20151224

wesołych świąt!

Podobno przepis na dobro to po prostu miłość. Do rodziny, sąsiada i, tak po prostu, drugiego człowieka. Z okazji Świąt i tego, że świat może stać się trochę lepszy, życzę Wam dobra właśnie. Tego zamkniętego w mniejszych i większych gestach, w słowach, w świątecznych piernikach i w karpiu. Bo dobro i miłość podobno są... all around. Buziaki!

No i coroczny świąteczny klasyk, tym razem w wydaniu gwiazdorsko-telewizyjnym ☺


20151215

urywki #4

Warto dowiedzieć się, czy może lepiej byłoby napisać (nawet jeśli nie jest to do końca prawda) - warto przypomnieć sobie, jak bardzo bezpodstawne jest posiadanie kompleksów na czyimś punkcie. Nie myślałam, że nie bycie gorszym niż ktoś inny może poprawić nastrój aż do tego stopnia. Bardzo to nieładne podnosić sobie samoocenę kosztem innych, ale to, jak czasem nasze wyobrażenia potrafią wciągnąć w najciemniejszą otchłań rozpaczy, chyba mnie usprawiedliwia.


Nie mówiąc komuś prosto w twarz, że jest żałosnym debilem i zachował się jak niedojrzały dzieciak, nie jestem nieszczera. Nie czyni to ze mnie zakłamanej małpy. Jestem dyplomatyczna. Należy dodać tylko, że sytuacja taka dotyczy współlokatorów z piekła rodem, z którymi znajomość ma datę ważności. Jeszcze miesiąc i wszyscy powiedzą sobie jak miło było z tobą mieszkać i rozejdą się w różne strony. Swoją drogą, jakie to wspaniałe, że w końcu nie jest to mój problem.


Mój wymarzony zawód zmienia się z dnia na dzień. Drimdżob na dziś: człowiek z ekipy BuzzFeeda.


Na dzień przed obroną siedziałam w domu i próbowałam zdecydować, co wypadałoby o moim projekcie powiedzieć. Niestety nie było mi dane skupić się na pracy, bo kot, bo ciasto, bo kawa. Praca w domu nigdy nie jest prosta, nie wiem jakim cudem ludzie mogą mieszkać z rodzicami będąc na studiach. (Choć i tak trochę im zazdroszczę.)


Wróciłam do Duolingo. Je mange une orange i te rzeczy. Znów zmuszam się do robienia rzeczy, które kiedyś sprawiały mi przyjemność (nauka - tak bardzo ja). I znów tęsknię za sobą w tym lepszym wydaniu. Tym, które miało siłę się malować, chodzić w spódnicach i rozmawiać z ludźmi. I tym, które popychało mnie ciągle do przodu wierząc w potęgę ciężkiej pracy i marzeń. Jakkolwiek banalnie ot nie brzmi.


ostatnio tak robię, tylko z herbatą. i te rapsy moje chyba mało gangsterskie są... [obrazek]

20151204

co udało mi się w listopadzie

Listopad był dziwnym miesiącem.

W ciągu trzydziestu dni zdążyłam przejść przez okres dramatycznie niehigienicznego stylu życia, wypić największą ilość kawy w życiu, wydać miliony monet na wydruki i w końcu oddać dyplom.

Udało mi się przejechać o wiele za dużo kilometrów i w ciągu zaledwie pięciu dni być w Gdańsku, Warszawie, Toruniu i we Włocławku. A zakończenie wojaży przypadło na dzień przed jednym z bardziej rozczarowujących i jednocześnie wyzwalających momentów w roku. Poza tym - wywiało mnie do Finlandii. Spełnione marzenie z dzieciństwa i znów rozczarowanie. Ale przynajmniej udało mi się zobaczyć niebieski domek Muminków oraz zapasy muminkowych ciastek, lizaków, herbat, pocztówek i podobnych gadżetów. 

Z rzeczy małych i jeszcze mniejszych. Po raz pierwszy w życiu udało mi się wymyślić prezenty świąteczne już w listopadzie. Nadal udaje mi się studiować. No i w końcu mam czas na czytanie Muminków.

No właśnie. Rzeczy ważne, ale najważniejsze: w listopadzie udało mi się obronić. Od prawie dwóch tygodni jestem magistrem inżynierem architektem, co brzmi długo, poważnie i odpowiedzialnie, a prawda, oczywiście, jest zupełnie inna. Jednak mówimy o sukcesach, więc może postawmy kropkę w miejscu, gdzie kończę politechnikę i zaczynam nowe życie.

W związku z nowym życiem, w mojej głowie pojawiło się mnóstwo pytań i nieśmiałych pomysłów, które zaczynają się w miejscu myślenia o sprzedaniu biletu na Florę, a kończą razem z blogowymi rewolucjami. Zbyt dużo pytań i kompletny brak odpowiedzi. Może grudzień zmieni w tej kwestii cokolwiek.

20151112

urywki #3

Boli mnie bark. Powiedziałabym nawet, że bardzo boli mnie bark. Co ciekawe, to ten drugi, a nie ten, który bolał mnie od kilku dobrych tygodni. Ot życie architekta. Poza tym jestem zmęczona i co gorsza wściekła. Spędziłam dzień krążąc między dwiema uczelniami i oczywiście nic z tego wszystkiego nie wynikło.


Śniło mi się, że przed zjedzeniem mandarynek trzeba było je sparzyć. Wrzuciłam więc kilka do garnka z gotującą się wodą. Po czym wylałam wrzątek na siebie. Może dodam, że byłam naga.Takie sny miewa się w Finlandii.


Chwilami czuję się staro. Nie metrykalnie, bo optymistycznie zakładam, że jednak nadal sporo życia zostało przede mną. Nie lubię już żadnych imprez. Przestałam chodzić na koncerty. Wolę położyć się spać wcześniej niż wcześniej. Ale nadal wstać jeszcze później, co oznacza, że jest jeszcze nadzieja. Dotarło do mnie, że klasyki literatury, to jest coś, co warto przeczytać. Zaczęłam gotować. Jest mi źle i staro. Choć nadal odwalam rzeczy takie, że ręce opadają. i wtedy myślę sobie, że może lepiej być dorosłym. I odpowiedzialnym. I nie próbować robić zakupów na jolo. Nigdy. Przenigdy.


Gdyby ktoś zastanawiał się kiedyś, gdzie leży granica lenistwa, spieszę donieść, że tam, gdzie mieszkając w jednym mieszkaniu piszemy do siebie na fejsie, bo przybiec do drugiego pokoju z nowiną to się jednak nie chce. Być może morfologia w normie i ma się nam na życie, ale podniesienie się z łóżka to już dla nas za dużo. No ale w końcu to łóżko. I listopad.


Ja wiem dlaczego nie chcę się obronić, a ty?

20151104

co udało mi się w październiku

Gdyby nie Martyna zapomniałabym, że od stycznia uskuteczniam comiesięczne podsumowania własnego życia. Fakt, ostatnio nie grzeszę ogarnięciem, zbyt dużo rzeczy dzieje się na raz. Ale skoro już mi się przypomniało - do rzeczy. Bo nie mam zbyt wiele czasu.

Przede wszystkim - nowe studia. To już miesiąc, i choć nadal często czuję się na uniwerku jak przybysz z obcej planety, to mogę powiedzieć, że mi się podoba. Ilość tekstów, które będę musiała napisać dosyć mocno mnie przeraża, ale kiedy nie będę musiała dzielić swojej głowy na dwie uczelnie powinno się udać.

Co ze starymi studiami? Dyplom złożony! I choć nie oznacza to, że jest skończony i gotowy czeka na obronę, to jednak jakiś sukces na swoim koncie już mam. Kolejny szczebel na drabinie wiodącej mnie do magisterki osiągnę już w poniedziałek. I to jest główna przyczyna mojego kompletnego nieogarnięcia. Bo powiedzieć, że mam dużo pracy, to jak nic nie powiedzieć. A czasu zostało dramatycznie mało.

Poza tym - przeprowadziłam się. Codziennie widzę znajomych i ich futrzastego psa, mam miniaturowy, ale niesamowicie przytulny pokój i 30 minut spacerem do morza. Po pięciu latach kompletnych mieszkaniowych katastrof w końcu jest dobrze.

Rzecz najważniejsza? Ostatniego dnia października wsiadłam do samolotu, by spełnić swoje dziecięce marzenie. Odleciałam do Finlandii. Na krótko i mało intensywnie, ale wystarczająco. Ale o tym w podsumowaniu listopada, ewentualnie w osobnym poście.

Próbuję przypomnieć sobie inne dobre rzeczy, które mi się przytrafiły, ale trafiam na ścianę. Nie chodzi jednak o to, że działo się źle - wprost przeciwnie. W dalszym ciągu jestem na fali wznoszącej, która nadal załamując się spada jeszcze niżej niż dno, ale robi to coraz rzadziej. Ale nie przypominam sobie zbyt wiele, bo właściwie nie robię nic poza siedzeniem przed komputerem i walką z sami wiecie czym. Jestem trochę przemęczona w związku z tym głupim dyplomem, ale zmiana otoczenia, zarówno mieszkaniowego jak i uczelnianego, wychodzi mi na dobre. Mam nadzieję, że w listopadzie nadal będzie szło mi dobrze. I że w końcu znajdę czas na te wszystkie nieprzeczytane książki i nienarysowane mazaje, bo naprawdę zatęskniłam.

20151024

urywki #2

Miałam czytać o dżenderze w sztuce, więc obejrzałam X-menów. Miałam wymyślić temat magisterki więc obejrzałam Wojnę i pokój. I wcale nie czuję się winna. Powroty do domu znów zaczęły mi się kojarzyć z oglądaniem nienormalnej ilości filmów lepszych i gorszych. Bo właściwie czemu nie. Leżenie przed telewizorem teoretycznie niczym nie różni się od kina laptopowego, a jednak w dalszym ciągu pociąga mnie o wiele bardziej. Nawet jeśli repertuar ograniczony jest do programu tv i szafki na płyty dvd.

W domu zmiany za zmianami. Nowy kocioł, malowanie w kuchni, wymiana materacy, nowe lustro, naprawa połamanych szafek i krzeseł. Plany remontowe rozłożone są w czasie i na razie dotyczą raczej małych rzeczy. Ukoronowaniem będzie generalny remont salonu z wymianą dosłownie wszystkiego. Ale to w przyszłym roku. Widocznie tak właśnie wygląda życie rodziców, których dzieci rozpoczęły drogę do samodzielności.

No i jeszcze ta zmiana czasu na zimowy skumulowana z wyborami. Wszystkie dzieci bały się Buki, a ja histeryzowałam kiedy rodzice mówili, że idą oddać głos. Zmiana czasu również doprowadzała mnie na skraj rozpaczy. Mama do dziś śmieje się z moich kilkuletnich lęków, a ja nadal uważam, że dosłowne odczytanie wyżej wspomnianych akcji może doprowadzić do dość przerażających wniosków. Jako pięciolatka byłam najrozsądniejsza.

Odczuwam potrzebę podsumowania tych urywków, ale nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy. W głowie mam dwa obrazy. Przystojnego chłopaka z pociągu i nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, która ma już konkretną datę. Mili Państwo, 23 listopada się bronię. Katastrofa.

20151019

urywki

Najpierw obudziła mnie Mama. Była 6.30, zadzwoniła i kazała mi wstawać. Drugi raz obudziło mnie przyzwyczajenie. Od października 7.30 to nowa 10.00. Powoli staję się dorosłym człowiekiem. Bardzo powoli [por. pierwsza pobudka]. Trzeci i czwarty raz budziła mnie kawa. Najpierw nostalgiczne śniadanie w Mikawie, później szybka przerwa w Maku. Tak to jest, jak się wozi na uczelni w samym centrum. Kilka piątych razów zaserwowała mi Pies, która zdecydowanie nie lubi samotności i domagała się wypuszczenia z pokoju, w którym ją zamknęłam dla własnego świętego spokoju. Nie będziesz psa nieswojego więzić, pamiętaj. Szósty i ostatni raz należy do rodziny z góry - dziś zaserwowali mi wrzaski prawdopodobnej matki do prawdopodobnego dziecka, które nie umie pisać. I czytać. A przecież wszyscy wiemy, że to kluczowe umiejętności w życiu czterolatek.

Jak to jest oddać dyplom? Fantastycznie to chyba mało powiedziane. Właściwie nie wiem w jakie słowa ubrać to uczucie ulgi, które towarzyszyło mi zaraz po wyjściu z dziekanatu. I potowarzyszy mi jeszcze jutro nawet, bo potem znów muszę się zabrać za pracę. Tak, oddałam dyplom, który jest zupełnie niedokończony. Gdyż wydział architektury to jest stan umysłu, mili państwo. Miejsce, które rządzi się własnymi zasadami i najprawdopodobniej nie podlega podstawowym prawom fizyki.

Przespałam dziś trzy godziny, oddałam dyplom, a później zmierzyłam się z panią Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gdyż jest moim promotorem. Pracy magisterskiej mojej, na nowych studiach moich. Bardzo miła babka, trzeba przyznać. Zadała tylko kilka niewygodnych pytań w stylu po co pani tu przyszła i co pani planuje robić w przyszłości. Zaproponowała też żebym pisała o architekturze ostatnich piętnastu lat w Polsce, ale ja, proszę pani, o najnowszym budownictwie najlepszego zdania nie mam. No to sobie pogadałyśmy.


Moje życie jest bywa zaskakujące.

20151001

co udało mi się we wrześniu

Miesiąc rozpoczęłam od ostrego zakuwania i małej przedurodzinowej depresji, która wyparowała w momencie kiedy obudziłam się jako dwudziestoczterolatka bez zmarszczek i siwych włosów. Raczej win.

Kolejnym zwycięstwem było zdanie poprawki egzaminu magisterskiego. Uczciłam to, jak na typową mnie przystało, wizytą w Ikei i kupnem metalowej miski, w której zamierzam robić masę cytrynową do tarty i roztapiać czekoladę. Tak, odkryłam w sobie cukiernika. Na razie jednak miska służy mi za idealny pojemnik na czipsy. Niestety, we wrześniu moje żywieniowe nawyki zrobiły się dość... dramatyczne, tak bym to ujęła. Choć może nie do końca...

No właśnie - nie do końca. Kolejnym wrześniowym zwycięstwem jest to, że udało mi się samodzielnie ugotować kilka obiadów. I nie umarłam od nich. Widocznie nie jestem złym kucharzem, ja po prostu nie mam serca do gotowania.

Nie-zwycięstwem (ale porażką na pewno też nie) jest fakt, że nie udało mi się złożyć dyplomu w wyznaczonym czasie. Na dwa dni przed ostatecznym dedlajnem złożyłam podanie o przesunięcie wyroku, tak więc jeszcze przez dwa tygodnie z małym hakiem moje myśli będą kłębiły się wokół warunków technicznych, przepisów pożarowych i dobrych kolorów na elewacji. Ale widocznie tak musiało być.

Na koniec najciekawsze. I chyba najważniejsze. Bo koniec studiów to moment, kiedy trzeba podjąć jakąś decyzję o tym co dalej. Postanowiłam, że na razie zostaję w Gdańsku. Szok i niedowierzanie. Jutro przeprowadzam się do miejsca, które znam i będę mieszkać z najlepszymi ludźmi, o których mogłabym prosić. A już od poniedziałku zaczynam zupełnie nową i trochę niespodziewaną przygodę - nowe studia. Zdecydowałam się na drugi stopień historii sztuki i mam nadzieję, że wyboru nie pożałuję.

Czy pokuszę się o podsumowanie? No jasne. Wrzesień nie był zły. Nie mogę zdecydowanie powiedzieć, że był dobry, bo zbyt dużo czasu spędziłam gapiąc się w ekran monitora i roztrząsając drobne smuteczki, zamiast skupić się na zwyczajnym cieszeniu się życiem. Jednak cieszę się, że w końcu udało mi się uspokoić. Długi to był proces i bolesny, jednak cudownie jest budzić się rano i nie musieć tłumić bolesnej myśli o tym co dalej. Naprawdę, wspaniale jest odżyć.

20150915

liczenie świateł oraz kryzysy mniejsze i większe


Patrzę na to, co jest moim powoli krystalizującym się projektem magisterskim i nie mogę uwierzyć, jak bardzo w punkt podsumowuje on całą moją naukową karierę. Nie pasuje do siebie absolutnie nic. Każdy kolejny napotkany problem próbuję obejść, ale koniec końców i tak macham na niego ręką. Nie zależy mi. Nie wiem w imię czego miałoby mi zależeć. Dobrej oceny? Ładnych plansz? Właściwie cokolwiek w moim portfolio by nie wylądowało, to i tak mój przyszły pracodawca nie do końca będzie zainteresowany moimi projektami. Przecież to na niby. Nie na prawdę, w warunkach uproszczonych, można oszukiwać, w razie niespełniania pewnych wymogów można przymknąć oko. Nikt nie zauważy. I jeśli mi się powiedzie, posadzi mnie przed komputerem i każe robić coś, co mogłabym robić po kilkudniowym kursie z oprogramowania.

Przez najbliższych kilka lat najpewniej nic nie zaprojektuję. Usiądę przy biurku i będę wcielała w życie pomysły innych. Linia po linii, będę liczyć mijające godziny i dni, dzielące mnie od państwowego egzaminu, który przecież muszę zdać. No cóż, nie muszę, ale miło by było prędzej czy później zyskać coś, co nazywane jest uprawnieniami bez ograniczeń, a tak naprawdę powinno się je określać jako ostateczna odpowiedzialność. Wcale nie chciałam dorosłości od podstawówki.

Gdzieś w równoległym wszechświecie nadal toczy się życie. Rozpoczyna się kolejny cykl, wszystkie te orientejszyn łiki, pierwsze imprezy, na których każdy wchodzący dostawał naklejkę z hasłem i w imię darmowego browara miał znaleźć resztę zaginionej drużyny. Zamiast ekscesów mam mnóstwo pracy i górę wspomnień wywoływanych piosenkami. Z tych momentów, kiedy wracałam wieczorem do akademika, jechałam o jeden przystanek za daleko i próbowałam liczyć światła miasta w pojedynkę.

A tak właściwie to chciałabym żeby już było Boże Narodzenie. Nie wierzę, że to mówię. Ale chcę śniegu, zimna, piernika i wiecznej nocy. Bo odkryłam, że najłatwiej jest mi się skupić nocą i przy sztucznym świetle. No czemu nie. Ze mną bez jaj jest ostatnio coś nie tak.

20150904

24!

Spójrzmy na chwilę na ten ostatni rok. Dokładnie 365 dni temu żegnałam się z morzem po to, żeby chwilę później wyjechać do kraju, który o morzu może pomarzyć, he he. Okej, bez złośliwości może. Ale było cudownie. Pewnie zbyt cudownie, bo czas między lutym a czerwcem zlał mi się w jedną niejasną kulę niemiłych wydarzeń. Było mnóstwo strat. Czasu, ludzi, zapału, chęci do czegokolwiek. Wakacje jakoś tak odbiły mnie od dna, ale później przyszedł wrzesień i mój autodestrukcyjny umysł wrócił do stanu sprzed lipca. W poście o ostatnich urodzinach stwierdziłam, że wtedy zmieniłam się tylko trochę. Teraz za to poszłam chyba o kilka kroków za daleko w odmienianiu siebie i swojego świata. I niedobrze to wszystko wyszło. Jedno się tylko nie zmieniło. Nadal jestem ciekawa co to się stanie za rok.

Po takim wstępie, to już chyba nikogo nie zwiedzie entuzjazm wykrzyknika w tytule. Starość mnie dopadła, koniec studiów, dorosłe życie, praca, kredyt i 25 tysi, które rzekomo mam oszczędzić do trzydziestki. Dobre sobie. Jestem przytłoczona i przerażona, zupełnie rozchwiana i niepewna. I tak zaczynam kolejny rok życia. Klawo.

Chciałabym żeby się udało. Żebym znów za rok mogła powiedzieć, że warto było ponarzekać i pocierpieć, żeby odbić się od dna i wrócić ze zdwojoną siłą. Jeżeli będziecie chcieli mi czegoś życzyć, to poproszę o wiarę w to, że się uda.

A żeby nie było zbyt gorzko, na koniec moja ostatnia muzyczna miłostka dwudziestotrzylatki. A świat idzie do przodu.


Został mi rok do ćwierćwiecza, o ja nie mogę. I can't even. 

20150901

co udało mi się w sierpniu

Miesiąc rozpoczęłam od przypadkowego spotkania z licealnym kumplem. Wpadliśmy na siebie w tramwaju i udało nam się przegadać całą drogę na Główny, a później i wizytę na Jarmarku Dominikańskim. Na koniec obietnica spotkania we wrześniu i pęd do pociągu.

Właśnie - pociągu. Sierpień to w końcu miesiąc podróży małych i dużych. W końcu zaczęłam wakacje, więc było i leżenie w domu, weekendowe wycieczki do okolicznych miast no i moje włoskie wakacje. Krótkie i nie do końca tak fantastyczne, jak sobie wymarzyłam, ale na własnych warunkach. Stop, też nie do końca. Zupełnie nie na własnych warunkach. Teraz jestem już stuprocentowo pewna, że chcę pojechać gdzieś zupełnie sama. Po przygodę. Nie wiem jednak gdzie, kiedy i, co najmniej przyjemne, za co. Ale jakoś to będzie, nie?

W końcu też udało mi się posprzątać w szafie. Nie żeby był ze mnie jakiś skończony bałaganiarz, ale zrozumieją mnie chyba wszyscy ci, którzy żyją równolegle w dwóch miejscach i ich dobytek mnoży się w dość niezrozumiałym tempie. Nie dało się wyjąć z niej nic, co byłoby schowane nie na wierzchu. Zaczęłam więc wywalać, a pomagał mi kot, i dwa duże worki później nie wypada na mnie nic i mam tylko te rzeczy, których naprawdę potrzebuję. Cud.

Z mniejszych sukcesów: przeżyłam cztery dni sama z kotem, zaszalałam i zamówiłam pędzel do podkładu (kim jesteś dziewczyno, która go zamówiła i czemu jesteś mną?!) oraz wybrałam nową torbę. Tak, to sukces w moim wypadku.

A tak poza tym i półszczerze? Przykro mi to mówić, ale straciłam serce do blogowania. Straciłam też serce do wielu ludzi, wielu ideałów, do studiów, do ich kończenia, do nauki, do... wszystkiego. Na razie nic nie zamykam, poza sobą. W końcu już za trzy dni będę o rok bliżej starości. Plany na najbliższy miesiąc zamykają się w więc w mocnym postanowieniu przeżycia kolejnych urodzin, kolejnego egzaminu i ostatniego miesiąca na uczelni. Choć tak w ogóle to straciłam na cokolwiek ochotę.

20150804

co udało mi się w lipcu

Początek lipca był zły. Byłam kłębkiem nerwów kiedy pierwszy raz szłam do pracy. Praktyk. Jednak pisząc te słowa, całą sprawę mam już za sobą i cieszę się niezmiernie. Szczególnie, że praktyki naprawdę były płatne, więc czego chcieć więcej? Pewnie mniejszego wyzysku i świadomości, że moja jednorazowa pensja to stawka praktykanta, a nie początkującego pracownika, który musi sam się utrzymać. Lipiec więc, to przede wszystkim praca, praca i jeszcze raz praca.

Jednak pomimo ciężkich początków, później, o dziwo, zaczęło się układać.

Zebrałam się w sobie, powiedziałam teraz albo nigdy i zabukowałam lot do Mediolanu. Szczerze mówiąc, od dawna nie ekscytowałam się aż tak wyjazdem. Ale cóż zrobić, kiedy mam świadomość, że za tydzień będę wygrzewać się we włoskim słońcu, spacerując między pawilonami na Expo? Na biurku czeka przewodnik i jak tylko uda mi się uporać z chaosem panującym w pokoju - robię wielkie plany.

Odświeżyłam też kilka kontaktów. Nie zmieniło to mojego życia jakoś diametralnie, ale od razu człowiekowi robi się lepiej, kiedy dowie się co słychać u dawnych znajomych. Jeszcze fajniej robi się, kiedy z niewinnego odświeżania, robi się małe reunion (patrz wyżej).

Na drugim końcu towarzyskiej skali - przyjaciele od dawna i seria pożegnań. Moja najlepsza przyjaciółka odleciała na praktyki do Brazylii. Bardzo jej zazdroszczę ale i strasznie się cieszę. I nieustannie trzymam kciuki żeby wróciła bardzo zadowolona i jeszcze bardziej fantastyczna.

Na koniec najlepsze, bo zdecydowanie wszystko to co czułam, kiedy odebrałam mmsa idąc na spotkanie ze znajomymi, było najlepszym zbitkiem emocji, jaki mogłabym sobie ostatnio wyobrazić. Więc jest Wajdeloty, ja wychodzę z Biedry, a na ekranie mojego telefonu widzę kupkę futra szalejącą po naszych płytkach. No, kot przyjechał brzmiały pierwsze słowa mojej mamy, kiedy zadzwoniłam do niej chwilę później, wymyśl imię, dokończyła. Trudno opisać, to co działo się u mnie w domu. A może łatwo? Przez cztery godziny mój telefon zadzwonił co najmniej pięć razy, otrzymywałam relacje na gorąco z życia kocicy. Rodzina oszalała. Oszalałam też ja - mimo zarzekania się, że nie przyjadę - wsiadłam w pociąg tylko po to, żeby przez kilkadziesiąt godzin pobawić się z maluchem. W tym czasie przez dom przewaliła się pielgrzymka rodziny i znajomych, bo przecież wszyscy kocię chcieli poznać. I oczywiście pokochać. (Kot czasem bywa na insta)

Lipiec więc był o dziwo dobry. Mam nadzieję, że zarazi sobą resztę roku.

20150801

lipiec w pigułce

Czwartek, 17:30 
Mnie się podobało, bo ja lubię Drejka... lubię jedną piosenkę. Powiedział chłopak z zieloną opaską. A niech go szlag. Podobno brzydsza (kwestia gustu) część populacji festiwalowej dzieli się na dwie grupy: modnych brodaczy (1/3) i tych, którym broda jeszcze nie jest w stanie rosnąć (trzecich dwie). Tak słyszałam, bo bycie prawdziwą alternatywą wymagało ode mnie zrezygnowania z karnetu. Może brak zarobków też zrezygnował. Tak trochę mocno. 

Niedziela, 20:23 
Na północ odleciał samolot wizzairu, a ja leżę na kocu, w kolorze trochę ciemniejszym niż logo linii lotniczych. Obok mnie młodociana parka narzeka na brak wiatru i ciepło, dla mnie to już pora na bluzę. I plastry. Rozsądek nie jest fajny, szczególnie wtedy, kiedy po oficjalnych 3 dniach praktyki ma się już przepracowane 5 (niedziele liczymy podwójnie). Rozsądek nie pozwala rzucić tego w diabły, bo przecież do obrony mnie nie dopuszczą. Zachciało się pracować w Sopocie. 

Piątek, 8:28 
12 stopni. Przypomniało mi się, że na zimę trzeba będzie kupić nową kurtkę. I dzień zepsuty. 

Sobota, 11:44 
Chciałabym wsiąść w Pendolino i odjechać do Krakowa. Zamiast na południe jadę jednak jeszcze dalej na północ, Gdynia wzywa. 

Piątek, 16.44 
Ludzie na dworcu w Sopocie pachną desperacją i kremem do opalania. 

Sobota, 18:38 
Tu się sprzedaje, tu się kupuje, odejdź malutki, bo cię opluję. (tvp kultura) 

Poniedziałek, 11:09 
Wydawało mi się, że już jesteśmy dorośli, ale okazało się, że jednak nie umiemy rozmawiać. Jest nadzieja. 

Piątek, 19.30 
Do przedziału wsiadł gruby facet, "byle nie przy mnie, byle nie przy mnie". Ja też potrzebuję przestrzeni życiowej. Pięć minut po nim, wsiadła jeszcze trzyosobowa rodzina, rodzice wysocy i kiedyś chudzi oraz dziecko o włosach albinosa.  
Tak, jakby w trójkę nie było nam na początku dobrze. 
Bydgoszcz, kurwa. 

Sobota, 23:29 
Na Warszawie świat się nie kończy.

Poniedziałek, 23:01 
Ten straszny moment, gdy podoba Ci się piosenka, w której śpiewa Justin Biebier. Czas zacząć słuchać Diplo ironicznie.

20150726

co udało mi się w czerwcu

Lipiec dobiega końca, a ja cały czas nie pokusiłam się o podsumowanie minionego miesiąca. Prawda jest jednak taka, że okazał się on być najgorszym ze wszystkich tegorocznych. Jakim cudem? Nie wiem. Na pewno zdarzyło się trochę miłych i fajnych rzeczy, takich jak filmowe wieczory na Burzyńskiego i wspólny wypad na plażę, jednak wszystko zostało przyćmione moją mało spektakularną klęską na końcowym egzaminie. Pani się douczy.

Czerwiec się nie udał. Wybitnie. Zaraził nawet swoją beznadziejnością początek lipca. Ale chyba dziś mogę już powiedzieć, że wraz z tym, jak odszedł w niepamięć, zaczął wydawać się momentem przesilenia. Tą chwilą, w której byłam na dnie dna i to ja pukałam od spodu.

Nie polecam.

Ale jakoś udało mi się stamtąd wyjść. Samej. I nawet nie zauważyłam kiedy.

Tak naprawdę ten wpis powinien zawierać informację o tym, że w czerwcu udało mi się kupić parę sandałów - rzecz niemożliwa, i dostać praktyki - rzecz możliwa jeszcze mniej. W czerwcu też blogowałam dosyć często. Pewnie gdyby głębiej się nad tym zastanowić - nie było tak źle. Ewentualnie przyzwyczaiłam się do tej całej beznadziei. Ostatnia opcja - wymazałam z pamięci dużo rzeczy i odpuściłam. O tym wszystkim napiszę jednak w podsumowaniu lipca. Nastąpi ono niebawem, pokuszę się pewnie o nie siedząc w pociągu, mojej ulubionej relacji Wło-Gdańsk Główny, przepełniony turystami i ich wakacyjnymi grzesznymi fantazjami. Mam tak dużo do napisania, że nie wiem, czy kiedykolwiek ujrzy to światło dzienne.

Wypiłam dwa piwa, wybaczcie nieskładność. Dobranoc.

20150719

rzecz o strachu

Mam ochoty na rzeczy spektakularne, ale się boję. Badum-tsss. Ewentualnie dźwięk spuszczanej wody w toalecie. 

Wysoki chłopak w okularach wygadał się. Zabawne, bo nie musiał tego robić. Był wysoki, dobrze ubrany i nieźle wyglądał. Miał miły głos i męskie poczucie humoru, to po kilku piwach wczoraj i kilku dziś. "Pół roku podróżowałem po Stanach", a później - "Jedź" po moim westchnięciu i wyrażeniu chęci pierdolnięcia wszystkiego w diabły i wyjazdu gdzieś daleko stąd. To "Jedź" i oczy krzyczące "serio" cały czas siedzą mi w głowie. Trudno, żeby nie siedziały. Od półtora roku karmię swoją świadomość obrazami z dalekich podróży. To infinity and beyond, na koniec świata i jeszcze dalej. Chcę oddychać obcym powietrzem, zgubić się i odnaleźć. Wystawić się na działanie warunków i popłynąć z prądem. Chcę żyć. 

Z drugiej strony, wyjazd do Mediolanu na 4-5 dni to nie jest szczyt szaleństwa. Szczególnie, kiedy leci się do znajomego, który przenocuje i nakarmi, a w zamian będzie oczekiwał uśmiechu, pogaduch i może pół litra. A wszystko przez to, że po prostu jest dobrym człowiekiem.

Ale przeraża mnie nawet głupi Mediolan. Nie, inaczej. Nie przeraża mnie Mediolan, przeraża mnie wizja innych wakacji niż te, które celebrujemy już od ładnych paru lat. Poprawka, celebrowałyśmy. Teraz czas na samodzielność, na samorozwój, na wszystkie te pierdoły wmawiane nam przez świat. Czas zebrać się i udowodnić sobie, że sama też mogę. Że też jest fajnie. Że nikogo nie potrzebuję. A i tak nadal mam wrażenie, że przegrałam. 

Przez chwilę miałam wrażenie, że się pozbierałam. Że jest dobrze. Wstaję rano, biegnę na praktyki, marnuję na nie 10 godzin dziennie (z dojazdami), ale coś się dzieje. Mam plan dnia, mam też weekendy z piwem, filmami i wycieczkami. Miałam też taką myśl, że może jednak blog zasłużył na przemianę, bo i ja się zmieniam. A nawet jeśli zmieniam się wolniej niż tego bym chciała, to w myśl zasady fake it till you make it (moja ulubiona), czas zrobić tu porządek. Niestety znów przypomniało mi się, że jestem przerażona. 

A strach to najgorsze uczucie.

20150628

do niewidzenia

Głowa pęka mi od dziwnych pomysłów. Czasem tak mam. Pęka też walizka rzucona na drugie łóżko, duży plecak i kilka niepotrzebnych gadżetów. Właściwie to pękły i wypluły z siebie małe stosy ubrań, kredek, butów i paczek chusteczek higienicznych. Jak wygląda przeprowadzka? Właśnie tak. Siedzisz ostatniej nocy na łóżku bez pościeli, w pogotowiu czeka śpiwór. Jest bałagan, choć było sprzątane. Wielka czarna teczka nie zasłania już obrzydliwych zacieków na ścianie, może i dobrze, że jedynym źródłem światła są słabe lampki nocne - przynajmniej nic nie widzę dokładnie. Większość moich rzeczy pojechała dziś do Domu. Za miesiąc powitają mnie pewnie nierozpakowane walizki i kompletny chaos. Takie życie chciałoby się rzec, na pocieszenie zostało mi tyle ubrań, że wystarczy aż do zimy na miesiąc i rośliny doniczkowe. Powtórzmy to: rośliny doniczkowe. Plus ceramiczne osłonki. Wiedziałam, że wynoszenie wszystkiego w pośpiechu to idiotyczny pomysł i że na pewno coś zostało.

Zatrzymajmy się może na chwilę przy mieszkaniu, które jutro zostawię. To chyba najgorsze miejsce w jakim przyszło mi mieszkać. Okej, za każdym razem tak mi się wydaje, więc pewnie zmienię jeszcze zdanie, ale fakt, że wyczekuję jutra od... no, 4 miesięcy, coś chyba musi znaczyć. Przede wszystkim nie polubiłam się ze współlokatorami. Małomówna wariatka, cześć, to właśnie ja. Nie polubiłam się też z moim pokojem. Z dramatycznie niewygodnym łóżkiem, któremu udało się pewnego razu zapaść. Z drugim łóżkiem, które miało służyć tym wszystkim znajomym, którzy chcieli mnie odwiedzać, szkoda tylko, że nie było wykorzystane ani razu. Ze stołem, który udawał biurko i z miękkim krzesłem, które miały niedopasowane wysokości. Z kompletnym brakiem półki na książki, notatki i inne magiczne gadżety, Ze ścianą z tektury przez którą wszystko słychać. Ze ścianą, która kryje w sobie pękniętą rurę i masę wilgoci. Wiele tu niedobrego. Porażka towarzyska i budowlana, ot co.
Ale były też rzeczy dobre, nie przesadzajmy. Sam fakt mieszkania w poniemieckiej kamienicy, która pamięta zapewne dwie wojny, to już ogromny plus. Te wysokie pomieszczenia, duże okna, drewniane schody na korytarzu i robiące wrażenie drzwi wejściowe. Wąskie szpary na listy, Briefe, zaklejone kolejnymi warstwami farby olejnej. No i ta bliskość wszędzie. Dobra, czyli będzie mi czegoś brakowało.

Jednak przede wszystkim nie będzie mi brakowało tego, kim tutaj byłam. Czas to skończyć. Do niewidzenia.

20150624

w co się ubrać na festiwal?

Zaczęło się. Open'er już za tydzień, więc wszystkie modowe portale i blogi prześcigają się w radzeniu festiwalowicz(k)om jak mają wyglądać na tej znanej wszystkim imprezie. Szaleństwo więc trwa w najlepsze, a jego kulminacją będą miliony fotek przedstawiających gorzej lub lepiej ubrane dziewczyny. I cały ten zamęt doprowadził mnie do szału już rok temu, kiedy w pewnym fashion czasopiśmie obejrzałam sesję inspirowaną modą noszoną przez tych kilka magicznych dni w roku. Najpierw planowałam wylać z siebie całą frustrację, ale zróbmy to inaczej. Oto kilka punktów, które w dość subiektywnie rozsądny sposób rozprawiają się z całą festiwalową modą.

z mojego pierwszego openera nie mam zdjęć, bo w 2009 roku nie posiadałam czegoś tak a(bs)trakcyjnego jak telefon z aparatem. właściwie w ogóle nie pamiętam jaki telefon wtedy miałam. posłuchajmy więc zamierzchłej piosenki, bo przecież wszyscy marzymy o Coachelli (Glastonbury jest już so last season)

1   Po pierwsze i prawdopodobnie najważniejsze: oglądałaś fotki z Coachelli i planujesz wyglądać tak jak siostry Kardashian na kalifornijskiej pustyni? Siatki, koronki, łańcuszki, sandały i kapelusze? Obudź się dziewczyno, jedziesz do Gdyni! Nie na pustynię, NAD POLSKIE MORZE, gdzie pogoda jest tak nieobliczalna jak zachcianki kobiety w ciąży. Za dnia możesz palić się w skwarze godnym Sahary, jednak nocą zimny wiatr i kilkanaście stopni przypomną Ci, że żyjesz w klimacie umiarkowanym. Powtórzę więc jeszcze raz: w naszym kraju nocą jest zimno. Bywają wyjątkowo też ciepłe, ale jeżeli zamierzasz bawić się całą noc, poza bikini i delikatną sukienką, zabierz ze sobą też ciepłą bluzę. Nie pożałujesz.

rok 2010 i 2manydjs aka tak cudowny set i niezapomniane Love will tear us apart na zakończenie. i konfetti, które przez kolejne dni sypało się z sufitu

2   Zostając przy temacie pogody i mody - kalosze to może i stylowy dodatek, ale zanim zapakujesz je do plecaka - sprawdź pogodę. W dniu wyjazdu prawdopodobieństwo, że coś się drastycznie zmieni nie jest tak wielkie, więc jeśli nie są zapowiadane ulewne deszcze - po prostu ich nie bierz. Uwierz mi, są ciężki, a ty będziesz zmuszona przedefilować z nimi naprawdę wiele kilometrów, zanim triumfalnie rzucisz je w namiocie. Niewielki deszcz przetrwają solidniejsze trampki. Uchronią też stopy od zwichnięć (nawet jeśli nie jesteś amatorem pakowania się w tłum, to i tak nie jesteś bezpieczna - ciemność i nierówny trawiasty teren już ostrzą ząbki) i zdeptania. No i jeszcze klapki, koniecznie. Nie chcesz korzystać z prysznica bez nich, oj nie.

rok 2011 to ten najbardziej deszczowy ever i jednocześnie mój najpiękniejszy festiwal z Pulp i Foalsami. kiedy ja unosiłam się wysoko ponad ziemią, mój telefon (stalowa Nokia!) zawilgotniał i robił właśnie takie zdjęcie. oglądacie wnętrze mojej kieszeni

3   O ile więc nikt nie przewiduje ulewy, bądź przed festiwalem przez tydzień lało (błoto!, wtedy też gumiaki przydać się mogą) kalosze nie są potrzebne. Dla bezpieczeństwa jednak zawsze warto zabrać ze sobą kurtkę od deszczu. Nie da zmoknąć w trakcie krótkiej letniej burzy a i od wiatru ochroni. Może też udawać kocyk na plaży/trawie, obrus czy cały stół. Brzydkie, ale funkcjonalne - gumowe sztormiaki - polecam, Esc.

2012 to edycja deszczu, ale przede wszystkim wszechobecnego błota. i Major Lazer

4   Nie do końca rozumiem tych, którzy do festiwalu przygotowują się w sklepach, kupując nowe, super modne ubrania, buty i inne dodatki. Jasne, fajnie jest być stylowym i wylądować w galerii na stronie brytyjskiego Vogue'a, ale jeszcze fajniej jest mieć ciuchy, które nie będą jednorazowe. Bo nie wiem czy wiesz, ale czasem pada i wszystko przemaka. Czasem nie pada i wszystko pokrywa gruba warstwa pyłu, która w połączeniu z kremem z filtrem zostawia plamy nie do sprania. Czasem też lądujesz w anonimowym tłumie i twoje ubrania się drą i brudzą, guziki odpadają, a obce papierosy wypalają małe okropne dziurki.

w roku 2013 wydawało mi się, że to wszystko bez sensu i too mainstream. uratowali mnie panowie z Blur. a potem zobaczyłam Rihannę i zwątpiłam we wszechświat. mam też nowy telefon i robię bejzik fotki - zachód słońca, koło i namiot

5   Małe torebki są ekstra - modne i poręczne, ale nie sprawdzają się wtedy, kiedy decydujesz się poskakać. Pozostaje ci wtedy cały czas ją trzymać, albo olać sprawę i modlić się, żeby w najlepszym wypadku nie obić sobie wszystkich kości, a w najgorszym - nie połamać zębów. Spodnie czy bluzy z kieszeniami wystarczą żeby zabrać ze sobą telefon, chusteczkę higieniczną i kartę płatniczą.

kolejny rok, 2014, miał przebiec pod znakiem festiwalu zagranico, ale jeden dzień Open'era kusił mnie za bardzo. Foalsi ♥ z wielkiego spontanu niestety nie mam zdjęć, pooglądajmy zatem zupełną nowość od zespołu

6   Poza ubraniami przydają się też różnego rodzaju gadżety. Przede wszystkim krem z filtrem i okulary przeciwsłoneczne, bo słońce i otwarta przestrzeń to nie jest najlepszy duet. Mokre chusteczki, gumki do włosów, ręcznik z mikrofibry i dla wrażliwych - coś co odstraszy robactwo, któremu namioty bardzo się podobają. Warto zabrać też ze sobą choć odrobinę jedzenia - nocą człowiek może być naprawdę głody i leniwy, a wafle ryżowe dadzą radę co najmniej na chwilę.

Co przyniesie rok 2015? No cóż, nie mam pojęcia. Nie mam też już właściwie żadnych oszczędności, choć duo: Alt-J i Chet Faker kusi. Bardzo kusi

Alexa Chung dorzuca do zestawu koc, wodę i brokat. Wspomina też o tym, że należy zrezygnować z lustra i snu. Coś w tym jest i podpisuję się pod taką listą, to chyba jedyna rzecz jaką można wynieść z jej słynnej książki. Czy chcę coś dodać? Tak: nie zapomnij zabrać ze sobą dobrego humoru i nie pozwól, żeby tak głupia rzecz jak ubranie, zepsuła Ci koncert ulubionego zespołu. Bo nic nie jest tego warte.

Dobrej zabawy!

20150621

o wszystkich emocjach

Najkrótsza noc w roku (wczoraj? Dzisiaj?), a ja starym zwyczajem siedzę i tyję w domu. Przetrząsnęłam sklepy we Wło i w Toruniu w poszukiwaniu butów (nie, nic nie znalazłam), zjadłam gofry, obejrzałam Bonda (cóż za cudowne kiczowate lata 90.!) i przeczytałam tekst w gazecie o Masłowskiej. Paw niezmiennie jedną z najważniejszych książek mojego krótkiego żywota, amen.

Z małym zaskoczeniem stwierdziłam ostatnio, że podoba mi się wizja bycia dziewczyną znad morza. Rozwiane włosy, złota skóra i bikini zawsze w pogotowiu. Piach w torebce, piach w butach i piach przyklejony do pleców. Dobra pogoda robi mi wodę z mózgu, a fakt, że nie lubię gdy ktoś podejmuje decyzje za mnie, nie pomaga. Racjonalne ładne są tylko cztery miesiące w roku do mnie nie przemawia. Przemawia do mnie za to myśl, że skoro i tak będę nieszczęśliwa, to lepiej być nieszczęśliwą bliżej plaży.

Nie zdałaś egzaminu, więc jesteś na świetnej drodze do oblania roku. Nie dziękuję za wsparcie. To głupie, tak bardzo głupie, ale nie mam ochoty kończyć tych studiów. Chwilowo nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Nie chcę chodzić na uczelnię, widywać znajomych. Nie chcę szukać praktyk i płaszczyć się przed wielkimi architektami z bożej łaski, żeby przyjęli mnie może na miesiąc bezpłatnych praktyk, bo w przeciwnym razie nie skończę tego cyrku.

Znów czuję się tak, jakbym nigdzie nie pasowała. Cześć, jesteś spoko, ale idź ze sobą gdzieś indziej. Znajdź sobie lepsze zajęcie niż przebywanie tu z nami, choć wiesz, generalnie nie mamy ci nic do zarzucenia. Tu jest mi źle, bo nikt nie jest zainteresowany wysłuchaniem tego co mam do powiedzenia, sugerując mi za to jedyne słuszne rozwiązania. Tam za to, wszyscy mają już swoje zajęcie, które nie pozwala im nawet na to, by zapytać czy ja się w ogóle dobrze czuję.

Właściwie to wszystko sprowadza się tylko do tego, że tak bardzo chciałabym mieć kota.

A niech to wszystko szlag trafi.

Poszukajmy jednak prawdziwego zakończenia. Happy endu, rodem z wymarzonego Hollywood. Skoro przyszło lato i szarpnęło się na powitanie z ulewą – uczcijmy je. Rzucam więc sobie wyzwanie. Do 23 września zrobię 24 rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłam, ewentualnie takich, które odkładam na lepsze czasy od dawna. Czas start, na dobry początek zaczęłam pisać coś, co nie ma żadnego sensu. Będziecie ze mnie dumni jak to skończę.


Udanego tygodnia! Mimo wszystko.