20150726

co udało mi się w czerwcu

Lipiec dobiega końca, a ja cały czas nie pokusiłam się o podsumowanie minionego miesiąca. Prawda jest jednak taka, że okazał się on być najgorszym ze wszystkich tegorocznych. Jakim cudem? Nie wiem. Na pewno zdarzyło się trochę miłych i fajnych rzeczy, takich jak filmowe wieczory na Burzyńskiego i wspólny wypad na plażę, jednak wszystko zostało przyćmione moją mało spektakularną klęską na końcowym egzaminie. Pani się douczy.

Czerwiec się nie udał. Wybitnie. Zaraził nawet swoją beznadziejnością początek lipca. Ale chyba dziś mogę już powiedzieć, że wraz z tym, jak odszedł w niepamięć, zaczął wydawać się momentem przesilenia. Tą chwilą, w której byłam na dnie dna i to ja pukałam od spodu.

Nie polecam.

Ale jakoś udało mi się stamtąd wyjść. Samej. I nawet nie zauważyłam kiedy.

Tak naprawdę ten wpis powinien zawierać informację o tym, że w czerwcu udało mi się kupić parę sandałów - rzecz niemożliwa, i dostać praktyki - rzecz możliwa jeszcze mniej. W czerwcu też blogowałam dosyć często. Pewnie gdyby głębiej się nad tym zastanowić - nie było tak źle. Ewentualnie przyzwyczaiłam się do tej całej beznadziei. Ostatnia opcja - wymazałam z pamięci dużo rzeczy i odpuściłam. O tym wszystkim napiszę jednak w podsumowaniu lipca. Nastąpi ono niebawem, pokuszę się pewnie o nie siedząc w pociągu, mojej ulubionej relacji Wło-Gdańsk Główny, przepełniony turystami i ich wakacyjnymi grzesznymi fantazjami. Mam tak dużo do napisania, że nie wiem, czy kiedykolwiek ujrzy to światło dzienne.

Wypiłam dwa piwa, wybaczcie nieskładność. Dobranoc.

20150719

rzecz o strachu

Mam ochoty na rzeczy spektakularne, ale się boję. Badum-tsss. Ewentualnie dźwięk spuszczanej wody w toalecie. 

Wysoki chłopak w okularach wygadał się. Zabawne, bo nie musiał tego robić. Był wysoki, dobrze ubrany i nieźle wyglądał. Miał miły głos i męskie poczucie humoru, to po kilku piwach wczoraj i kilku dziś. "Pół roku podróżowałem po Stanach", a później - "Jedź" po moim westchnięciu i wyrażeniu chęci pierdolnięcia wszystkiego w diabły i wyjazdu gdzieś daleko stąd. To "Jedź" i oczy krzyczące "serio" cały czas siedzą mi w głowie. Trudno, żeby nie siedziały. Od półtora roku karmię swoją świadomość obrazami z dalekich podróży. To infinity and beyond, na koniec świata i jeszcze dalej. Chcę oddychać obcym powietrzem, zgubić się i odnaleźć. Wystawić się na działanie warunków i popłynąć z prądem. Chcę żyć. 

Z drugiej strony, wyjazd do Mediolanu na 4-5 dni to nie jest szczyt szaleństwa. Szczególnie, kiedy leci się do znajomego, który przenocuje i nakarmi, a w zamian będzie oczekiwał uśmiechu, pogaduch i może pół litra. A wszystko przez to, że po prostu jest dobrym człowiekiem.

Ale przeraża mnie nawet głupi Mediolan. Nie, inaczej. Nie przeraża mnie Mediolan, przeraża mnie wizja innych wakacji niż te, które celebrujemy już od ładnych paru lat. Poprawka, celebrowałyśmy. Teraz czas na samodzielność, na samorozwój, na wszystkie te pierdoły wmawiane nam przez świat. Czas zebrać się i udowodnić sobie, że sama też mogę. Że też jest fajnie. Że nikogo nie potrzebuję. A i tak nadal mam wrażenie, że przegrałam. 

Przez chwilę miałam wrażenie, że się pozbierałam. Że jest dobrze. Wstaję rano, biegnę na praktyki, marnuję na nie 10 godzin dziennie (z dojazdami), ale coś się dzieje. Mam plan dnia, mam też weekendy z piwem, filmami i wycieczkami. Miałam też taką myśl, że może jednak blog zasłużył na przemianę, bo i ja się zmieniam. A nawet jeśli zmieniam się wolniej niż tego bym chciała, to w myśl zasady fake it till you make it (moja ulubiona), czas zrobić tu porządek. Niestety znów przypomniało mi się, że jestem przerażona. 

A strach to najgorsze uczucie.