20140730

early days

Dziś będzie bardzo krótki i nieplanowany post. Bo to jest PRZE-FAN-TAS-TYCZ-NE (proszę przefiltrować przez moje psychofaństwo). 


To do jakiego kurortu i na jaką imprezę się przenosimy?

A poza tym: ogromne DZIĘKUJĘ za Wasze słowa pod poprzednim postem ♥♥♥. Zdecydowałam się na praktyki, dzięki znajomym znajomych znajomych udało mi się nawet znaleźć pokój do wynajęcia. Jednak usłyszałam, że pani architekt jednak nie wie na sto procent i mam czekać. Chyba muszę jej uświadomić, że ja trochę nie mam czasu czekać. 

20140725

wyznania rozpieszczonej blondynki

Kiedy jakiś czas temu moja znajoma stwierdziła, że nie chce iść na miesięczne płatne (!) praktyki stwierdziłam, że chyba upadła na głowę. No ale skoro po jej uczelni o pracę relatywnie łatwo, to jej decyzja. Wtedy ważniejsza okazała się dwudniowa wizyta znajomych i zajęcia, których podobno nie można było ominąć. 

Dziś zadzwoniła do mnie inna znajoma. Po przydługim wstępie okazało się, że jej zeszłoroczny wakacyjny praktykodawca potrzebuje kogoś do pomocy, a ona ma już inne zobowiązania. Pracy jest na jakieś trzy tygodnie, można wyrobić obowiązkową praktykę przeddyplomową (choć pani w dziekanacie prawdopodobnie dostanie szału, kiedy pojawię się u niej we wrześniu z umową), a i trochę grosza wpadnie. Wpadnie też kolejna pozycja w CV udowadniająca, że jednak coś w kierunku zawodu robię. No i nauczę się czegoś, skoro zostanę przyjęta do wykonania konkretnego zadania.

Ale z drugiej strony plan był właśnie taki, żeby nie robić zbyt wiele w te wakacje i dać sobie odpocząć, po raz ostatni. Za rok o tej porze będę już niemalże po piątym roku, mój dyplom będzie w fazie wykańczania, a w pracy (o ile oczywiście dobrze pójdzie) będę już od kilku miesięcy. Za półtora miesiąca za to będę szaleć zdobywać nowe doświadczenia w Pradze i przeżywać najprawdopodobniej najbardziej intensywne pięć miesięcy życia (przynajmniej tego do tej pory). Więc wolny czas w dużej ilości (którego już prawdopodobnie nigdy nie będę mieć w takich ilościach i w takiej beztroskiej postaci) chciałam wykorzystać najbardziej produktywnie na sprzątaniu pokoju, czytaniu książek, chodzeniu boso po trawie, czesaniu kota i robieniu innych dziwnych rzeczy. 

chwilowo czuję się trochę jak ten koleś. każda kolejna wątpliwość jest strzałą, która przebija mnie na wylot. po prostu zaraz umrę ze stresu i cały misterny plan odpoczywania w łeb wzięło

W tym momencie trzecia strona każe mi zapytać, czy naprawdę, ale to NAPRAWDĘ będę w stanie przeczytać wszystkie zaległe książki, zrobić nowy szablon na bloga i zbudować od zera zupełnie nowy blogowy pomysł (omg, powiedziałam to!). No cóż, znając siebie odpowiedzią na tak zadane pytanie raczej byłoby krótkie słówko na literę N. Pewnie nie zrobiłabym zupełnie nic. 

Problemem jest też samo miejsce praktyk. Moje ulubione miasto Łódź (choć od zeszłego roku jakoś dobrze je wspominam) znów zaprasza do siebie, po prostu woła mnie z daleka. Okej. Nie z AŻ tak daleka, ale nie oszukujmy się, wymarzony kierunek podróży to to nie jest.

Nie chcę jednak za jakiś czas żałować, że nie wykorzystałam danej mi szansy i olałam możliwości zesłane przez los. Bo skoro mi je zsyła, to widocznie jestem w stanie to zrobić. No i może nie zesłać ich po raz kolejny.

Mogłabym tak jeszcze naprawdę długo. A i tak czegokolwiek nie zrobię wyjdę na rozpieszczoną gówniarę, która albo nie chce pracować albo idąc do pracy stawia zbyt twarde warunki. Bo niektórych sierpniowych planów odwołać już nie mogę. Więc pozwolicie, że wywód skrócę do prostego: mój mózg jest rozdarty. Krzyknąć JOLO, jechać do pracy i stawić czoło wyzwaniom, czy też krzyknąć JOLO i stwierdzić, że mam wyjebane, a na komentarze mamy wszyscy Twoi znajomi pracują, reagować kompletnym spokojem?

I to są prawdziwe problemy pierwszego świata.

A w międzyczasie zaczęły już się pisać dwa niemiecko-wakacyjne posty, a nie udało mi się nawet dotrzeć do wrażeń muzycznych. Więc będzie co czytać, poszłam na ilość. Kwestie merytoryczne może przemilczmy.

20140723

lubię powroty

Zawsze jest tak, że nie chcę wyjeżdżać. Pomimo tego, że na długo przed chcę bardzo, kupuję bilety, brakujące ubrania, wyciągam z piwnicy zapomniane buty do zdarcia, śpiwór i karimatę. Planuję długo, jednak już na miesiąc przed wyjazdem pękam. Najchętniej zostałabym w domu. Przecież to tu mam swoje miejsce, rodzinę, książki, miękką trawę i codzienne zadania, które sprawiają, że czuję się bezpieczna.

A jednak wyjeżdżam. Rzucam wszystko i jadę w nieznane. Odkrywam zapomniane miasta, śpię pod gołym niebem, zwiedzam legendarne miejsca i przekonuję się jak bardzo nieprawdziwe są stereotypy. Oddycham innym powietrzem, staram się wyłapać jak najwięcej ciepła na zimowe wieczory, wszechobecny pył i brokat przenika przez moją skórę wgłąb ciała. Kąpię się pod prysznicem dla małych ekshibicjonistów, zaskakuję sama siebie rozumiejąc pojedyncze słowa w niemieckim radiu i na kartach menu, poznaję świetnych ludzi. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim dociera do mnie, że można żyć inaczej niż robią to wszyscy moi znajomi. 

Bardzo ucieszyło mnie pojawienie się tej piosenki na koncercie.

Mam Wam bardzo dużo do opowiedzenia. I to chyba już niedługo.

20140712

niegrzeczni chłopcy i dziewczyny o potarganych włosach

Czyli jest wszystko to, co lubię. 

Ale może najpierw odrobinę się wytłumaczę. Z racji tego, że od września planuję zdobywać Pragę, moja sesja nadal trwa. Nadużywałam więc gościnności mojej przyjaciółki (miłość!) i siedziałam w Gdańsku, ścigając się z czasem. Udało mi się wypchnąć jeden projekt (dosłownie. Pani to poprawi na 4. Njeeee, ja chcę trzyyyyyy!) Nadal zostały mi jednak do oddania dwa największe projekty, a mój wakacyjny wyjazd już bardzo blisko. Z tego powodu mój dystans do świata właściwie przestał istnieć, krzyczę na wszystko i wszystkich, histeria mnie nie opuszcza. Więc musiałam złapać dystans. A czy jest lepsze miejsce na złapanie dystansu do świata, niż pewne lotnisko wojskowe na obrzeżach Gdyni?

Tak, pojechałam na Open'era. Znowu. Mimo zarzekań, że nie, absolutnie nie. Że gimbaza, że lans, blogerki, vipy i samojebki robione non stop. Długo utrzymywałam, że jestem ponad to i że bilet na pewien niemiecki festiwal (to już zaraz!) i Justina mi wystarczą. Próbowałam sobie wmówić, że dzień z moim ulubionym zespołem, ulubioną wokalistką, zespołem na K i wschodzącą gwiazdą, w której się maksymalnie zadurzyłam, w ogóle mnie nie porusza. No i z racjonalnego punktu widzenia - wydanie resztki oszczędności i nadgryzienie funduszu na wakacje też nie przemawiały za wizytą w Kosakowie. Ale czego się nie robi, kiedy zamiast mózgu ma się tęcze, jednorożce i kolorowe nutki?

No to po kolei. 

Carnival Youth - koncert-spontan. Zupełnie miałam nie pojawić się na Hansie i miałam stawiać tylko na sprawdzone rzeczy, bo czil i relaks i zero biegania, ale postanowiliśmy się jednak zatrzymać. I to była całkiem dobra decyzja! Gdybym miała 17 lat prawdopodobnie zakochałabym się w którymś z nich. No wiecie. Czterech chłopaków, dwie gitary, perkusja i klawisze. Blond fryzury, skórzane kurtki, białe koszule i jeszcze bielsze uśmiechy. No i śpiewali wszyscy członkowie zespołu. Śpiewało też sporo fanek pod sceną, a zakończenie koncertu przebiegło pod znakiem chóralnego śpiewu wszystkich zebranych pod sceną. Być może never have enough of this to zbyt dużo powiedziane, bo za pół roku raczej nie będę pamiętać o czwórce nastolatków z Rygi, ale to był naprawdę miły koncert na rozpoczęcie festiwalowego wieczoru. Dla chętnych na popatrzenie, posłuchanie i podśpiewywanie pod nosem - wspomniane wcześniej Never Have Enough, czyli koncert w skrócie.

Misia Ff - mam nadzieję, że tej dziewczyny nikomu przedstawiać nie trzeba. Najpierw zachwycała jako 1/3 Tres.B, teraz zajmuje się swoją solową karierą. Śpiewa i gra świetnie, ale trudno powiedzieć mi coś logicznego o tym koncercie - przyszłam spóźniona, wyszłam przed końcem. Jednak chciałabym złapać Misię gdzieś w Polsce i zobaczyć cały koncert, bo wiem, że warto. Ah, super była też spódnica Misi, Pajonkowa robota. Jeżeli macie nadmiar hajsu i potrzebę posiadania pięknej spódnicy - polecam, ładne. W skrócie: Mózg, Tales of Las Negras.

Foals - 19.00, główna scena. Jest jakieś 30 stopni i bezchmurne nieba, słońce świeci jak oszalałe. Stanęłam w tłumie i od razu przypomniał mi się mój pierwszy koncert tego zespołu i jak do tamtej pory jedyny. Wtedy była północ, strugi deszczu i koncert, który urzekł mnie do tego stopnia, że kilka tygodni później miałam już obydwie (na tamten moment) płyty zespołu, a ciągłe odtwarzanie plastikowych krążków zaowocowało niemałą obsesją. Raz jest silniejsza, raz nie, ale powiedzcie mi, jak można nie zakochać się w zespole, który gra na gitarach tak, by wydobywający się dźwięk przypominał ten, jaki wydają grupy owadów? No jak? 
Ale wróćmy do koncertu. Więc okoliczności przyrody są zupełnie inne, ja też jestem zupełnie innym człowiekiem. I koncert też jest zupełnie inny. Już samo rozpoczęcie cudownym Prelude robi wrażenie, kiedy muzycy wchodzą pojedynczo na scenę i od pierwszego utworu narzucają sobie tempo, które nie zwalnia już do samego końca koncertu. Nie zabrakło największych hitów czy smaczków takich jak jeden z pierwszych utworów zespołu, którego wydanie na singlu poprzedziło pierwszą płytę długogrającą. No i oczywiście wokalista rzucił się w tłum doprowadzając publiczność do szaleństwa. Było zdecydowanie za krótko, jednak takie są realia festiwalowe i trzeba się do tego przyzwyczaić. W skrócie: Prelude, Hummer, Two steps twice. I jeszcze wszystkie trzy płyty. W całości. 

patrzcie, jaki słodki tłum. też tam jestem! foalstagram

Mela Koteluk - po Foalsach potrzebowałam tylko jednej rzeczy - respiratora - ale z braku sprzętu musiałam pocieszyć się małym odpoczynkiem i półlitrową wodą. Mela na regenerację dała radę, choć widziałam raptem pół godziny koncertu. I choć to smutne co napiszę, nowe piosenki nie kupują mnie tak jak materiał z debiutu. Brakuje mi trochę intymnego klimatu nagrywania w szafie i uroczego koncertu na Alter Stage dwa lata temu. Niemniej wszyscy ci, którym wystarczy świetny wokal, miłe aranżacje i niebanalne teksty (wystarczy, dobre sobie, co ja piszę?!) powinni być usatysfakcjonowani. A ja przerzucę Melę do kategorii too mainstream. Choć racjonalna część mnie nadal uważa, że niewielu ludzi zasłużyło na główny nurt bardziej niż ta Pani. W skrócie: Spadochron, Fastrygi

Jack White - wiecie, ja się go boję (#porozmawiajmyouczuciach). Wygląda jak wampir, gra jak piekielny posłaniec i roztacza wokół siebie aurę tajemnicy. Więc moja wewnętrzna pięciolatka krzyczy trzymaj się z daleka. Ale skoro nic innego w tym czasie nie grało, poszłam. Żałuję? Nie. Czy koncert zmienił moje podejście do tego Pana? Też nie. Być może narażę się fanom White'a, ale we mnie czas spędzony pod sceną nie wywołał żadnych głębszych uczuć. Zabawna ciekawostka: znałam 3/4 granych na koncercie utworów. Tak się kończy słuchanie radia niemalże non stop, więc uważajcie! W skrócie: ja nie wiem!

Banks - to chyba w tej artystce pokładałam największe nadzieje. Więc kiedy prawie biegiem dotarłam do namiotu i okazało się, że jest prawie pusty, zrobiło mi się naprawdę przykro. Szczęśliwie wszyscy ci, którzy wczuwali się na koncercie Jacka zdążyli dobiec i Banks zderzyła się z takim entuzjazmem publiczności, że wyglądała na bliską płaczu. Mnie też ten koncert zachwycił, mimo półplejbeku i łamiącego się głosu (ale to przez nas chyba). Dziewczyna jest absolutnie fantastyczna, czekam na pełnowymiarowy album. W skrócie: Goddess, Drowning

Lykke Li - kolejna śpiewająca smutne piosenki pani, jednak w tym wypadku bez nadziei, za to z wielkimi wymaganiami. Bo właściwie na koncert Lykke czekam od czasów po moim pierwszym Open'erze. Kiedy kupowałam bilet, to raczej o niej wspominałam w pierwszej kolejności, jako o powodzie zawitania na Babich, jednak to Foalsi ukradli moje serce (przepraszam, że stawiałam Was na drugim miejscu!). Mniejsza. Z czysto obiektywnego punktu widzenia to był to dobry koncert. Setlista wypełniona była hitami (choć jak dla mnie brak I'm good I'm gone był trochę denerwujący), muzycznie było super, wokalnie też (o ile ktoś akceptuje wokal Szwedki, bo wiem, że ludzie czasem mają z nim problem). Początek był fajnie wyreżyserowany, no i te zwisające szmaty z sufitu też mi się podobały, a co! Ale. No właśnie, jest ale. Prawdopodobnie się czepiam, ale dla mnie zabrakło na tym koncercie trochę szczerych emocji. Wykrzyczenie po dwóch piosenkach "you're amazing" do tłumu, który czekał tylko i wyłącznie na I follow rivers (i mam wrażenie, że część ludzi była w szoku, kiedy nie usłyszeli piosenki do tańczenia) nie był dla mnie wystarczajacą interakcją. Raczej rzeczą zupełnie zbędną, która ani nie wybudowała głębszej więzi, ani dystansu, który przy okazji tej artystki mógłby być fajną i pasującą rzeczą. W trakcie bawiłam się świetnie, ale po koncercie dopadły mnie wątpliwości. Chyba potrzebuję koncertu klubowego żeby stwierdzić jak z tą Lykke jest naprawdę. W skrócie: I never learn, Gunshot, Rich kids blues

Kamp! - połamali mi serce. Spóźniłam się, zobaczenie Lykke było jednak ważniejsze. I to nawet nie ich wina, że połamali. Po prostu zakończenie koncertu głównie nowymi piosenkami, nie sprawiło, że moje serce się roztopiło (choć Melt był, na bis). Zobaczenie samego zakończenie powinno raczej sprawić zaostrzenie apetytu, a ja poczułam niesmak. Strasznie mi z tym źle, więc czym prędzej wymazuję Kampów na Open'erze z pamięci, czekam na nową epkę i łapię ich jesienią na trasie. W skrócie: Satansbraten, Melt


Podsumowując: FOALSIIII!!!!!!!!!!!! Tak, zdecydowanie wygrali ten dzień, a dla mnie z oczywistych przyczyn - cały festiwal. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć , Jamiego Xx i Artura Rojka. Resztę zobaczę przecież na Melcie, więc wielkiego płaczu nie ma (a przynajmniej w teorii). Czy było dobrze? Tak. Ale deklaracji na przyszły rok nie składam, kto wie dokąd rzuci mnie los. 

No to bez odbioru :)

PS To chyba nie są wszystkie moje Open'erowe rozkimny, ale niczego nie obiecuję, w dalszym ciągu przeżywam urwanie głowy. Tak czy inaczej, wszystkich tych, którzy trafili tu z jakiś przyczyn i byli na tegorocznej edycji zapraszam do komentowania i dyskusji, bo postanowiłam się ogarnąć i zaczynam znów odpisywać na komentarze. Jupi! 
Trzymajcie kciuki, pakuję się!