20140831

juuuuuuuuuuuustin! albo post, który miał się pojawić sto lat temu

Albo ja wykończę tego posta, albo on wykończy mnie. Taka sytuacja. Po prostu piśmienniczy leń, który we mnie siedzi jest już tak ogromny, że muszę go zwalczyć. Uruchomię mózg i zmuszę go do współpracy. No właśnie, też tak macie, że po naprawdę długiej przerwie w sensownym pisaniu nie możecie napisać nic co byłoby dłuższe niż trzy zdania? Bo ja tak mam. I całkiem mi z tym źle. Ale będę ponad to i napiszę. Napiszę, bo czekają ze 4 osoby. 

Udajmy na chwilę, że jest wtorek, 19 sierpnia 2014 roku. Świeci słońce i jest całkiem ciepło, a my stoimy na przystanku tramwajowym Twarda w Gdańsku. Przejeżdżają dwa tramwaje linii 7 wypełnione po brzegi więc decydujemy się iść na pieszo. Oczywiście to Wy chcecie iść za ludźmi a nie tak jak iść się powinno, więc dostaję ataku agresji, ale koniec końców docieramy. W końcu nie jest daleko. Ludzie są z przodu, ludzie są z tyłu. Są z prawej, są z lewej, nie ma ich chyba tylko nad nami, przynajmniej na razie. Machamy biletami ludziom na barierkach i wchodzimy przez bramkę numer osiem. Poszło dużo łatwiej niż przypuszczaliśmy więc możemy złapać resztki sierpniowego słońca leżąc na trawniku okalającym stadion.

Kiedy zaczynają do nas dobiegać pierwsze dźwięki wydobywające się z głośników podnosimy się z trawy. Support. Muszę przyznać, że do ostatniej chwili nie interesowałam się tym, kto będzie rozgrzewał powoli gromadzący się tłum. Na hasło dj dopowiedziałam sobie Adamus (oglądaliście Twoja twarz brzmi znajomo?) i trochę bez jakiegokolwiek szacunku w to co serwuje mi pan stojący z boku sceny. Zaczęło się dość obiecująco, na tyle, że zapamiętałam nawet pseudonim (DJ Freestyle Steve, gdyby kogoś to interesowało), jednak po trzydziestu minutach straciłam jego grą jakiekolwiek resztki zainteresowania. Nie wiem jakim cudem pan puszczający z laptopa piosenki i pokrzykujący od czasu do czasu Ladieeeeeees!, został wytypowany jako oficjalny DJ Timberlejka, ale okej. Za mało wiem widocznie o tym świecie. Jednak puszczenie nam Eski czy RMF Maxxx byłoby tańsze. Szczęśliwie jednak każdy support, nawet najgorszy, kiedyś się kończy. Więc i ten dobiegł końca. Zaskakujące!

Kiedy po smętnie zwisających z boków sceny drabinkach zaczęli wspinać się panowie oświetleniowcy wiedzieliśmy, że do koncertu jest już zdecydowanie bliżej niż dalej. Nie można więc było dziwić się ogólnej ludzkiej rozpaczy kiedy okazało się, że jeden z reflektorów nie działa i trzeba ekspresowo uporać się z problemem. Na nieszczęście, bądź szczęście, zależy jak do tematu podejść, wszelkie usterki udało się usunąć wywołując jedynie dziesięciominutowe opóźnienie. Publiczność musi często podróżować koleją, bo nie dało się wyczuć zbyt dużego zniecierpliwienia. Ewentualnie wszyscy wiedzieli, że warto czekać o czym za chwilę mieli się przekonać.
tak, kochamy ♥♥♥

Gdy nagle zgasły wszystkie światła i zorientowaliśmy się, że to już TO (i niemalże wszystkie telefony zostały uniesione w górę) z głośników popłynęły dźwięki piosenki Franka Sinatry. Czyli uderzamy w vintage i wracamy do czasów, kiedy muzyka i muzycy byli eleganccy, branża muzyczna nie była aż tak przepełniona, a teksty piosenek nie były tak dosłowne. Chciałoby więc się powiedzieć, że przez najbliższe dwie godziny nie będziemy bringing sexy back, tylko raczej bringing classy back. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem na tak.
Koncert zaczyna się od Pusher love girl. W trakcie intro na scenie pojawia się zespół (tak, intro gra się samo), który pojawia się w nudny, dość klasyczny sposób (no wchodzi), a sam Justin wjeżdża na podnośniku i pojawia się na szczycie schodów umieszczonych na środku sceny. I w ten sposób mamy za sobą najbardziej emocjonujący element choreografii. I choć poprzednie zdanie nie zabrzmiało dobrze, powiedziałabym nawet, że ociekało niezadowoleniem, to jest wręcz przeciwnie. Poza tańcem (z resztą świetnym, dopracowanym do perfekcji) koncert pozbawiony był teatralnych zagrań związanych ze znikaniem artysty ze sceny i jego ponownym pojawianiem się w innym stroju, czy też z nagłym przearanżowaniem przestrzeni tak, by zespół tancerzy mógł pokazać się od zupełnie innej strony niż jeszcze trzy minuty temu. Można więc stwierdzić, że mamy do czynienia z czymś co może nie jest skromne, ale na pewno pozbawione tanich efekciarskich zagrań.
Ale przejdźmy może do najważniejszego. Bo wiecie, Timberlake naprawdę potrafi śpiewać. Naprawdę. I nie wiem czemu mnie to aż tak zaskoczyło (kilka pierwszych minut koncertu stałam naprawdę oniemiała), ale teraz jest mi nawet trochę wstyd. O, ja niewierna. Być może winny tej sytuacji jest cały świat, który tak długo wbijał mi do głowy wizerunek typowej gwiazdy pop, która potrafi tylko ładnie otwierać usta, a śpiewać już jakby nie, że na stałe zagościł on w mojej głowie. Czas jednak chyba zmienić poglądy, bo ogromna konkurencja na rynku sprawia, że tylko ci, którzy naprawdę coś sobą reprezentują mogą dojść naprawdę wysoko. (A nie, przecież jest Rihanna. No i całą idealistyczną teorię diabli wzięli) Powtórzę więc jeszcze raz, tak dla utrwalenia: Justin Timberlake świetnie śpiewa.
A co z samymi piosenkami? Wielkiego zaskoczenia nie było, koncert wypełniony był niemalże wszystkimi hitami piosenkarza (choć mnie zabrakło Tunnel Vision), pojawiło się też kilka nowych aranżacji, ale nie powiem, żeby były to najbardziej zaskakujące zmiany. Czasem z trochę większym pazurem, czasem lirycznie i akustycznie. Sam fakt, że nie potrafię przypomnieć sobie, które z piosenek zyskały nowe życie (choć coś mi mówi, że jedną z nich było What Goes Around... Comes Around) świadczy o tym jak bardzo nowe aranże nie zmieniły mojego życia.
Wróćmy jednak na chwilę do samego show. Jak już pisałam było bez fajerwerków (co mnie ucieszyło), jednak dopracowane do perfekcji. Tak, ale właściwie co mam na myśli? Na pewno wszelkie układy taneczne. Bo wiecie, mnie to niezmiennie fascynuje jak można jednocześnie śpiewać, tańczyć i nie umierać. A przy okazji nie wyglądać jak palant, a jak facet, którego czym prędzej chciałoby się... no, porwać i nie wypuszczać. Jest to rzecz, która niemalże nie mieści mi się w głowie, więc tym bardziej wzbudza mój nieskończony szacunek. Żeby tych atrakcji było mało: na scenie poza samym Justinem znajdowali się jeszcze instrumentaliści, państwo z chórków i, czasami, tancerze. Tancerze - świetni, jednak ich brak na scenie był momentami wypełniany przez... Chórzystów i sekcję dętą. I według mnie ta ósemka mogłaby spokojnie zastępować wszystkich tancerzy świata. Śpiewacy tańczyli i klaskali, jednak robili to w tak uroczy sposób, że nie sposób im ulec. A dęciaki? No wiecie, ja je po prostu zawsze uwielbiam :D
Cóż jeszcze... Nagłośnienie. W końcu to o nie zapytała dziś moja kumpela. Wychodzi na to, że po lamentach na nieszczęsną akustykę Narodowego, teraz to jeden z kluczowych elementów rozwalających koncerty. Z płyty, a nawet więcej, z Golden Circle słychać było dobrze. Nie wiem jak wyglądała sprawa na trybunach, jednak znajoma, którą spotkałam na stadionie nie narzekała. A musicie wiedzieć, że gdyby coś było nie tak, to zaraz zacząłby się prawdziwy dramat. Więc PGE Arena jak najbardziej na propsie. Pod wieloma względami.
I wiecie, ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ten koncert od początku do końca był wyreżyserowany (No może poza Agnieszką. Słyszeliście o Agnieszce? Miała w dniu koncertu urodziny, więc wzięła ze sobą stosowny kartonik, który obwieszczał światu tę radosną nowinę. I los chciał, że Agnieszka wylądowała pod barierką, Justin ją wypatrzył i razem z 42 tys. ludzi na stadionie odśpiewał jej sto lat. Agnieszko, jeżeli to czytasz, to wiedz, że jesteś super szczęściarą i tak bardzo ci zazdroszczę. Choć ja bym pewnie zemdlała i nie zapamiętała akcji. Co gorsza, wynieśliby mnie na zewnątrz. Koniec dygresji.). Rozpisane wcześniej zostało każde słowo, każdy gest i krok. Nawet wzruszające gdyby 10 lat temu ktoś powiedział mi, że zagram tu, w Gdańsku i że byłoby tak ekstra, to w życiu bym mu nie uwierzył. Widziałam już zbyt dużo koncertów, żeby wierzyć w tego typu sprawy (Choć istniejąca opinia o Polskiej publiczności, że jest super ekstra, jest chyba jak najbardziej prawdziwa. I ja serio chcę o tym napisać). Jednak na szczęście w trakcie planowania tego niesamowitego spektaklu nie zapomniano o tym, że kontakt z publicznością jest naprawdę ważny. Udawany czy nie, trafił w nasze zimne serca. Swoją drogą to dość niesamowite jak bardzo, wydawałoby się głupie, jesteście najlepsi czy cześć Gdańsk potrafi zmienić odbiór koncertu. Patrząc na show Justina w czerni i bieli przypomniał mi się równie perfekcyjnie dograny i zagrany koncert Janelle Monae z Open'era, który jest dla mnie jednym ze słabszych koncertów jakie widziałam, właśnie przez ten brak kontaktu.

Podsumowując? Być może z tekstu momentami można wysnuć zupełnie inne wnioski, jednak jestem tego absolutnie pewna. Podobało mi się. Bardzo mi się podobało! Przeżyłam dwie godziny czystej radości wśród fantastycznych dźwięków. Czego chcieć więcej? Było niesamowicie i wciągająco. Na tyle, że zrobiłam aż dwa zdjęcia. I żadne nie nadaje się do czegokolwiek.


A teraz dodatki. Extrasy. Smaczki. Są dwa. Jest ekstra.

1)   Być może pamiętacie posta o Blondynce aka mojej zaginionej siostrze bliźniaczce. Tej, którą ciągle widuję na koncertach. Tej samej, do której przy najbliższej możliwej okazji postanowiłam zagadać. No cóż, zagadać się nie udało. Pod stadion odjechała przepełnionym tramwajem, do którego ja zwyczajnie się nie zmieściłam. To była mniej ekscytująca historia.
2)   Wy chyba nie wiecie nic o moim małym uwielbieniu dla pewnego pana radiowca. Być może pana to zbyt dużo powiedziane, bo nie przywykłam do takiego tytułowania ludzi, którzy są mniej więcej w moim wieku (#zeroszacunku). Radiowca - też za dużo. I uwielbienie, to znów zbyt dużo powiedziane, ale niech tak już zostanie. Ci z Was, którym zdarza się słuchać Radiowej Trójki mogą kojarzyć aksamitny (ha!) niski głos jednego z serwisantów. Nie będę owijać w bawełnę, każde Radosław Mróz, zapraszam na serwis Trójki poprawia mi humor. Ostatnimi czasy jednak drogi Radosław złapał życie za nogi (czy coś) i od niedawna można podziwiać go w całej okazałości w jednym z programów tvn24 (zainteresowanym polecam, jakoś o 23.00 można go wypatrzeć). I wiecie, choć jego wygląd nie budzi u mnie już takiego zainteresowania jak jego głos (no nie mój typ, no), to jednak leżąc z kumpelami przed telewizorem, na dosłownie 3 dni przed koncertem, nabijałyśmy się (głównie one) z mojej ewentualnej reakcji na spotkanie z Radosławem (one obstawiały omdlenie, ja, że go kompletnie nie rozpoznam). I nie przyszło mi długo czekać, na to spotkanie. Najpierw zaplułam trawnik, później niemalże się po nim turlałam. A na koniec, przez pół koncertu stałam z nim ramię w ramię. Miałam już nigdy nie umyć tej ręki, ale niestety wchodząc pod prysznic od razu o tym zapomniałam ;)

To by było tyle. Gratulacje, przeczytane!

Aha, nie chodźcie do Sfinksa w Madisonie w Gdańsku. Syf, kiła i mogiła. Zgiń w piekle Przemku.

20140822

halo halo

Trochę nie wiem od czego i jak zacząć. Bo właściwie nie wiem jak to się stało, że ostatni post na tym blogu pojawił się... 30 lipca. 23 dni temu. Trzy tygodnie. Dużo. W pierwszej chwili chciałam napisać, że nie wiem jak to się stało, że na blogowanie nagle zabrakło mi czasu. Ale przecież ja to wiem. Bo paradoksalnie im więcej mam czasu i im bardziej go marnuję, tym bardziej czuję jego smak i doskonale wiem co robiłam. Dlatego mogę Wam powiedzieć, że od końca lipca intensywnie pracowałam nad skończeniem projektu, z którym wybrałam się do Gdańska. Na jedną noc. W trakcie wycieczki, która trwała jakieś 27 godzin zdążyłam skończyć plansze, wpaść na uczelnię, pójść nad morze, spotkać się z przyjaciółką i siać nienawiść do turystów. Po powrocie do domu zdążyłam przepakować plecak i pojechać do babci do Lublina. I chociaż nie robiłam zupełnie nic, to jednak byłam na koncercie, w kinie, przeszłam się po starym mieście kilka razy i poczułam się jak Alicja w Krainie Czarów. Później pojechałam do Warszawy, oglądałam sztukę, spotkałam znajomego ze studiów, a z innym starym znajomym wymieniłam tyle smsów w ciągu jednej doby ilu nie wymieniłam przez całe 10 lat znajomości. Kulminacją całej historii był przyjazd do Gdańska, zobaczenie pana Timberlake'a i otarcie się o śmierć ze szczęścia. Przy okazji przekonałam się dlaczego ten stadion uważany jest za najpiękniejszy, poczułam pod stopami piłkarską murawę (a przy okazji zaoszczędziłam jakieś miliony monet) oraz spotkałam pewien radiowy głos i jego let me take a selfie dziewczynę. Koniec końców wróciłam do domu i powoli muszę wrócić do prozy życia. I jest ciężko.

takie to wakacyjne Jelitkowo

Chyba mam Wam sporo do opowiedzenia. Teraz tylko trzymajcie kciuki żeby mi się udało spisać wszystko to, co na tę chwilę kłębi się w mojej głowie. Bo może być trudno.