20150915

liczenie świateł oraz kryzysy mniejsze i większe


Patrzę na to, co jest moim powoli krystalizującym się projektem magisterskim i nie mogę uwierzyć, jak bardzo w punkt podsumowuje on całą moją naukową karierę. Nie pasuje do siebie absolutnie nic. Każdy kolejny napotkany problem próbuję obejść, ale koniec końców i tak macham na niego ręką. Nie zależy mi. Nie wiem w imię czego miałoby mi zależeć. Dobrej oceny? Ładnych plansz? Właściwie cokolwiek w moim portfolio by nie wylądowało, to i tak mój przyszły pracodawca nie do końca będzie zainteresowany moimi projektami. Przecież to na niby. Nie na prawdę, w warunkach uproszczonych, można oszukiwać, w razie niespełniania pewnych wymogów można przymknąć oko. Nikt nie zauważy. I jeśli mi się powiedzie, posadzi mnie przed komputerem i każe robić coś, co mogłabym robić po kilkudniowym kursie z oprogramowania.

Przez najbliższych kilka lat najpewniej nic nie zaprojektuję. Usiądę przy biurku i będę wcielała w życie pomysły innych. Linia po linii, będę liczyć mijające godziny i dni, dzielące mnie od państwowego egzaminu, który przecież muszę zdać. No cóż, nie muszę, ale miło by było prędzej czy później zyskać coś, co nazywane jest uprawnieniami bez ograniczeń, a tak naprawdę powinno się je określać jako ostateczna odpowiedzialność. Wcale nie chciałam dorosłości od podstawówki.

Gdzieś w równoległym wszechświecie nadal toczy się życie. Rozpoczyna się kolejny cykl, wszystkie te orientejszyn łiki, pierwsze imprezy, na których każdy wchodzący dostawał naklejkę z hasłem i w imię darmowego browara miał znaleźć resztę zaginionej drużyny. Zamiast ekscesów mam mnóstwo pracy i górę wspomnień wywoływanych piosenkami. Z tych momentów, kiedy wracałam wieczorem do akademika, jechałam o jeden przystanek za daleko i próbowałam liczyć światła miasta w pojedynkę.

A tak właściwie to chciałabym żeby już było Boże Narodzenie. Nie wierzę, że to mówię. Ale chcę śniegu, zimna, piernika i wiecznej nocy. Bo odkryłam, że najłatwiej jest mi się skupić nocą i przy sztucznym świetle. No czemu nie. Ze mną bez jaj jest ostatnio coś nie tak.

3 komentarze:

  1. Tak, to te lizaki. ;)

    Na studiach mnie uczyli, że kryzys to taka sytuacja, w wyniku której może być albo dobrze, albo źle. Więc chyba trzeba to przeczekać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam wrażenie, że ze mną też jest coś nie tak. I podzielam to, że najlepiej mi się uczyć i skupić po ciemku, przy sztucznym świetle. Jakaś magia <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, chciałabym Cię poinformować, że nominowałam Cię do Liebstera, więc jeżeli jesteś chętna u mnie na blogu znajdziesz zestaw pytań :) http://marvja.blogspot.com/2015/09/podobno-wykonuje-dobra-robote.html#more

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)