20150804

co udało mi się w lipcu

Początek lipca był zły. Byłam kłębkiem nerwów kiedy pierwszy raz szłam do pracy. Praktyk. Jednak pisząc te słowa, całą sprawę mam już za sobą i cieszę się niezmiernie. Szczególnie, że praktyki naprawdę były płatne, więc czego chcieć więcej? Pewnie mniejszego wyzysku i świadomości, że moja jednorazowa pensja to stawka praktykanta, a nie początkującego pracownika, który musi sam się utrzymać. Lipiec więc, to przede wszystkim praca, praca i jeszcze raz praca.

Jednak pomimo ciężkich początków, później, o dziwo, zaczęło się układać.

Zebrałam się w sobie, powiedziałam teraz albo nigdy i zabukowałam lot do Mediolanu. Szczerze mówiąc, od dawna nie ekscytowałam się aż tak wyjazdem. Ale cóż zrobić, kiedy mam świadomość, że za tydzień będę wygrzewać się we włoskim słońcu, spacerując między pawilonami na Expo? Na biurku czeka przewodnik i jak tylko uda mi się uporać z chaosem panującym w pokoju - robię wielkie plany.

Odświeżyłam też kilka kontaktów. Nie zmieniło to mojego życia jakoś diametralnie, ale od razu człowiekowi robi się lepiej, kiedy dowie się co słychać u dawnych znajomych. Jeszcze fajniej robi się, kiedy z niewinnego odświeżania, robi się małe reunion (patrz wyżej).

Na drugim końcu towarzyskiej skali - przyjaciele od dawna i seria pożegnań. Moja najlepsza przyjaciółka odleciała na praktyki do Brazylii. Bardzo jej zazdroszczę ale i strasznie się cieszę. I nieustannie trzymam kciuki żeby wróciła bardzo zadowolona i jeszcze bardziej fantastyczna.

Na koniec najlepsze, bo zdecydowanie wszystko to co czułam, kiedy odebrałam mmsa idąc na spotkanie ze znajomymi, było najlepszym zbitkiem emocji, jaki mogłabym sobie ostatnio wyobrazić. Więc jest Wajdeloty, ja wychodzę z Biedry, a na ekranie mojego telefonu widzę kupkę futra szalejącą po naszych płytkach. No, kot przyjechał brzmiały pierwsze słowa mojej mamy, kiedy zadzwoniłam do niej chwilę później, wymyśl imię, dokończyła. Trudno opisać, to co działo się u mnie w domu. A może łatwo? Przez cztery godziny mój telefon zadzwonił co najmniej pięć razy, otrzymywałam relacje na gorąco z życia kocicy. Rodzina oszalała. Oszalałam też ja - mimo zarzekania się, że nie przyjadę - wsiadłam w pociąg tylko po to, żeby przez kilkadziesiąt godzin pobawić się z maluchem. W tym czasie przez dom przewaliła się pielgrzymka rodziny i znajomych, bo przecież wszyscy kocię chcieli poznać. I oczywiście pokochać. (Kot czasem bywa na insta)

Lipiec więc był o dziwo dobry. Mam nadzieję, że zarazi sobą resztę roku.

20150801

lipiec w pigułce

Czwartek, 17:30 
Mnie się podobało, bo ja lubię Drejka... lubię jedną piosenkę. Powiedział chłopak z zieloną opaską. A niech go szlag. Podobno brzydsza (kwestia gustu) część populacji festiwalowej dzieli się na dwie grupy: modnych brodaczy (1/3) i tych, którym broda jeszcze nie jest w stanie rosnąć (trzecich dwie). Tak słyszałam, bo bycie prawdziwą alternatywą wymagało ode mnie zrezygnowania z karnetu. Może brak zarobków też zrezygnował. Tak trochę mocno. 

Niedziela, 20:23 
Na północ odleciał samolot wizzairu, a ja leżę na kocu, w kolorze trochę ciemniejszym niż logo linii lotniczych. Obok mnie młodociana parka narzeka na brak wiatru i ciepło, dla mnie to już pora na bluzę. I plastry. Rozsądek nie jest fajny, szczególnie wtedy, kiedy po oficjalnych 3 dniach praktyki ma się już przepracowane 5 (niedziele liczymy podwójnie). Rozsądek nie pozwala rzucić tego w diabły, bo przecież do obrony mnie nie dopuszczą. Zachciało się pracować w Sopocie. 

Piątek, 8:28 
12 stopni. Przypomniało mi się, że na zimę trzeba będzie kupić nową kurtkę. I dzień zepsuty. 

Sobota, 11:44 
Chciałabym wsiąść w Pendolino i odjechać do Krakowa. Zamiast na południe jadę jednak jeszcze dalej na północ, Gdynia wzywa. 

Piątek, 16.44 
Ludzie na dworcu w Sopocie pachną desperacją i kremem do opalania. 

Sobota, 18:38 
Tu się sprzedaje, tu się kupuje, odejdź malutki, bo cię opluję. (tvp kultura) 

Poniedziałek, 11:09 
Wydawało mi się, że już jesteśmy dorośli, ale okazało się, że jednak nie umiemy rozmawiać. Jest nadzieja. 

Piątek, 19.30 
Do przedziału wsiadł gruby facet, "byle nie przy mnie, byle nie przy mnie". Ja też potrzebuję przestrzeni życiowej. Pięć minut po nim, wsiadła jeszcze trzyosobowa rodzina, rodzice wysocy i kiedyś chudzi oraz dziecko o włosach albinosa.  
Tak, jakby w trójkę nie było nam na początku dobrze. 
Bydgoszcz, kurwa. 

Sobota, 23:29 
Na Warszawie świat się nie kończy.

Poniedziałek, 23:01 
Ten straszny moment, gdy podoba Ci się piosenka, w której śpiewa Justin Biebier. Czas zacząć słuchać Diplo ironicznie.