20140129

córka drukarza

Lenistwo poziom miliard, gdzieś w chmurach. Za oknem śnieży, radio przestało mi odbierać więc gra zespół, o którym obiecałam sobie nie pisać dopóki nie wydadzą tej obiecywanej epki (na którą swoją drogą nadzieję straciłam już ze dwa miesiące temu). Po mojej prawej - pościelone łóżko, ułożone płyty i buty. Z lewej coś, co w skrócie można określić jako CHAOS. Ujęty najdelikatniej jak tylko się da. Torba, której nie zdążyłam rozpakować od soboty, reklamówki, gazety. Jest też największy problem z jakim będę musiała się uporać, kiedy tylko podniosę tyłek z krzesła. 


Niby nie ma we mnie natury zbieracza. Uporałam się z nią już jakiś czas temu i zazwyczaj udaje mi się bezproblemowo wyrzucać wszystko to co nie jest mi już potrzebne. Co więcej, nie znoszę niepotrzebnych rzeczy do mieszkania, miejsca w nim jakby więcej a i kasy w portfelu też. Więc zupełnie nie wiem co mi odbiło z tymi wydrukami. A może wiem?

Wydruki. Namacalny dowód na to, że przez ostatni semestr naprawdę pracowałam. Bo każda głupia kartka przypomina mi wszystkie nieprzespane godziny, pominięte posiłki, poświęcone wyjazdy i wyjścia. Krew i łzy ale też radość i ulgę, kiedy w odebrałam plansze i okazało się, że są ładne. Pierwszy raz w życiu zrobiłam projekt, którego się nie wstydzę i pokazałam go w estetyczny sposób. Głupie sentymenty, ale jednak trochę to chwyta za serce. Może i nie wiekopomne, ale to jednak dzieło. Coś czego dokonałam wbrew promotorowi, który przeszkadzał jak tylko mógł i wszystkim tym, którzy nie chcieli we mnie uwierzyć. A tak naprawdę to rzecz dokonana zupełnie wbrew sobie i studiom, których nie lubię. Czyli się da, a zęby od zaciskania ich non stop nie wypadają. 

Cały czas nie do końca dociera do mnie, że skończyłam jeden etap studiów. A przecież dyplom oddałam już prawie dwa miesiące temu. Z egzaminem też się uporałam. Gdzieś w głowie ciągle kołacze mi się za łatwo to poszło. Zupełny bezsens, bo to że było łatwo, to ostatnia rzecz, którą o tym etapie życia mogę powiedzieć. 

Już miałam wybrać się do śmietnika, kiedy zadzwonił Tata i stwierdził: Jak chcesz, zabierzemy do domu. Miejsce jest. Nie chcę. Ale wyrzucić też nie umiem.


__________________________

Zadrukowałam prawie 17 metrów kwadratowych papieru. A teraz jakieś 80% tych wydruków idzie do kosza. To było dość oczyszczające przeżycie.



PS Może ktoś z Was posiada tablet graficzny i byłby mi w stanie podjąć jakże ważką decyzję? Trochę się waham i potrzebuję profesjonalnej opinii, a Internety zawodzą ;)

20140127

taki spotkał mnie zaszczyt

Muszę Wam powiedzieć, że śmiesznie było. I jak zwykle zjadł mnie stres, a przy ogłaszaniu wyników padło "niektóre panie denerwowały się zupełnie niepotrzebnie" -wymowne spojrzenie na mnie- (zaraz, czy ja już czegoś dokładnie takiego nie przeżyłam? bardzo serdecznie pozdrawiam prezentację maturalną z polskiego i moją śmierć). 
Dzięki za wszystkie "powodzenia", kopnięcia i kciuki. Całuję i dziękuję, od dziś już jako inżarch!*


dziś mała prywatna dyskoteka



*nie wiem czemu, ale tytuł zawodowy architekta ma w sobie cząstkę arch. nie można być zwykłym inżynierem jak wszędzie. jest inż. arch. i w sumie fajnie :D to stąd te dwa skróty przed nazwisko

20140125

ucz się!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Zupełnie nie powinno mnie tu być, bo doszłam do tego etapu nauki, kiedy wiem, że nie umiem co najmniej połowy materiału. Ale zostało mi jeszcze dokładnie 36 godzin do wielkiej chwili więc może jakoś się uda.
Czyli w telegraficznym skrócie. 

Po pierwsze dzięki za motywację pod poprzednim postem (wieeeelki całus, jesteście kochani!) do zrobienia koszulki, zadanie dorzucam do wirtualnego słoika z wyzwaniami i kiedy już uporam się z poniedziałkiem - zawalczę! -jeeeee

Po drugie i ważniejsze - trzymajcie kciuki w poniedziałek o 11.15. Wielka chwila, egzamin i walka o dwa skróty przed nazwiskiem (haha, tak mały archi-bonus za te wszystkie dotychczasowe upokorzenia). Jestem prawie zwarta i gotowa, będzie dobrze! 

Kogo ja chcę oszukać, jestem spanikowana jak nigdy!


20140122

motywacjo, chodź

Od kiedy przeczytałam Poniedziałkowe Dzieci (tak w ogóle to polecam do przeczytania wszystkim, krótka to lektura, ale cudownie ciepła i zaskakująca) uwielbiam Patti Smith. A za to co zrobiła z tą piosenką, to już w ogóle miłość. 


To po pierwsze. A po drugie i ważniejsze. Błagam, wejdźcie mi na ambicję i sprawcie, żebym w końcu wzięła udział w TYM konkursie. Wydaje mi się, że Alter Art postanowił oddać festiwalowe koszulki w ręce internetów w momencie, kiedy pojawiłam się na imprezie po raz pierwszy. I od tamtego czasu, co roku, chcę coś zrobić. Narysować, wykleić, wytworzyć, whatever. To już bardziej sprawa wspomnianej ambicji niż wygrania karnetu (szczególnie teraz, kiedy postanowiłam gardzić). Pierwszy raz w życiu mam czas, więc wypadałoby to wykorzystać. 
A może ktoś z zaglądających wpadnie na pomysł wzięcia udziału i skosi nagrodę. Wtedy też w sumie będzie mi miło :D (byle wygrało coś naprawdę ładnego)

20140121

cover girl

Wpadłam w przedegzaminową histerię i z tej okazji postanowiłam przejrzeć cały internet. Okej, cały to może nie, bo zazwyczaj zatrzymuję się przy obejrzeniu kilkudziesięciu fragmentów Late Night With Jimmy Fallon (♥) albo HitRecord. 
Dziś jednak, jeden z niezawodnych fejsbukowych profili, które lubię (ale który dokładnie to zielonego pojęcia nie mam Freestyle Voguing!) polecił coś takiego. Generalnie, to nie jaram się Vogiem (sirjusli, nie mam pojęcia jak odmieniać to słowo w piśmie), kupiłam jeden jedyny raz i prestiż mnie nie powalił. Możliwe nawet, że wprost przeciwnie. Jednak nie o tym. Bo zawsze wydawało mi się, że świat mody z tej najwyższej półki podchodzi do siebie śmiertelnie poważnie (patrz twarz Anny Wintour. ona uśmiecha się tylko do córki Beckhamów. TYLKO). A tu taka niespodzianka! Aż zachciało mi się wydać grubą kasę na ten numer.
Tak w ramach poprawiania humoru.




A do Girls muszę wrócić. Koniecznie!

20140120

nieoczekiwane zwroty akcji

Podobno dziś jest najgorszy dzień w roku. Jakiś mądry pan usiadł pewnego dnia i wyliczył, że poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia powinniśmy przesypiać. Czemu akurat dziś? Jeżeli zsumować to, że jest środek zimy, do wiosny daleko, a po świętach to już nawet zbędne kilogramy nie zostały, powoli trzeba spłacać bożonarodzeniowe kredyty, a wszystkie postanowienia diabli wzięli, to nagle się okazuje, że jest naprawdę ŹLE. No i na dokładkę uwielbiany przez większość populacji tego świata - poniedziałeczek. Czego chcieć więcej?

Mnie tam jakoś nigdy Blue Monday nie poruszał. Może dlatego, że nadal żyję w świecie bez kredytów, postanowień nie robię, a w tym roku to nawet jestem już po sesji i szczęśliwa siedzę w domu. I najedzona. 

Ale! 

Dziekanat zawsze stoi na straży i kiedy jest zbyt dobrze - atakuje. 
Otóż jestem w tym szczęśliwym momencie życia, kiedy do egzaminu dyplomowego został mi dokładnie tydzień. No i uczę się. Mam pulę pytań, wszystkie trzeba ogarnąć, a potem szanowna komisja, chcąc sprawdzić moją wiedzę, zada mi 4 ze 126. Zajmie nam to pewnie około 15 minut, ale później będę wolna i dumna. I w końcu mój biały kask się przyda, kiedy wybiegnę przed uczelnię z pieśnią na ustach JESTĘĘĘ INŻYNIERĘĘĘ. Wszystko miało być piękne i zgodnie z zasadami, pytania wisiały na stronie wydziału chyba już od wakacji i wszyscy powoli oswajaliśmy się z wizją nauki. 
Aż tu nagle przychodzi 20 stycznia, Blue Monday A.D. 2014 i pytania zostają zmienione. 

Chyba nie ma na tym świecie takiej ilości melisy, która w tym momencie mogłaby mnie uspokoić. 


20140117

pazury

Kiedyś na blogu pojawiły się paznokciowe posty. Potem przyszedł zeszły rok, a ja postanowiłam dać moim pazurom odpocząć i przez większość roku chodziły nagie. No dobra, nie chciało mi się, prawda. Jednak parę tygodni temu jakimś cudem przypomniało mi się, że w mojej szafce zalegają buteleczki z kolorowymi lakierami i tak jakoś samo się zaczęło. Jednak daleko mi do kolorowych eksperymentów sprzed dwóch lat (LOL jak dawno). Ostatnio rządzi kreska. I nic więcej.


Biel na paznokciach, która pojawiła się dosłownie wszędzie tego lata, nadal do mnie przemawia i totalnie nie zamierzam z niej rezygnować. Lubię taki minimal. Szczególnie, że nie koresponduje w żaden sposób z tym jak wygląda cała reszta mnie :D

Więcej pazurów jest TU//TU//TU

Jak tak patrzę na te stare zdjęcia, to po pierwsze: jaki apgrejd w moim życiu! Nie dość, że w końcu mam neutralne tło to i zdjęcie przepuszczone instagramem. Łał. Po drugie. Pamiętam jak paznokcie-prawy dolny róg pierwszego posta, wzbudziły ciekawość pewnych dziewczyn w autobusie - gapiły się na nie całą drogę. Drugi post i prawy górny róg - koncert Metronomy i czasy, kiedy uciekałam do Warszawy nic nikomu nie mówiąc (A JAKI TO BYŁ KONCERT!). 
Tak śmiesznie.

20140115

niezaplanowane wakacje

Alter Orange Art Warsaw Festival to cudo się powinno nazwać. Albo Mamy jakiś problem z AlterArtem. Wtedy wszystko byłoby jasne i oszczędzono by ludziom złudzeń. Kings of Leon, Queens of the Stone Age, Florence and the Machine. Najgorszy zespół koncertowy świata, zespół, którym jarałam się nastolatką będąc i jeden koncert mi wystarczy oraz Flora, która była tak dobra, że nie chcę zepsuć sobie wspomnień jakimś spędem na Narodowym. A mówiąc jeszcze krócej: czy ja nie widziałam ich przypadkiem niecały rok temu?

Ogłoszona w zeszłym roku Beyonce to był strzał w dziesiątkę. Co ja mówię, tam została skoszona co najmniej piętnastka, karnety się rozbiegły, a szoł ponoć było przednie. Ponoć, bo w czerwcu 2013 byłam jeszcze na tym etapie życia, kiedy człowiekowi się wydaje, że studia są ważne. HA-HA-HA, tyle w temacie. Tak czy inaczej, wyobraźnia wszystkich fanów muzyki zaczęła dosłownie galopować, kiedy OWF ogłosił, że pomiędzy 13 a 16 stycznia zdradzi nam, któż w tym roku zaszczyci Warszawę swoją obecnością. Na fejsiku rozkręciła się dyskusja, z której wynikało jasno, że naród chciał Justina. No może nie cały naród, bo pojawiły się błagania o One Direction i Celine Dion, ale przyjmijmy, że to margines społeczeństwa, którego co najmniej połowa powinna iść się leczyć. Albo mieć nałożoną kontrolę rodzicielską i bana na portale społecznościowe. Wracając do pana Timberlake'a. W 2013 triumfalnie powrócił do muzykowania, wydał podwójną płytę i koncertuje. Brzmi i wygląda lepiej niż kiedykolwiek, więc zapotrzebowanie na ten koncert nikogo dziwić nie powinno. I, przynajmniej według mnie, powinno zostać zaspokojone. W końcu czasy, kiedy Polska znajdowała się na końcu świata, do którego żaden rozsądny i szanujący się artysta nie chciał nawet zajrzeć, dawno minęły. Jestem jednak w stanie zrozumieć, że często dogranie terminów i, niestety, cen może być niewykonalne. Więc przełykam fakt, że mój upragniony artysta jednak nie przyjedzie (choć nadzieja umiera ostatnia i nadal wierzę, że któryś festiwal pokusi się o występ JT), nie przestaję jednak oczekiwać, że na festiwal zostanie zaproszony ktoś, kogo zobaczyć byłoby miło. I co dostaję?

Takie odgrzewanie nie ma sensu i dla mnie jest tylko i wyłącznie skokiem na łatwe pieniądze. Bo bilety się wyprzedadzą, jestem tego pewna, w końcu KoL, QotSA i FatM mają w Polsce rzesze fanów, którzy gotowi są wydać każde pieniądze, by zobaczyć swoich idoli. Nawet jeśli od ostatniego koncertu u nas nie wydali nic nowego. Przemierzali za to świat wzdłuż i wszerz, koncertując ile wlezie. W końcu zarówno królowie jak i królowe wydali płyty w 2013. Jedyna nadzieja we Flo i Maszynie, którzy postanowili zwolnić i popracować nad czymś nowym. 

Nie wiem czy to starość, czy zmanierowanie, ale wszystko co jestem w stanie powiedzieć o Orange w tym roku to GARDZĘ. Co więcej (i co przeraża mnie dużo bardziej) to samo jestem w stanie powiedzieć o festiwalu, który do tej pory był mój. Open'erów przeżyłam pięć i za każdym razem była to jedna wielka przygoda z emocjami, nowymi ludźmi i wyprawami. A oni ogłaszają MGMT. No witki opadają. 

W tym momencie pojawia się argument, że skoro rodzime festiwale to żal i air maxy, to jedźmy na Roskilde. Albo na Sziget. Colours of Ostrava? Tam gdzie jeszcze nas nie było. Ale czy to nadal ma sens? Przecież na wszystkich tych festiwalach tak naprawdę grają w kółko ci sami artyści. Może więc Open'er 2013 był takim fajnym pozytywnym uderzeniem i w ten sympatyczny sposób powinnam zakończyć swoją przygodę z jeżdżeniem na przehajpowane muzyczne iwenty. Czyli nie mam planu na wakacje. Czas znaleźć sobie nową niszkę. Może to i fajnie. Yolo i spontan!

Gdyby ktoś był ciekawy to tutaj i tutaj(no wiecie co, poryczałam się czytając) są moje wakacyjne festiwalowe rozważania. Ale wiecie, są długie i rozemocjonowane, ostrzegam.

Całusy!

20140114

gdzie moje słońce?!

Prawdopodobnie powinnam zrobić ze swoim życiem coś logicznego. Przykładowo napisać jeden głupi esej, żeby poprawić to jedyne i żenujące 3.5, które dostałam w tym semestrze. Jednakże!


Mój umysł wygląda właśnie tak. Jest różowy jak wata cukrowa i brzmi jak niekończące się kalifornijskie lato. Odkąd wczoraj zobaczyłam śnieg za oknem, znów zaczęłam rozważać rzucenie wszystkiego w diabły i przeniesienie się za Ocean. Jednak dopóki siedzą we mnie jeszcze resztki zdrowego rozsądku nadziei na przyszłość, to może jednak wezmę się za coś.

Czy nie?

20140108

wrr/mrr

Nie, nie umarłam, choć los zaczął już śmiać mi się prosto w twarz. Już prawie jestem w stanie pokazać mu środkowy palec (ach, ile dobrego może sprawić kupno nowego różu!), ale na stuprocentowe ogarnięcie się jeszcze potrzebuję chwili. 

A na razie wybiegam w przyszłość i próbuję wróżyć (choć już kiedyś pokazałam, że marna ze mnie wróżka, o TU). NIECH TEN PAN PRZYJEDZIE. 

chce *-*

A tak w ogóle, to to jest jedna z tych piosenek, które zrobiły mi rok, o.

20140104

płytowo

Obiecałam podsumowania i rozkminy, więc zaczynamy. Na pierwszy ogień pójdą moje ulubione płyty z minionego roku. W kolejności prawie przypadkowej, bo jedna z nich odrobinę wybija się ponad stan i wzbudza moją przeogromną radość. Usiądźcie wygodnie, zaczynamy.

Rebeka - Hellada
Po pierwsze i najważniejsze, bo to właśnie jest płyta, którą w 2013 polubiłam najbardziej. Za co? Za piękne teksty i melodie, za pełen emocji wokal i za brak kompleksów. Za piękną oprawę graficzną i teledyski. Za żywiołowe koncerty i sukienki Iwony. Generalnie psychofanatyzm. 
Ulubione momenty: Sisters, Stars, Fail, Unconscious.

Misia Ff - Epka
To naprawdę jest epka, więc piosenek znajduje się na niej 6 plus jeden remiks i wersja singlowa. Ale i tak cały materiał zawładnął moim sercem na dłużej. I w ogóle mnie to nie dziwi. Delikatny głos Misi i melodie meandrujące gdzieś pomiędzy delikatną melancholią a tańcami. Bajka. I jeszcze Lust for life! 

Ul/Kr - Ament
W prawdzie po głębszych przemyśleniach to jednak debiut tego zespołu przypadł mi bardziej do gustu, jednak płyta numer dwa też zdążyła się już zadomowić na moim spotifajowym koncie. Hipnotyzujące dźwięki, pokręcone teksty i wszechobecna melancholia. Na długie zimowe wieczory i krótkie letnie noce. A koncert tych panów kończący tegorocznego Open'era - dla mnie bajka.
Ulubione momenty: AnonimMagia, Dzieci

M.I.A. - Matangi
Zupełnie nie wiem co napisać o tej płycie, bo ona podoba mi się tak po prostu. Bez zagłębiania się w filozofię, teksty, melodie, wspomnienia wakacji, itepe. M.I.A. lubiłam zawsze (a przynajmniej od momentu kiedy poznałam jej twórczość) za bezkompromisowość i szaloną mieszankę wszystkiego. Bo na jej płytach nie przeplatają się tylko gatunki muzyczne, ale i kolory, zapachy, emocje i wydarzenia nie do końca zgodne z prawem. Sama zaczynam się w tym już gubić, więc może po prostu powiem, że na tle poprzedniej płyty artystki, ta BŁYSZCZY. I może to mi wystarczy?
Ulubione momenty: Y.A.L.A., Bring The Noize, Know It Ain't Right

Atoms for Peace - Amok
Mało brakowało, a przeoczyłabym tę płytę. Odkąd to szwedzki serwis streamingowy rządzi moim życiem, nie słucham muzyki ze zbyt wielu innych źródeł. A skoro panowie z AfP postanowili nim pogardzić to jakoś tak mi się o nich zapomniało. Nie byle jaki wpływ na moje zapominanie miał też incydent z odwołaniem ich koncertu na Malcie w Poznaniu (rano, w dzień koncertu, w świat poszła informacja o jego odwołaniu. trochę to wszystko niefajnie wyszło). Ale nagle mi się przypomniało i muszę przyznać, że to naprawdę dobra płyta jest. Thom Yorke i elektronika, czego chcieć więcej?
Ulubione momenty: Default, Ingenue

Devendra Banhart - Mala
Moje odkrycie Open'era i wspomnienia nocy spędzonych ze Strzałami znikąd. Piosenki, które płyną i wprawiają w ruch kończyny. Pachną latem, wolnością i leniwymi popołudniami. Mimo upływającego czasu nie potrafię odkleić się od tej płyty, a język hiszpański znowu zaczął mi się podobać.
Ulubione momenty: Golden Girls, Fur Hildegard von Bingen, Mi Negrita, Taurobolium

James Blake - Overgrown
Tego pana zdecydowanie nie mogło tu zabraknąć. Jego drugi album po prostu ukradł mi serce i nadal je gdzieś trzyma. Nie dość, że jako płyta jest bardzo spójny, to jeszcze według mnie jest idealnie wyważonym miksem spokojnej twórczości Jamesa z debiutu, z tym co tworzył przed jego wydaniem. Znów idealny miks melancholii i tańców. A do tego wszystkiego jeszcze szwedzki koncert wbijający w podłogę i łamiący żebra. No taka miłość!
Ulubione momenty: Life Round Here, Retrograde, Voyeur, Our Love Comes Back

Tak wygląda moja szczęśliwa siódemka. Jestem ciekawa o ilu płytach zapomniałam i ile podobnych siódemek powinno jeszcze powstać. Okaże się. Jakby co to wszystkie piosenki są podlinkowane, więc jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać - polecam. A w następnym odcinku zapraszam na ulubione piosenki, bo przy okazji ulubionych albumów nie udało mi się ich o dziwo wyczerpać. To tymczasem! 

20140102

ociekam szczęściem.

Chociaż często złorzeczę i wylewam z siebie tony goryczy i jadu, to jednak cholerna ze mnie farciara. Mam jakieś szalone szczęście, że spotkałam w życiu właśnie takich, a nie innych ludzi. I za każdym razem kiedy czekam, aż moje kumpele w końcu się obudzą, kiedy staram się nie paść ze śmiechu widząc jak bardzo moi koledzy zafascynowani byli szminką, którą nieopatrznie zostawiłam w łazience i kiedy, po raz kolejny, mogę pośmiać się z Zary, nagle sobie o tym przypominam. I fajnie jest. 

Na Nowy Rok, podobnie jak na Święta, życzę Wam MIŁOŚCI. Ale tym razem jeszcze bardziej. Generalnie puszczam w Waszą stronę transfer dobroci, bo powoli przestaję sobie radzić z tym nadmiarem.

Na krótko po tym, jak włączyłam komputer na niebie pojawiły się ostatnie fajerwerkowe niedobitki. Chyba obwieściły zakończenie rozpoczęcia tego roku i to też chyba części mojego szczęścia - o przełomowej północy... hmmm... bawiłam się zbyt dobrze, żeby patrzeć w niebo i było mi dane zobaczyć tylko papierowe śmieci po nich, już rano :D

A teraz czas wziąć się do roboty.