20151024

urywki #2

Miałam czytać o dżenderze w sztuce, więc obejrzałam X-menów. Miałam wymyślić temat magisterki więc obejrzałam Wojnę i pokój. I wcale nie czuję się winna. Powroty do domu znów zaczęły mi się kojarzyć z oglądaniem nienormalnej ilości filmów lepszych i gorszych. Bo właściwie czemu nie. Leżenie przed telewizorem teoretycznie niczym nie różni się od kina laptopowego, a jednak w dalszym ciągu pociąga mnie o wiele bardziej. Nawet jeśli repertuar ograniczony jest do programu tv i szafki na płyty dvd.

W domu zmiany za zmianami. Nowy kocioł, malowanie w kuchni, wymiana materacy, nowe lustro, naprawa połamanych szafek i krzeseł. Plany remontowe rozłożone są w czasie i na razie dotyczą raczej małych rzeczy. Ukoronowaniem będzie generalny remont salonu z wymianą dosłownie wszystkiego. Ale to w przyszłym roku. Widocznie tak właśnie wygląda życie rodziców, których dzieci rozpoczęły drogę do samodzielności.

No i jeszcze ta zmiana czasu na zimowy skumulowana z wyborami. Wszystkie dzieci bały się Buki, a ja histeryzowałam kiedy rodzice mówili, że idą oddać głos. Zmiana czasu również doprowadzała mnie na skraj rozpaczy. Mama do dziś śmieje się z moich kilkuletnich lęków, a ja nadal uważam, że dosłowne odczytanie wyżej wspomnianych akcji może doprowadzić do dość przerażających wniosków. Jako pięciolatka byłam najrozsądniejsza.

Odczuwam potrzebę podsumowania tych urywków, ale nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy. W głowie mam dwa obrazy. Przystojnego chłopaka z pociągu i nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, która ma już konkretną datę. Mili Państwo, 23 listopada się bronię. Katastrofa.

20151019

urywki

Najpierw obudziła mnie Mama. Była 6.30, zadzwoniła i kazała mi wstawać. Drugi raz obudziło mnie przyzwyczajenie. Od października 7.30 to nowa 10.00. Powoli staję się dorosłym człowiekiem. Bardzo powoli [por. pierwsza pobudka]. Trzeci i czwarty raz budziła mnie kawa. Najpierw nostalgiczne śniadanie w Mikawie, później szybka przerwa w Maku. Tak to jest, jak się wozi na uczelni w samym centrum. Kilka piątych razów zaserwowała mi Pies, która zdecydowanie nie lubi samotności i domagała się wypuszczenia z pokoju, w którym ją zamknęłam dla własnego świętego spokoju. Nie będziesz psa nieswojego więzić, pamiętaj. Szósty i ostatni raz należy do rodziny z góry - dziś zaserwowali mi wrzaski prawdopodobnej matki do prawdopodobnego dziecka, które nie umie pisać. I czytać. A przecież wszyscy wiemy, że to kluczowe umiejętności w życiu czterolatek.

Jak to jest oddać dyplom? Fantastycznie to chyba mało powiedziane. Właściwie nie wiem w jakie słowa ubrać to uczucie ulgi, które towarzyszyło mi zaraz po wyjściu z dziekanatu. I potowarzyszy mi jeszcze jutro nawet, bo potem znów muszę się zabrać za pracę. Tak, oddałam dyplom, który jest zupełnie niedokończony. Gdyż wydział architektury to jest stan umysłu, mili państwo. Miejsce, które rządzi się własnymi zasadami i najprawdopodobniej nie podlega podstawowym prawom fizyki.

Przespałam dziś trzy godziny, oddałam dyplom, a później zmierzyłam się z panią Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gdyż jest moim promotorem. Pracy magisterskiej mojej, na nowych studiach moich. Bardzo miła babka, trzeba przyznać. Zadała tylko kilka niewygodnych pytań w stylu po co pani tu przyszła i co pani planuje robić w przyszłości. Zaproponowała też żebym pisała o architekturze ostatnich piętnastu lat w Polsce, ale ja, proszę pani, o najnowszym budownictwie najlepszego zdania nie mam. No to sobie pogadałyśmy.


Moje życie jest bywa zaskakujące.

20151001

co udało mi się we wrześniu

Miesiąc rozpoczęłam od ostrego zakuwania i małej przedurodzinowej depresji, która wyparowała w momencie kiedy obudziłam się jako dwudziestoczterolatka bez zmarszczek i siwych włosów. Raczej win.

Kolejnym zwycięstwem było zdanie poprawki egzaminu magisterskiego. Uczciłam to, jak na typową mnie przystało, wizytą w Ikei i kupnem metalowej miski, w której zamierzam robić masę cytrynową do tarty i roztapiać czekoladę. Tak, odkryłam w sobie cukiernika. Na razie jednak miska służy mi za idealny pojemnik na czipsy. Niestety, we wrześniu moje żywieniowe nawyki zrobiły się dość... dramatyczne, tak bym to ujęła. Choć może nie do końca...

No właśnie - nie do końca. Kolejnym wrześniowym zwycięstwem jest to, że udało mi się samodzielnie ugotować kilka obiadów. I nie umarłam od nich. Widocznie nie jestem złym kucharzem, ja po prostu nie mam serca do gotowania.

Nie-zwycięstwem (ale porażką na pewno też nie) jest fakt, że nie udało mi się złożyć dyplomu w wyznaczonym czasie. Na dwa dni przed ostatecznym dedlajnem złożyłam podanie o przesunięcie wyroku, tak więc jeszcze przez dwa tygodnie z małym hakiem moje myśli będą kłębiły się wokół warunków technicznych, przepisów pożarowych i dobrych kolorów na elewacji. Ale widocznie tak musiało być.

Na koniec najciekawsze. I chyba najważniejsze. Bo koniec studiów to moment, kiedy trzeba podjąć jakąś decyzję o tym co dalej. Postanowiłam, że na razie zostaję w Gdańsku. Szok i niedowierzanie. Jutro przeprowadzam się do miejsca, które znam i będę mieszkać z najlepszymi ludźmi, o których mogłabym prosić. A już od poniedziałku zaczynam zupełnie nową i trochę niespodziewaną przygodę - nowe studia. Zdecydowałam się na drugi stopień historii sztuki i mam nadzieję, że wyboru nie pożałuję.

Czy pokuszę się o podsumowanie? No jasne. Wrzesień nie był zły. Nie mogę zdecydowanie powiedzieć, że był dobry, bo zbyt dużo czasu spędziłam gapiąc się w ekran monitora i roztrząsając drobne smuteczki, zamiast skupić się na zwyczajnym cieszeniu się życiem. Jednak cieszę się, że w końcu udało mi się uspokoić. Długi to był proces i bolesny, jednak cudownie jest budzić się rano i nie musieć tłumić bolesnej myśli o tym co dalej. Naprawdę, wspaniale jest odżyć.