20140712

niegrzeczni chłopcy i dziewczyny o potarganych włosach

Czyli jest wszystko to, co lubię. 

Ale może najpierw odrobinę się wytłumaczę. Z racji tego, że od września planuję zdobywać Pragę, moja sesja nadal trwa. Nadużywałam więc gościnności mojej przyjaciółki (miłość!) i siedziałam w Gdańsku, ścigając się z czasem. Udało mi się wypchnąć jeden projekt (dosłownie. Pani to poprawi na 4. Njeeee, ja chcę trzyyyyyy!) Nadal zostały mi jednak do oddania dwa największe projekty, a mój wakacyjny wyjazd już bardzo blisko. Z tego powodu mój dystans do świata właściwie przestał istnieć, krzyczę na wszystko i wszystkich, histeria mnie nie opuszcza. Więc musiałam złapać dystans. A czy jest lepsze miejsce na złapanie dystansu do świata, niż pewne lotnisko wojskowe na obrzeżach Gdyni?

Tak, pojechałam na Open'era. Znowu. Mimo zarzekań, że nie, absolutnie nie. Że gimbaza, że lans, blogerki, vipy i samojebki robione non stop. Długo utrzymywałam, że jestem ponad to i że bilet na pewien niemiecki festiwal (to już zaraz!) i Justina mi wystarczą. Próbowałam sobie wmówić, że dzień z moim ulubionym zespołem, ulubioną wokalistką, zespołem na K i wschodzącą gwiazdą, w której się maksymalnie zadurzyłam, w ogóle mnie nie porusza. No i z racjonalnego punktu widzenia - wydanie resztki oszczędności i nadgryzienie funduszu na wakacje też nie przemawiały za wizytą w Kosakowie. Ale czego się nie robi, kiedy zamiast mózgu ma się tęcze, jednorożce i kolorowe nutki?

No to po kolei. 

Carnival Youth - koncert-spontan. Zupełnie miałam nie pojawić się na Hansie i miałam stawiać tylko na sprawdzone rzeczy, bo czil i relaks i zero biegania, ale postanowiliśmy się jednak zatrzymać. I to była całkiem dobra decyzja! Gdybym miała 17 lat prawdopodobnie zakochałabym się w którymś z nich. No wiecie. Czterech chłopaków, dwie gitary, perkusja i klawisze. Blond fryzury, skórzane kurtki, białe koszule i jeszcze bielsze uśmiechy. No i śpiewali wszyscy członkowie zespołu. Śpiewało też sporo fanek pod sceną, a zakończenie koncertu przebiegło pod znakiem chóralnego śpiewu wszystkich zebranych pod sceną. Być może never have enough of this to zbyt dużo powiedziane, bo za pół roku raczej nie będę pamiętać o czwórce nastolatków z Rygi, ale to był naprawdę miły koncert na rozpoczęcie festiwalowego wieczoru. Dla chętnych na popatrzenie, posłuchanie i podśpiewywanie pod nosem - wspomniane wcześniej Never Have Enough, czyli koncert w skrócie.

Misia Ff - mam nadzieję, że tej dziewczyny nikomu przedstawiać nie trzeba. Najpierw zachwycała jako 1/3 Tres.B, teraz zajmuje się swoją solową karierą. Śpiewa i gra świetnie, ale trudno powiedzieć mi coś logicznego o tym koncercie - przyszłam spóźniona, wyszłam przed końcem. Jednak chciałabym złapać Misię gdzieś w Polsce i zobaczyć cały koncert, bo wiem, że warto. Ah, super była też spódnica Misi, Pajonkowa robota. Jeżeli macie nadmiar hajsu i potrzebę posiadania pięknej spódnicy - polecam, ładne. W skrócie: Mózg, Tales of Las Negras.

Foals - 19.00, główna scena. Jest jakieś 30 stopni i bezchmurne nieba, słońce świeci jak oszalałe. Stanęłam w tłumie i od razu przypomniał mi się mój pierwszy koncert tego zespołu i jak do tamtej pory jedyny. Wtedy była północ, strugi deszczu i koncert, który urzekł mnie do tego stopnia, że kilka tygodni później miałam już obydwie (na tamten moment) płyty zespołu, a ciągłe odtwarzanie plastikowych krążków zaowocowało niemałą obsesją. Raz jest silniejsza, raz nie, ale powiedzcie mi, jak można nie zakochać się w zespole, który gra na gitarach tak, by wydobywający się dźwięk przypominał ten, jaki wydają grupy owadów? No jak? 
Ale wróćmy do koncertu. Więc okoliczności przyrody są zupełnie inne, ja też jestem zupełnie innym człowiekiem. I koncert też jest zupełnie inny. Już samo rozpoczęcie cudownym Prelude robi wrażenie, kiedy muzycy wchodzą pojedynczo na scenę i od pierwszego utworu narzucają sobie tempo, które nie zwalnia już do samego końca koncertu. Nie zabrakło największych hitów czy smaczków takich jak jeden z pierwszych utworów zespołu, którego wydanie na singlu poprzedziło pierwszą płytę długogrającą. No i oczywiście wokalista rzucił się w tłum doprowadzając publiczność do szaleństwa. Było zdecydowanie za krótko, jednak takie są realia festiwalowe i trzeba się do tego przyzwyczaić. W skrócie: Prelude, Hummer, Two steps twice. I jeszcze wszystkie trzy płyty. W całości. 

patrzcie, jaki słodki tłum. też tam jestem! foalstagram

Mela Koteluk - po Foalsach potrzebowałam tylko jednej rzeczy - respiratora - ale z braku sprzętu musiałam pocieszyć się małym odpoczynkiem i półlitrową wodą. Mela na regenerację dała radę, choć widziałam raptem pół godziny koncertu. I choć to smutne co napiszę, nowe piosenki nie kupują mnie tak jak materiał z debiutu. Brakuje mi trochę intymnego klimatu nagrywania w szafie i uroczego koncertu na Alter Stage dwa lata temu. Niemniej wszyscy ci, którym wystarczy świetny wokal, miłe aranżacje i niebanalne teksty (wystarczy, dobre sobie, co ja piszę?!) powinni być usatysfakcjonowani. A ja przerzucę Melę do kategorii too mainstream. Choć racjonalna część mnie nadal uważa, że niewielu ludzi zasłużyło na główny nurt bardziej niż ta Pani. W skrócie: Spadochron, Fastrygi

Jack White - wiecie, ja się go boję (#porozmawiajmyouczuciach). Wygląda jak wampir, gra jak piekielny posłaniec i roztacza wokół siebie aurę tajemnicy. Więc moja wewnętrzna pięciolatka krzyczy trzymaj się z daleka. Ale skoro nic innego w tym czasie nie grało, poszłam. Żałuję? Nie. Czy koncert zmienił moje podejście do tego Pana? Też nie. Być może narażę się fanom White'a, ale we mnie czas spędzony pod sceną nie wywołał żadnych głębszych uczuć. Zabawna ciekawostka: znałam 3/4 granych na koncercie utworów. Tak się kończy słuchanie radia niemalże non stop, więc uważajcie! W skrócie: ja nie wiem!

Banks - to chyba w tej artystce pokładałam największe nadzieje. Więc kiedy prawie biegiem dotarłam do namiotu i okazało się, że jest prawie pusty, zrobiło mi się naprawdę przykro. Szczęśliwie wszyscy ci, którzy wczuwali się na koncercie Jacka zdążyli dobiec i Banks zderzyła się z takim entuzjazmem publiczności, że wyglądała na bliską płaczu. Mnie też ten koncert zachwycił, mimo półplejbeku i łamiącego się głosu (ale to przez nas chyba). Dziewczyna jest absolutnie fantastyczna, czekam na pełnowymiarowy album. W skrócie: Goddess, Drowning

Lykke Li - kolejna śpiewająca smutne piosenki pani, jednak w tym wypadku bez nadziei, za to z wielkimi wymaganiami. Bo właściwie na koncert Lykke czekam od czasów po moim pierwszym Open'erze. Kiedy kupowałam bilet, to raczej o niej wspominałam w pierwszej kolejności, jako o powodzie zawitania na Babich, jednak to Foalsi ukradli moje serce (przepraszam, że stawiałam Was na drugim miejscu!). Mniejsza. Z czysto obiektywnego punktu widzenia to był to dobry koncert. Setlista wypełniona była hitami (choć jak dla mnie brak I'm good I'm gone był trochę denerwujący), muzycznie było super, wokalnie też (o ile ktoś akceptuje wokal Szwedki, bo wiem, że ludzie czasem mają z nim problem). Początek był fajnie wyreżyserowany, no i te zwisające szmaty z sufitu też mi się podobały, a co! Ale. No właśnie, jest ale. Prawdopodobnie się czepiam, ale dla mnie zabrakło na tym koncercie trochę szczerych emocji. Wykrzyczenie po dwóch piosenkach "you're amazing" do tłumu, który czekał tylko i wyłącznie na I follow rivers (i mam wrażenie, że część ludzi była w szoku, kiedy nie usłyszeli piosenki do tańczenia) nie był dla mnie wystarczajacą interakcją. Raczej rzeczą zupełnie zbędną, która ani nie wybudowała głębszej więzi, ani dystansu, który przy okazji tej artystki mógłby być fajną i pasującą rzeczą. W trakcie bawiłam się świetnie, ale po koncercie dopadły mnie wątpliwości. Chyba potrzebuję koncertu klubowego żeby stwierdzić jak z tą Lykke jest naprawdę. W skrócie: I never learn, Gunshot, Rich kids blues

Kamp! - połamali mi serce. Spóźniłam się, zobaczenie Lykke było jednak ważniejsze. I to nawet nie ich wina, że połamali. Po prostu zakończenie koncertu głównie nowymi piosenkami, nie sprawiło, że moje serce się roztopiło (choć Melt był, na bis). Zobaczenie samego zakończenie powinno raczej sprawić zaostrzenie apetytu, a ja poczułam niesmak. Strasznie mi z tym źle, więc czym prędzej wymazuję Kampów na Open'erze z pamięci, czekam na nową epkę i łapię ich jesienią na trasie. W skrócie: Satansbraten, Melt


Podsumowując: FOALSIIII!!!!!!!!!!!! Tak, zdecydowanie wygrali ten dzień, a dla mnie z oczywistych przyczyn - cały festiwal. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć , Jamiego Xx i Artura Rojka. Resztę zobaczę przecież na Melcie, więc wielkiego płaczu nie ma (a przynajmniej w teorii). Czy było dobrze? Tak. Ale deklaracji na przyszły rok nie składam, kto wie dokąd rzuci mnie los. 

No to bez odbioru :)

PS To chyba nie są wszystkie moje Open'erowe rozkimny, ale niczego nie obiecuję, w dalszym ciągu przeżywam urwanie głowy. Tak czy inaczej, wszystkich tych, którzy trafili tu z jakiś przyczyn i byli na tegorocznej edycji zapraszam do komentowania i dyskusji, bo postanowiłam się ogarnąć i zaczynam znów odpisywać na komentarze. Jupi! 
Trzymajcie kciuki, pakuję się! 

10 komentarzy:

  1. Ja sesję właśnie zakończyłam w tym tygodniu i jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. Nie wiem co to za tendencja wykładowców, ale u mnie jest tak samo: albo projekt jest na 5, albo trzeba iść poprawić. Pamiętam, że kiedyś zupełnie zrezygnowana koleżanka zapytała mojej wykładowczyni czy nie może jej postawić 4, bo ona nie ma już pieniędzy, siły ani czasu na to żeby poprawiać znowu projekt to usłyszała od niej: "taka ambicja mnie nie interesuje" . No i weź tu człowieku żyj - studia to nie podstawówka, gdzie trzeba było mieć średnią na czerwony pasek :D
    pozdrawiam i trzymam kciuki, żeby wszystko dobrze poszło ;)
    www.creativamente-o-sztuce.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie to wybitnie nie zależy już na ocenach, a na czasie. wszystkie moje pokłady ambicji chyba zostały doszczętnie zabite :D

      Usuń
  2. Za Jacka White'a dałabym się posiekać. W ogóle świetny line-up: The Black Keys, Daughter, Foals, Faith No More, Interpol i Jamie Xx i MGMT i Pearl Jam i w ogóle... cóż, jakbym znosiła złote jaja to och!!!!
    ale nie znoszę, o jej :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie najbardziej kusił piątek, dobrze że akurat wtedy zrobili mi taką piłą lajnapową kumulację, bo w przeciwnym razie byłoby krucho. choć dwie stówy nadal miałabym w kieszeni... spodobałby Ci się Jack, baaardzo! wiem, pomagam :D

      Usuń
  3. Jak ja się cieszę, że moja sesja była już ponad miesiąc temu! Kiedy tak czytam Twój post mam od razu ochotę spakować plecak i jechać na jakikolwiek festiwal muzyczny :)
    A.

    OdpowiedzUsuń
  4. "czego się nie robi, kiedy zamiast mózgu ma się tęcze, jednorożce i kolorowe nutki" <3 <3 <3
    nigdy nie byłam na Openerze, ale tak to jest jak się pochodzi z podkarpacia i wszędzie za daleko :D chociaż raz karnet kupiłam, kiedy grało PULP, ale ostatecznie sprzedałam bo nie miałam z kim jechać, remontowali tory i musiałabym jechać jakieś 20h no i w tym czasie miałam wyniki matury i rejestrację na studia, ahhh... w tym roku postanowiłam się rozejść z offem po 4letnim związku, potem dałam mu szansę i znowu wysłałam papiery rozwodowe bo stwierdziłam że kasę która tam mi się rozpłynie wolę wydać gdzieś w Bukareszcie lub Transylwanii. Tak, wolę zasilać rumuńską gospodarkę. Także to lato chyba obędzie się bez festiwali, albo i nie bo pewnie zahaczę o festiwal literatury w Alba Iulia, bo przyjaciółka z którą będę podróżować bardzo chce tam być. A ja nie iwem po co, ale pewnie tam będę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chwilowo spaceruję po Dreźnie, śpię na miękkim i mam dostęp do łazienki. I nagle dotarło do mnie, ze może jednak wspomaganie gospodarki (choć nie wiem czy porywanie się na wspieranie niemieckiej ma sens :D) to jest jednak może nienajgorszy pomysł. Wygodnicka się jakaś zrobiłam :D

      Usuń
  5. Nigdy na Openerze nie byłam, ale sama nie wiem, czy to moje klimaty... + czy już wszystkie fejmiarskie blogerki tam jeżdżą? Co rusz widziałam jakieś zdjęcia na Instagramie właśnie z Openera...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaak, też widziałam jakiś miliard blogerskich zdjęć na fb i insta, ale szczęśliwie nie udało mi się żadnej spotkać. A w festiwalowy klimat trzeba się faktycznie wczuć jeśli chce się jechać. Bo jednak trzeba przeżyć towarzystwo tysięcy ludzi, szaloną pogodę, blogerki... Ale warto :D

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)