20140227

problemy pierwszego świata

Może zapiszę się na hiszpański? W gimnazjum naprawdę chciałam to zrobić, miałam z Hiszpanią dobre wspomnienia, ale we Wło kursów nie było. Teraz jednak bardziej skłaniam się ku francuskiemu. Politechnika mnie kocha organizuje darmowe kursy, a mnie udało się na nie dostać. Pozostaje tylko kwestia dogrania terminów, bo plan zajęć mam taki, że nie pasuje mi dosłownie nic. Ale na razie jestem dobrej myśli. Czyli francuski? Tak naprawdę też nie do końca, bo ostatnimi czasy zakochana jestem w Szwecji, więc język Lykke Li leży mi najbardziej. Jedynym problemem są iście skandynawskie ceny kursów. 
Jednak najbardziej rozsądnym wyborem byłby niemiecki. Trochę go znam a i należę do wąskiego grona germanofilów, więc być może powinnam zainteresować się doszkoleniem języka naszych zachodnich sąsiadów. 
Mogłabym się doktoryzować w wymyślaniu sobie sztucznych problemów. Bo rozsądek podpowiada niemiecki, ale czy aby na pewno ucząc się, będę realizować swoje pasje.

Stare Miasto, nie mylić z Głównym Miastem, czyli zupełnie randomowa fotka

W filmie o facecie, który (nie)był potrzebny od zaraz, to zdanie pada co najmniej dwa razy. Wy, młodzi, nic nie musicie. No tak, przecież mamy wszystko i świat stoi przed nami otworem. 

I trochę tak jest. Trochę? Nawet bardzo! Chcę studiować za granicą? Proszę bardzo, uczelnie tego świata stoją przed nami otworem, a dla mniej odważnych program Erazmus proponuje zagraniczną przygodę przez semestr bądź dwa. Wystarczy znać język (czasem wystarczy tylko angielski i to na nikłym poziomie) i, niestety, worek pieniędzy. Ale można.
Jeżeli zagranica to także wyjazdy. Żyjemy w epoce strefy Schengen (miłości moja), tanich lotów i coach surfingu, więc w czym problem? Weekend w Rzymie, Madrycie, czy Sztokholmie - jedziemy. Podróżowanie nigdy nie było prostsze. 
Zakupy? Nie ma problemu. Dziś każdy mieszkaniec, nawet najbardziej oddalonej od świata wioski może być stylowy i na czasie. Przy okazji może zamówić zakupy ze spożywczaka przez internet, książki z drugiego końca świata i płyty o nakładzie tak małym, że dystrybucja odbywa się tylko drogą internetową, gdzieś spod biurka jej uduchowionego twórcy.
No i Internet. Mamy go i wykorzystujemy. Siedzimy na fejsie, blogujemy, wrzucamy filmy na youtube. W jednej chwili można wykreować zupełnie nowy świat, stać się gwiazdą przestrzeni wirtualnej, zmienić swoje życie. Ale można też w taki zwykły sposób komunikować się ze znajomymi i rodziną, zarządzać sprawami uczelnianymi, bankowymi i zakupowymi. Prosto spod kołdry we własnym łóżku.

Pewnie dlatego starsze pokolenie widzi nasz świat jako coś niesamowicie prostego i na wyciągnięcie ręki. Tyle tylko, że, jak to mówią, trawa jest zawsze zieleńsza tam, gdzie nas (ich) nie ma.

A nasze życie wcale proste nie jest. Z resztą sami wiecie.
____________________________________________________________

No i dupa, żadnego języka francuskiego nie będzie. A na dodatek mam jeszcze jeden hardkorowy wykład w plecy. Więc jestem raczej wściekła.


Dobrze, że chociaż Bina przypomniała mi o pewnych piosenkach. Dzięki!

20140226

z nikim się nie dzielę

Dobry ten nowy Rojek.


Nie rozumiem tylko tendencji do zabijania bohaterów teledysków. Ja wiem, że śmierć (i seks) sprzedają wszystko, tylko czy to naprawdę jest konieczne? Jest tyle sposobów na pokazanie życiowego nieszczęścia, no! 
Ale zdjęcia bardzo ładne, a kolory jeszcze ładniejsze.

20140224

małe przyjemności i reszta

Najbardziej lubię siedzieć w domu z kotem. Futrzak budzi się zawsze wtedy kiedy schodzę na dół i sama zaczynam żyć. Siadam na kanapie, włączam telewizor i jem śniadanie, a Kot mości się na mnie. Razem oglądamy programy śniadaniowe, ambitne programy na MTV i filmy. Mruczymy.

Uwielbiam zdzierać folię z nowej płyty, otwierać ją, oglądać, studiować książeczkę. Zawsze czytam całą, wszystkie podziękowania, informacje o twórcach, instrumentach, studiach nagraniowych. Uwielbiam moment, kiedy płyta wjeżdża do odtwarzacza i jej dźwięki płyną po raz pierwszy. Najlepiej w pustym mieszkaniu, kiedy nikt nie jest w stanie przerwać mi mojej przyjemności.

Cudowne jest otwieranie książki po raz pierwszy. Kiedy pachnie jeszcze farbą drukarską i czasem przesuwając dłonią po stronie, da się wyczuć druk. Cudowne jest odgięcie okładki, takie, które zmienia jej kształt już na zawsze. I to zatapianie się w tekście, utrata poczucia czasu i rzeczywistości.

Ogromną przyjemność sprawia mi położenie się do łóżka po ciężkim dniu. Kiedy moja przyciężka kołdra powoli opada na ciało i rozgrzewa się do mojej temperatury. Chłodna pościel staje się najlepszą przyjaciółką, kochankiem. Tych kilka chwil przed zaśnięciem potrafi wynagrodzić cały ciężki dzień.

Kocham wsiadać w tramwaj i jechać przed siebie. Przesiadać się z autobusu do autobusu. Krążyć bez celu. Czasem cały proces podróżowania jest dla mnie przyjemniejszy nić sam cel podróży. 

Lubię włóczyć się nocami po mieście. Czasami ogarnia mnie strach, kiedy słyszę kroki za swoimi plecami, jednak żółte światło ulicznych lamp i prawie wymarłe uliczki pociągają mnie bardziej niż mogłyby przerażać.

Uwielbiam gapić się na morze.

instaSopot

Teraz siedzę w nowym (za krótkim) łóżku. Płyty, książki i ubrania leżą upchnięte w nowych (za małych)szafkach, na nowym biurku już jest bałagan. Świat powoli budzi się do życia, ktoś z mieszkania wyszedł na zajęcia o 7.00. Ósma też zdążyła wyjść w trakcie mojego powolnego pisania.
Jeszcze wczoraj byłam najzwyczajniej przerażona. Jestem zdecydowanie aspołeczna, a i współlokatorów jak na razie mam dwóch, więc zdążyłam zamienić z nimi tylko kilka zdań w przelocie. Nie znam nikogo, mieszkanie błaga o sprzątanie, dzieje się chaos i przerażająca cisza. Na raz. Jednak teraz jest już trochę lepiej. Oddycham.

Nic więc dziwnego, że uciekam. Korzystam z pierwszych tak ciepłych dni w roku i znikam na całe dnie.

20140222

takiego chłopaka

W środę byłam u dziadków. Opowiedziałam im co u mnie, pooglądałam Olimpiadę, ktoś w końcu zainteresował się moim dyplomem no i dostałam obiad. Wygadałam moją siostrę i to, że ma chłopaka. Usłyszałam też klasyczne pytanie o mojego chłopaka (my name is Vaio. Sony Vaio) i radę, że przecież teraz jest czas na facetów i że rodzice to się poznali na studiach. 

Dziś poszłam do kina. Facet (nie) potrzebny od zaraz. Dwie starzejące się nastolaty (a tak dokładniej - trzydziestki) biegają po Warszawie, piją, bawią się i próbują odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jedna z nich nie radzi sobie ze związkami. Po drodze mają poważny kryzys przyjaźni, a demony z przeszłości dają o sobie znać. A wszystko oklejone jest hipsterskimi świetnymi piosenkami zespołów, które chcą powtórzyć sukces Brodki (te pokreślone rzeczy usłyszałam w jakiejś wspaniałej recenzji filmu. recenzja generalnie była zła, ale jakby kwestia filmu mnie nie dotyka - nie znam się na tym i już. ale jeżeli chodzi o muzykę, to typ generalnie przegiął i pokazał jak bardzo nie zna się na temacie. link zgubiłam, ale będę szukać). 

Ten opis nie brzmi chyba zbyt dobrze, a i sam film najlepszy nie jest (choć w porównaniu z polskimi komediami, które widziałam to pewnie zasługuje na pochwały), jednak przesiedziałam seans płacząc ze śmiechu. Chyba za dużo siebie zobaczyłam na ekranie. Wiecznie zapracowaną dziewczynę, z najlepszą przyjaciółką u boku, która nie chce być sama. Wszystko doprawione alkoholem, mrożoną kawą, modnym mieszkaniem z mebelkami z lat 70. po rodzicach i ciuchami Pan Tu Nie Stał

Sporo w tym wszystkim jednego wielkiego nie chcę tak żyć. Bo co to za życie? Sama, z trzydziestką na karku, z pracą zamiast własnej rodziny. Ale z drugiej strony nic nie cenię sobie bardziej ponad niezależność (której pełnię osiągnąć wkrótce zamierzam). I to, że w każdej chwili będę mogła stwierdzić "wyjeżdżam" i spełniam swoje marzenia. Tak, jestem częścią pokolenia egoistów. 

Aha, zapomniałabym. Jest też SZTUKA. W filmie. Czego chcieć więcej?

20140219

fakt - gratis

Do siedmiu dziwnych faktów o mnie, o których nie mieliście pojęcia powinien dołączyć jeszcze jeden. Wkurza mnie jak mam bałagan w płytach. Tak jak dzisiaj, wczoraj i przez najbliższy tydzień też. 

W związku z przeprowadzką (i tym, że teraz leżę w domu i radośnie wypełniam swój brzuch dobrymi rzeczami) cały mój dobytek wylądował w kartonach w starym mieszkaniu i postoi tak do przyszłej soboty/niedzieli kiedy zwinę się z domu i razem z Tatą przeprowadzimy operację Zmiana Lokalu. Do tego czasu jakoś muszę żyć z faktem, że moje rzeczy bez czci i wiary wrzucone zostały do kartonów.
Ale zaraz. Przecież do ubrań większego szacunku nie mam (aż do momentu, kiedy w mojej szafie zawisną najświeższe kolekcje Proezny Schouler albo Burberry), notatki sobie poradzą, a książki zawsze leżą w nieładzie tu i tam. Więc mogą też w kartonie. 

Najgorzej jest z tymi płytami. Bo nie ma na tym świeci nic, co byłoby dla mnie większą przyjemnością niż ich kupowanie, rozpakowywanie, odtwarzanie po raz pierwszy, oglądanie pudełka i studiowanie książeczki, wkładanie pudełka na jego miejsce, bo przecież wszystko musi być zgodnie z kolejnością alfabetyczną....
No chyba troszeczkę odjechałam. Tak czy inaczej: nieporządek w płytach = chaos i nieszczęście. 
Teraz moje płyty leżą wciśnięte w małą metalową walizkę, a ich żywot zabezpieczony jest dwiema koszulkami, które nadają się już tylko na piżamy. Musicie mi wierzyć na słowo, że w związku z tym przeżywam prawdziwe katusze. 

Szczęśliwie już za tydzień będę je mogła znów ułożyć w walizce, elegancko i alfabetycznie, a później wyciągnę tę najulubieńszą i razem spędzimy pierwszy wieczór w nowym pokoju.

Miłej niedzieli ^^

20140217

dzień kota!

kot frasobliwy, intelektualista

Z okazji Dnia Kota, wszystkiego najlepszego dla wszystkich Futrzaków i ich Służby Ludzi!

A tak przy okazji: jeżeli zastanawiacie się nad przygarnięciem kociaka czy psa, rozważcie wzięcie zwierzaka ze schroniska. Mój kot mieszka z nami już ponad 11 lat, adoptowaliśmy go, kiedy miał 6 miesięcy. I wiecie co? To najwspanialszy zwierzak pod słońcem. Może i rozpieszczony, ale nasz i myślę, że jest naprawdę wdzięczny za to, że mieszka z nami. Bo miał ogromne szczęście. Dostał miłość, ciepło i zawsze pełną miskę. Być może zwykłe dachowce (choć monsieur S. to ponoć kot rasy europejskiej) nie są tak piękne i ozdobne jak kociska rasowe, jednak założę się, że kochać potrafią dużo lepiej i ich kocia wdzięczność jest ogromna. Choć okazywana na wyjątkowy koci sposób :)

20140216

iza! iza! iza!

Jeżeli pamiętacie moje pokoncertowe wpisy dotyczące Panów na K, to możecie domyślić się co chcę napisać, jeszcze na gorąco. (TU i TU trochę, żeby przybliżyć niewiedzącym, a TU jest nawet próba logicznego opisu i krytyki. WOW. ale jeżeli w ogóle się o nią pokuszę - to jutro). No to lecimy.

Ona jest taaaaaaka kooooochanaaaa!

fotki z postu na post są coraz bardziej FENOMENALNE

Iza Lach, bo o niej mowa, zagrała dziś w Sopot i to naprawdę był świetny koncert. Dziewczyna śpiewa świetnie, twórczość ma niebanalną, ale jednocześnie bardzo prostą w odbiorze no i kontakt z publicznością potrafi załapać świetny. Strasznie podobało mi się również samo ułożenie koncertu. Na początku pojawiły się piosenki nowe, czasami zupełnie nowiuteńkie - mam wrażenie, że na takie zagranie nie decyduje się właściwie nikt. Plejlista wygląda zazwyczaj tak, że piosenki mniej popularne lądują pomiędzy hitami, a jeżeli pojawia się nowość, to już po tym jak publiczność zostanie rozgrzana do temperatury panującej w Kairze. Mniej więcej. Przełamanie schematu - jak najbardziej na plus. No i dwa bisy były!
Iza jest obecnie w mikro-trasie, w najbliższym czasie możecie złapać ją jeszcze w Krakowie i w Łodzi. Polecam :D

A jeżeli jesteśmy już przy polecaniu - Mewa Towarzyska, esc poleca. Świetna muzyka, Perła Winter, biegający po parkiecie yeti i cała masa dziwnych ludzi. Stroje jak najbardziej niezobowiązujące. 

A już zupełnie na koniec, mała plejlista, bo bardzo mam ochotę podzielić się z Wami tym wieczorem.
/UWAGA, tańce/
raz///dwa///trzy

20140215

same problemy!

Przewalam ciuchy jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Ale jeżeli już zaczęłam to robić, oznacza to jedno. WYCHODZĘ WIECZOREM. Okej, aż tak to dziwne nie jest, bo czasami mi się zdarza wyjść, jednak do miejsc, w których bycie w swetrze i spodniach nie jest źle widziane. A musicie wiedzieć, że ja bardzo lubię swetry. I bluzy dresowe.

a oto moja w połowie opróżniona szafa, w wersji zblurowanej (nie do końca wiem dlaczego, uznałam jednak, że uraczę Was taką foteczką)

Na co dzień żyję w trybie "wstań, przeżyj, zapierdzielaj do później nocy, połóż się spać na pięć godzin". Taki tryb sprawia, że rano, delikatnie rzecz ujmując, nie mam ochoty zbyt długo zastanawiać się nad własnym wyglądem. Więc dla własnego bezpieczeństwa dokładnie segreguje rzeczy czyste i brudne, a zestaw do makijażu zawsze leży na wierzchu. I jakoś mi to wystarcza, choć czyni to ze mnie jedną z mniej dziewczyńskich dziewczyn jakie znam. Ale nie przeszkadza mi to za bardzo, szczególnie, że w chwilach wyspania potrafię znoszone dżinsy zamienić na krótką sukienkę. I równowaga w kosmosie zachowana. 

Czasami jednak przychodzi taki moment, kiedy muszę się ubrać. Zazwyczaj następuje w Sylwestra, biegam wtedy po sklepach, szukam sukienki, a później zakładam ją raz w życiu. No może jeszcze z jeden i to by było na tyle. Dobrze, że przynajmniej biżuterię udaje mi się zawsze pożyczyć. Wszystko po to, żeby usłyszeć (albo i nie), że ładnie wyglądam i żeby poczuć się jak prawdziwa dziewczyna. Przez pierwsze półtorej godziny imprezy, bo potem ważne stają się zupełnie inne rzeczy. Gdybyście pytali, w sukience możecie mnie zobaczyć również w: Wigilię, Wielkanoc, moje urodziny, urodziny mojej siostry i czasem w lecie, jeśli mi odbije. No i od wielkiego dzwonu: przy okazji egzaminu inżynierskiego. Ale załóżmy, że na te wszystkie okazje sukienki się znajdą: mam kilka wystarczająco poważnych ale i niezobowiązujących za razem. Czyli nawet sobie radzę. Jeżeli nie zawsze, to przynajmniej od jednego kryzysu do drugiego.

Kryzys jest wtedy, kiedy ze świetnie ubraną koleżanką wybieram się na koncert w jednym z modnych klubów. Bo z jednej strony... Czyż nie ma lepszego sposobu na powiedzenie światu tak bardzo nie interesuje mnie wasze zdanie na mój temat niż przyjście w stroju, który określić można jako co najmniej luzacki? Chyba nic. I jeszcze ta świadomość, że rodzice nie wypuścili by mnie z domu, gdyby widzieli, że chcę iść na imprezę w dżinsach. 
Z drugiej jednak wiem, że przy niej będę wyglądać jak strach na wróble (jeszcze te moje patykowate rączki!), no i świetnie wyglądających dziewczyn będzie tam naprawdę multum. Tak już mam, że zazwyczaj się nie przejmuję, ale jak już się przejmę, to nie ma zmiłuj, nawet tak głupia rzecz jak ubrania, może zepsuć mi humor. Więc zupełnie nie wiem co mam robić, a do rozwiązania problemu zostało mi już mniej niż 10 godzin.

Był to wpis z serii: co robi esc, kiedy nie studiuje i nagle nie ma problemów. (wymyśla je sobie)

20140214

spokój

W moim wypadku chyba nie ma lepszego miejsca na szybki reset i złapanie dystansu. Uwielbiam wycieczki do Gdyni. Od Gdańska Głównego jedzie się dokładnie 34 minuty - ani długo, ani krótko, koszt wycieczki to zawrotne 2,79 w jedną stronę. I kiedy już przejedzie się te 21 kilometrów, odkrywa się zupełnie inny świat. To właśnie jedna z niewielu fajnych rzeczy w Trójmieście - wsiadasz w kolejkę w historycznym Gdańsku, który wrzeszczy do ciebie o swojej historii z każdego miejsca, a wysiadasz w cały czas "nowej" Gdyni. Krótki spacer z modernizmem, Delicje, ptaszyska, wiatr i już możesz zachwycić się morzem zatoką. Wszystkie złe myśli odpuszczają i ustępują miejsce letnim wspomnieniom. I fajnie jest, nawet jeśli wszyscy Twoi znajomi postanowili zrobić sobie ferie i spaceruje się samemu.


Tak z okazji Walentynek: wszystkim tym, którzy zdecydują się świętować - Wam życzę udanego wieczoru, gdziekolwiek postanowicie go spędzić. Co do reszty (w tym mnie): miłego dnia jak co dzień ^^
Wow, zrobiłam z guglami czekoladki, O, TU.



A tak poza tym: MO NA FREE FROMIE! Huraaaaaaa!
czyli coś się w końcu zaczyna układać.
///
mam gdzie mieszkać!
///
i jeszcze z okazji walentynek - najnudniejszego dnia pod słońcem, napisałam posty na 4 kolejne dni. wow!

20140213

radio

Perturbacje z mieszkaniem - ciąg dalszy.

Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak świat jest po prostu porąbany. Wczoraj myślałam, że mam gdzie mieszkać? Zabawne. Pochwaliłam się chyba odrobinę zbyt szybko, bo jeszcze zanim przeczytałam z Tatą umowę. Przyznam, że w życiu nie spodziewałam się takich dziwnych zapisów. 

Bo z umowy wynika, że tak po prostu nie mam prawa mieć gości. Jeżeli nie uzyskam pisemnego pozwolenia właściciela, a zostanę "przyłapana" - stówka kary. Moje rzeczy mogą przebywać tylko w moim pokoju. Prawdopodobnie sprawa nie dotyczy jedzenia z lodówki, ale co z moją kurtką, czy zimowymi buciorami? Pod łóżkiem mam je trzymać? Nie wiem, idźmy dalej. Wszelkie płatności rachunków mają być opłacane dokładnie w terminie, na tydzień od otrzymania rachunków. Każdy dzień zwłoki to naliczane odsetki. W drugą jednak stronę jest trochę inaczej - na zwrot zapłaconej kaucji właściciel ma 30 dni. Najemca musi się też pisemnie zobowiązać do dokonywania wszystkich bieżących napraw - wywaliło mi światło w pokoju? - powodzenia dziewczyno! Zapis dotyczy również malowania ścian, na dobrą sprawę w każdej chwili ktoś może przyjść i kazać mi malować, bo tak. Problem jest także z wypowiedzeniem umowy. Jasne, mogę zostać wywalona, jednak gdyby mnie coś w życiu nie wyszło - mogę się wyprowadzić tylko i wyłącznie, jeżeli na swoje miejsce znajdę kogoś innego i ten ktoś podpisze równie restrykcyjną umowę. Bardzo podoba mi się też zapis o tym, że z roku na rok opłaty będą rosły w związku z rosnącą inflacją, a to o ile opłata wzrośnie wskaże nam nie kto inny a sam Prezes GUS. No wiecie co.

Dziwnych zapisów jest jeszcze więcej, a ja przyznam, że nigdy nie widziałam tak restrykcyjnej umowy. Rozumiem, że ludzie chcą się zabezpieczać, bo czasy mamy niepewne, kryzysy, inflacje, wojny i zmiany klimatyczne. A tutaj mieszkanie po remoncie, wszystko nowiutkie i nierozpakowane jeszcze z folii. Świetna lokalizacja, samo centrum miasta, wszędzie blisko. Jednak w pełni zrozumiałabym, gdybym podpisywała umowę z szarym człowiekiem, który dzięki biznesowi z mieszkaniem może wieść w miarę godne życie, stać go na wakacje i ładną torebkę dla żony, albo dokłada rodzicom do emerytury. Ludzie ratują się jak mogą. 
Gorzej się jednak robi, kiedy mieszkanie wynajmuje się od firmy, która czerpie zyski z wynajmu. Zwyczajnie robi biznes z tego, że rzuca wysokie ceny. A ludzie zawsze się znajdą. 

No właśnie, bo po drugiej stronie zawsze jest też ten mały i naiwny najemca, który godzi się na zbyt wiele. Jak przypartym do ściany trzeba być, żeby podpisywać umowę nie do rozwiązania (za całkiem spore pieniądze, tak na marginesie), albo godzić się na mieszkanie przez trzy lata bez pralki (za pieniądze dużo mniejsze, z pralnią kawał drogi od mieszkania)? Dlaczego ludzie wynajmują brudne i stare mieszkania, nadające się jedynie do remontu? 

Świat jest strasznie skomplikowany.

A poza tym, dziś jest dzień radia, więc kontynuuję pomysł Trójki i na początek tej godziny - piosenka z radiem w tytule. Miłego dnia (no chyba że jesteś właścicielem mieszkania na wynajem, który żeruje na ludziach, w takim wypadku - zgiń w piekle)



20140212

zmiana, zmiana

Pierwszy skok w nieznane przerażał, bez wątpienia. Ale jednocześnie niósł ze sobą obietnicę czegoś nowego i ekscytującego. Drugi był z przymusu i przyszedł odrobinę łatwiej niż trzeci. Czwarty był kubłem zimnej wody, a piąty sam jakoś przyszedł. A za szóstym razem byłam już zupełnie sama. Bez doradców, bez ekscytacji i bez jakichkolwiek złudzeń.

Dziś usłyszałam, że mam nie jojczeć i nie histeryzować. W końcu w przeprowadzkach jestem już doświadczona i powinnam gładko przejść przez jej wszystkie etapy. Jednak okazało się, że szukanie mieszkania to wcale nie jest tak prosta sprawa, jak mogło się do tej pory wydawać. Obejrzałam w prawdzie tylko cztery pokoje, jednak przekrój przez stan lokali i ich cenę może przyprawić o ból głowy. Bo z jednej strony trafiłam w miłe miejsca, blisko uczelni i tuż po remoncie. Na drugim końcu skali pojawiły się mieszkania stare, zarwane tapczany i pralki, które wcale nie są standardowymi elementami wyposażenia (tak, w pewnym mieszkaniu pralki po prostu nie było). To, w jak różny sposób ludzie postrzegają studenckie warunki jest tak różne, że nadawałoby się na niezłą pracę dyplomową. 

Przeprawa przez ogłoszenia i rozbijanie kolan skończyło się dziś - w przyszły weekend zamieniam moje obecne 18 m kw na klitkę mniejszą niż moja obecna łazienka. Widok na pół Gdańska zamienię na głośną Grunwaldzką, jednak na uczelnie będę miała trzy kroki. Wszędzie będę miała trzy kroki. Ostatnio dotarło do mnie, że to jednak jest zaleta.

Naprawdę nie wiem, czemu akurat ta przeprowadzka przyprawiła mnie o taką histerię.

No dobra, przecież doskonale wiem. Być może mam nadopiekuńczych rodziców i powinnam była bardziej i szybciej się usamodzielnić, ale do tej pory zawsze uczestniczyli w wybieraniu mieszkania. Oglądali razem ze mną i pomagali w decyzji. Zadawali właścicielom pytania, o których ja zapominałam i potrafili określić, czy do danego pokoju mój dobytek się zmieści, czy nie. Całe to wybieranie lokum wychodziło nam raz lepiej, raz gorzej, jednak zawsze dało się żyć i dłuższą chwilę udawało mi się mieszkać. A nawet jeśli było źle, to winnych było trochę więcej niż tylko ja. Bo teraz będę mogła obwiniać tylko siebie. 

To chyba jest to słynne dorosłe życie i odpowiedzialność za własne czyny. Coraz bardziej dociera do mnie, że za półtora roku moje radosne studiowanie po prostu się zakończy. A już za rok powinnam mieć pracę i początek życia na własną rękę. I, co dziwne, wcale mnie to nie przeraża. Raczej smuci. 



Jest jeden plus dzisiejszego dnia. Właścicielka lokum numer dwa przekonała mnie dziś, że uprawnienia warto zrobić. Choćby nie wiem co. Pewnie nawet nie jest tego świadoma, ale trochę ulepszyła mi życie. Dzięki! (choć mogła zejść z ceny, miałabym większy pokój i jeszcze lepsze życie...)

20140211

love letters

To jak uwielbiam ten zespół i jego abstrakcyjne dość poczucie humoru i estetyki, jest nie do opisania. Dlatego nie będę opisywać, a zostawię Was jedynie z zupełnie świeżym teledyskiem Metronomy. Bardzo liczę na to, że w lecie uda mi się ich gdzieś złapać na żywo. 

tak sobie właśnie pomyślałam, że bardzo walentynkowy ten tytuł postu i piosenki. O IRONIO

A tak poza tym. Zupełnie straciłam wenę na pisanie, choć chwilowo mam czas. Od dzisiaj jestem wolnym człowiekiem, który skończył studia i złożył portfolio, żeby dostać się na drugi stopień. Czyli mam prawie dwa tygodnie wolnego. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że w międzyczasie muszę znaleźć nowe mieszkanie. Niby wkrótce opuszczę piątą miejscówkę i powinnam być już doświadczona w zmienianiu lokum, a jednak tym razem idzie bardzo źle. A nawet gorzej. 

I jeszcze rozbiłam kolano.