20140529

tłit tłit


Twitter mnie skomplementował, przekażę rodzicom, że dali mi dobre imię i nazwisko. Bo wiecie. Wbrew pozorom nadal żyję, jednak na blogowanie zwyczajnie brakuje mi czasu. A skoro brakuje mi czasu, założyłam Twita, bo przecież tylko jego brakowało mi w życiu, prawda? Więc siedzę tutaj <otu>. Choć jeszcze w krew mi to nie weszło. Tak czy inaczej, zapraszam!

20140525

społeczeństwo jest niemiłe

Świat, który zobaczył Chleb oszalał. Jak można stworzyć coś takiego?! Co ta typiara w ogóle śpiewa, rozebrała choinkę i poszła po chleb. Anja Rubik! Jak można nasze dobro narodowe, świętość co najmniej, tak oszpecić, co ona tam robi, ile to dla kasy człowiek nie jest w stanie poświęcić?! Wielkie oburzenie, co to za shit, Polska przeprasza. I jeszcze jakaś wariatka z wadą wymowy. Mister D. na stos.


Michał Witkowski u Łukasza Jakóbiaka i "dlatego głosuję na Korwina". Nasrane we łbie, zagłada ludzkości, cosie, pedalskie wydanie głupiutkiej blondynki. No i baba z brodą. To już lepszy wywiad z Korwinem, odcinek zapowiadał się dobrze, ale jest do bani.


Trochę mnie to przeraża, bo poza polaczkowatą nietolerancją właściwie wszystkiego, wychodzi jedno wielkie nie czytam. I trochę mi smutno. Bo o ile dobrze kojarzę, to Masłowska i Witkowski należą do najświeższego pokolenia dość płodnych a i przystępnych pisarzy. To się po prostu dobrze czyta, po pierwsze. Zero przynudzania, zawiłych opisów przyrody i zbyt długich zdań. Era Nad Niemnem jest już dawno za nami. Po drugie obydwoje świetnie zamykają w poręcznym formacie obraz naszego społeczeństwa, jego dziwactwa, uprzedzenia i przyzwyczajenia. I chyba dlatego warto ich czytać. Taki to zapis naszych realiów, które za sto lat analizować będą dzieciaki w liceum, a polonistki będą załamywać ręce nad ich niewiedzą i nieprzygotowaniem do zajęć. I żeby wszystko było jasne. Nie zakładam, że każdy te książki polubi. Bo poza przystępnością i aktualnością cechują się też pewnym abstrakcyjnym podejściem i potocznym językiem. Jednak pewną wiedzę wypadałoby mieć, jak Masłowska to załamujemy ręce nad dresami, brakiem głębszych uczuć i polszczyzną, która czasami każe płakać. Z Witkowskim wkraczamy w świat ciot, lekomanii i Międzyzdrojów po sezonie. 

Czasem jednak warto coś przeczytać (a w wypadku Masłowskiej i obejrzeć - Wojna polsko-ruska w kinach była i widzieli ją prawdopodobnie wszyscy poza mną) i przez chwilę się chociaż nad tym zastanowić. Bo może rzucający bluzgami drech, babcia łasa na gwiazdorskie odwiedziny i wpadająca co i rusz w depresję dziewczyna nie są aż tak zabawni jak nam się na pierwszy rzut oka może wydawać. Przestają bawić, gdy zdajesz sobie sprawić, że drech zachowuje się zupełnie jak Twój chłopak/brat/najlepszy kumpel, babcia zbyt przypomina sąsiadkę góry, a pozbawione sensu życie z horoskopem w ręku do złudzenia przypomina... Twoje. Co z tego, że Masłowska popełnia kolejny autoplagiat, a ironia Witkowskiego poleciała zbyt daleko żebym nawet ja ją bez słowa zaakceptowała. Bo mimo wszystko obydwoje nadal wywołują te same emocje i pokazują jak bardzo mają rację obsmarowując społeczeństwo w swoich powieściach. 

Podsumowując, mamy jedną wielką ironię, kreację, abstrakcję i obśmianie nieciekawego świata. A jeżeli nie wiesz o co chodzi, to może się lepiej nie odzywaj.

Rzal i bul.


Na koniec posłuchajmy Króla. Grafomana i brzydala rozchwianego emocjonalnie. Generalnie polecam, piękna płyta i piękne koncerty. 


No wiecie co, mojego ulubionego A więc teraz nie ma na youtubie. Użytkownika spotifaja polecam, jest. 

Ja to w jakiejś dziwnej kulturze gustuję jednak.

A tak poza tym, na marginesie. Płaczę po Maćku i płaczę też nad sobą. Ogrom roboty i fakt, że muszę wszystko oddać w czerwcu, przeraża mnie tak bardzo, że nawet nie mogę pisać. Trochę pocieszające jest jednak, że to nie tylko ja, ogólny przedsesyjny zastój blogosfery już powoli daje się wyczuć. Wiem, że nie jestem sama i jest to strasznie fajne.
A tak poza tym to snobujmy się na polską literaturę. I muzykę ofkors /ale na język już nie, jak widać/. Choć ja wczoraj kupiłam niepolską płytę i nawet tego nie żałuję. No cóż, bywa.

20140512

pociąg po raz kolejny

Dzień dobry. Dziś jechałam najpiękniejszym pociągiem świata. Nie żartuję. 

Mój przedział wyglądał tak (poza tym zielonym światełeczkiem). A tutaj więcej pięknego pociągu!

Pewnie znacie te straszne momenty, kiedy jest poniedziałkowy ranek, a Wy musicie wstać z łóżka, dotoczyć się do pociągu i wrócić do studiowania. Co gorsza, w głowie siedzi Wam cały czas ten głupi sen, który akurat dzisiaj postanowił się przyczepić, latający paw i strasznie brzmiące zdanie "latający paw zwiastuje pecha" (choć moja mam zawsze twierdzi, że sny powinno tłumaczyć się na odwrót, wiecie ona jest etnografem, to pewnie wie. to tłumaczyłoby czemu mam tyle koszmarów i tyle szczęścia). Dodatkowo w domu atmosfera jest dość spięta, bo Młodsza zdaje dziś ultra ważną maturę (jak na razie twierdzi, że poszło dobrze, mimo tego co twierdzi Bina, to dumna z niej jestem!). Generalnie nie jest dobrze. No i idziecie na ten pociąg, wsiadacie, ludzi dużo i jeszcze jakaś stara cyganka, która całą drogę do Torunia nawija z jakimś facetem i obrabia tyłki wszystkim sąsiadom i sąsiadkom. Dobrze, że nie jechali do Bydgoszczy, tak. Bo potem była Brzydgoszcz moja ulubiona i godzinne siedzenie na peronie z KMagiem, którego obecny numer całkiem mnie zaskoczył (ostatnimi czasy ich eksperymenty z szatą graficzną przyprawiły mnie o ból głowy i na jakieś 2 miesiące wzięliśmy rozwód), dobry temat, dobrze jest. Oczywiście pociąg został zapowiedziany zbyt wcześnie, więc odstałam jeszcze co swoje. Ale potem przyjechał.

Był piękny. Drzwi na guzik, przyciemniane szyby, sześć miejsc w drugiej klasie i gniazdka. Made in Poznań, 2014. Mknął steką z okładem, nie szarpał, nie bujał i, co najbardziej zaskakujące, nie hałasował. Przez całą drogę zastanawiałam się czy płakać ze szczęścia, dzwonić do rodziny i dzielić się dobrem, czy może przytulać się do każdego elementu tego cudu techniki. Wygrał jednak zdrowy rozsądek i zachowanie zimnej krwi. Do mamy zadzwoniłam dopiero kiedy odeszłam od pociągu na jakieś 10 metrów :D


A poza tym, jaramy się dziś faktem, że Damon Albarn wybrał sobie support na Maltę. A kogo wybrał? Z zaproponowanych mu zespołów (swoją drogą, bardzo jestem ciekawa jaka była konkurencja) tym najbardziej zaszczyconym została Rebeka♥ Cieszę się jak głupia (a w duchu płaczę, bo nie pojadę)!

Koniec tej afirmacji.

20140506

dziś jest szmaragdowo

Akcja pocztówkowa nadal aktualna, szczegóły tutaj!

No tak, trawa jest zawsze bardziej zielona tam, gdzie akurat nas nie ma. Zawsze to ktoś ma fajniejsze studia i lepsze perspektywy po ich skończeniu, ma ładniejsze nogi, ciekawszych znajomych i ładniejszy szablon na blogu. Szybciej się uczy, ładniej maluje i zdecydowanie lepiej wykorzystuje swój czas wolny. Ten ktoś wie czego chce (w odróżnieniu ode mnie), czyta więcej książek, ogląda więcej filmów i nie marnuje bezsensownie czasu na przeglądaniu miernych blogów modowych. To ktoś inny, nie ja. Na pewno nie.

I nagle łapiesz dystans, bo przecież są ludzie, dla których Twoja trawa jest zieleńsza. Bo studiujesz coś, o czym marzyłaś przez całe życie, bo wiesz czego chcesz. Bo masz znajomych, masz pasję i próbujesz ją realizować. Bo masz cel w życiu i nieograniczone możliwości. Sky is the limit, nic Cię nie krępuje poza własnym umysłem. 


Znów dotarło do mnie, że moja trawa dla wielu ludzi, także tych najbliższych, jest szmaragdowa. Lśni w słońcu i zaprasza, by się na niej położyć. Powinnam ją docenić, prawda? Zobaczyłam kawałek świata, od września kolejny będę poznawać bardzo dogłębnie. Mam niesamowite wsparcie rodziny i kliku przyjaciół, których jest niewielu, ale są naprawdę starannie wyselekcjonowani. Coraz częściej zaczynam też dostrzegać plusy studiów i tego co studiuję. Powoli zaczynam wyrywać się z ram, które narysowałam trzy lata temu, chcę się bawić i korzystać z niezależności. Chyba się obudziłam.

Jak widzicie, dziś rzygam tęczą. A na obrazku Bauhaus Archiv, cudowne miejsce.


20140504

to już stalking

Przed sierpniowym koncertem Flory w Krakowie, udało mi się przypalić rękę pewnemu chłopakowi i podsłuchać jego rozmowę z przed chwilą poznaną dziewczyną. Dobrze ją pamiętam. Wysoka blondynka z plecakiem w sowy, który w pewnym momencie wylądował gdzieś na mojej twarzy. Z rozmowy trudno było wywnioskować skąd jest, jednak przyjechała sama i z daleka. W mojej głowie od razu pojawiła się myśl, że przyjechała z Trójmiasta. Ja naprawdę nie wiem dlaczego. Jednak koncert się zaczął, a po nim dziewczyna rozpłynęła się gdzieś w przestrzeni. 

Trzy miesiące później, Sfinks, koncertu zespołu na K. Pod sceną tańczy blondynka, która robi dookoła siebie dużo szumu. Właściwie trudno powiedzieć, czy naprawdę go robi, jednak jest wysoka, więc widać ją z daleka (coś wiem na ten temat). Przyciąga więc moją uwagę. Gdzieś już ją wcześniej widziałam, no nie? Ale nie mogę przypomnieć sobie gdzie. Dopiero po czasie coś zaczyna mi świtać. 

Luty, Basen, Moderat. Mijam blondynkę w koszuli z jaskółkami.

Marzec, Żak, We Draw A i Bokka. Wychodzę z sali żeby spotkać koleżankę. Tuż za nią wchodzi blondynka. No kurwa.

Właściwie to do dzisiaj nie byłam do końca przekonana czy blondynka widziana w Trójmieście to ta sama co w Krakowie i Warszawie. Jednak jakiś czas temu, znów przez totalny przypadek, znalazłam jej konto na insta. Co zabawne, dzień później blondynka zablokowała konto dla nieznajomych. Ale imię i nazwisko pozostało. I dziś przyszedł dzień, w którym postanowiłam ją wyguglować. 

Wychodzi na to, że ciągle widuję jedną dziewczynę. Jeszcze chwilę temu obiecałam sobie, że przy najbliższej okazji w końcu do niej zagadam. Ale popełniłam błąd i guglałam za dużo. Bo wiecie, na początku pisania tego posta, chciałam napisać, że świat jest naprawdę mały i wszędzie spotyka się tych samych ludzi. Szczególnie wtedy kiedy ma się podobne zainteresowania. Refleksja będzie jednak inna. Przeraża mnie łatwość z jaką znalazłam różne informacje o Blondynce. Wiem jakie skończyła liceum (i jakie wydarzenie było z tym związane), wiem, że znam kogoś kogo ona zna (i raczej wolałabym tego człowieka nie znać) i wiem gdzie chciała pojawić się za tydzień. Gdybym poguglała jeszcze chwilę, pewnie udałoby mi się znaleźć gdzie studiuje i pracuje. To straszne jak wiele informacji pozostawiamy gdzieś w sieci. Teoretycznie na różnych portalach, o różnej tematyce. Ale naprawdę nie trzeba być hakerem, czy informatykiem z dyplomem, żeby poskładać to wszystko w całość i, od linka do linka, poznać historię wzlotów i upadków konkretnego człowieka. Dobrze, że chociaż insta ma zablokowanego. 

dziś posłuchamy Flory w schodki, a jeżeli ktoś wybiera się do Waw, żeby zobaczyć ją na żywo, może natknąć się również na Blondynkę

PS Tak, znalazłam miejsce, w którym pracuje. WYSTARCZY.

PPS Akcja pocztówkowa jest jak najbardziej aktualna, szczegóły w poprzednim poście.

PPPS Właściwie, to nie zdziwiłoby mnie gdyby blondynka zawitała kiedyś na tego bloga. Małość tego świata zaraz mnie udusi.

20140501

300!

Zamiast sklejać sztukę siedzę w łóżku i spaceruję. Google Streetview to jednak świetna rzecz. Powoli próbuję oswoić Pragę, choć jak na razie pierwsze zderzenie z moją przyszłą uczelnią nie było najlepsze (ale jest to chyba w stanie zrozumieć tylko ktoś studiujący na PG :P moja szczera nienawiść do tej instytucji jest ostatnio ogromna, ale uczelni oddać trzeba, że gmach główny jest szałowy). Ale właściwie nie przyszłam tu po to, żeby opowiedzieć Wam o mojej miłości do stritwju.

to mój nowy ulubiony budynek, nie mogę się już doczekać momentu, w którym zobaczę go na żywo! ciekawe co jest w środku

Otóż to jest właśnie trzechsetny post na tym blogu. Trochę nie wiem jak to się stało, jestem też w szoku, że zauważyłam, że zbliżam się do pełnej liczby. Nie wiem za bardzo jak mogłabym świętować ten niesamowity moment (choć wiecie, święto pracy świętuj pracą, więc może jednak wrócę do kompozycji), ale coś jednak udało mi się wymyślić. Pewnie 99% blogujących (w tym i ja) zawsze stwierdzi, że bloguje dla siebie. Jest w tym sporo prawdy, jednak nie oszukujmy się. Gdyby nie Wasze odwiedziny i komentarze no i Wyzwanie Paranoi, nie wiem czy chciałoby mi się pisać i w jakim stanie byłoby to moje małe wirtualne miejsce. A jednak lubię tu bywać, dzielić się głupotami. Jakoś łatwiej mi wtedy uporządkować myśli i wyrobić sobie konkretne zdanie. Lubię też zaglądać na Wasze blogi, wtedy też w jakiś sposób łapię dystans do własnych problemów. Dobra, robi się zbyt głęboko, do rzeczy.

Naprawdę się cieszę, że trafiłam do mikroskopijnego fragmentu internetu w którym jestem i jako, że też tu jesteście to mam taką drobną propozycję. Propozycja to może złe słowo, mniejsza. Tak czy inaczej, jeżeli znajdą się chętni - zobowiązuję się wysłać dziękczynno-pozdrowieniową kartkę pocztową każdej zainteresowanej osobie. Jeżeli ktoś taki się znajdzie, kontaktujcie się ze mną mejlowo (adres na górze w zakładce), komentarzowo, czy jakkolwiek chcecie. (Oczywiście zaświadczam, że zdobywszy czyjś adres, nie będę robiła żadnych wjazdów na chatę i niekontrolowanych zgłoszeń na policję.) Będzie można nawet negocjować rodzaj pocztówki (dostępne co najmniej te z Gdańska i Sopotu oraz wzory empikowe. a może uda się zdobyć nawet Wło)! Zachęceni? 

Udanego weekendu!

Pęknie mi serce jak nikt się nie zgłosi! Żartowałam ofkors