20140320

dobrobyt

Stajemy się krajem pierwszego świata, pierwszą gębą. I nie, nie tylko dlatego, że mieliśmy Euro, coraz więcej świata ogarnia, że w Warszawie nie hula wiatr, śnieg i niedźwiedzie polarne, światowe marki do nas dotarły, generalnie całe zepsucie zachodu na dobre rozgościło się w naszych jakże gościnnych progach. Ale nie może być za słodko. Będę narzekać. 

Jeszcze kilka lat temu ulubionym zajęciem pewnego pana było nadrabianie [koncertowych] zaległości. Więc co roku w Gdyni pojawiały się wielkie gwiazdy, które często nigdy wcześniej nie gościły w Polsce. I tak na przykład udało mi się nadrobić dwa z najważniejszych britpopowych zespołów (czytaj Pulp i Blur). Do pewnego momentu Open'er był jedyną tak dobrze wyrobioną marką, która dawała radę przyciągać największych. I to było naprawdę cudowne. Karnet można było kupować w ciemno i liczyć się z tym, że ogłoszenia przyprawią o ból głowy z ekscytacji (no wiecie, Blur!!!!) i pozostawią konkurencję daleko w tyle. Ale świat poszedł na przód. Rozwój, panie!

Już w zeszłym roku zaczęło robić się gorąco. Open'er nadal pozostawał w czele stawki, jednak pozostałym rodzimym festiwalom znudziło się odgrywanie młodszej i brzydszej siostry. Wszystkie ruszyły do ataku. 
I tak: już w maju lekką ręką wydałam 140 (a to był chyba najtańszy bilet jaki kupiłam) peelenów na jeden dzień festiwalu Free Form - Woodkid i Azealia Banks. Na Orange pojawiła się Beyonce. Mówcie co chcecie, ale ja ją uwielbiam. Szczęśliwie termin wypadał gdzieś w środku sesji a i bilety wyszły w kilka dni, więc przynajmniej na niej zaoszczędziłam (ale do dziś żałuję). Chwilę później supergrupa Atoms For Peace miała wystąpić w Poznaniu na festiwalu Malta, jednak rano w dzień koncertu, został on tak po prostu odwołany. Moi znajomi mimo mojej chwilowej biedy bilety kupili i pewnie do końca życia będę im wypominać, że koncert odwołano, żeby ich pokarać, bo jechać beze mnie chcieli. Później był Open'er. Po nim musiałam odchorować i odpracować co swoje, jednak kiedy już udało mi się uwolnić od pracy (bo od choroby niestety nie) - spakowałam walizkę i ruszyłam na Offa. Z Katowic pojechałam w prawdzie od Wiednia, jednak w drodze powrotnej zahaczyłam o jeden dzień krakowskiego Coke Life Music Festival. Na tym moje wojaże koncertowe się zakończyły, jednak na początku września rozpaczałam, że zamiast bawić się w Warszawie (James Blake!) przerzucam się właśnie z Domu do Gdańska. O wszystkich innych festiwalach, na które nie pojechałam z różnych przyczyn (od nie mam czasu, aż po Castle Party LOL, z całym szacunkiem do imprezy, która jest zdecydowanie nie dla mnie) może lepiej mówić nie będę.
W tym roku wielkie ogłaszanie powoli się rozkręca, nadal pozostaje wiele niewiadomych, a ja już wiem, że chciałabym być wszędzie. I jak żyć? No jak?

Festiwale festiwalami, a kluby nie pozostają wcale w tyle. Jesienno-zimowo-wiosenne trasy koncertowe zagranicznych artystów coraz częściej zahaczają o nas i coraz częściej koncerty odbywają się nie tylko w Warszawie (choć w 95% nie w Gdańsku, spoko). Nie trzeba już czekać przez cały rok na zobaczenie swoich ulubionych zespołów, co generalnie cieszy. (Ale pamiętajcie, snobizm na polską muzykę jest DOBRY i polecam wdrożenie go w życie, najlepiej jak najszybciej.)

Czyli co, trzeba się cieszyć, XXI wiek na całego. 

Ale ja sobie ponarzekam. Bo przyzwyczaiłam się, że wydając parę stówek raz w roku jestem w stanie zobaczyć wszystko. No ale się skończyło. Teraz trzeba dysponować taczką banknotów i nieskończonym wolnym czasem. Nie pogardziłabym też zmieniaczem czasu Hermiony, bo przecież część imprez (nie mówiąc już o samych koncertach w ramach jednego festiwalu) tak paskudnie się pokrywa.

No cóż. Złym ludziom nigdy nie dogodzisz. Jak za mało - źle. Za dużo - jeszcze gorzej. Ja w dalszym ciągu słucham nieszczęsnej Lykke i rozpaczam nad jej przyjazdem do Gdyni (bo musicie wiedzieć, że wykminiłam teorię spiskową, że jej występ będzie o 20. uwierzcie mi - to bardzo źle. BARDZO). I pewnie pochlipię jeszcze chwilę, skoro sama o smutku śpiewa w sumie tak dobrze.


A schodząc na ziemię - chyba czas wyluzować. I złapać gdzieś zespół, o którym obiecałam sobie, że nie będę pisać, dopóki nie wydadzą zapowiadanej EPki. Mam tylko nadzieję, że nie będę zmuszona zamilknąć na wieki, bo nowe piosenki powstały, ale nic nie zmierza w kierunku ich opublikowania. A koncerty zostały zamienione na sety djskie (w najbliższym czasie dwa. brawo).

No to luzuję.

Ale może jest jakieś ale? O tym w następnym odcinku ;)

6 komentarzy:

  1. Jeśli ludziom trzeba taczki banknotów i ustrojstwa Hermiony, znaczy, że jest pierwszy świat :)
    PS. Ja nie mogę odżałować Woodkida, na którym mnie nie było. Smutek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nic straconego, Woodkid jakoś wkrótce będzie we Wrocławiu. pokombinuj, bo warto ^^

      Usuń
  2. Ja już się robię zrzędliwa i ciężko mnie zadowolić. Co roku jeżdżę na OFFa a w tym się nad tym zastanawiam. Choć bardzo chcę zobaczyć Belle and Sebastian <3 Szczerze jeszcze nie wiem jak postąpię :/ co do innych festiwali to nie są na moją kieszeń :P Mam tylko wąskie grono artystów za których dużo bym zapłaciła ale większość z nich widziałam już lub nie żyją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też zaczynam zrzędzić i już nic mi nie dogadza, widać kryzys średniego wieku średniego. u mnie grono tych, których zobaczyć MUSZĘ też powoli się bardzo zawęża. szczęśliwie (przynajmniej w teorii) powinni jeszcze trochę pożyć, to może kiedyś się uda :)

      Usuń
  3. Łee, to nie tylko z koncertami tak jest, jak piszesz, chociaż pamiętam, że miałam chyba w zeszłym roku taki okres, że chciałam iść na kilka koncertów takich, co bilet +300zł, wszystkie w ciągu trzech miesięcy bodajże. W końcu bilet kupiłam na jeden, a potem sprzedałam, nie poszłam na żaden z wymarzonych koncertów, chociaż było mi głupio wyciągać kasę od rodziców nie dość że na podbój świata, czyli zwiedzanie i jeszcze na koncerty...
    Ale szukaj plusów, coraz więcej jednak dobrych muzyków do nas przyjeżdża, więc serio powinniśmy się cieszyć, że ludzie sobie o Polsce przypomnieli (lub dowiedzieli się, że to nie część Rosji :D). Chociaż Francuzi, którzy przyjechali na wymianę do naszej szkoły, pytali najpierw, czy tu jest kanalizacja, dostęp do bieżącej wody, wtf?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja zawsze miałam taką zasadę, że wszelkie festiwalowe wojaże finansowałam z całorocznych zbiórek (urodziny, imieniny, boże narodzenie, okazjonalne masztu2dyszki, itepe) i jakoś się udawało, choć w tym roku jakaś bieda nastała, bo wydałam sporo na książki :D
      a z tymi francuzami to jakiś większy problem, moja przyjaciółka właśnie gości dwie, które do niedawna uważały, że czechosłowacja nadal istnieje. i to naprawdę nie jest najbardziej zaskakująca rzecz mówiąca o ich stanie wiedzy

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)