20150412

grande finale

W Pradze było jakoś inaczej. Nie bałam się. Nie tylko szwendać nocą po ulicy, ale też nie miałam ataków paniki myśląc o najbliższej przyszłości. Nosiłam w sobie pewną ślepą wiarę w to, że mi się uda. Cieszyłam się życiem, potrafiłam żyć chwilą. Nadal martwiłam się na zapas, ale przynajmniej nie w stopniu wykraczającym poza zdrowy rozsądek. Przejmowałam się swoim wyglądem. Maseczki, olejowanie włosów, szminki, bronzery, duperele. Zaczęłam chodzić na zakupy i się nimi cieszyć, a co za tym idzie - zaczęłam nosić spódnice i sukienki. Wow, jakie ty masz nogi. Nagle czułam się dobrze sama ze sobą. Nie wstydziłam się siebie, swoich myśli, swojego ciała. Udało mi się znaleźć złoty środek gdzieś pomiędzy pałaniem niechęcią do większości ludzi, a byciem najbardziej uśmiechniętą osobą w towarzystwie. Rozmawiałam z ludźmi. Spędzałam czas. Czułam się wolna. 

Ale nie zrozumcie mnie źle: nie stałam się z dnia na dzień ekstrawertykiem optymistą. Nie biegałam przez praski bruk z yolo na ustach i nie rzucałam się w wir zabawy bez opamiętania. Nadal tkwiło we mnie kompletne przeciwieństwo takiej osoby, jednak okiełznane na tyle, że przestało odpychać ludzi. Miałam swój mały umiarkowany hedonizm. I było mi tak po prostu dobrze.

Więc najgorsze jest to, że ja tęsknię za sobą. Przez kilka chwil byłam kimś, kim tak bardzo zawsze chciałam być. Kimś kto nie bał się po prostu być tym kim chce i pozwalać sobie na cieszenie się światem. Kimś kto uciekł i sprawił, że osunęłam się na samo dno.

Oczywiście hipokryzją byłoby stwierdzenie, że nie tęsknię za imprezami, ludźmi, stypendium i tym, że przez kilka miesięcy nikt nie wchodził mi w drogę i na dobrą sprawę mogłam robić co chciałam. Trochę mi tego brakuje, ale bez tych wszystkich rzeczy da się żyć. Szczególnie wtedy, kiedy jest się początkującym socjopatą, nie lubi się klubów i przez ostatnich kilka lat osiągnęło się mistrzostwo w utrzymywaniu kontaktów na odległość. I choć jest mi odrobinę przykro kiedy widzę coraz to nowe zdjęcia na fejsie, to przepraszam, nie tęsknie. Za bardzo skupiłam się na sobie. 




Ale może to i dobrze.




Dziś wylałam z siebie chyba największy żal i tym samym chciałabym zakończyć smutny tydzień z Esc. Bardzo chcę powiedzieć, że obiecuję poprawę, prawie tak bardzo, że już niemalże sama w to uwierzyłam. Ale musicie wiedzieć, że znów się staram. Idzie mi jak krew z nosa, ale powoli moje portfolio zaczyna przypominać coś, co można pokazać ludziom, tworzę też bazę moich potencjalnych pracodawców, a moja samoocena nie leży na dnie Kanału Sueskiego, pod dziesięcioma metrami mułu. Jest gdzieś w połowie drogi na powierzchnię. Metodą małych kroków dążę do małego celu. A tak przy okazji: niedługo zakładka Bloody Architecture zmieni status z żartu na coś bardziej namacalnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)