20150208

co udało mi się w styczniu

Miałam rozpisać moje noworoczne postanowienia, ale mi się nie udało (ups, chyba nie o tym miałam pisać). Oczywiście więc zapomniałam już o połowie i pewnie dlatego moje życie nigdy nie będzie perfekcyjne (bogom dzięki!). Ale coś udało mi się ogarnąć. I czegoś dokonać. Postanowiłam więc przypomnieć sobie o kilku małych zwycięstwach, skoro od 96 godzin jestem w domu i już doprowadziłam się na skraj szaleństwa. Niewiele tych zwycięstw bo, nie oszukujmy się, resztę wspomnień pożarł alkohol.

Zacznijmy od tego, że przeczytałam dwie książki i zaczęłam zmagać się z trzecią. Wynik to marny, ale patrząc na moje dokonania z zeszłych lat - niesamowicie szaleńczy. Przygotowałam też stos książek, które chcę przeczytać, ale nigdy mi się nie udało dobrnąć do końca. Stos ma wysokość 11 tomów, więc w obecnym tempie mam zajęcie do wakacji. Tak... Powoli, małymi kroczkami.

Zaliczyłam sesję. Bez kitu, całą. I to na dwa tygodnie przed jej końcem. Ja wiem, że niektórych może to bawić, ale w moim przypadku wyczyn ten urasta do rangi super ekstra dokonania życia. Bo sesję udało mi się uwalić nawet jak jej nie miałam, pozdrawiam ja, student mający oceny w NAPRAWDĘ głębokim poważaniu.

Dałam radę przemóc początki depresji i wycofywanie się. Nie zamknęłam się w sobie w trakcie końcówki i dzięki temu przeżyłam naprawdę kilka cudownych wieczorów z ludźmi, za którymi naprawdę będę tęsknić (a o tym jakby trochę napisałam poniżej). Niech żyje opuszczenie biblioteki! (Choć akurat za nią też trochę tęsknić będę.)

W końcu wymyśliłam nazwę i założyłam swoje nowe internetowe miejsce. Pisanie tekstów niestety na razie mi nie idzie, ale biorąc pod uwagę fakt, że zaczęłam dopiero dzisiaj - liczę na to, że jednak się rozkręcę. Na więcej informacji (takich jak chociażby adres i profil na fejsie do zalajkowania) musicie jeszcze odrobinę poczekać. Ale pierwszy krok zrobiłam. I podjęłam pierwszą decyzję. Coś się dzieje.

Do swoich osiągnięć dopisałabym jeszcze nie odwiedzenie mnóstwa miejsc w Pradze. Brzmi nielogicznie? No cóż, ma to pewien sens, kiedy w kółko powtarzasz sobie: tak, teraz mam po co wrócić! No tak, zupełnie jakbym nie miała lepszych powodów :D

A żeby zakończyć w dziwny sposób - przegrałam z konwenansami i własnymi uprzedzeniami (a może raczej wygrałam?) i jako mistrz sytuacji last minute, wyciągnęłam Holendra na obiad. oholender. Chyba nie sądziliście, że Erazmus, nawet mój, mógł zakończyć się bez jakichkolwiek, najmniejszych nawet szmerów w sercach? Tym samym moja lista "żałuję, bo nie zrobiłam" przestała istnieć, zapoczątkowała za to "żałuję, bo zrobiłam". Ale zdecydowanie wolę tę drugą.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Ale w sumie to jak było?

Dobrze było. Wszystkie rozstania połamały mi serce na drobne kawałki, ale tyle razy powtórzyliśmy sobie, że to dopiero początek, aż w końcu w to uwierzyłam. I teraz czekam na jakiekolwiek środki na koncie, żeby kupić bilet autobusowy. Praga w maju musi być przepiękna.

5 komentarzy:

  1. zapomniałaś o labelsie o holender !

    OdpowiedzUsuń
  2. Ty zaprosiłaś Holendra? A nie on Ciebie?
    Też dziękuję sobie za to, że moje życie nie jest perfekcyjne :D
    Kurde, ja mam zamiar przeczytać w tym roku 52 książki, czyli wychodzi jedna na tydzień. Przez trzy tygodnie czytałam "Zbrodnię i karę", marny początek.

    OdpowiedzUsuń
  3. gratuluję sesji, ja uwaliłam jeden egzamin ;/ po raz pierwszy ever odkąd zaczęłam te studia (*)
    obiad z Holendrem? brzmi zacnie. mam nadzieję, że wszystko fajnie :3

    OdpowiedzUsuń
  4. http://onlybethenight.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)