20140215

same problemy!

Przewalam ciuchy jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Ale jeżeli już zaczęłam to robić, oznacza to jedno. WYCHODZĘ WIECZOREM. Okej, aż tak to dziwne nie jest, bo czasami mi się zdarza wyjść, jednak do miejsc, w których bycie w swetrze i spodniach nie jest źle widziane. A musicie wiedzieć, że ja bardzo lubię swetry. I bluzy dresowe.

a oto moja w połowie opróżniona szafa, w wersji zblurowanej (nie do końca wiem dlaczego, uznałam jednak, że uraczę Was taką foteczką)

Na co dzień żyję w trybie "wstań, przeżyj, zapierdzielaj do później nocy, połóż się spać na pięć godzin". Taki tryb sprawia, że rano, delikatnie rzecz ujmując, nie mam ochoty zbyt długo zastanawiać się nad własnym wyglądem. Więc dla własnego bezpieczeństwa dokładnie segreguje rzeczy czyste i brudne, a zestaw do makijażu zawsze leży na wierzchu. I jakoś mi to wystarcza, choć czyni to ze mnie jedną z mniej dziewczyńskich dziewczyn jakie znam. Ale nie przeszkadza mi to za bardzo, szczególnie, że w chwilach wyspania potrafię znoszone dżinsy zamienić na krótką sukienkę. I równowaga w kosmosie zachowana. 

Czasami jednak przychodzi taki moment, kiedy muszę się ubrać. Zazwyczaj następuje w Sylwestra, biegam wtedy po sklepach, szukam sukienki, a później zakładam ją raz w życiu. No może jeszcze z jeden i to by było na tyle. Dobrze, że przynajmniej biżuterię udaje mi się zawsze pożyczyć. Wszystko po to, żeby usłyszeć (albo i nie), że ładnie wyglądam i żeby poczuć się jak prawdziwa dziewczyna. Przez pierwsze półtorej godziny imprezy, bo potem ważne stają się zupełnie inne rzeczy. Gdybyście pytali, w sukience możecie mnie zobaczyć również w: Wigilię, Wielkanoc, moje urodziny, urodziny mojej siostry i czasem w lecie, jeśli mi odbije. No i od wielkiego dzwonu: przy okazji egzaminu inżynierskiego. Ale załóżmy, że na te wszystkie okazje sukienki się znajdą: mam kilka wystarczająco poważnych ale i niezobowiązujących za razem. Czyli nawet sobie radzę. Jeżeli nie zawsze, to przynajmniej od jednego kryzysu do drugiego.

Kryzys jest wtedy, kiedy ze świetnie ubraną koleżanką wybieram się na koncert w jednym z modnych klubów. Bo z jednej strony... Czyż nie ma lepszego sposobu na powiedzenie światu tak bardzo nie interesuje mnie wasze zdanie na mój temat niż przyjście w stroju, który określić można jako co najmniej luzacki? Chyba nic. I jeszcze ta świadomość, że rodzice nie wypuścili by mnie z domu, gdyby widzieli, że chcę iść na imprezę w dżinsach. 
Z drugiej jednak wiem, że przy niej będę wyglądać jak strach na wróble (jeszcze te moje patykowate rączki!), no i świetnie wyglądających dziewczyn będzie tam naprawdę multum. Tak już mam, że zazwyczaj się nie przejmuję, ale jak już się przejmę, to nie ma zmiłuj, nawet tak głupia rzecz jak ubrania, może zepsuć mi humor. Więc zupełnie nie wiem co mam robić, a do rozwiązania problemu zostało mi już mniej niż 10 godzin.

Był to wpis z serii: co robi esc, kiedy nie studiuje i nagle nie ma problemów. (wymyśla je sobie)

8 komentarzy:

  1. Dla odmiany, u mnie rzadko goszczą spodnie :P Wynika to w dużej mierze z tego, ze bardzo ciężko jest mi kupić takie, które są dobre, bez mankamentów. Jestem chyba jakaś niewymiarowa, ale wiecznie trafiam na jeansy za niskie, za krótkie, za duże w biodrach, przy jednoczesnym obciskaniu ud i potem od pasku się tak niefajnie zwijają ://

    Może musisz wtedy gdy masz czas na zakupy, od razu wyposażyć swoją szafę w takie zestawy na wyjścia, ładne i na luzie. Bo przecież na koncercie nic nie może Ci przeszkadzać :)

    Iza Lach kojarzy mi się z zamiłowaniem do sweterków :P Udanego koncertu! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czasem to mam wrażenie, że spodnie i cała reszta ubrań, szyta jest na jakiś wirtualnych-nierealnych ludzi, bo żeby trafić na coś pasującego, naprawdę trzeba się postarać. szczęśliwie ja jakiś czas temu odkryłam, że spodnie z haemu nawet na mnie pasują. nawet, bo ja mam wieczny problem z długością

      czas przeznaczony na zakupy zawsze potrafię wykorzystać lepiej, stąd chyba cały mój problem. ja zwyczajnie nie lubię kupować ciuchów i biegać po sklepach :D

      dzięki!

      Usuń
  2. oj tam, olej to jak wyglądasz, skup się na tym jak się czujesz ;)) jesli dobrze ci w dresie - to super, jeśli nie - też dobrze, ubierz cos innego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zawsze piszczę, że nie mam się w co ubrać, a później idę właśnie w tym, w czym czuję się najlepiej. i niewiele razy żałowałam :)

      Usuń
  3. Chyba każdy miewa takie momenty...O, ja nie, bo ciuchów mam niewiele i zazwyczaj na konkretne okazje na oślep łapię dyżurny strój z szafy.
    Towarzystwo innych, którzy w Twojej opinii będą lepiej ubrani, może denerwować, ale...ja założyłabym to, w czym czuję się dobrze, i zarazem odpowiednio do okazji.
    Napisz potem, jak było!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. skończyłam w ulubionych spodniach, butach i czarnej koszulce. czyli nie było najgorzej :)
      a było naprawdę ekstra♥

      Usuń
  4. Moja szafa to same koszule w kratę (plus kilka swetrów i szara bluza, którą na pewno za często noszę). Rano chwytam półprzytomna pierwszą lepszą koszulę i czarne rurki. Do tego pół litra kawy w kubku termicznym i mam nadzieję, że nikt nie zauważy mojego niewyspania. Czasami mam przebłysk świadomości i wtedy tez wywalam całą szafę (tzn. nie mam szafy, tylko wieszak na kółkach) i staram się jakoś lepiej ubrać.
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uwieeeelbiam koszule w kratę! przebłyski świadomości, to jest to :D

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)