20141123

ideał

Każda dyskusja o facetach kończy się stwierdzeniem, że przecież ideały nie istnieją i wszystkie lubimy pewne niedociągnięcia i rysy na charakterze. Nie lubię tych dyskusji, bo mam wrażenie, że zawsze zaczynają się od błędnego założenia, że istnieje jeden z góry określony wzór faceta idealnego, co jest totalną bzdurą, ale może nie zagłębiajmy się w tym momencie w ten temat. Bo wychodzi na to, że poznałam ideał. Ale happy endu nie będzie.

BANKS na dziś

Dość wysoki brunet, całkiem przystojny. Lubi gotować. Zna się na kinie i potrafi przyznać się do słuchania naprawdę komercyjnego popu, choć tak naprawdę nie jest mu obca szeroko pojęta muzyka niemejnstrimowa i życie letnich festiwali. Otwarcie mówi o tym, że płacze oglądając smutne filmy. Studiuje budownictwo, pracuje. Inteligentny młody człowiek, który lubi dzieci i chce założyć rodzinę. Niemiec, który świetnie mówi po angielsku i zna węgierski. 

No nic tylko brać. 

Więc tak sobie myślę, że mogłabym mieć proste życie. Wystarczyłoby się zakochać, przeprowadzić do Hamburga i mieć trójkę dzieci. Mogłyby biegle władać trzema językami i znać szczątki języka, którego nie jest w stanie zrozumieć nikt. Mielibyśmy dom za miastem, dwa Ople, dużego psa, dwa koty i rybki. Co roku jeździlibyśmy na wakacje, ale tylko do miejsc, w których dzieci mogłyby się czegoś nauczyć. Bylibyśmy rodziną idealną, połączeniem kilku kultur, mieszanką tak idealną jak kawa, spienione mleko i brązowy cukier. Połączyłaby nas pasja do muzyki i architektury, do białego wina i komunizmu, do jedzenia i mycia garów. Ludzie by zazdrościli.

A w rzeczywistości usłyszę tylko, że jestem wredna, bo nie odwzajemniam czyichś uczuć. Ba, ja nawet nieszczególnie zwracam na niego uwagę. Tym gorzej. Nie mam uczuć więc kogoś ranię. Ale z drugiej strony wystarczy mu tylko powiedzieć. Przecież zrozumie i nadal będziemy przyjaciółmi. Być może. Jednak ta sytuacja za bardzo przypomina mi dziwne przypadki sprzed lat pięciu. Ale o tym nie chcę rozmawiać. 

Mogłabym mieć proste życie, ale nie zawsze lubię najprostsze rozwiązania. Pewnie dlatego w mojej głowie zagościł ten słynny Holender, o którym zdążyłam zapomnieć, więc pewnie już o nim nie usłyszycie. W erazmusowej rzeczywistości dwa tygodnie to jednak mnóstwo czasu.

PS pocztówkę komuś? Ładną, praską.

20141121

we're back!

Oh, we're back home.

Tak właśnie pomyślałam wjeżdżając dziś wieczorem do Pragi. A skoro już pomyślałam, to i powiedziałam, a moja nowa fińska znajoma ze zrozumieniem pokiwała głową. A potem już tylko milczałyśmy i patrzyłyśmy jak za oknem naszego vana szybko zmieniają się miejskie krajobrazy. 

są to zupełnie nieistotne lampki z TESCO. i kawałek mojej ściany

To fascynujące jak bardzo czuję się tutaj w domu. Bo zawsze wiem jak wrócić do Strahov Mansion, znalazłam kawiarnię z przecudownym brownie do której chodzę co tydzień i zjadliwe miejsce obiadowe. Wiem już, że istnieje świat dalszy niż Praga 7, przyzwyczaiłam się do najdłuższych schodów ruchomych jakie znam i wiem jak ominąć największe tłumy ze Starego Rynku. Polubiłam piwo i białe wino. Grzyb na ścianach nie robi na mnie wrażenia. I, to chyba najważniejsze, poznałam ludzi, z którymi można wyjść w miasto w każdym momencie. Żeby tańczyć, pić, śmiać się, narzekać i płakać.
Mam zarwane łóżko, koedukacyjne prysznice i planuję najdalej z tygodniowym wyprzedzeniem. Od dawna nie czułam się tak bezpiecznie.

Tylko jest jedno ale. Bo wiem, że po moim wyjeździe, nie będzie powrotów. Cała moja Praga wyparuje i odpłynie w niebyt razem ze wszystkimi tymi, których tu poznałam. Wiem, że lubię się martwić na zapas, więc już zaczęłam. Ale wiem też, że kiedyś tu wrócę. Z kimś, kto będzie w stanie przejść kilkanaście kilometrów po tym charakterystycznym bruku tylko po to, żeby posłuchać historii o tym, jak zaczęłam być szczęśliwa.


20141102

bruises on my knees


Dziś znów jest mgliście.

garść przypadkowych słów, których nie musicie czytać, a po pocztówki proszę mejlować

W Pradze prawie nie pada. Jest za to sporo mgły. A mgła idealnie pasuje do James'a Blake'a. I w ten oto abstrakcyjny sposób znów doszłam do roztrząsania tematu rok temu

Bo rok temu już na pewno spałam. Pierwszego wstałam o szatańskiej porze (okolice 6.00 bądź 7.00) i pojechałam na cmentarz. Porządkować. Później jeszcze przez co najmniej trzy miesiące nosiłam w kieszeni sporą garść orzechów laskowych, które wywołały uśmiechy politowania u bramkarzy jednego z warszawskich klubów... No ale my nie o tym. Rok temu oczyszczaliśmy granitowe pomniki i ustawialiśmy białe znicze według zaginionych schematów rozrysowanych przez babcię. Robiliśmy też zdjęcia, co początkowo wydawało mi się wyjątkowo idiotyczne, nabrało jednak sporo sensu, kiedy w mieszkaniu dziadków, babci zaszkliły się oczy przy ich oglądaniu. Jak zwykle sporą część mojej głowy zaprzątały myśli o nieuchronności śmierci. Pamiętam, że czytałam artykuł o tym ile tak naprawdę kosztuje pogrzeb. Sprawdzałam też za ile i jaką najlepiej jest kupić trumnę (sosnową) czym doprowadziłam przyjaciółkę do lekkiej histerii. To zabawne, pamiętam moją dyskusję na temat trumien z rodzicami. Siedzieliśmy w salonie, był wieczór. Telewizor był jak zwykle włączony, a ja miałam na kolanach laptopa. Zajmowałam miejsce na fotelu, pod ścianą, przede mną stał stół a na nim gazeta, w niej artykuł...

W tym roku podobno padało. Zamiast mnie na cmentarz pojechała mama. Pewnie znów robili zdjęcia, znów byli u dziadków i znów gazety zadawały trudne pytanie jak żyć umierać?. Mogę się jedynie domyślać, z mamą dziś nie udało mi się porozmawiać. Wiem za to, że moi znajomi spotkali się w bardzo okrojonym gronie. Pili wino i wodę evian, jedli makaronki i wznosili toast za szczęśliwe narzeczeństwo. Były rozmowy o sukni od La Mani i, przede wszystkim, o ślubie, bo po studiach to już na to czas. Padło też pytanie co tam u Weroniki, bo przecież rozmowę jakoś podtrzymać trzeba. I szczerze mówiąc wszystko mi jedno jaka padła odpowiedź. Jeszcze bardziej nie jest potrzebna mi wiedza jak ta odpowiedź została odebrana przez pytających. 

Teraz znajduję się już w zupełnie innym wymiarze. Krystyna Janda śpiewa własnie cicho z radia, że jest proszę pana na zakręcie. Współczuję, zakręt to nie jest dobre miejsce do życia. Gdzie więc jest to dobre miejsce? Prawdopodobnie własnie tutaj gdzie ja się znajduję. W zarwanym łóżku w zapuszczonych praskich akademikach. Obok stadionu, który jest tak wielki, że wewnątrz mieści się 9 boisk piłkarskich. Na górze z której widać całe miasto. Tak. To jest właśnie miejsce do którego zawędrowało moje życie. Jestem w miejscu, z którego jest widok. Nie wiem na co, ale wiem, że przede mną jest naprawdę dużo rzeczy. 

Czy jest jakiś morał z tego równania? Nie mam pojęcia, zginął mi gdzieś pomiędzy słowami. Bo ten post na początku miał być o czymś zupełnie innym. 


Nie wiem czy jestem szczęśliwa. Ale na pewno jestem wolna. A to jest naprawdę cudowne uczucie. 


20141101

kryzys połowy semestru




Znamy się już właściwie wszyscy. Każdy ma swoją grupę znajomych, z którymi spędza każdą wolną chwilę. Chyba jeszcze się nie dusimy, choć ja już powoli zaczynam. Skończyła się ekscytacja nowością, przyszedł czas powrotu do rzeczywistości. Połowa semestru, czas zacząć pracować. 

PS Jeżeli chcecie znaleźć w swojej skrzynce pocztowej praską pocztówkę, bądź zapragniecie odwiedzić czeską stolicę - wiecie co robić.