20150419

udanej niedzieli

Niedziel nie lubię najbardziej ze wszystkich dni tygodnia, dlatego tę postanowiłam uświetnić kilkoma obrazami, które sprawiają, że mam ochotę piszczeć z zachwytu. Dosłownie. 


Kilka razy już o tym chyba wspominałam. Nie widać po mnie, ale na śledzeniu tego co w modzie piszczy, spędzam naprawdę dużo czasu. Bardzo daleko mi do eksperta, ale myślę, że poziom hobbystyczny to coś, czym mogę się określić. No po prostu lubię oglądać te wszystkie sukienki, torebki, buty, płaszcze i kapelusze. Lubię całą tę rozdmuchaną bańkę luksusu i niepowtarzalności, pięknych tkanin, ręcznych zdobień i szczupłych młodych dziewczyn. Jednak co w świecie wirtualnym, to nie w realnym, więc po sklepach chodzić raczej nie lubię, z różnych przyczyn. Choć miewam przebłyski. 


Wolę jednak skupić się na oglądaniu, czytaniu i porównywaniu. Oczywiście podstawowym źródłem i żywicielem mojej małej pasji jest internet, ale odkąd mamy naszą własną edycję Project Runway - także i telewizja. Moje zdanie o tym co dzieje się na ekranie zachowam jednak dla siebie. Choć jeśli chcecie przybliżyć sobie moją opinię polecam ten wpis (jak i całego bloga), bo FV to jedno z miejsc mojej edukacji. A sam wpis jak i odcinek wspomnianego wyżej programu popchnął mnie do oglądania krótkich filmików pokazujących to, jak moda haute couture powstaje. I to jest cukierek na dziś. Technika na granicy z magią. Wysoka moda w najczystszym i najpiękniejszy wydaniu. Nie mogę wprost oderwać wzroku, moja wyobraźnia odleciała gdzieś w bardzo odległe rejony. 


Udanej niedzieli.

20150414

może ja mam problem?

Na pewno przechodziłam, w moim już powoli przydługim życiu, przez okres chcę być księżniczką. Każdy przechodził. Pewnie był tam też królewicz na białym koniu (tak bardzo kocham konie!), zbroja, miecz, te rzeczy. Ja miałam piękną suknię i czapkę, której nie potrafię nazwać. Moja wersja księżniczki nosiła stożkowate nakrycie głowy, bardzo wysokie, z dość długim kawałkiem szmaty tiulem wystającym z czubka. Doskonale pamiętam jak wykonałam coś takiego na bal przebierańców u mamy w pracy (wg mojej wyobraźni byłam Panią Nocą), a później trzy razy większą wersję na wakacjach u babci. A może to wcale nie była koronowana głowa tylko wróżka? Diabli wiedzą. Ja za to wiem, że lepiej pamiętam, że uprawiałam DIY zanim było to modne, niż że marzyłam o happy endzie z królewiczem. Ale do rzeczy.

Nie wiem dlaczego, ale scenariusz mojego życia nie jest skoncentrowany wokół dorośnięcia i przedłużenia gatunku, a przede wszystkim - znalezienia sobie męża, który przedłużenia pomoże mi dokonać. Który w zdrowiu i w chorobie, w dobrobycie i biedzie będzie mnie wspierał, pielęgnował i sponsorował. Naprawdę nie mam pojęcia skąd w moim życiu wziął się taki brak spiny akurat na ten aspekt życia. Bo musicie wiedzieć, że bez dyplomu zdobytego po przepisowych pięciu latach studiów, chyba nie byłabym w stanie iść w świat, więc w planach mam też coś podyplomowego. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez pozowania na intelektualistę i dążenia do stanu, w którym w końcu będę mogła przestać udawać i naprawdę człowiekiem wykształconym być. Odchodząc od tematów naukowych - Esc w przyszłości bez kota, to nie Esc. Jeżeli dorobię się mieszkania, dorobię się i kota. Czy właściwie to dwóch. Mam jakiś milion pomysłów na ich imiona, doskonale wiem jak je wychować, żeby nie siały postrachu wśród moich znajomych. A skoro przez chwilę przewinął się temat mieszkania. Wiem jak chcę żeby wyglądało. A skoro wygląd - nie wiem jak ja będę wyglądać za kilka lat, ale spodziewam się tutaj zbyt dużych wydatków na ubrania. Wiem też jaka ja chcę być. Ale to czy będę miała męża i piątkę dzieci, czy nie, to naprawdę jakoś nie robi na mnie większego wrażenia.

Do niedawna nie przeszkadzało mi to w ogóle. Aż tu nagle weszłam w ten wiek, kiedy naprawdę istnieje coś takiego sezon na zaręczyny, celebrowanie walentynek, wieczory panieńskie, śluby, ciąże i dzieci. Niekoniecznie w tej kolejności. I nie było źle dopóki to zjawisko było w początkowej fazie rozwoju. Ale z czasem zabierało coraz to kolejne osoby, aż w końcu jego kręgi zaczęły zahaczać o moje najbliższe towarzystwo. A problem, który dotyka bezpośrednio mnie, to jedyna rzecz, którą mogę się przejąć (no chyba, ze dotyczy kotów, ale to wiadomo). I czasem tak sobie myślę, że może ja jestem zepsuta. Może przewróciłam się w przedszkolu i na zawsze uszkodziłam część mózgu odpowiedzialną za pałanie uczuciami do ludzi. Może powinnam pozwać przedszkolanki, bo mnie nie dopilnowały, albo zapisać się na terapię w grupach koedukacyjnych. Albo przeszczepić mózg. Może ja mam problem? A może nie. I w swoim czasie po prostu do tego dorosnę.


20150412

grande finale

W Pradze było jakoś inaczej. Nie bałam się. Nie tylko szwendać nocą po ulicy, ale też nie miałam ataków paniki myśląc o najbliższej przyszłości. Nosiłam w sobie pewną ślepą wiarę w to, że mi się uda. Cieszyłam się życiem, potrafiłam żyć chwilą. Nadal martwiłam się na zapas, ale przynajmniej nie w stopniu wykraczającym poza zdrowy rozsądek. Przejmowałam się swoim wyglądem. Maseczki, olejowanie włosów, szminki, bronzery, duperele. Zaczęłam chodzić na zakupy i się nimi cieszyć, a co za tym idzie - zaczęłam nosić spódnice i sukienki. Wow, jakie ty masz nogi. Nagle czułam się dobrze sama ze sobą. Nie wstydziłam się siebie, swoich myśli, swojego ciała. Udało mi się znaleźć złoty środek gdzieś pomiędzy pałaniem niechęcią do większości ludzi, a byciem najbardziej uśmiechniętą osobą w towarzystwie. Rozmawiałam z ludźmi. Spędzałam czas. Czułam się wolna. 

Ale nie zrozumcie mnie źle: nie stałam się z dnia na dzień ekstrawertykiem optymistą. Nie biegałam przez praski bruk z yolo na ustach i nie rzucałam się w wir zabawy bez opamiętania. Nadal tkwiło we mnie kompletne przeciwieństwo takiej osoby, jednak okiełznane na tyle, że przestało odpychać ludzi. Miałam swój mały umiarkowany hedonizm. I było mi tak po prostu dobrze.

Więc najgorsze jest to, że ja tęsknię za sobą. Przez kilka chwil byłam kimś, kim tak bardzo zawsze chciałam być. Kimś kto nie bał się po prostu być tym kim chce i pozwalać sobie na cieszenie się światem. Kimś kto uciekł i sprawił, że osunęłam się na samo dno.

Oczywiście hipokryzją byłoby stwierdzenie, że nie tęsknię za imprezami, ludźmi, stypendium i tym, że przez kilka miesięcy nikt nie wchodził mi w drogę i na dobrą sprawę mogłam robić co chciałam. Trochę mi tego brakuje, ale bez tych wszystkich rzeczy da się żyć. Szczególnie wtedy, kiedy jest się początkującym socjopatą, nie lubi się klubów i przez ostatnich kilka lat osiągnęło się mistrzostwo w utrzymywaniu kontaktów na odległość. I choć jest mi odrobinę przykro kiedy widzę coraz to nowe zdjęcia na fejsie, to przepraszam, nie tęsknie. Za bardzo skupiłam się na sobie. 




Ale może to i dobrze.




Dziś wylałam z siebie chyba największy żal i tym samym chciałabym zakończyć smutny tydzień z Esc. Bardzo chcę powiedzieć, że obiecuję poprawę, prawie tak bardzo, że już niemalże sama w to uwierzyłam. Ale musicie wiedzieć, że znów się staram. Idzie mi jak krew z nosa, ale powoli moje portfolio zaczyna przypominać coś, co można pokazać ludziom, tworzę też bazę moich potencjalnych pracodawców, a moja samoocena nie leży na dnie Kanału Sueskiego, pod dziesięcioma metrami mułu. Jest gdzieś w połowie drogi na powierzchnię. Metodą małych kroków dążę do małego celu. A tak przy okazji: niedługo zakładka Bloody Architecture zmieni status z żartu na coś bardziej namacalnego.

20150408

modra penezenka

dowód osobisty
karta miejska z Gdańska i z Pragi
legitymacja studencka z PG (w momencie, kiedy byłam z siebie taka dumna, że zdobyłam je wszystkie) i z CTU (pieprzona pamiątka)
karta debetowa (i teraz nie mogę wykupić subskrypcji na Spotifaja) z zepsutym PayPassem
karta biblioteczna z Gdańska (uprawniająca do miliona kulturalnych zniżek w mieście)
karta na punkty Payback
świstek papieru informujący, że noszę soczewki o konkretnej mocy, więc w razie wypadku proszę je zdjąć
trzydzieści peelenów w banknotach
milion monet (góra trzy złote)
jedna korona czeska
jeden eurocent
dwa ruble
dwa bilety do Bio Oko: Szukając Vivian Maier (polecam, bardzo w stylu Sugarmana, choć trochę gorszy) i na film, który był tak zły, że nie mogę sobie nawet przypomnieć jego nazwy
bilet Praga-Bohumin-Warszawa, aka najdroższy bilet kolejowy jaki kupiłam, aka pamiątka mojej głupoty
plastry
kartka z nazwą i adresem małej knajpy w Lizbonie, w której serwują świetne wino
cała masa paragonów
kilka biletów kolejowych Wło-Gdańsk
obrazek z Matką Boską, który podarowała mi Babcia, która dostała go od swojej Mamy co najmniej 60 lat temu
i pewnie coś równie ważnego o czym zapomniałam

Podsumowując: granatowy portfel ze skóry, obrandowany nazwą pewnej hurtowni handlującej narzędziami. Lekko sfatygowany, ale w dalszym ciągu był gotów posłużyć mi przez kilka lat. Okej, przyznaję się, nie lubiłam go za bardzo.

Pojechałam do Pragi i co? I zajebali mi portfel. Bardzo przepraszam za język, ale nadal jestem wściekła kiedy o tym myślę. W pewnym sensie się obwiniam. Bo gdybym nie pojechała, do niczego by nie doszło. Nie straciłabym kupy niepotrzebnych rzeczy i czasu. Najpierw na policji, później w konsulacie, koniec końców u fotografa, w kolejce po nowy dowód, w banku. Jestem wściekła, ale tak naprawdę nie wiem jak się winić. Bo portfel wylądował w torebce, tak jak zwykle. Małej i sfatygowanej, ale noszonej zawsze z przodu, co zawsze skutkuje przewracaniem oczu mojej młodszej siostry. Ktoś mnie popchnął, ale czemu tu się dziwić kiedy wbijam na pewniaka do metra z wielkim plecakiem. Ktoś lekko szarpnął za torbę. 

tydzień Jamiego. tak po prostu mnie uspokaja

To jest uczucie, którego nie da się opisać. Nagle szósty zmysł podpowiada ci, że coś jest nie tak i kiedy wkładasz rękę do torby, po prostu wiesz. Nie ma, ukradli. Nie oszalałam, doskonale pamiętam, że włożyłam portfel w to konkretne miejsce. Po prostu wiesz ale i nie wiesz, no bo jak ciebie, WŁAŚNIE CIEBIE, mogli odrobić tak łatwo. Przecież nosiłam go tak ZAWSZE, a jednak wyciągnięcie tego kawałka wołowej skóry z masą papieru w środku było prostsze niż odebranie lizaka przedszkolakowi. Nie do końca wiem jak to się stało, ale na następnej stacji już stałam pod drzwiami komisariatu policji i w panice paplałam, że they stole me my wallet, can you help me, please, a oni już zamykali mi drzwi przed nosem. Przed kompletnym zlaniem mojego problemu uratowało mnie krótkie UKRADLI MI PORTFEL!, wiadomo, my bracia słowianie trzymamy się razem, więc od razu zaproszono mnie do środka i spisano zeznania. Podpisałam masę makulatury, usłyszałam, że dostanę od nich list za kilka tygodni i że nie mają internetu, więc nie sprawdzą mi numeru na infolinię do banku. W konsulacie też poszło zaskakująco łatwo, pewnie dlatego, że bez przeszkód mogłam wyświetlić co się stało, a kwiecień nie mieszał nam się z majem (po czesku maj to kveten. tak). Łatwo też poszło z rodziną. Nie mogę powiedzieć, że moi rodzice są surowi, jednak czasem reagują zbyt szybko i potrafią powiedzieć zbyt wiele. Tym razem jednak wykazali wystarczająco dużo opanowania i wsparcia. I tylko poczucie życiowej przegranej ze mną pozostało. Cały czas we mnie siedzi. 

A co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Cały majątek, i to nie mały, leżał w tej samej torebce, jedynie odrobinę głębiej. W małej, okrągłej portmonetce z kwiatkami. Jakieś cztery tysiące koron. Kupa kasy. I ten majątek został ze mną, całe pieniądze jakie miałam. Zaistniało coś w sytuacji i wilk syty i owca cała, tyle tylko w zupełnie innym sensie. I ja miałam (i nadal mam, czekam aż pewnego dnia do moich drzwi zapukają panowie z Providenta z kijami bejzbolowymi w dłoniach) problem i oni nic nie zyskali. 

I taki to weekend w Pradze sobie zafundowałam. Usłyszałam tylko raz, że ja mówiłam, żebyś tam nie jechała. Tak, dziękuję, bardzo pomogło. Bo nie chodzi o to, że żałuję, że pojechałam. No dobra, żałuję. Ale gdyby nie portfel, to byłby to bardzo dobry wyjazd. Uświadamiający mi wiele smutnych rzeczy, ale jednak dobry i potrzebny. Nawet jeśli tylko po to, żebym kupiła pluszowego Kreta. 

Wiem że ludzi, którym kradną portfele jest wielu. Sama przecież, przez te moje pięć miesięcy w Pradze, słyszałam o tylu portfelach i tylu telefonach, które widziałam, a nawet trzymałam w ręku dwie godziny temu, a później je ukradli, że nie starczy mi palców, żeby je policzyć. W klubach, w tramwajach, w metrze, a w najbardziej hardkorowym przypadku: w hostelu gdzieś w UK, gdzie ukradziono aparat foto i wszystkie dokumenty podróżującym Amerykanom - poszli spać z całym majątkiem zawieszonym na szyi i obudzili się już bez niego. Kamery w pokojach oczywiście zarejestrowały złodzieja, ale z jego pleców trudno było odczytać tożsamość. Się zachciało opuścić Czechy na Boże Narodzenie. Ale, jak to mówią, przypadki chodzą po ludziach. Nie wiem tylko czemu ostatnio chodzą częściej po mnie, tak jakby zabranie mi kota nie było wystarczające....

Do usłyszenia w następnym odcinku smutnych przygód Esc. Ahoj.

20150407

co udało mi się w marcu i coś jeszcze

Gapię się w komputer próbując zgadnąć jak ma wyglądać moje portfolio. A skoro się gapię, to gapię się w niezliczone ilości blogów, które próbują przekonać mnie, że stworzenie tej śmiesznej książeczki podsumowującej moje archi dokonania, jest proste. Ale jednocześnie ultra ważne. Więc w sumie to i bardzo trudno. I siedzę tak i widzę te blogi i dociera do mnie, że sama porzuciłam pewne internetowe miejsce. 

Bo wiecie, ostatnio tak mi smutno. Nie wiem nawet czy powinnam się nad tym rozwodzić i usprawiedliwiać, przecież jakiś czas temu obiecałam sobie, że nie będę z bloga robiła chusteczki do nosa i nie będę przelewała w internety wszystkich swoich frustracji. Sama przecież wiem jak reaguję na blogi, gdzie jedyną treścią są narzekania na życie, rodzinę bliższą i dalszą, pogodę, sąsiadów, znajomych, miasto w którym się żyje, miasto w którym chciałoby się żyć... Kursor czym prędzej wędruje w kierunku czerwonego iksa i tyle. Po prostu nie chcę czuć odrazy do własnego bloga.

Ja chyba odrobinę się pogubiłam. Mniej więcej trzy miesiące temu wiedziałam do czego zmierza moje życie, jaki jest mniej więcej plan i co chciałabym osiągnąć. Sytuacja jednak zmieniła się w najmniej oczekiwanym momencie i wszystko jakby się osunęło. Plan się rypnął, o. Naturalną koleją rzeczy byłoby wymyślenie nowego planu i nawet po części już go mam. Niestety pomiędzy praktykuję w Niderlandach a biegam po Meksykańskiej plaży jest jakaś taka gigantyczna dziura, której nie mam czym zapełnić. 

edit: zapomniałam o soundtracku. żeby nie było smutno: od dawna nie słyszałam piosenki, która aż tak bardzo skradłaby moje serce. same cudowności ♥

Chciałabym, żeby ktoś przyszedł potrzymać mnie za rękę. Żeby powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że się ułoży, choć teraz może być do niczego. 

Co udało mi się w marcu?

Pojechałam do Pragi. 
I dogadałam się z policjantem po polsku. A później dotarłam do konsulatu. Ale o tym chyba w następnym odcinku przygód smutnej Esc. Ahoj.