20140725

wyznania rozpieszczonej blondynki

Kiedy jakiś czas temu moja znajoma stwierdziła, że nie chce iść na miesięczne płatne (!) praktyki stwierdziłam, że chyba upadła na głowę. No ale skoro po jej uczelni o pracę relatywnie łatwo, to jej decyzja. Wtedy ważniejsza okazała się dwudniowa wizyta znajomych i zajęcia, których podobno nie można było ominąć. 

Dziś zadzwoniła do mnie inna znajoma. Po przydługim wstępie okazało się, że jej zeszłoroczny wakacyjny praktykodawca potrzebuje kogoś do pomocy, a ona ma już inne zobowiązania. Pracy jest na jakieś trzy tygodnie, można wyrobić obowiązkową praktykę przeddyplomową (choć pani w dziekanacie prawdopodobnie dostanie szału, kiedy pojawię się u niej we wrześniu z umową), a i trochę grosza wpadnie. Wpadnie też kolejna pozycja w CV udowadniająca, że jednak coś w kierunku zawodu robię. No i nauczę się czegoś, skoro zostanę przyjęta do wykonania konkretnego zadania.

Ale z drugiej strony plan był właśnie taki, żeby nie robić zbyt wiele w te wakacje i dać sobie odpocząć, po raz ostatni. Za rok o tej porze będę już niemalże po piątym roku, mój dyplom będzie w fazie wykańczania, a w pracy (o ile oczywiście dobrze pójdzie) będę już od kilku miesięcy. Za półtora miesiąca za to będę szaleć zdobywać nowe doświadczenia w Pradze i przeżywać najprawdopodobniej najbardziej intensywne pięć miesięcy życia (przynajmniej tego do tej pory). Więc wolny czas w dużej ilości (którego już prawdopodobnie nigdy nie będę mieć w takich ilościach i w takiej beztroskiej postaci) chciałam wykorzystać najbardziej produktywnie na sprzątaniu pokoju, czytaniu książek, chodzeniu boso po trawie, czesaniu kota i robieniu innych dziwnych rzeczy. 

chwilowo czuję się trochę jak ten koleś. każda kolejna wątpliwość jest strzałą, która przebija mnie na wylot. po prostu zaraz umrę ze stresu i cały misterny plan odpoczywania w łeb wzięło

W tym momencie trzecia strona każe mi zapytać, czy naprawdę, ale to NAPRAWDĘ będę w stanie przeczytać wszystkie zaległe książki, zrobić nowy szablon na bloga i zbudować od zera zupełnie nowy blogowy pomysł (omg, powiedziałam to!). No cóż, znając siebie odpowiedzią na tak zadane pytanie raczej byłoby krótkie słówko na literę N. Pewnie nie zrobiłabym zupełnie nic. 

Problemem jest też samo miejsce praktyk. Moje ulubione miasto Łódź (choć od zeszłego roku jakoś dobrze je wspominam) znów zaprasza do siebie, po prostu woła mnie z daleka. Okej. Nie z AŻ tak daleka, ale nie oszukujmy się, wymarzony kierunek podróży to to nie jest.

Nie chcę jednak za jakiś czas żałować, że nie wykorzystałam danej mi szansy i olałam możliwości zesłane przez los. Bo skoro mi je zsyła, to widocznie jestem w stanie to zrobić. No i może nie zesłać ich po raz kolejny.

Mogłabym tak jeszcze naprawdę długo. A i tak czegokolwiek nie zrobię wyjdę na rozpieszczoną gówniarę, która albo nie chce pracować albo idąc do pracy stawia zbyt twarde warunki. Bo niektórych sierpniowych planów odwołać już nie mogę. Więc pozwolicie, że wywód skrócę do prostego: mój mózg jest rozdarty. Krzyknąć JOLO, jechać do pracy i stawić czoło wyzwaniom, czy też krzyknąć JOLO i stwierdzić, że mam wyjebane, a na komentarze mamy wszyscy Twoi znajomi pracują, reagować kompletnym spokojem?

I to są prawdziwe problemy pierwszego świata.

A w międzyczasie zaczęły już się pisać dwa niemiecko-wakacyjne posty, a nie udało mi się nawet dotrzeć do wrażeń muzycznych. Więc będzie co czytać, poszłam na ilość. Kwestie merytoryczne może przemilczmy.

7 komentarzy:

  1. Ja jako małolata raczej radzić Ci nie powinnam i w sumie sama nie wiem, co Ci doradzić. Może wypisz sobie faktyczne plusy i minusy? To brzmi trochę jak porada u słabego psychologa, ale to naprawdę pomaga. Plusem mogłoby być to, że wpadnie Ci trochę kasy, którą później mogłabyś wykorzystać np. na koncerty ;)
    Wiesz, ja w te wakacje miałam zamiar pracować (nie udało mi się znaleźć pracy, ale chęci miałam), czytać książki na olimpiadę (pominę) i robić mnóstwo innych, fajnych rzeczy. I tylko trzeci punkt w zasadzie spełniłam, może te dwa jeszcze uda mi się zrealizować w sierpniu, ale sama nie wiem...
    A wracając jeszcze do Twojej kwestii, to wydaje mi się, że mogłabyś spojrzeć też z drugiej strony: na pracę jeszcze będziesz miała czas, więc teraz rób, co innego. Chyba trzeba tu rozpatrzyć z pięć stron xD
    Jakąkolwiek decyzję podejmiesz, na pewno będzie miała jakieś plusy, więc powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. mnie kasa zawsze jest potrzebna, więc ja bym brała. :P
    ale z drugiej strony brałabym też jakiekolwiek wakacje, których ja w tym roku nie mam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rzuciłam wszystko. Z doświadczenia wiem, że planowanie wypoczynku skutkuje marnowaniem czasu, ale może tylko ja tak mam.

    OdpowiedzUsuń
  4. ja bym brała, bo póki co to mam nawet problem żeby chleb kupić, bo taka biedna jestem
    ale z drugiej strony, popsucie wakacyjnych planów? szlag. życie jest okrutne.

    chociaż, moje wakacyjne plany właśnie się poszły kochać, bo mój Luby ma urlop od poniedziałku, a ja od poniedziałku pracuję. o ironio.
    on się cieszy, bo mu nie ględzę nad uchem, że nic nie robi tylko dragon balla ogląda, ja cierpię, bo nasze mieszkanie wygląda jak po III wojnie światowej. mi się nie chce sprzątać po pracy, jemu dla zasady.
    i weź tu żyj...

    ps: jesteś blondynką? jakoś zawsze sobie ciebie wyobrażałam jako ciemnowłose dziewczę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sumie jak tak teraz myślę, to ja też :D

      Usuń
    2. SERIO?! hahaha, no jednak nie. choć moje włosy z roku na rok ciemnieją i teraz mi chyba jednak bliżej do jasnego brązu, no ale przyzwyczaiłam się do tego blondu :D

      Usuń
    3. a w sumie to dość ciekawe na kogo wyglądam tak sobie tu pisząc:D

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)