi. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim dociera do mnie, że można żyć inaczej niż robią to wszyscy moi znajomi. 

Bardzo ucieszyło mnie pojawienie się tej piosenki na koncercie.

Mam Wam bardzo dużo do opowiedzenia. I to chyba już niedługo.

20140712

niegrzeczni chłopcy i dziewczyny o potarganych włosach

Czyli jest wszystko to, co lubię. 

Ale może najpierw odrobinę się wytłumaczę. Z racji tego, że od września planuję zdobywać Pragę, moja sesja nadal trwa. Nadużywałam więc gościnności mojej przyjaciółki (miłość!) i siedziałam w Gdańsku, ścigając się z czasem. Udało mi się wypchnąć jeden projekt (dosłownie. Pani to poprawi na 4. Njeeee, ja chcę trzyyyyyy!) Nadal zostały mi jednak do oddania dwa największe projekty, a mój wakacyjny wyjazd już bardzo blisko. Z tego powodu mój dystans do świata właściwie przestał istnieć, krzyczę na wszystko i wszystkich, histeria mnie nie opuszcza. Więc musiałam złapać dystans. A czy jest lepsze miejsce na złapanie dystansu do świata, niż pewne lotnisko wojskowe na obrzeżach Gdyni?

Tak, pojechałam na Open'era. Znowu. Mimo zarzekań, że nie, absolutnie nie. Że gimbaza, że lans, blogerki, vipy i samojebki robione non stop. Długo utrzymywałam, że jestem ponad to i że bilet na pewien niemiecki festiwal (to już zaraz!) i Justina mi wystarczą. Próbowałam sobie wmówić, że dzień z moim ulubionym zespołem, ulubioną wokalistką, zespołem na K i wschodzącą gwiazdą, w której się maksymalnie zadurzyłam, w ogóle mnie nie porusza. No i z racjonalnego punktu widzenia - wydanie resztki oszczędności i nadgryzienie funduszu na wakacje też nie przemawiały za wizytą w Kosakowie. Ale czego się nie robi, kiedy zamiast mózgu ma się tęcze, jednorożce i kolorowe nutki?

No to po kolei. 

Carnival Youth - koncert-spontan. Zupełnie miałam nie pojawić się na Hansie i miałam stawiać tylko na sprawdzone rzeczy, bo czil i relaks i zero biegania, ale postanowiliśmy się jednak zatrzymać. I to była całkiem dobra decyzja! Gdybym miała 17 lat prawdopodobnie zakochałabym się w którymś z nich. No wiecie. Czterech chłopaków, dwie gitary, perkusja i klawisze. Blond fryzury, skórzane kurtki, białe koszule i jeszcze bielsze uśmiechy. No i śpiewali wszyscy członkowie zespołu. Śpiewało też sporo fanek pod sceną, a zakończenie koncertu przebiegło pod znakiem chóralnego śpiewu wszystkich zebranych pod sceną. Być może never have enough of this to zbyt dużo powiedziane, bo za pół roku raczej nie będę pamiętać o czwórce nastolatków z Rygi, ale to był naprawdę miły koncert na rozpoczęcie festiwalowego wieczoru. Dla chętnych na popatrzenie, posłuchanie i podśpiewywanie pod nosem - wspomniane wcześniej Never Have Enough, czyli koncert w skrócie.

Misia Ff - mam nadzieję, że tej dziewczyny nikomu przedstawiać nie trzeba. Najpierw zachwycała jako 1/3 Tres.B, teraz zajmuje się swoją solową karierą. Śpiewa i gra świetnie, ale trudno powiedzieć mi coś logicznego o tym koncercie - przyszłam spóźniona, wyszłam przed końcem. Jednak chciałabym złapać Misię gdzieś w Polsce i zobaczyć cały koncert, bo wiem, że warto. Ah, super była też spódnica Misi, Pajonkowa robota. Jeżeli macie nadmiar hajsu i potrzebę posiadania pięknej spódnicy - polecam, ładne. W skrócie: Mózg, Tales of Las Negras.

Foals - 19.00, główna scena. Jest jakieś 30 stopni i bezchmurne nieba, słońce świeci jak oszalałe. Stanęłam w tłumie i od razu przypomniał mi się mój pierwszy koncert tego zespołu i jak do tamtej pory jedyny. Wtedy była północ, strugi deszczu i koncert, który urzekł mnie do tego stopnia, że kilka tygodni później miałam już obydwie (na tamten moment) płyty zespołu, a ciągłe odtwarzanie plastikowych krążków zaowocowało niemałą obsesją. Raz jest silniejsza, raz nie, ale powiedzcie mi, jak można nie zakochać się w zespole, który gra na gitarach tak, by wydobywający się dźwięk przypominał ten, jaki wydają grupy owadów? No jak? 
Ale wróćmy do koncertu. Więc okoliczności przyrody są zupełnie inne, ja też jestem zupełnie innym człowiekiem. I koncert też jest zupełnie inny. Już samo rozpoczęcie cudownym Prelude robi wrażenie, kiedy muzycy wchodzą pojedynczo na scenę i od pierwszego utworu narzucają sobie tempo, które nie zwalnia już do samego końca koncertu. Nie zabrakło największych hitów czy smaczków takich jak jeden z pierwszych utworów zespołu, którego wydanie na singlu poprzedziło pierwszą płytę długogrającą. No i oczywiście wokalista rzucił się w tłum doprowadzając publiczność do szaleństwa. Było zdecydowanie za krótko, jednak takie są realia festiwalowe i trzeba się do tego przyzwyczaić. W skrócie: Prelude, Hummer, Two steps twice. I jeszcze wszystkie trzy płyty. W całości. 

patrzcie, jaki słodki tłum. też tam jestem! foalstagram

Mela Koteluk - po Foalsach potrzebowałam tylko jednej rzeczy - respiratora - ale z braku sprzętu musiałam pocieszyć się małym odpoczynkiem i półlitrową wodą. Mela na regenerację dała radę, choć widziałam raptem pół godziny koncertu. I choć to smutne co napiszę, nowe piosenki nie kupują mnie tak jak materiał z debiutu. Brakuje mi trochę intymnego klimatu nagrywania w szafie i uroczego koncertu na Alter Stage dwa lata temu. Niemniej wszyscy ci, którym wystarczy świetny wokal, miłe aranżacje i niebanalne teksty (wystarczy, dobre sobie, co ja piszę?!) powinni być usatysfakcjonowani. A ja przerzucę Melę do kategorii too mainstream. Choć racjonalna część mnie nadal uważa, że niewielu ludzi zasłużyło na główny nurt bardziej niż ta Pani. W skrócie: Spadochron, Fastrygi

Jack White - wiecie, ja się go boję (#porozmawiajmyouczuciach). Wygląda jak wampir, gra jak piekielny posłaniec i roztacza wokół siebie aurę tajemnicy. Więc moja wewnętrzna pięciolatka krzyczy trzymaj się z daleka. Ale skoro nic innego w tym czasie nie grało, poszłam. Żałuję? Nie. Czy koncert zmienił moje podejście do tego Pana? Też nie. Być może narażę się fanom White'a, ale we mnie czas spędzony pod sceną nie wywołał żadnych głębszych uczuć. Zabawna ciekawostka: znałam 3/4 granych na koncercie utworów. Tak się kończy słuchanie radia niemalże non stop, więc uważajcie! W skrócie: ja nie wiem!

Banks - to chyba w tej artystce pokładałam największe nadzieje. Więc kiedy prawie biegiem dotarłam do namiotu i okazało się, że jest prawie pusty, zrobiło mi się naprawdę przykro. Szczęśliwie wszyscy ci, którzy wczuwali się na koncercie Jacka zdążyli dobiec i Banks zderzyła się z takim entuzjazmem publiczności, że wyglądała na bliską płaczu. Mnie też ten koncert zachwycił, mimo półplejbeku i łamiącego się głosu (ale to przez nas chyba). Dziewczyna jest absolutnie fantastyczna, czekam na pełnowymiarowy album. W skrócie: Goddess, Drowning

Lykke Li - kolejna śpiewająca smutne piosenki pani, jednak w tym wypadku bez nadziei, za to z wielkimi wymaganiami. Bo właściwie na koncert Lykke czekam od czasów po moim pierwszym Open'erze. Kiedy kupowałam bilet, to raczej o niej wspominałam w pierwszej kolejności, jako o powodzie zawitania na Babich, jednak to Foalsi ukradli moje serce (przepraszam, że stawiałam Was na drugim miejscu!). Mniejsza. Z czysto obiektywnego punktu widzenia to był to dobry koncert. Setlista wypełniona była hitami (choć jak dla mnie brak I'm good I'm gone był trochę denerwujący), muzycznie było super, wokalnie też (o ile ktoś akceptuje wokal Szwedki, bo wiem, że ludzie czasem mają z nim problem). Początek był fajnie wyreżyserowany, no i te zwisające szmaty z sufitu też mi się podobały, a co! Ale. No właśnie, jest ale. Prawdopodobnie się czepiam, ale dla mnie zabrakło na tym koncercie trochę szczerych emocji. Wykrzyczenie po dwóch piosenkach "you're amazing" do tłumu, który czekał tylko i wyłącznie na I follow rivers (i mam wrażenie, że część ludzi była w szoku, kiedy nie usłyszeli piosenki do tańczenia) nie był dla mnie wystarczajacą interakcją. Raczej rzeczą zupełnie zbędną, która ani nie wybudowała głębszej więzi, ani dystansu, który przy okazji tej artystki mógłby być fajną i pasującą rzeczą. W trakcie bawiłam się świetnie, ale po koncercie dopadły mnie wątpliwości. Chyba potrzebuję koncertu klubowego żeby stwierdzić jak z tą Lykke jest naprawdę. W skrócie: I never learn, Gunshot, Rich kids blues

Kamp! - połamali mi serce. Spóźniłam się, zobaczenie Lykke było jednak ważniejsze. I to nawet nie ich wina, że połamali. Po prostu zakończenie koncertu głównie nowymi piosenkami, nie sprawiło, że moje serce się roztopiło (choć Melt był, na bis). Zobaczenie samego zakończenie powinno raczej sprawić zaostrzenie apetytu, a ja poczułam niesmak. Strasznie mi z tym źle, więc czym prędzej wymazuję Kampów na Open'erze z pamięci, czekam na nową epkę i łapię ich jesienią na trasie. W skrócie: Satansbraten, Melt


Podsumowując: FOALSIIII!!!!!!!!!!!! Tak, zdecydowanie wygrali ten dzień, a dla mnie z oczywistych przyczyn - cały festiwal. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć , Jamiego Xx i Artura Rojka. Resztę zobaczę przecież na Melcie, więc wielkiego płaczu nie ma (a przynajmniej w teorii). Czy było dobrze? Tak. Ale deklaracji na przyszły rok nie składam, kto wie dokąd rzuci mnie los. 

No to bez odbioru :)

PS To chyba nie są wszystkie moje Open'erowe rozkimny, ale niczego nie obiecuję, w dalszym ciągu przeżywam urwanie głowy. Tak czy inaczej, wszystkich tych, którzy trafili tu z jakiś przyczyn i byli na tegorocznej edycji zapraszam do komentowania i dyskusji, bo postanowiłam się ogarnąć i zaczynam znów odpisywać na komentarze. Jupi! 
Trzymajcie kciuki, pakuję się! 

20140623

sztuka!

Zapędziłam się gdzieś pomiędzy komentarze na jednym z moich ulubionych blogów i przeczytałam: Nie znałam tego artysty. Dzięki Tobie jestem mądrzejsza! (cytat chyba nie jest dokładny, przecinki, kropki i początki zdań rozłożone były jakoś inaczej). Miniaturka zdjęcia niewiele mi mówiła, szczególnie, że moja ślepota coraz bardziej daje mi się we znaki. Pseudonim (a raczej imię i nazwisko) też raczej nie, uwagę zwrócił jednie pozostawiony adres bloga z moda w adresie. No tak, pomyślałam sobie, kolejna nastoszafiarka, a niech się czuje mądrzejsza. Później mój umysł dopowiedział jeszcze coś w stylu lol lol lol i już sama chciałam skomentować posta, a dokładniej podlinkowaną piosenkę. Niestety, jakaś szatańska moc popchnęła mnie w kierunku nieszczęsnej nastoszafiarki. A, obczaję cóż tam prezentuje. Przecież wcale nie jestem zawalona robotą, nieee. 
I w tym momencie rozegrał się mały dramat. Co ja mówię, to była istna grecka tragedia o klasycznej budowie, z prologiem, epilogiem i pieśniami chóru. I nie, nie czepiam się tutaj blogerki. Nie czepiam się banalnych szmat z zary czy haemu, paskudnych zdjęć, nieświadomości własnej sylwetki, miny kota załatwiającego swoje sprawy na pustyni, wiecie, nic z tych rzeczy, bo ich zwyczajnie nie było. Wszystko na poziomie obiektywnej oceny było poprawne, a reszta jest już tylko kwestią gustu.
Mnie po prostu zabił wiek tej Pani (gdzieś w okolicach moich rodziców), połączony z beztroskim nie znałam tego artysty. I ja to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, niech to będą jacyś rodzimi twórcy, nawet z samego szczytu, Althamery, Żmijewscy i inni Gomuliccy, bo przecież ich zna naprawdę mało kto. Niech to będą jacyś alternatywni współcześni twórcy, nawet pokroju Banksy'ego. Spoko, ja to rozumiem, można nie wiedzieć. NO ALE ŻEBY O ANDYM WARHOLU NIE SŁYSZEĆ?!

No to się zdziwiłam trochę, wiecie. 

Był to post z cyklu "a, taka szybko rozkmina życiowa". Tymczasem powracam do Banks i projektu akademii teatralnej, który za chwilę sprawi, że po prostu oszaleję. No ale co tam, raz się żyje. 

kiedyś muszę zrobić post o... budowie (?) piosenek, które mi się podobają. ale najpierw muszę się dowiedzieć, jak określić to o czym chcę pisać. tak czy inaczej o tej piosence mogłabym napisać sporo ♥

A w ogóle to nie wiem czy wrócę w lipcu. Ostatnio tak dobrze mi się milczało, że zaczęłam poważnie zastanawiać się nad sierpniem. Ups. Cały czas możecie mnie za to śledzić na twitterze (przynajmniej na razie), gdzie poczułam się już wyraźnie całkiem dobrze, skoro uskuteczniam aż taki spam.

Trzymajcie się!


Ci, którzy tu czasem wpadają wiedzą, że jak już coś po dłuższej przerwie napiszę, to potem trudno mi przestać. Zobaczymy.

20140603

dzień dobry!


Oficjalnie ogłaszam powrót psychofanatyzmu i szerzenia mojej kampowej miłości. Nowy singiel jest, więc jest i sporo szczęścia w moim marnym życiu. A tak poza tym: napisałabym, ale sama nie wiem. Bo wiecie, będzie o uczuciach, prawie jak na terapii i o tym jak bardzo mnie wkurzyli. Źli ludzie. Pisać, czy nie pisać, oto jest pytanie. A na razie się cieszmy i poudawajmy, że jest ciepły letni wieczór i nic nie musimy, a dookoła rosną palmy. (Wszyscy zainteresowani mogą posłuchać Liścia o kliknięciu w obrazek. Odtwarzacz nie chciał działać)

20140602

ciszej tam!

Praca w fabryce to nie przelewki, równo o 6.00 maszyny zostają uruchomione i wszystko musi działać jak w zegarku. Norma musi być wyrobiona w stu procentach. Po ciężkiej pracy przychodzi czas powrotu do domu. Na (własne) szczęście żona przygotowała obiad, a dzieci zdążyły wrócić ze szkoły, więc można przystąpić do jedzenia. Po obiedzie przychodzi czas na chwilę odpoczynku, przeczytanie dziennika, posłuchanie radia i już, czas w miłej atmosferze biegnie przecież tak szybko, mamy 22.00, czas spać! I tak przez sześć dni tygodnia. Niedziela to czas na odpoczynek, zaczyna się więc trochę później. Około ósmej rodzina razem je śniadanie, a przedpołudnie spędza na łonie natury. Pobliski park zaprojektowany przez grupę zdolnych architektów pozwala wybiegać się dzieciom, a rodzicom odetchnąć świeżym powietrzem. Po obiedzie czas na wizytę w kościele, po niej pora przygotować się na trudy kolejnego tygodnia. 

Okej, trochę przegięłam. Fabryczna rzeczywistość sprzed kilkudziesięciu lat nie ma nic wspólnego ze współczesnością. Mamy dwudniowy weekend, pracę w lepszych warunkach i głębokie przekonanie, że mają prawo do wszystkiego. Taki to XXI wiek. 

Skupmy się więc na chwilę na konkretnym wydarzeniu. Streetwaves 2014.
Więc z jednej strony są mieszkańcy pewnej dzielnicy i ich żądanie ciszy nocnej po 22.00. Z drugiej strony są ludzie spragnieni nocnego życia i spędzenia wieczoru ze znajomymi. Pomiędzy nimi staje 11 wozów policji i zamaskowani funkcjonariusze. I kto ma rację? 

Jestem stronnicza, ale wiecie, Gdańsk to strasznie nudne miasto. Ja wiem, że tylko nudni się nudzą, ale jeżeli lubicie spędzać letnie wieczory siedząc z piwem w fajnej knajpie - nie macie tu czego szukać. O 22 zamykana jest większość lokali w samym centrum, a próby dłuższej zabawy kończą się właśnie konfrontacją z policją. Być może mój problem wynika z faktu, że widziałam kilka dużych europejskich miast, gdzie centra tętnią życiem całą dobę. I nie, wcale nie są zasiedlane przez urzędy, banki i sklepy (bo akurat taki zestaw powoduje wymieranie śródmieść), a przez mieszkania, galerie, kluby, kawiarnie i hotele. Żywe centrum powinno być głośne, zawsze takie było. Przyciągało mieszkańców i turystów spragnionych nocnej rozrywki. I musi być gwarno całą dobę. 
Okej. Dolny Wrzeszcz nie jest centrum miasta, to spokojna "sypialnia". No cóż, może i kiedyś tak było, ale odkąd miasto pompuje naprawdę grubą kasę w modernizację nawierzchni ulic, remonty elewacji i uporządkowanie instalacji, a całą sprawę szumnie nazywa rewitalizacją, okolice Wajdeloty zamienią się w centrum, co najmniej dzielnicy. A, niestety, rewitalizacja ma to do siebie, że przywraca życie do miejsc zapomnianych przez Boga i ludzi. Nowe chodniki powstają po to, żeby chodzili po nich ludzie, elewacje przestają straszyć, do opuszczonych lokali przyciąga się lokale gastronomiczne i kulturalne, które przyciągają młodych. A co robią młodzi? Przychodzą, zostawiają pieniądze, później przyciągają znajomych, którzy pieniędzy zostawiają jeszcze więcej. Na koniec pojawiają się turyści, a ci to już w ogóle, taczka monet i w noc. Przy okazji ulice stają się bezpieczniejsze, a nocny spacer (bo w pracy trzeba było nadgodziny trzepać) nie staje się igraszką ze śmiercią. Oczywiście, w teorii wygląda to pięknie, w praktyce robi się z tego zakłócanie ciszy nocnej. 
No i jeszcze sama kwestia zagłuszania. Bo czy zagłuszaniem nazwiemy imprezę masową z bardzo głośną muzyką czyli koncert na przykład (na pewno), urodziny sąsiada ze śpiewami i gośćmi atakującymi nasze kwiatki balkonowe (to zazwyczaj też), gwar rozmów 200 osób i trochę tłuczonych butelek (wychodzi na to, że też), czy grupę sześciu kiboli wyrażających swoje zadowolenie/dezaprobatę po meczu (a tego już w 90% przypadków nie)? 

Ja jestem z tych, którzy uważają reakcję osoby zgłaszającej i policji za histeryczną. Szczególnie, że była to akcja jednorazowa. 

No to na ukojenie nerwów. Bardzo piękne piosenka ukradziona jednej koleżance.


wiedziałam, że jak już powiem, że następny post w lipcu, to napiszę coś w przeciągu 48h. KONSEKWENCJA W DZIAŁANIU ♥

20140529

tłit tłit


Twitter mnie skomplementował, przekażę rodzicom, że dali mi dobre imię i nazwisko. Bo wiecie. Wbrew pozorom nadal żyję, jednak na blogowanie zwyczajnie brakuje mi czasu. A skoro brakuje mi czasu, założyłam Twita, bo przecież tylko jego brakowało mi w życiu, prawda? Więc siedzę tutaj <otu>. Choć jeszcze w krew mi to nie weszło. Tak czy inaczej, zapraszam!

20140525

społeczeństwo jest niemiłe

Świat, który zobaczył Chleb oszalał. Jak można stworzyć coś takiego?! Co ta typiara w ogóle śpiewa, rozebrała choinkę i poszła po chleb. Anja Rubik! Jak można nasze dobro narodowe, świętość co najmniej, tak oszpecić, co ona tam robi, ile to dla kasy człowiek nie jest w stanie poświęcić?! Wielkie oburzenie, co to za shit, Polska przeprasza. I jeszcze jakaś wariatka z wadą wymowy. Mister D. na stos.


Michał Witkowski u Łukasza Jakóbiaka i "dlatego głosuję na Korwina". Nasrane we łbie, zagłada ludzkości, cosie, pedalskie wydanie głupiutkiej blondynki. No i baba z brodą. To już lepszy wywiad z Korwinem, odcinek zapowiadał się dobrze, ale jest do bani.


Trochę mnie to przeraża, bo poza polaczkowatą nietolerancją właściwie wszystkiego, wychodzi jedno wielkie nie czytam. I trochę mi smutno. Bo o ile dobrze kojarzę, to Masłowska i Witkowski należą do najświeższego pokolenia dość płodnych a i przystępnych pisarzy. To się po prostu dobrze czyta, po pierwsze. Zero przynudzania, zawiłych opisów przyrody i zbyt długich zdań. Era Nad Niemnem jest już dawno za nami. Po drugie obydwoje świetnie zamykają w poręcznym formacie obraz naszego społeczeństwa, jego dziwactwa, uprzedzenia i przyzwyczajenia. I chyba dlatego warto ich czytać. Taki to zapis naszych realiów, które za sto lat analizować będą dzieciaki w liceum, a polonistki będą załamywać ręce nad ich niewiedzą i nieprzygotowaniem do zajęć. I żeby wszystko było jasne. Nie zakładam, że każdy te książki polubi. Bo poza przystępnością i aktualnością cechują się też pewnym abstrakcyjnym podejściem i potocznym językiem. Jednak pewną wiedzę wypadałoby mieć, jak Masłowska to załamujemy ręce nad dresami, brakiem głębszych uczuć i polszczyzną, która czasami każe płakać. Z Witkowskim wkraczamy w świat ciot, lekomanii i Międzyzdrojów po sezonie. 

Czasem jednak warto coś przeczytać (a w wypadku Masłowskiej i obejrzeć - Wojna polsko-ruska w kinach była i widzieli ją prawdopodobnie wszyscy poza mną) i przez chwilę się chociaż nad tym zastanowić. Bo może rzucający bluzgami drech, babcia łasa na gwiazdorskie odwiedziny i wpadająca co i rusz w depresję dziewczyna nie są aż tak zabawni jak nam się na pierwszy rzut oka może wydawać. Przestają bawić, gdy zdajesz sobie sprawić, że drech zachowuje się zupełnie jak Twój chłopak/brat/najlepszy kumpel, babcia zbyt przypomina sąsiadkę góry, a pozbawione sensu życie z horoskopem w ręku do złudzenia przypomina... Twoje. Co z tego, że Masłowska popełnia kolejny autoplagiat, a ironia Witkowskiego poleciała zbyt daleko żebym nawet ja ją bez słowa zaakceptowała. Bo mimo wszystko obydwoje nadal wywołują te same emocje i pokazują jak bardzo mają rację obsmarowując społeczeństwo w swoich powieściach. 

Podsumowując, mamy jedną wielką ironię, kreację, abstrakcję i obśmianie nieciekawego świata. A jeżeli nie wiesz o co chodzi, to może się lepiej nie odzywaj.

Rzal i bul.


Na koniec posłuchajmy Króla. Grafomana i brzydala rozchwianego emocjonalnie. Generalnie polecam, piękna płyta i piękne koncerty. 


No wiecie co, mojego ulubionego A więc teraz nie ma na youtubie. Użytkownika spotifaja polecam, jest. 

Ja to w jakiejś dziwnej kulturze gustuję jednak.

A tak poza tym, na marginesie. Płaczę po Maćku i płaczę też nad sobą. Ogrom roboty i fakt, że muszę wszystko oddać w czerwcu, przeraża mnie tak bardzo, że nawet nie mogę pisać. Trochę pocieszające jest jednak, że to nie tylko ja, ogólny przedsesyjny zastój blogosfery już powoli daje się wyczuć. Wiem, że nie jestem sama i jest to strasznie fajne.
A tak poza tym to snobujmy się na polską literaturę. I muzykę ofkors /ale na język już nie, jak widać/. Choć ja wczoraj kupiłam niepolską płytę i nawet tego nie żałuję. No cóż, bywa.