20140416

obiadu nie będzie

Ekhm, no to leci wywód mieszkaniowy, bardzo długi i

W życiu każdego człowieka są takie momenty, kiedy po wejściu do kuchni ma ochotę umrzeć. Zazwyczaj dzieje się tak po niezwykle udanych imprezach, kiedy zlew jest zapchany brudnymi naczyniami do granic możliwości, a drugie tyle wala się po mieszkaniu, śmieci są wszędzie, resztki jedzenia również, a w gratisie, pod stołem, leży kolega kolegi koleżanki, który z niewiadomych przyczyn postanowił spędzić noc właśnie w tym miejscu. Sprzątanie po takich iwentach jest zazwyczaj jeszcze dłuższe niż moje poprzednie zdanie, jednak daje się jakoś przełknąć. No była impreza. No dobra była. No zdarza się.
Zdarza się też, że katastrofa potrafi uderzyć dosłownie znikąd i świadczyć może jedynie o wyjątkowej perfidii sprzętów domowych. Bo jak inaczej wytłumaczyć drzwiczki piekarnika rozbite w drobny mak? Może dodam, że z drzwiczkami nic się nie działo, aż do momentu kiedy opuściliśmy mieszkanie na dobre 12 godzin i owszem, impreza była, ale nie w mieszkaniu z piekarnikiem. Pękł pewnie z tęsknoty. I takie rzeczy też się zdarzają. I też jestem w stanie je przełknąć i zabrać się za sprzątanie. 
Trzeba wspomnieć też o tym, że dać popalić potrafią też koty, które z niewyjaśnionych przyczyn rozwijają ręczniki papierowe, tłuką wazony i talerze oraz wszędzie gubią futro, ale i rodzina, która wychodząc rano pozostawia kuchnię w takim stanie jakby przetoczyła się przez nią co najmniej trzydziestoosobowa wycieczka. Ale nawet wtedy podciągam rękawy i biorę się do dzieła. 

O perturbacjach związanych z wynajmowanymi mieszkaniami i zaskakującymi umowami pisałam w lutym. O tu. Miałam potrzebę, to ponarzekałam sobie na wymogi właścicieli mieszkań i to jaki biznes mogą rozkręcić. To wtedy, dość rozsądnie, Sawatka zauważyła, że diabeł siedzi też w mieszkańcach, którzy często potrafią niszczyć co się tylko da. Nie moje, więc nie szanuję, nie sprzątam bo i tak za chwilę się stąd wyprowadzę. Niby wiedziałam, że potrafią się zdarzyć lokatorzy z piekła rodem, którzy nie dbają o nic poza czubkiem własnego nosa, ale w całej swojej naiwności nigdy nie dopuszczałam do świadomości faktu, że mogę takich spotkać. No i spotkałam.

Dobrze nie działo się już od samego początku. Wprowadziłam się jako trzecia i już po dwóch lokatorach spotkałam niezły bałagan. Brudną kuchnię i łazienkę, wołające o pomstę do nieba podłogi w korytarzu. Ale przecież każdy ma gorszy dzień, prawda? Naczynia ze zlewu szybko zniknęły, pojawiali się za to kolejni lokatorzy. No i robiło się coraz gorzej. Grupowo uzgodniliśmy grafik, wydrukowałam go nawet osobiście i powiesiłam na lodówce. Łał łał, udało się. No i wtedy tak naprawdę się zaczęło. Osoby, które sprzątać według grafika powinny stwierdziły, że one z kuchni nie korzystają, a w ogóle to każdy powinien posprzątać po sobie (przeczytajcie to sobie głosem obrażonej pannicy z pierwszego roku studiów, która jest pierwszym pokoleniem miastowych w swojej rodzinie i nos zadziera wyżej niż latają myśliwce) JA SPRZĄTAŁA WASZEGO BRUDU NIE BĘDĘ. Bo śmietnik to ja mam u siebie w pokoju, lodówkę też mam swoją, a w ogóle to ja tutaj nie jadam, bo pracuję w barze. (A to głosem równie pierwszorocznego chłopca, którego współlokator zawalił pół lodówki przetworami przywiezionymi z domu) Obecnie więc sprawa wygląda tak, że zlewu już nie widać spod góry naczyń (nalewanie wody do czajnika - czelendż życia), a nierdzewność stali, z której wykonana jest kuchenka, jest wystawiana na poważną próbę, pod toną czyjegoś obiadu sprzed paru tygodni. 

Ja wiem, że ludzie mają lepsze zajęcie niż ciągłe sprzątanie i dezynfekowanie przestrzeni, w której żyją. Mnie też jest daleko do bycia pedantką i przyjście do mnie z niezapowiedzianą wizytą często kończy się wielkim wstydem i jeszcze większym zamiataniem wszystkich śmieci pod łóżko (chwilowo na mojej podłodze wala się tona kartonu, papier ścierny, lustrzana folia, nożyki, nożyczki, kleje i inne cuda, pozdro makieta na kompozycję). Jednak istnieje subtelna różnica pomiędzy bałaganem, z którym musisz zmagać się osobiście we własnym prywatnym pokoju, a tym który zostawiasz w przestrzeni wspólnej. Może tylko ja tak mam, ale skrajnie frustruje mnie sytuacja, kiedy wracam cholernie głodna z uczelni i nie mam w czym ugotować obiadu. Przecież to logiczne, wszystkie garnki, talerze i sztućce leżą tam gdzie ich miejsce - w zlewie. Zostawienie zmywania na później jest naprawdę kuszące, kiedy tuż obok czeka ciepły i pachnący posiłek, ale z drugiej strony czy ktoś inny nie wpadnie w taką samą frustrację jaką ja przeżywałam jeszcze 5 minut temu?

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Skoro mi przeszkadza, to czemu nie posprzątam? Cały czas zadaję sobie to pytanie i próbuję jednak trochę ogarniać. Przed każdym posiłkiem wycieram blat (a przy okazji ścianę i lodówkę, to trudne do uwierzenia, ale one dzień w dzień są czymś zachlapane), zdejmuję suche naczynia z suszarki no i przede wszystkim nie pozostawiam po sobie bałaganu. Zdarza mi się też umyć garnek po kimś jeżeli go potrzebuję. I dla mnie to nie jest jakaś wielka rzecz, ale poczucie odwalania roboty za kogoś jest jednak odrobinę wkurzające. Szczerze wątpię za to, żeby w trakcie mojego tygodnia ktoś postanowił sprzątnąć cokolwiek za mnie. Niby nie brudzimy specjalnie, bo ktoś posprząta, ale pewnie możecie sobie wyobrazić jak sprawa wygląda.

Wczoraj rano kuchenka przywitała mnie dziurami w miejscach, gdzie powinny być palniki. Przewybornie, prawda? Obiadu nie było, ciekawe co przyniesie dzisiejszy wieczór.


a potańczmy sobie dzisiaj trochę w tym piosenkowym tygodniu. nie wiem jak wy, ale dziś na zajęcia idę tanecznym krokiem
*SUNSUNSUNSUNSUNSUNSUNSUNSUN*

11 komentarzy:

  1. ja przed chwilą umyłam dwa kubki, żebyśmy mogli z MI wypić kawę. odmierzałam kawę garściami, bo nie mogłam znaleźć łyżeczki, cukier na oko, a zamieszałam nożem. ostatnim czystym. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. odkąd drugi dzień nie mam kuchenki, zrozumiałam, że życie bez czystych naczyń to jest nic i zmywanie po kimś tak właściwie strasznie mi nie przeszkadza. jak to codziennie uczę się czegoś nowego, no kurcze

      Usuń
  2. osłabiają mnie niektórzy ludzie -_- moja poprzednia współlokatora, oprócz zachować socjopatycznych, potrafiła nie być garów po tydzień a mieszkanie było jej! upominałam ją, bo cholera jak od tygodnia masz do dyspozycji jedną łyżkę i widelec ze swojego całego kompletu bo ktoś jest zajęty siedzeniem na fejsie i czytaniem poradników "jak zdobyć faceta" to ręce opadają . Wyprowadziłam się, nawet na koniec postraszyła mnie donosem na policję i nawet nie mam pomysłu co chciała tym osiągnąć :D
    to długa historia ... w każdym razie nie wiem skąd się biorą takie parapety i klamki zamiast ludzi. Najgorzej jak głupiemu się coś wydaje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oo, to mieszkałaś z jakąś krewną współlokatorki koleżanki mojej koleżanki chyba. mieszkanie jest tej współlokatorki właśnie, a sama brudzi niemiłosiernie i oczywiście winę zwala na koleżankę. ale tam układ chyba nie jest aż tak straszny skoro mieszkają razem już któryś rok z kolei. co kto lubi

      Usuń
  3. Czytając początek twojego wpisu uświadomiłam sobie, że muszę umyć naczynia w kuchni :) Na szczęście mam tylko jedną współlokatorkę. Nie mamy ustalonego grafiku sprzątania, a jednak jakoś przestrzeń wspólna jest czysta (z wyjątkiem dni przed kolokwium).
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nas jest ośmioro, więc bałagan robi się dosłownie w mgnieniu oka. no ale przecież nad wszystkim da się zapanować, wystarczy odrobina chęci i zorganizowania. no tak, szkoda, że nikt tu ich nie ma :P

      Usuń
  4. współczuję. mam nadzieję, że nie dojdzie do tego, że będziesz musiała nalewać wodę do czajnika z kranu, ale tego w łazience. zastanawia mnie, czy nie powinnaś jakoś tak zrobić, że też po sobie nie sprzątać, aby to w końcu Twoi współlokatorzy musieli coś umyć, bo inaczej będą głodni, gdyż nie będą mieli w czym zjeść.
    i jak teraz bez kuchenki? macie mikrofalówkę? xd
    + już przekonałam się, że kubek ze Starbucksa ma tylko napis, ale i tak go kocham, bo jednak ze zwykłym kubkiem na autobus nie pójdę, a z takim zamykanym już tak. a nie wiedziałam, że da się wyjąć tę kartkę, muszę przetestować xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w łazience nie da rady, bo kraniki w zlewikach są zbyt maciupkie. a w niesprzątanie po sobie nie wierzę (choć nawet moi rodzice stwierdzili, że mam to olać), jakoś źle by mi było ze sobą

      Usuń
    2. jeszcze możesz nalewać pod prysznicem! :D racja, olanie czasami też jest trudne.

      Usuń
  5. Ja nigdy nie zaznałam tego aspektu wspólnego życia: jakoś zawsze trafiali mi się wspaniali współlokatorzy :)
    Ale zawsze jest problem z lodówką: zawsze ktoś przynosi do niej coś, co śmierdzi. Wałówkę z tradycyjnego dania z Podkarpacia. Bardzo super zdrową rybę, która będzie "na jutro". Jakiś niepokojacy słodycz, który wygląda jak wymiociny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja z lodówką miałam tylko jeden problem, jak ktoś zostawił na dłuższy czas surowe mięso. wywaliłam w ostatnim momencie :D
      a wspaniałych współlokatorów zazdroszczę!

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)