20140427

ciężko być artystą

Zawsze mi się wydawało, że od pracy artysty nie ma nic prostszego. Machnie taki dziełko dziennie, sprzeda do jakiejś galerii, przy okazji wywoła jakiś skandal i sława gotowa. A wraz z nią splendor, pieniądze i własne hasło na Wikipedii. Nic, tylko studiować artystyczne kierunki, a później zostawać malarzem, rzeźbiarzem, czy performerem. A to taka wielka pomyłka.

OTO MOJA SZTUKA! Liczę głównie na to, że pozwoli mi zaliczyć przedmiot

Dwie godziny temu miałam zacząć. Ale tłumaczenie opisów programowych moich czeskich przedmiotów trochę się przedłużyło więc i rozpoczęcie komponowania również. Bo musicie wiedzieć, że od tego semestru uczelnia raczy mnie jakże fantastycznym przedmiotem, jakim jest kompozycja. Okej, tak na serio to przedmiot jest fajny i czekałam na niego niemalże od początku studiów. Zajęcia podzielne są na cztery bloki, w trakcie których wykonujemy cztery prace, co więcej - każda kolejna wynika z poprzednich. Najpierw powstawała kompozycja w czerni i bieli. Z niej wynika praca strukturalna, następna jest kompozycja w kolorze i na koniec, najbardziej abstrakcyjna, rzeźba. I choć pozornie wydaje się, że daleko architektonicznym mozolnym pracom do lekkiego tworzenia sztuki, to według mnie granica między sztuką a archi nie jest wcale taka ostra. Nie wierzycie? Pogadamy, kiedy przyjdzie Wam zakomponować eleganckie i harmonijne elewacje. No właśnie.

Więc nie dość, że lubię ten przedmiot, to jeszcze jest potrzebny. Sukces? Nie sądzę. Bo od dwóch godzin zastanawiam się jak przenieść te płaskie czarne i białe paski na strukturę, jak nadać im trzeci wymiar. Próbuję wejść w głowę artysty-wykładowcy i odgadnąć jak zawładnę jego duszą i umysłem, żeby nie kazał mi już nic poprawiać i pozwolił w spokoju wykonać dużą pracę (bo na razie tworzę szkic, nie ma lekko!). No i, jak się pewnie domyślacie, zupełnie mi nie idzie. Cierpię niesamowite katusze patrząc i nie wiedząc. Prawdziwy koszmar. Artyści to jednak nie mają lekko.

A pocieszenie jest TU.

20140424

no fajnie

Trwało to raptem dwa dni, a ja już wpadłam w wir pracoholizmu. Wstaję około ósmej, biegnę na uczelnię, wracam do mieszkania na obiad, a później wracam na wykłady. I tak udało mi się w środę spędzić na niej urocze 8 godzin, a dzisiaj było to zawrotne 12. Jutro znów ograniczę się do ośmiu, a o sobocie cały czas myślę. 

Ja po prostu potrzebuję kopa do pracy i zwizualizowania sobie konkretnego celu. Wtedy wiem, że codziennie mam zabrać laptopa i wykorzystywać każdą możliwą chwilę na wytężoną pracę. Wiem, że muszę iść spać o 23.30, bo wtedy istnieją jakiekolwiek szanse na to, że zwlokę się o tej siódmej czy ósmej (a uwierzcie mi, dla kogoś, kto już drugi semestr pod rząd ma zajęcia tylko na popołudnie TO JEST PROBLEM)

I wiecie co jest śmieszne. Ja odczuwam jakieś dziwne szczęście. Jest trudne do uchwycenia, bo siedząc na uczelni, wśród tłumu ludzi, który non stop się przekrzykuje trudno się skupić, trudno też nie denerwować się, czekając w niekończącej się kolejce do wykładowcy, który i tak Cię oleję. To ten rodzaj szczęścia, który czujesz kładąc się wieczorem do łóżka z poczuciem zrobienia czego, co przybliża Cię do celu. Czegoś co naprawdę ma jakiś sens, głębszy niż tylko zdobycie kolorowego papierka w okładce. Kurcze, fajnie jest.

mam nadzieję, że pracoholizm nie skończy się wraz z przybyciem weekendu. a to jest Flora w wersji, którą kocham najbardziej, czas biegania boso po łące, z rozwianym włosem, zbliża się nieubłaganie!♥

20140421

przesilenie?

Siedzę w moim zielonym pokoju, sączę powolutku świeży sok z pomarańczy (chwała Lidlowi i pomarańczom za 1.99/kg!) i waham się czy lepiej czytać Proces, czy może jednak Życie między budynkami. Koniec końców nie czytam chwilowo nic, bo jednak postanowiłam uwiecznić tę chwilę na kartach mojego wirtualnego pamiętnika. Owszem, mam większe zmartwienia, ale żadne z nich nie dotyczy czegokolwiek co znajdowałoby się poza czubkiem mojego nosa. Ot, kolejny dzień z życia typowej przedstawicielki pokolenia Y. 

W tym samym czasie, raptem kilka kilometrów od miejsca, w którym obecnie wygodnie siedzę, rozgrywają się poważne dramaty dorosłych ludzi. Zupełnie nie wiem, kiedy zgubiłam moment, w którym moi znajomi nagle się zestarzeli. Zaczyna się praca na cały etat, całkiem na poważnie, w zawodzie, który ma być tym docelowym. Męskie przyjaźnie pękają, bo każdy chce już mieszkać na swoim. Stare miłości próbują znów zaistnieć, nawet jeśli jedna ze stron ten etap życia ma już dawno za sobą. Pierwszy ślub mam już chyba też za sobą (okej, to syn znajomych moich rodziców, dość dalekich i to na tyle, że o wszystkim dowiaduję się z plotek, ale jednak). Kolejne dalsze grono planuje wielkie uroczystości z białą kiecką w roli głównej w lecie. A jeszcze inni zostali właśnie postawieni przed faktem dokonanym i już za dziewięć miesięcy zmierzą się z czymś o wiele poważniejszym niż ślub. 

Idzie przesilenie. To chyba już ten moment, kiedy każdy pójdzie w swoją stronę, a spotykać się w większym gronie będziemy na zjazdach absolwentów. Średnio co dziesięć lat. Przybędzie nam siwych włosów i kilogramów. I to nie tylko tych widocznych. Najgorsze będą skumulowane te wszystkie niewykorzystane szanse i niezrealizowane marzenia. I widok tych, którzy potrafili pójść o krok dalej i osiągnąć dużo więcej.

W tym wszystkim ja rzucam się na erazmusowy semestr, coraz częściej mam ochotę lecieć na imprezę i zupełnie przestało mi zależeć na byciu wzorową obywatelką. Wybaczcie, ale nie chcę skończyć tak jak oni. Późno to do mnie dotarło, ale cieszę się, że w końcu już wiem, że to moje życie i nie zamierzam go spieprzyć. Ahoj przygodo!

nie potrafię powiedzieć dlaczego słuchamy dziś deltów. tak po prostu

20140417

czwartek!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

No to się doczekałam. Jest czwartek, godzina zero minęła. No to najpierw obrazek wprowadzający w temat. Jest różowy, czarny i złoty na raz - czyli samo dobro. Zarzuca też niezwykle banalnym hasłem - łaj nat. Oto i on:


Cudnie.

To przejdźmy do rzeczy.
Ekhm.

JADĘĘĘ DOOOO PRAAAAAAAGIIIIIIIIII!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

I wcale nie tak na chwilę, bo na praskiej polibudzie zamierzam spędzić semestr. Na studiowaniu i nie tylko. Właściwie to cały czas nic nie jest pewne na sto pro i zanim naprawdę wyjadę, muszę ogarnąć tonę papierów i, co najgorsze, zaliczyć semestr już w czerwcu. Ale dla chcącego nic trudnego, prawda?
W takim razie trzymajcie kciuki, zaczynam prawdziwy maraton z makietami, wydrukami i prezentacjami. 


w muzycznym tygodniu czas na Damona. ta piosenka może niekoniecznie oddaje mój obecny nastrój, ale czyż nie jest cudowna?

20140416

obiadu nie będzie

Ekhm, no to leci wywód mieszkaniowy, bardzo długi i

W życiu każdego człowieka są takie momenty, kiedy po wejściu do kuchni ma ochotę umrzeć. Zazwyczaj dzieje się tak po niezwykle udanych imprezach, kiedy zlew jest zapchany brudnymi naczyniami do granic możliwości, a drugie tyle wala się po mieszkaniu, śmieci są wszędzie, resztki jedzenia również, a w gratisie, pod stołem, leży kolega kolegi koleżanki, który z niewiadomych przyczyn postanowił spędzić noc właśnie w tym miejscu. Sprzątanie po takich iwentach jest zazwyczaj jeszcze dłuższe niż moje poprzednie zdanie, jednak daje się jakoś przełknąć. No była impreza. No dobra była. No zdarza się.
Zdarza się też, że katastrofa potrafi uderzyć dosłownie znikąd i świadczyć może jedynie o wyjątkowej perfidii sprzętów domowych. Bo jak inaczej wytłumaczyć drzwiczki piekarnika rozbite w drobny mak? Może dodam, że z drzwiczkami nic się nie działo, aż do momentu kiedy opuściliśmy mieszkanie na dobre 12 godzin i owszem, impreza była, ale nie w mieszkaniu z piekarnikiem. Pękł pewnie z tęsknoty. I takie rzeczy też się zdarzają. I też jestem w stanie je przełknąć i zabrać się za sprzątanie. 
Trzeba wspomnieć też o tym, że dać popalić potrafią też koty, które z niewyjaśnionych przyczyn rozwijają ręczniki papierowe, tłuką wazony i talerze oraz wszędzie gubią futro, ale i rodzina, która wychodząc rano pozostawia kuchnię w takim stanie jakby przetoczyła się przez nią co najmniej trzydziestoosobowa wycieczka. Ale nawet wtedy podciągam rękawy i biorę się do dzieła. 

O perturbacjach związanych z wynajmowanymi mieszkaniami i zaskakującymi umowami pisałam w lutym. O tu. Miałam potrzebę, to ponarzekałam sobie na wymogi właścicieli mieszkań i to jaki biznes mogą rozkręcić. To wtedy, dość rozsądnie, Sawatka zauważyła, że diabeł siedzi też w mieszkańcach, którzy często potrafią niszczyć co się tylko da. Nie moje, więc nie szanuję, nie sprzątam bo i tak za chwilę się stąd wyprowadzę. Niby wiedziałam, że potrafią się zdarzyć lokatorzy z piekła rodem, którzy nie dbają o nic poza czubkiem własnego nosa, ale w całej swojej naiwności nigdy nie dopuszczałam do świadomości faktu, że mogę takich spotkać. No i spotkałam.

Dobrze nie działo się już od samego początku. Wprowadziłam się jako trzecia i już po dwóch lokatorach spotkałam niezły bałagan. Brudną kuchnię i łazienkę, wołające o pomstę do nieba podłogi w korytarzu. Ale przecież każdy ma gorszy dzień, prawda? Naczynia ze zlewu szybko zniknęły, pojawiali się za to kolejni lokatorzy. No i robiło się coraz gorzej. Grupowo uzgodniliśmy grafik, wydrukowałam go nawet osobiście i powiesiłam na lodówce. Łał łał, udało się. No i wtedy tak naprawdę się zaczęło. Osoby, które sprzątać według grafika powinny stwierdziły, że one z kuchni nie korzystają, a w ogóle to każdy powinien posprzątać po sobie (przeczytajcie to sobie głosem obrażonej pannicy z pierwszego roku studiów, która jest pierwszym pokoleniem miastowych w swojej rodzinie i nos zadziera wyżej niż latają myśliwce) JA SPRZĄTAŁA WASZEGO BRUDU NIE BĘDĘ. Bo śmietnik to ja mam u siebie w pokoju, lodówkę też mam swoją, a w ogóle to ja tutaj nie jadam, bo pracuję w barze. (A to głosem równie pierwszorocznego chłopca, którego współlokator zawalił pół lodówki przetworami przywiezionymi z domu) Obecnie więc sprawa wygląda tak, że zlewu już nie widać spod góry naczyń (nalewanie wody do czajnika - czelendż życia), a nierdzewność stali, z której wykonana jest kuchenka, jest wystawiana na poważną próbę, pod toną czyjegoś obiadu sprzed paru tygodni. 

Ja wiem, że ludzie mają lepsze zajęcie niż ciągłe sprzątanie i dezynfekowanie przestrzeni, w której żyją. Mnie też jest daleko do bycia pedantką i przyjście do mnie z niezapowiedzianą wizytą często kończy się wielkim wstydem i jeszcze większym zamiataniem wszystkich śmieci pod łóżko (chwilowo na mojej podłodze wala się tona kartonu, papier ścierny, lustrzana folia, nożyki, nożyczki, kleje i inne cuda, pozdro makieta na kompozycję). Jednak istnieje subtelna różnica pomiędzy bałaganem, z którym musisz zmagać się osobiście we własnym prywatnym pokoju, a tym który zostawiasz w przestrzeni wspólnej. Może tylko ja tak mam, ale skrajnie frustruje mnie sytuacja, kiedy wracam cholernie głodna z uczelni i nie mam w czym ugotować obiadu. Przecież to logiczne, wszystkie garnki, talerze i sztućce leżą tam gdzie ich miejsce - w zlewie. Zostawienie zmywania na później jest naprawdę kuszące, kiedy tuż obok czeka ciepły i pachnący posiłek, ale z drugiej strony czy ktoś inny nie wpadnie w taką samą frustrację jaką ja przeżywałam jeszcze 5 minut temu?

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Skoro mi przeszkadza, to czemu nie posprzątam? Cały czas zadaję sobie to pytanie i próbuję jednak trochę ogarniać. Przed każdym posiłkiem wycieram blat (a przy okazji ścianę i lodówkę, to trudne do uwierzenia, ale one dzień w dzień są czymś zachlapane), zdejmuję suche naczynia z suszarki no i przede wszystkim nie pozostawiam po sobie bałaganu. Zdarza mi się też umyć garnek po kimś jeżeli go potrzebuję. I dla mnie to nie jest jakaś wielka rzecz, ale poczucie odwalania roboty za kogoś jest jednak odrobinę wkurzające. Szczerze wątpię za to, żeby w trakcie mojego tygodnia ktoś postanowił sprzątnąć cokolwiek za mnie. Niby nie brudzimy specjalnie, bo ktoś posprząta, ale pewnie możecie sobie wyobrazić jak sprawa wygląda.

Wczoraj rano kuchenka przywitała mnie dziurami w miejscach, gdzie powinny być palniki. Przewybornie, prawda? Obiadu nie było, ciekawe co przyniesie dzisiejszy wieczór.


a potańczmy sobie dzisiaj trochę w tym piosenkowym tygodniu. nie wiem jak wy, ale dziś na zajęcia idę tanecznym krokiem
*SUNSUNSUNSUNSUNSUNSUNSUNSUN*

20140415

lista zadań i chwila refleksji

Dziś słuchamy Sohna i zastanawiamy się, dlaczego ktoś wyniósł wszystkie palniki z kuchni. Pochylamy się nad ludzką naturą i jej niechęcią do sprzątania. Kalkulujemy ile pieniędzy dziennie możemy wydać, żeby starczyło jeszcze na powrót do domu i modlimy się o powrót palników, bo kasy na obiad na mieście już przecież nie ma. Poświęcamy też chwilę ciszy na załamanie się moją przypadkową nieodpornością na sytuacje skrajnie stresowe i modlimy się o łagodne przejście przez stresujący czwartek. W końcu - piszemy posta o niczym, bo właściwie ze stresu nie możemy się skupić nad zrobieniem czegokolwiek innego. 

modern walczyk. chciałabym, by okazało się, że jak zwykle narobiłam wiele krzyku o nic i wszystko poszło gładko. czekanie dawno nie było tak trudne

20140414

książki, czyli post którego nie ma

Dziś pan Springer pisze o problemie składowania książek. O tu. I ma rację. E-booki łatwiej wcisnąć w kieszeń, czy położyć na półeczce i do małego cacka dorzucać coraz to nowe tytuły. Ale mnie one jakoś do siebie nie przekonują, szczególnie, że ostatnio czytuję albo rzeczy świetnie wydane (Karakter!!!!!!!), albo takie, które e-bookiem raczej się nie staną. W tym gronie zdecydowanie brakuje powieści, które byłyby jedyną rzeczą akceptowalną przeze mnie w formie niepapierowej. Lubię z resztą cały ten rytuał nowej książki, odgięcie okładki, szukanie odpowiedniej zakładki, robienie notatek na marginesie (swoją drogą, książka, którą czytam obecnie, chyba była pomyślana jako taka, przy której trzeba coś notować non stop, szerokie marginesy♥). Lubię czuć jej ciężar kiedy trzymam ją na kolanach. I to jak wygląda na półce. 

No właśnie - półce. Ostatnio coraz większa część mojej głowy zaprzątnieta jest myślami o moim własnym przyszłym mieszkaniu. Lament na temat obecnego pokoju pozostawię na później, bo to zdecydowanie rzecz na dłuższy post, jedno jest jednak pewne - ciasne ale własne będzie miało naprawdę rekordową liczbę półek na książki, żebym wszystkie je mogła pomieścić i żadna nie czuła się pokrzywdzona. 

Tak, zupełnie miałam nie pisać co najmniej do czwartku, dlatego udajmy, że nic tu nie widziałeś i tylko w dalszym ciągu słuchasz Flory, bo tak Cię wciągnęła po ostatnim razie.


A tak jeszcze na zupełnym marginesie, moje chciejstwa na czas najbliższy, czyli Szumin i pan Walter. Jeżeli szukacie świetnych książek wydanych w cudowny sposób, to polecam właśnie to wydawnictwo. No i często mają promocje :) Czekam bardziej niż na Gwiazdkę, naprawdę.

20140413

przed rokiem

Doskonale pamiętam moje postanowienie sprzed ponad roku. A dokładniej to sprzed roku i trzech dni. Co i jak postanowiłam? Po tym jak zobaczyłam na fejsie zdjęcie moich kolegów po przebiegnięciu Orlen Warsaw Marathonu stwierdziłam, że za rok biegnę z nimi. No no. Zgadnijcie jak potoczyła się historia.
Tak, siedzę dziś przed komputerem w Gdańsku i próbuję ruszyć z projektem (czy my mamy już połowę semestru? niemożliwe!). A w ciągu dnia zamiast biegać - poszłam zjeść czekoladowe ciastko. Dumna to ja z siebie nie jestem. 

A tak poza tym? Obudziłam się z letargu, krzyknęłam -jolo- i postanowiłam zmieniać swoje życie. Szkoda tylko, że już jakby za późno na takie zrywy (przynajmniej pod tym jednym względem). Wszystko okaże się w czwartek. Jeżeli po tym dniu w ogóle się nie odezwę - wyślijcie do mnie brygadę ratunkową, żeby poskładała moje połamane serce. 

Tak zupełnie nie wiem co ja robię z życiem. Inżynierka przeleciała i nagle dotarło do mnie, że za chwilę zacznie się reszta mojego życia. A studia nie dały mi zupełnie nic. Zupełnie. Zaczynając od wiedzy, kończąc na przyjaciołach. Bo nie oszukujmy się - nikt z moich obecnych znajomych nie zadzwoni do mnie za 5 lat i nie pogada o aktualnościach, nie wpadnie na kawę i nie zrobi mi zakupów, kiedy mordercza grypa przykuje mnie do łóżka na dwa tygodnie. Być może też dlatego, że sama po skończeniu studiów ucieknę stąd jak tylko najdalej się da. 

Właściwie to nie mam ochoty pisać. Więc czekam na czwartek.

na dobranoc Flora jako przypomnienie, że niektóre rzeczy w życiu mi naprawdę wyszły. jak na przykład taka jedna, która nie chce iść do ślubu w gorsecie.
a tak swoją drogą, to zabawne, jak wspomnienie moich Florowych początków i tego teledysku na MTV2 (dziś Rocks) nadal we mnie siedzi.

a kontynuując wątek, po włączeniu płyty: może i jestem rozchwiana emocjonalnie, ale w jakiś sposób cudownie jest wrócić do momentu kiedy miałam 17 lat i nie udawałam absolutnie niczego. znów chcę taka być.

20140403

LUK$U$

(Ten post miał pojawić się 23 marca i nie wiem z jakich powodów cały czas tkwił w archiwum. Poudawajmy zatem, że przez chwilę znów jest trzeci dzień wiosny, a ja wcale nie jestem w trakcie przygotowań do kolejnej wycieczki do stolicy.)

Z okazji niedzieli i tego, że wczoraj miałam napad kujoństwa (ale spoko, już mi przeszło), dziś postanowiłam wypuścić się na jakiś dalszy spacer. Padło więc na eskaemkową podróż do Orłowa. A skoro pociąg to i dworzec, na którym zazwyczaj są kioski. I tak oto wydałam 11,90 w najbardziej idiotyczny sposób w jaki mogłam zrobić. Kupiłam kwietniowy numer Harper's Bazaar. Co gorsza - kupiłam już czwarty numer tego magazynu. 

Harper's Bazaar to najdłużej nieprzerwanie wychodzące pismo o modzie. Jego historia sięga 1867 roku, kiedy to bracia Harpers zaczęli wydawać pierwszy magazyn modowy w Stanach Zjednoczonych. Podejmując decyzję o stworzeniu pisma, pewnie nie mieli przeczucia jak bardzo zmienią świat. Wydając jeden, wydawałoby się, głupi magazyn. Zagłębianie się w jego historię, to trochę jak wędrówka aleją gwiazd. Spotykamy nie tylko pisarzy i fotografów, ale też wielkich ilustratorów, malarzy, filmowców czy muzyków. Nazwiska, które przemawiają do mojej wyobraźni najbardziej? Mark Twain, Salvador Dali i Andy Warhol. Mnie opada szczęka, bo, może przypomnę, cały czas mówimy o magazynie skierowanym do amerykańskich kobiet z klasy średniej i wyższej. Więc to wszystko robi wrażenie. Nic więc dziwnego, że każdy kraj chce mieć swojego "Harpersa" - do tej pory na świecie pojawiło się 27 edycji. 

okładka pierwszego numeru HB Polska

HB w Polsce ukazał się pierwszy raz 14 lutego 2013 (był jeszcze numer "zerowy" jednak nie dało się go kupić, więc nie liczymy). Numer marcowy, jeden z dwóch najważniejszych w roku. Na okładce Małgosia Bela, jedna z największych marek wśród naszych modelek. Wszystko wygląda pięknie, pachnie wielkim światem. Na kilka dni przed premierą mało kto w modowym internetowym światku mówi o czymkolwiek innym. Oczekiwania są ogromne, także moje. Więc kiedy w kalendarzu w końcu pojawia się magiczna data premiery, z racji braku jakichkolwiek innych rozrywek w Walentynki, biegnę do empiku (odbierałam wtedy też torebkę, kupę kasy za nią dałam, a zakup był niewiele lepszy niż nieszczęsny Harpers) i kupuję. 

Niewiele pamiętam z pierwszego spotkania. Widzę tylko siebie na przystanku autobusowym, słońce i to, jak podekscytowana wyciągam magazyn z torebki, bo przecież nie będę czekać z czytaniem, aż w końcu dotrę do mieszkania. Szybko kartkuję i przy ostatniej stronie moje wielkie podekscytowanie zamienia się w wielką konsternację. Nie wiem czemu, więc przekartkuję jeszcze raz.
Okej, jest sporo reklam, norma, ale część sama w sobie jest tak piękna (Valentino♥), że w sumie nie mam im tego za złe. Mało tekstu, dużo obrazków, wielki Bowie, artykuł o liftingu i zjawiskowa sesja z Małgosią Belą w środku. Później następuje nagle dużo tekstu, dwie sesje zdjęciowe, wielki Jakub Gierszał i szybkie podsumowanie trendów na nadchodzący sezon. Sesje zdjęciowe, kilka wywiadów, tekst urodowy, reklamy i masa zdjęć z pokazów. Nic nadzwyczajnego, podobny "program" znajdzie się i w Glamurach, Hot Modach i Szopingach czy innych Dżojach.

Ale zaraz zaraz. Chyba troszeczkę więcej oczekuje się od magazynu określanego jako najbardziej luksusowy przez Panią Redaktor Naczelną. List od niej w ogóle obfituje w pewne smaczki takie jak twierdzenie, że mają bliskie związki ze sztuką i kulturą - bo moda jest ich częścią. Podoba mi się też podkreślanie wyjątkowości tego numer, dla którego sesje zdjęciowe przygotowuje sama Carine Roitfeld. Choć najlepiej brzmi przedostatnie zdanie wstępniaka, w którym Naczelna wyraża nadzieję, że polski Harper's Bazaar kojarzył będzie się z klasą i kobiecością. Aha. No to jak jest?

Edyta Bartosiewicz, która wygląda jak nie ona. Jedna z niewielu nieprzedrukowanych okładek, a tak zła.

Zacznijmy od mody. No jest. Mamy listy rzeczy najbardziej pożądanych i tych, które na jakiś czas należy schować do szafy, są obowiązujące trendy i przegląd akcesoriów. Jest podglądanie mody z ulicy i wybiegów, a później tworzenie gotowych zestawów dla pani w każdym wieku (20-79, czyli faktycznie niemalże dla każdego). Jest pięć dużych sesji zdjęciowych, z czego dwie do wywiadów. Na koniec - raport z wybiegów na dobrych kilkunastu stronach, z którego niewiele wynika. 
Uroda. Podejrzyjmy jakich kosmetyków używają panie z telewizji i porozmawiajmy o liftingu. Detale z wybiegu też się zdarzyły. Nie za dużo tego.
Newsy aka kultura, moda i design. Artykuł z Davidem Bowiem w roli głównej, pani pisarka, wielka miłość państwa Iwaszkiewiczów. Krótkie wywiady z pomniejszymi znanymi z telewizji. Zdawkowe recenzje płyt i filmów, koncertowe polecajki i zapowiedzi wystaw tak małe, że trudno je dostrzec. I jeden fotel. Wychodzę z założenia, że jeżeli pisać - to porządnie. Taki format "byle było" najlepiej jednak sobie odpuścić, bo to tylko i wyłącznie śmieszne.
Do tego masa reklam. Wspomniane Valentino mnie kupuje, jednak po przyjrzeniu się, z resztą mam problem. Ogromny.

Mam wrażenie, że Harper's Bazaar wcale nie przybliża mi luksusu i nie sprawia, że moje życie jest lepsze. Wprost przeciwnie. Po dogłębnym obejrzeniu i przeczytaniu wszystkich stron magazynu, z których połowa krzyczy do mnie wysokimi cenami ubrań ładniejszych i brzydszych, poczułam w sobie deficyt luksusu. Ba, poczułam nawet, że ja do tego luksusu nigdy nie doskoczę, nawet w najśmielszych marzeniach. Czuję się bombardowana propozycjami, które podobno mają inspirować (i mogą, odkąd w sieciówkach często można znaleźć ubrania niemalże identyczne z tymi z wybiegów - pozdrawiamy Zarę i Haemy), a raczej wbijają w depresję. Nie zasłużyłam na to piękne wszystko. Podejrzewam, że kupowanie tego konkretnego miesięcznika powinno być według niektórych równoznaczne z wytatuowaniem sobie "luksusu" na czole. 
A czym luksus jest dla mnie skoro kręcę nosem mając przed sobą aż cztery numery prestiżowego pisma? Nie jest okładką, która musi kusić milionem zapowiedzi tego co jest w środku. Nie jest przeładowanymi stronami, gdzie szalony grafik łamał tekst na wszystkie możliwe sposoby i użył zbyt wielu fontów. Nie jest kolażem ze zdjęć, który zrobiłaby średnio uzdolniona pięciolatka. Luksus nie jest dla mnie wymianą szafy co pół roku, bo tak każe mi magazyn wydrukowany na śliskim papierze. 
Za luksus uważam za to chwilę wolnego czasu, kiedy mogę rzucić wszystko i zatopić się w lekturze gazety traktującej o temacie tak prozaicznym jak moda. Nie warto tracić go na pozycje przeciętne, szkoda, że nie wszyscy o tym wiedzą.

Aktualny numer, który przelał czarę goryczy. 

To gdzie ta klasa i kobiecość? Klasa - nie wiem co łączy ją z tym magazynem, ale raczej niewiele. Podobno z tą prawdziwą trzeba się urodzić i pielęgnować ją w sobie wiele lat, żeby naprawdę coś znaczyła. Ja cały czas jej w sobie szukam. A kobiecość? No cóż, po raz kolejny została sprowadzona do powierzchownego zainteresowania nowymi ciuchami i imponowania nimi koleżankom z korpopracy.

Zaległości są stąd, a ja sobie znowu ponarzekałam. Miłej niedzieli!

Pulitzer i pokojowy Nobel za podpisy pod zdjęciami, a wszystkie one są z fejsika HB Polska. 

20140402

samo zdrowie

Nie tolerujesz laktozy? Proszę, oto tabletki. Masz zjechaną wątrobę, po pięćdziesięciu latach jedzenia samego tłuszczu i picia alkoholu? Tableteczki. Nabawiłaś się zapalenia pęcherza i boli naprawdę mocno? Chcesz schudnąć po siedzeniu na tyłku przez całą zimę? Łamią ci się paznokcie i wypadają włosy? Wszystko Cię boli? Tabletki i kapsułki już czekają w aptece. I to bez recepty.

Za każdym razem, kiedy słyszę radiową reklamę nowego rewolucyjnego leku na ... dostaję mikro zawału serca. Ludzie naprawdę to kupują? Ja wiem, że do lekarza dostać się jest trudno. Co ja mówię, wizyta u specjalisty bywa arcytrudna i często kończy się opłaceniem badania prywatnego. Jakiś czas temu miałam spory problem, żeby dostać się do endokrynologa we Wło, a wczoraj w radiu usłyszałam, że czas oczekiwania na wizytę u państwowego ortodonty to raptem 4 lata (a później jeszcze dłuższe leczenie). A skoro do lekarza dostać się nie idzie, to ludzie radzą sobie jak mogą. Więc rodzi się potrzeba. Firmy farmaceutyczne opracowują coraz to nowe leki, które mają ratować nas przed wszelkim złem tego świata. I ludzie kupują. 

Nigdy nie miałam w ręku któregoś z tych magicznie działających specyfików, więc trochę to lament w próżnie. Nie wierzę jednak, że radosne samowolne łykanie tabletek na pęcherz, laktozę i czegoś na odchudzanie, nie pozostaje bez jakiegokolwiek wpływu na organizm. Pamiętam jak moi dziadkowie jeździli za Wisłę, do uzdrawiacza. Jego już dawno nie ma, ale tabletki z powodzeniem zastępują jego obecność. 




A tak poza tym to siema, znów mi się przypomniało, że mam bloga. Ostatnio ciężko mi się tu zaglądało - uczelnia już zaczęła urywać mi głowę, a i ja albo jeżdżę do domu, albo do Waw. I tak jakoś się zrobiło, że kwiecień, wiosna (zawrotne 6 stopni pokazuje mój termometr!) i tyle słońca w całym mieście. A ja rozbijam się w pustych pociągach.