20150628

do niewidzenia

Głowa pęka mi od dziwnych pomysłów. Czasem tak mam. Pęka też walizka rzucona na drugie łóżko, duży plecak i kilka niepotrzebnych gadżetów. Właściwie to pękły i wypluły z siebie małe stosy ubrań, kredek, butów i paczek chusteczek higienicznych. Jak wygląda przeprowadzka? Właśnie tak. Siedzisz ostatniej nocy na łóżku bez pościeli, w pogotowiu czeka śpiwór. Jest bałagan, choć było sprzątane. Wielka czarna teczka nie zasłania już obrzydliwych zacieków na ścianie, może i dobrze, że jedynym źródłem światła są słabe lampki nocne - przynajmniej nic nie widzę dokładnie. Większość moich rzeczy pojechała dziś do Domu. Za miesiąc powitają mnie pewnie nierozpakowane walizki i kompletny chaos. Takie życie chciałoby się rzec, na pocieszenie zostało mi tyle ubrań, że wystarczy aż do zimy na miesiąc i rośliny doniczkowe. Powtórzmy to: rośliny doniczkowe. Plus ceramiczne osłonki. Wiedziałam, że wynoszenie wszystkiego w pośpiechu to idiotyczny pomysł i że na pewno coś zostało.

Zatrzymajmy się może na chwilę przy mieszkaniu, które jutro zostawię. To chyba najgorsze miejsce w jakim przyszło mi mieszkać. Okej, za każdym razem tak mi się wydaje, więc pewnie zmienię jeszcze zdanie, ale fakt, że wyczekuję jutra od... no, 4 miesięcy, coś chyba musi znaczyć. Przede wszystkim nie polubiłam się ze współlokatorami. Małomówna wariatka, cześć, to właśnie ja. Nie polubiłam się też z moim pokojem. Z dramatycznie niewygodnym łóżkiem, któremu udało się pewnego razu zapaść. Z drugim łóżkiem, które miało służyć tym wszystkim znajomym, którzy chcieli mnie odwiedzać, szkoda tylko, że nie było wykorzystane ani razu. Ze stołem, który udawał biurko i z miękkim krzesłem, które miały niedopasowane wysokości. Z kompletnym brakiem półki na książki, notatki i inne magiczne gadżety, Ze ścianą z tektury przez którą wszystko słychać. Ze ścianą, która kryje w sobie pękniętą rurę i masę wilgoci. Wiele tu niedobrego. Porażka towarzyska i budowlana, ot co.
Ale były też rzeczy dobre, nie przesadzajmy. Sam fakt mieszkania w poniemieckiej kamienicy, która pamięta zapewne dwie wojny, to już ogromny plus. Te wysokie pomieszczenia, duże okna, drewniane schody na korytarzu i robiące wrażenie drzwi wejściowe. Wąskie szpary na listy, Briefe, zaklejone kolejnymi warstwami farby olejnej. No i ta bliskość wszędzie. Dobra, czyli będzie mi czegoś brakowało.

Jednak przede wszystkim nie będzie mi brakowało tego, kim tutaj byłam. Czas to skończyć. Do niewidzenia.

20150624

w co się ubrać na festiwal?

Zaczęło się. Open'er już za tydzień, więc wszystkie modowe portale i blogi prześcigają się w radzeniu festiwalowicz(k)om jak mają wyglądać na tej znanej wszystkim imprezie. Szaleństwo więc trwa w najlepsze, a jego kulminacją będą miliony fotek przedstawiających gorzej lub lepiej ubrane dziewczyny. I cały ten zamęt doprowadził mnie do szału już rok temu, kiedy w pewnym fashion czasopiśmie obejrzałam sesję inspirowaną modą noszoną przez tych kilka magicznych dni w roku. Najpierw planowałam wylać z siebie całą frustrację, ale zróbmy to inaczej. Oto kilka punktów, które w dość subiektywnie rozsądny sposób rozprawiają się z całą festiwalową modą.

z mojego pierwszego openera nie mam zdjęć, bo w 2009 roku nie posiadałam czegoś tak a(bs)trakcyjnego jak telefon z aparatem. właściwie w ogóle nie pamiętam jaki telefon wtedy miałam. posłuchajmy więc zamierzchłej piosenki, bo przecież wszyscy marzymy o Coachelli (Glastonbury jest już so last season)

1   Po pierwsze i prawdopodobnie najważniejsze: oglądałaś fotki z Coachelli i planujesz wyglądać tak jak siostry Kardashian na kalifornijskiej pustyni? Siatki, koronki, łańcuszki, sandały i kapelusze? Obudź się dziewczyno, jedziesz do Gdyni! Nie na pustynię, NAD POLSKIE MORZE, gdzie pogoda jest tak nieobliczalna jak zachcianki kobiety w ciąży. Za dnia możesz palić się w skwarze godnym Sahary, jednak nocą zimny wiatr i kilkanaście stopni przypomną Ci, że żyjesz w klimacie umiarkowanym. Powtórzę więc jeszcze raz: w naszym kraju nocą jest zimno. Bywają wyjątkowo też ciepłe, ale jeżeli zamierzasz bawić się całą noc, poza bikini i delikatną sukienką, zabierz ze sobą też ciepłą bluzę. Nie pożałujesz.

rok 2010 i 2manydjs aka tak cudowny set i niezapomniane Love will tear us apart na zakończenie. i konfetti, które przez kolejne dni sypało się z sufitu

2   Zostając przy temacie pogody i mody - kalosze to może i stylowy dodatek, ale zanim zapakujesz je do plecaka - sprawdź pogodę. W dniu wyjazdu prawdopodobieństwo, że coś się drastycznie zmieni nie jest tak wielkie, więc jeśli nie są zapowiadane ulewne deszcze - po prostu ich nie bierz. Uwierz mi, są ciężki, a ty będziesz zmuszona przedefilować z nimi naprawdę wiele kilometrów, zanim triumfalnie rzucisz je w namiocie. Niewielki deszcz przetrwają solidniejsze trampki. Uchronią też stopy od zwichnięć (nawet jeśli nie jesteś amatorem pakowania się w tłum, to i tak nie jesteś bezpieczna - ciemność i nierówny trawiasty teren już ostrzą ząbki) i zdeptania. No i jeszcze klapki, koniecznie. Nie chcesz korzystać z prysznica bez nich, oj nie.

rok 2011 to ten najbardziej deszczowy ever i jednocześnie mój najpiękniejszy festiwal z Pulp i Foalsami. kiedy ja unosiłam się wysoko ponad ziemią, mój telefon (stalowa Nokia!) zawilgotniał i robił właśnie takie zdjęcie. oglądacie wnętrze mojej kieszeni

3   O ile więc nikt nie przewiduje ulewy, bądź przed festiwalem przez tydzień lało (błoto!, wtedy też gumiaki przydać się mogą) kalosze nie są potrzebne. Dla bezpieczeństwa jednak zawsze warto zabrać ze sobą kurtkę od deszczu. Nie da zmoknąć w trakcie krótkiej letniej burzy a i od wiatru ochroni. Może też udawać kocyk na plaży/trawie, obrus czy cały stół. Brzydkie, ale funkcjonalne - gumowe sztormiaki - polecam, Esc.

2012 to edycja deszczu, ale przede wszystkim wszechobecnego błota. i Major Lazer

4   Nie do końca rozumiem tych, którzy do festiwalu przygotowują się w sklepach, kupując nowe, super modne ubrania, buty i inne dodatki. Jasne, fajnie jest być stylowym i wylądować w galerii na stronie brytyjskiego Vogue'a, ale jeszcze fajniej jest mieć ciuchy, które nie będą jednorazowe. Bo nie wiem czy wiesz, ale czasem pada i wszystko przemaka. Czasem nie pada i wszystko pokrywa gruba warstwa pyłu, która w połączeniu z kremem z filtrem zostawia plamy nie do sprania. Czasem też lądujesz w anonimowym tłumie i twoje ubrania się drą i brudzą, guziki odpadają, a obce papierosy wypalają małe okropne dziurki.

w roku 2013 wydawało mi się, że to wszystko bez sensu i too mainstream. uratowali mnie panowie z Blur. a potem zobaczyłam Rihannę i zwątpiłam we wszechświat. mam też nowy telefon i robię bejzik fotki - zachód słońca, koło i namiot

5   Małe torebki są ekstra - modne i poręczne, ale nie sprawdzają się wtedy, kiedy decydujesz się poskakać. Pozostaje ci wtedy cały czas ją trzymać, albo olać sprawę i modlić się, żeby w najlepszym wypadku nie obić sobie wszystkich kości, a w najgorszym - nie połamać zębów. Spodnie czy bluzy z kieszeniami wystarczą żeby zabrać ze sobą telefon, chusteczkę higieniczną i kartę płatniczą.

kolejny rok, 2014, miał przebiec pod znakiem festiwalu zagranico, ale jeden dzień Open'era kusił mnie za bardzo. Foalsi ♥ z wielkiego spontanu niestety nie mam zdjęć, pooglądajmy zatem zupełną nowość od zespołu

6   Poza ubraniami przydają się też różnego rodzaju gadżety. Przede wszystkim krem z filtrem i okulary przeciwsłoneczne, bo słońce i otwarta przestrzeń to nie jest najlepszy duet. Mokre chusteczki, gumki do włosów, ręcznik z mikrofibry i dla wrażliwych - coś co odstraszy robactwo, któremu namioty bardzo się podobają. Warto zabrać też ze sobą choć odrobinę jedzenia - nocą człowiek może być naprawdę głody i leniwy, a wafle ryżowe dadzą radę co najmniej na chwilę.

Co przyniesie rok 2015? No cóż, nie mam pojęcia. Nie mam też już właściwie żadnych oszczędności, choć duo: Alt-J i Chet Faker kusi. Bardzo kusi

Alexa Chung dorzuca do zestawu koc, wodę i brokat. Wspomina też o tym, że należy zrezygnować z lustra i snu. Coś w tym jest i podpisuję się pod taką listą, to chyba jedyna rzecz jaką można wynieść z jej słynnej książki. Czy chcę coś dodać? Tak: nie zapomnij zabrać ze sobą dobrego humoru i nie pozwól, żeby tak głupia rzecz jak ubranie, zepsuła Ci koncert ulubionego zespołu. Bo nic nie jest tego warte.

Dobrej zabawy!

20150621

o wszystkich emocjach

Najkrótsza noc w roku (wczoraj? Dzisiaj?), a ja starym zwyczajem siedzę i tyję w domu. Przetrząsnęłam sklepy we Wło i w Toruniu w poszukiwaniu butów (nie, nic nie znalazłam), zjadłam gofry, obejrzałam Bonda (cóż za cudowne kiczowate lata 90.!) i przeczytałam tekst w gazecie o Masłowskiej. Paw niezmiennie jedną z najważniejszych książek mojego krótkiego żywota, amen.

Z małym zaskoczeniem stwierdziłam ostatnio, że podoba mi się wizja bycia dziewczyną znad morza. Rozwiane włosy, złota skóra i bikini zawsze w pogotowiu. Piach w torebce, piach w butach i piach przyklejony do pleców. Dobra pogoda robi mi wodę z mózgu, a fakt, że nie lubię gdy ktoś podejmuje decyzje za mnie, nie pomaga. Racjonalne ładne są tylko cztery miesiące w roku do mnie nie przemawia. Przemawia do mnie za to myśl, że skoro i tak będę nieszczęśliwa, to lepiej być nieszczęśliwą bliżej plaży.

Nie zdałaś egzaminu, więc jesteś na świetnej drodze do oblania roku. Nie dziękuję za wsparcie. To głupie, tak bardzo głupie, ale nie mam ochoty kończyć tych studiów. Chwilowo nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Nie chcę chodzić na uczelnię, widywać znajomych. Nie chcę szukać praktyk i płaszczyć się przed wielkimi architektami z bożej łaski, żeby przyjęli mnie może na miesiąc bezpłatnych praktyk, bo w przeciwnym razie nie skończę tego cyrku.

Znów czuję się tak, jakbym nigdzie nie pasowała. Cześć, jesteś spoko, ale idź ze sobą gdzieś indziej. Znajdź sobie lepsze zajęcie niż przebywanie tu z nami, choć wiesz, generalnie nie mamy ci nic do zarzucenia. Tu jest mi źle, bo nikt nie jest zainteresowany wysłuchaniem tego co mam do powiedzenia, sugerując mi za to jedyne słuszne rozwiązania. Tam za to, wszyscy mają już swoje zajęcie, które nie pozwala im nawet na to, by zapytać czy ja się w ogóle dobrze czuję.

Właściwie to wszystko sprowadza się tylko do tego, że tak bardzo chciałabym mieć kota.

A niech to wszystko szlag trafi.

Poszukajmy jednak prawdziwego zakończenia. Happy endu, rodem z wymarzonego Hollywood. Skoro przyszło lato i szarpnęło się na powitanie z ulewą – uczcijmy je. Rzucam więc sobie wyzwanie. Do 23 września zrobię 24 rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłam, ewentualnie takich, które odkładam na lepsze czasy od dawna. Czas start, na dobry początek zaczęłam pisać coś, co nie ma żadnego sensu. Będziecie ze mnie dumni jak to skończę.


Udanego tygodnia! Mimo wszystko.

20150614

if i wanna be rich

Napisałabym coś, ale mój mózg zdolny jest jedynie podsunąć garść nikogo nieinteresujących informacji o systemach konstrukcyjnych (prętowe! powierzchniowe! bryłowe!), ekspresjonizmie w architekturze (opera w Sydney!) i o warstwach tworzących dach zielony (hydro-, termoizolacja! warstwa ochronna! warstwa drenująca! warstwa filtrująca! humus! kwiatki!). Tak, uczę się. Nie uczyłam się tak dawno, że chwilowo mam wrażenie, że ktoś (ja!) się nade mną znęca. Każe mi przyswajać wiedzę, która jest mi tak potrzebna jak bikini zimą. Czyli w sumie jednak trochę potrzebną. I pewnie dlatego jeszcze nie pieprznęłam tego w diabły.

Nie napiszę, więc podzielę się piosenką wyjątkowej urody o dość ciekawej wersji live (świnki! krówki!). Miłego dnia.




(zwariowałam!)

20150607

dezaktywacja

Zablokowałam konto na fejsie.

Nie do końca wiem, co chciałam osiągnąć tym czynem, bo będę się uczyć jakoś nie przekonuje mnie do końca. Z drugiej strony - zniknięcia i tak nikt nie zauważy. Czyli nauka, rysunki i tajemniczy blogowy projekt, który cały czas nie chce nabrać kształtów? Tak. I jeszcze książka, którą wkrótce muszę oddać do biblioteki i te, które na zawsze będą moje, ale i tak nie mogę się ich doczekać. Gdyby ktoś naprawdę mnie potrzebował - proszę pisać maila, smsować czy dzwonić. Ewentualnie łapać mnie na Insta, czy Twitterze. Albo tu. Albo można mi też wysłać tradycyjny list, naprawdę sprawi mi to przyjemność. Właściwie zostało mnóstwo kanałów kontaktu. Choć na nic one nikomu, przecież wiem.

Na zakończenie abstrakcyjny obrazek z Pinteresta. Tam też jestem, choć jakoś niezbyt często.


Ładny, prawda? Udanego tygodnia.


edit: No to z odwyku nie wyszło nawet 48h. Powód? Mam już termin egzaminu mgr i wpadłam w taką panikę, że potrzebowałam wysłać rozhisteryzowaną wiadomość pisaną capsem do kilku osób. Ale na pewno podejmę kolejną próbę. Kiedyś.
Poza tym: krótko, ale kilka przemyśleń na ten temat już mam, więc kiedyś pewnie nawet je spiszę. Pewnie wtedy kiedy już rozprawię się z cholerną ochroną cieplną budynku. Czy czymś

20150602

spontan

Spontaniczna Esc zaszalała ostatnio na wyprzedaży w Empiku i kupiła aż dwie książki. Kilka dni wcześniej poszła na spacer do nowej Biedry i wróciła z niej, co za zaskoczenie, z książką z promocji. Kupiła też mnóstwo słodyczy krzycząc, że żyje się tylko raz. W myśl tej samej zasady, rzuciła wszystko w niedzielę i pojechała na wieczorną wycieczkę do lasu. Żałuje? Tylko tych cukierków trochę, bo nawet jeśli nie pójdą w brzuch i uda, to w dziurawe zęby na pewno.

Mniej spontaniczne było opuszczenie dziś konsultacji. Jutro przecież też jest dzień. Ja za to jestem mistrzem w oszukiwaniu samej siebie, że przecież na jutro zrobię więcej. Właściwie to zrobię cokolwiek, co będzie nadawało się do publicznego pokazania i uniknięcia linczu. I siedzę tak nad tym cokolwiek od kilku dni zadając sobie pytanie, kto u diabła w ogóle przyjął mnie na te studia i jak bardzo źle czuł się w tamtym momencie. Cholerny dyplom, nigdy go nie skończę.

Bardzo spontaniczne i szalone byłoby zapisanie się na egzaminy wstępne na nowe studia. Niesamowicie to kuszące, jednak na razie moje równie spontaniczne jak ja obecne studia, nie chcą powiedzieć mi kiedy dokładnie przyjdzie mi zdawać egzamin końcowy. Mam tylko nadzieję, że dowiem się wcześniej niż na jeden dzień przed. Tak żebym w razie czego chociaż do Gdańska była w stanie dojechać.


Najmniej spontaniczną decyzją było zamówienie How big, how blue, how beautiful. Zdecydowanie jednak najlepszą.

20150601

co udało mi się w maju

Przede wszystkim w maju ogarnęłam swoje blogowanie. Choć nadal zdarza mi się wylewać z siebie zbyt wiele żalu i złości, to jednak zasilałam bloga kontentem dzielnie, dwa razy w tygodniu. To banalne, ale i jednocześnie duże osiągnięcie. Pisanie sprawia mi szczególny problem kiedy jest mi naprawdę źle, więc albo się ogarnęłam, albo lepiej idzie mi zmuszanie się do pisania. Tak czy inaczej - jestem zadowolona.

Wymyśliłam też sobie co najmniej trzy sposoby na moje życie po życiu studiach. Trochę szkoda, że tak naprawdę żaden nie jest wystarczająco logiczny żeby przekonać do niego moich rodziców.

Na ostatnią chwilę zaczęłam odkrywać Trójmiasto. Nie żebym do tej pory go nie odkrywała, ale co trzy miasta, to nie jedno. Trzy razy więcej do zwiedzania. W maju udało mi się przemierzyć (po raz kolejny, ale zawsze jestem zachwycona) trasę Orłowo - centrum Gdyni. Dotarłam też na Oksywie, spacerowałam wśród falowców i dowiedziałam się, że na Przymorzu między blokami jest mały amfiteatr. Na koniec udało mi się dotrzeć do Doliny Radości i przemierzać najpierw lasy oliwskie, a później samą Oliwę nocą. I wszystko to było naprawdę piękne.

Zrobiłam pierwszy projekt nie na uczelnię. W prawdzie to tylko projekt przemalowania i lekkiego udekorowania pokoju mojej siostry, jednak to dla mnie i tak sporo. Szczególnie, że jednocześnie będzie to moja pierwsza realizacja. Wow! Propsy do portfolio! O ile oczywiście uda mi się wszystko ładnie rozrysować i opisać. Ale to kiedyś.

Na chwilę, choć mam nadzieję, że dłuższą, powróciłam do malowania paznokci. I nie, nie tego zwykłego jednorodnego kolorowania. Z resztą, niech paznokcie powiedzą same jak właśnie wyglądają.

KOTECKI!

Rysuję też na papierze. Mój ikeowy zeszyt powoli zapełnia się kolorowymi wizjami. Nie wiem czy jest coraz lepiej (raczej utrzymuję się na tym samym poziomie), ale na pewno powoli robi się coraz ciekawiej.

Aha, na sam koniec. Wyciągnęłam też z piwnicy tajemnicze urządzenie i karton pełen skarbów. Ale na razie nie chcę nic o nim pisać, trochę się obawiam, że całe to przedsięwzięcie może skończyć się małą porażką. Albo odcięciem sobie palca. Ale jeśli się uda, to będzie bardzo fajnie. To jednak na pewno nie w czerwcu.

I przez kolejny miesiąc udało mi się nie zwariować. Kurcze, dobrze się trzymam.

PS Już spóźnione, ale buziaki, dzieciaki!