20160522

urywki #8

8:10. Po drugiej stronie korytarza siedzi facet z czteropakiem żubra. Jedna puszka jest już otwarta i towarzyszy mu w porannej przejażdżce skmką. Razem z Metrem, średniej wielkości torbą podróżną i niezwykle ważną rozmową telefoniczną.


O 11:42 kończyłam jeść burgera z kurczakiem i zapijać go nie słodzoną kawą. Żołądek zacisnął mi sie na tym nieciekawym posiłku, zrobiło mi się nieprzyjemnie gorąco. Pod skó czułam to samo, jak gdy czytałam prawdziwe historie Springera o czyścicielach kamienic. Pół godziny później skończyłam czytać Instytut Żulczyka, chciałam schować się najgłębiej jak się da. 
Wierzę w te wszystkie straszne historie. Cała przerażająca fikcja, o ile pozbawiona elementów nadprzyrodzonych w formie mutantów i geniuszy-miliarderów-playboyów-filantropów, zawsze wydaje mi się możliwa. Najwyraźniej widzę w ludziach przede wszystkim zło. 


Jest 17:02, a ja mam poważny atak paniki. W skmce kończy się powietrze, ci inni siedzą za blisko, nie mogę oddychać. Godzinę temu szef z piekła rodem, używając tonu nie znoszącego odmowy, zapytał, czy zrobię coś dla niego jutro rano. Udało mi się przepracować półtora miesiąca nie zwracając na siebie jego uwagi. Idylla nie mogła trwać wiecznie. 


7:00. NIE 


O 0:33 sezon weekendowych prywatek balkonowych jest w pełni. W promieniu kilkuset metrów słychać, że ich jest ten kawałek podłogi. Z którego roku to piosenka? W dalszym ciągu zamierzam bawić się w #CoZaśpiewaFassbender, udam że nie widziałam tego filmu, który powodował u mnie facepalm za facepalmem i był o krok od przepchnięcia mnie do #TeamIroan. Bo akurat MCU forever.


O 12:58 do mojej skrzynki odbiorczej dotarła wiadomość niemalże od zaświatów. Moje najbliższe erazmusowe koleżanki postanowiły mi o sobie przypomnieć, a ja po raz pierwszy w życiu nie poczułam zazdrości kującej w serce. Trochę ulga, trochę akceptacja, trochę lato i słońce.

____________________________________________________________


Żyję. Chodzę do pracy, na uczelnię, bujam się po restauracjach, siłowniach i centrach handlowych. Oglądam filmy, które wielu moich znajomych określa jako "nie dla dziewczyn", ewentualnie "komercja" czy "głupota". Czytam książki, których nie ma w sylabusie, ale za to każda kolejna strona mnie cieszy. Latem zawsze odżywam, noszę kolory i miewam ochotę, by opuścić własny pokój. A mimo to złapałam się ostatnio na myśli, że fajnie byłoby, gdyby przyszedł listopad. Czyżbym aż tak bardzo tęskniła za melancholijną mną? Nie wiem. Wiem tylko, że puenty brak.

20160315

urywki #7

Pobawmy się w dorosłość.

_______________________________________________


Od ponad tygodnia moja lista rzeczy do zrobienia zamyka się w trzech punktach. Wyślij mejla w sprawie: 1/ praktyk; 2/ seminarium; 3/ pracy. Już przy pierwszej wiadomości zaliczyłam wpadkę, kiedy w magiczny sposób część zdania z wiadomości zniknęła dokładnie w momencie, w którym nacisnęłam przycisk wyślij. I w ten sposób pozbawiłam się praktyk, no bo kto rozsądny odpisze dziewczęciu, które nie jest w stanie wykonać czynności tak prostej, jak wysłanie kompletnego mejla.
Drugi chyba poszedł mi lepiej. Podłączyłam go pod wcześniejszy wątek, zapytałam o niewygodną zmianę tematu i tym razem nie usunęłam połowy tekstu.
Trzeci przyszedł w największych bólach. Bo w dalszym ciągu nie wiem w jaki sposób zwracać się do dwa razy starszego ode mnie człowieka, który nalegał na popularne ty, bo przecież całe biuro pozostaje w bliskich stosunkach. Przynajmniej w teorii. W praktyce zaczęłam od neutralnego dzień dobry, grzeczne zapytania zamknęłam w jak najbardziej bezosobowych zdaniach, a na zakończenie dodałam jakże ciepłe pozdrawiam serdecznie. Pech chciał, że postanowiłam upewnić się, czy ogłoszenie nadal wisi. Oczywiście, że zniknęło, a ja, oczywiście, wiadomość wysłałam.

Nie odbiorę poczty przez najbliższy tydzień. Przestałam być odporna na odmowy.

_______________________________________________


Pani minister przekonała mnie, że napisanie magisterki to swego rodzaju krok w dorosłość. Dobra praca wymaga dojrzałości i świadomej decyzji o tym, że naprawdę chce się ją napisać. Że po niej należy żyć dalej i bardziej. Już tak zupełnie na serio. Chwilami przeraża mnie ta kobieta, nie tylko dlatego, że potrafi zmieszać człowieka z błotem i mieć zupełną rację. Także dlatego, że nawet jej powieka nie drgnie, kiedy prezentująca swój temat magisterski dziewczyna, czyta tekst z kartki i nie ma zielonego pojęcia o czym mówi. Wtedy właśnie myślę, że dziwnie być człowiekiem, gdzie każdy, na każdym kroku, zaprzecza samemu sobie. I nie widzi w tym żadnego problemu.

_______________________________________________


Najrozsądniej byłoby wybiec i już nigdy nie wrócić.

20160311

urywki #6

Moja przyjaciółka wyliczyła dziś, że wystarczyłoby żeby mężczyźni inwestowali w kobiety sześć złotych rocznie, Tulipan na walentynki, dzień kobiet i urodziny. Równowartość połowy paczki fajek. Połowy piwa na mieście. Tak bardzo chciałbym, żeby wróciła jutro do domu z bukietem w ręku. Szczęśliwa.


Chciałam być dziś miła dla ludzi, więc widząc przez wizjer sąsiada z dołu - wpuściłam. Chciał wydrukować badania. Znałam chłopaka tylko z widzenia, więcej opowiedzieli mi współlokatorzy, choć sam swoje trzy grosze też dorzucił. Nikt jednak nie przewidział, że po trzech minutach znajomości poprzetykanej trzema zdaniami zapyta, czy mam chłopaka. Oczywiście chwilę później drukarka wciągnęła kilka kartek, zacięła się, a ja nie mogłam sobie z nią poradzić. Chłopak uciekł i zostawił mnie samą z zepsutym i cudzym sprzętem. Jak zwykle więc zostałam bohaterem w swoim domu rozebrałam drukarkę i odebrałam jej pożarte kartki. Sprzątnęłam bałagan, powtykałam kable i obudowy na miejsce i pomyślałam sobie, że to wszystko to jest jakiś pieprzony żart. Właśnie dlatego nie mam narzeczonego, babciu.


Moment, w którym będę musiała wybrać imię dla własnego dziecka, będzie najprawdopodobniej tym, kiedy przeżyję największe załamanie nerwowe. Próbuję wybrać nazwę dla "nowego" bloga. Tortury. Założyłam już dwa adresy, a jeśli dobrze pójdzie powstanie i trzeci. Na każdym zawiśnie jeden post mówiący, że "strona w budowie", a za kilka lat najzwyczajniej odpłyną w niebyt. Ktoś tylko wścieknie się odrobinę, kiedy odkryje, że ta konkretna nazwa jest już zajęta, choć nigdy tak naprawdę nie była używana. Wybieram więc nazwy, decyduję się, zmieniam decyzje, próbuję wrócić do tych starych, żałuję, olewam, rolerkoster uczuć. Dobrze, że na dzieciaka widoków nie mam.


Dotarło do mnie, że od ponad tygodnia nie robię właściwie nic. Czasem ścielę łóżko, wstawiam pranie, idę na zakupy, zaglądam na siłownię. Mój pęd do robienia czegokolwiek, do zmieniania i ulepszania, upadł. Był padł, nie rusza się, koniec. Ostatni zryw poszukiwania pracy skończył się w momencie, kiedy odkryłam, że pojawiła się możliwość powrotu do miejsca moich lipcowych kaźni. Nie chcę. No ale chyba jednak muszę.

20160208

urywki #5

Chłopak przeprowadził się do Warszawy. Praca, rozwój, opuszczenie komfort zony. Prędzej czy później wszyscy się tam przeprowadzimy. Jeden z pierwszych komentarzy na fejsie: pewnie żony szukasz w stolycy. Bo po pierwsze: musi być małżeństwo.

Przeczytałam 13 pięter. Nigdy tak bardzo nie chciałam żeby jakaś książka już się skończyła. Wszystko przez głupie postanowienie, że przeczytam wszystko to, co czytać zaczęłam, bo stos książek zaczętych przebił dziesiątkę. Więc doczytałam. Nie miałam ochoty płakać, chciałam za to biec przed siebie, uciec, zniknąć. Wersją bardziej prawdopodobną wydało mi się jednak zwymiotowanie całej dramatycznej wiedzy, którą przyswoiłam, jednak i to nie doszło do skutku. Było mi najgorzej. Bo po drugie: musi być kredyt.

Szczęśliwie w ostatnim tygodniu nie padło ani jedno pytanie o to, kiedy prawnuki. Było miło, rodzinnie i spokojnie. Odwiedziłam przeszłość i przyszłość w jednym, po raz kolejny przekonałam się, że choć rodziny się nie wybiera, to dobrze jest, kiedy zostaje wybrana. By spędzać z nią czas, wspominać i uczyć się siebie. Czasem jednak padnie niewygodne pytanie, bo po trzecie: muszą być dzieci.

Przeraża mnie świat, który mnie otacza. Trzy filary dorosłości, z których żaden mnie nie dotyczy i nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek mnie dopadł. Choć kiedykolwiek to może i nie jest najlepsze słowo. Zamieńmy je więc na w najbliższym czasie i zadajmy pytanie. Dlaczego nikt nie kojarzy dorosłości z byciem po prostu dobrym człowiekiem. A może mieszamy tu jakieś pojęcia.

____________________________________________________________________


Mam straszny mętlik w głowie. Tydzień w oderwaniu od rzeczywistości okupiłam twardym powrotem do świata mediów społecznościowych. Wow, odkryłam Amerykę, zauważyłam udawany blichtr i nadęcie.

Dobrze mi było samej ze sobą. To nowość, ale nie porównuj się powtarzane jak mantra w końcu zaczęło działać. Pokochałam jogę i całe to wsłuchiwanie się we własne ciało. Świadome oddychanie i skłony dokładnie takie, na jakie pozwala mi dziś nastrój. Pół roku temu wyrzucałam z siebie, że nie oczekuję jakiejkolwiek pomocy, bo moje życie wymaga mojej własnej interwencji. Tylko sześć miesięcy ta wypowiedziana mądrość wędrowała po zwojach mojego mózgu, żeby w końcu dotrzeć do miejsca, które tak naprawdę rozumie to co powiedziałam.

A luty to podobno najlepszy czas na zmiany. Niezastąpiona Grażyna Dobroń radzi zrzucić wtedy zbędne zimowe kilogramy i przygotować się na wiosnę. Ale nadprogramowe tony myśli też można chyba wtedy wyrzucić.

____________________________________________________________________


Nie wiem czego chcę. To chyba największy problem. I chyba najstarszy.

20160104

w tamtym roku

Poznęcajmy się jeszcze chwilę nad minionym rokiem. O ile dobrze pamiętam postanowiłam złamać chyba jedyną żelazną zasadę jaką mam i uroczyście obwieściłam światu swoje postanowienia noworoczne. Pojawiła się zakładka "W TYM ROKU", która zastąpiła coś w stylu "przed trzydziestką", a razem z nią pojawiło się sześć punktów, które miały... No właśnie, co miały? Uczynić moje życie lepszym? Sama nie wiem. Może gdybym wiedziała: udałoby się w stu procentach. A mamy sytuację pół na pół.

Wykreślone:

  • Wyjadę do Włoch. Ano, wyjechałam. Zaliczyłam Mediolan, nie zakochałam się, ale zjadłam jedne z lepszych lodów w życiu. I przegrzałam się, to na pewno.
  • Przeczytam 12 książek. Pamiętam, że było mi wstyd wpisać tak niską liczbę, ale trzeba mierzyć siły na zamiary, czy jakoś tak. Udało się. W prawdzie pod koniec grudnia było krucho i mało brakowało mi do przegrania tej walki, ale koniec końców książek przeczytałam 15. Jak na takiego analfabetę jakim jestem, to jest naprawdę sukces.
  • W tym roku się obronię (i będzie to piękny dyplom). Obroniłam się, udało się, sukces, fanfary i szampan. Czy dyplom był piękny? Nie. Czy jestem dumna? Nie. 

Nie wykreślone:
  • W tym roku znajdę staż zagraniczny i na niego wyjadę (nie żałując nikogo i niczego). Nie wyszło. Mój zapał i wielkie marzenia zderzyły się z twardym powrotem. No cóż, na razie tego typu plany odkładam co najmniej na za półtora roku. 
  • W tym roku rozkręcę nowy kawałek mojego blogowego świata. HA HA HA. Tylę mogę powiedzieć w tym temacie. Jednak nadal chcę. Tyle tylko, że muszę przekonać się do tego, że to nie będzie miejsce idealne i takie, w którym można popełniać błędy. Bo błędy nie są złe.
  • W tym roku wrócę, a raczej zacznę moją przygodę z fotografią analogową. Przez chwilę wydawało mi się, że się uda, później aparat odmówił współpracy (ewentualnie nie wiedziałam jak do tego cuda podejść) i ja porzuciłam plany. Ale! Kilka tygodni temu próba uruchomienia Kodaka o dziwo się powiodła. Teraz pozostaje mi poczekać na przypływ gotówki i zamawiać klisze. A potem zastanawiać się komu i czemu w ogóle te zdjęcia robić. 

Wnioski? W tym roku nic nie postanawiam oficjalnie. Rzucam tylko ogólnikowe "ogarnę się" i idę pracować nad sobą. Bo już widzę, że zmiany idą. Co jest dość ożywcze.

20160103

'15

Nie korzystając z podpowiedzi, a w tym roku podsumowałam każdy miesiąc, sprint przez ostatnich dwanaście miesięcy. Czy ja jeszcze coś pamiętam?

Styczeń - Trudno mi uwierzyć, że rok temu ciągle byłam w Pradze. Mam wrażenie, że cała ta erazmusowa przygoda, to rzeczy tak odległa, że już niemalże bajkowa i totalnie nierzeczywista. Ale to się stało. Sylwester - dziś to mogę powiedzieć, że to najgorsza impreza mojego życia była, która swoją desperacją zainfekowała cały rok. Esc się stacza, zapraszamy.

Luty - Wielkie pożegnania, koniec błogiej wolności i powrót do domu. W dodatku koszmarni współlokatorzy, zima i brak zajęcia.

Marzec - Chyba powinnam znaleźć pracę. I zrobić dyplom.

Kwiecień - Chyba powinnam znaleźć pracę, ale nikt mnie nie chce. I zrobić dyplom.

Maj - Chyba powinnam znaleźć pracę, ale dalej nikt mnie nie chce. I zrobić dyplom. W maju zaczęłam też uczyć się do egzaminu magisterskiego, więc w końcu mam jakiekolwiek zajęcie.

Czerwiec - Dobrze, że uczyłam się do egzaminu, bo i tak go nie zdałam. To chyba był ostatni gwóźdź do mojej trumny. No ale znalazłam praktyki, przynajmniej tyle .

Lipiec - Praktyki. Po dwóch dniach mam ochotę uciekać, po trzech obiecuję sobie, że wytrzymuję do końca przyszłego tygodnia i rezygnuję. Ale wytrzymałam, a nawet dostałam wypłatę! Moja pierwsza architektoniczna kasa! Poza tym: brak Open'era. Brak wyjść. Brak dobrej pogody. Ale... KOT!

Sierpień - To przede wszystkim moje pierwsze wakacje na własną rękę. Połowicznie, bo jednak pojechałam z wizytą do kolegi, który służył mi nie tylko za przewodnika, ale i gospodarza. Ale bez zbędnego bagażu emocjonalnego. Wnioski? Następne wakacje spędzam bez znajomego hosta, i objeżdżam więcej niż jedno miasto. Trochę już się nie mogę doczekać. Poza tym, przeżyłam przypadkowe spotkanie z dawno nie widzianym znajomym oraz małą konfrontację z kimś bliskim. Wnioski - brak i przyznam, że w kwestii drugiego spotkania trochę mnie to martwi, szczególnie że to nie ja jestem tym, kto z całej tej sytuacji (i kilku podobnych, które jednak nie dotyczyły mnie) nie potrafił zrozumieć tego co najważniejsze i najbardziej bolesne. Ale spoko, teraz już prawie wszystko jest pod kontrolą.

Wrzesień - 24! To miesiąc, kiedy obudziłam się rano i z radością odkryłam, że twarz mam nadal niepomarszczoną, a włosy nie są siwe. Kilka dni później zdałam cholerny egzamin (patrz: czerwiec) i wyruszyłam na ostatni, przynajmniej tak mi się wydawało, podbój Gdańska i skończenie dyplomu. Ale to raczej dyplom skończył mnie, złożyłam odpowiednie pismo i przełożyłam termin oddania. Ten miesiąc zostanie jednak przede wszystkim zapamiętany jak ten, kiedy postanowiłam studiować dalej i za wszelką cenę odsunąć w czasie moją przeprowadzkę do stolicy. Więc znów poszłam na studia.

Październik - W końcu mieszkam w miejscu, które jest czystym dobrem. Jest rodzinnie, słodko, jest pies i królik, a mój pokój to miniaturowe najsłodsze pomieszczenie świata. Also: Złożyłam dyplom, ale dyplom złożony i skończony to zdecydowanie nie to samo. Ale w papierach zgadza się wszystko. Poza tym, jak wspomniałam "miesiąc wcześniej": znów studiuję. Chodzę na uniwerek, udaję humanistkę i przeżywam prawdziwy szok kulturowy.

Listopad - Dalej studiuję, dalej chodzę na wf i dalej walczę z politechniką, ale to już ostatnie pchnięcia. Raz: wywieszanie plansz. Dwa: podmienianie plansz. I trzy, cios śmiertelny: obrona. Dziękuję, do widzenia, magister inżynier architekt Esc kłania wam się wszystkim w pas i życzy miłego życia. Beze mnie. Idę odpoczywać. I jadę do Finlandii!

Grudzień - trochę sielanki, dużo snu, wiele filmów, STAR WARS, STAR WARS I STAR WARS (które o dziwo nie pojawiły się w poprzednim poście). Decydujemy, że wybieramy się na Open'era. Jemy śledzie i pierwszy raz robię sernik. Jadę do Łodzi na koncert i do Warszawy na wigilię. Jakoś żyję i w końcu wszystko zaczyna się normalizować. Nareszcie.

Tak zapamiętam ten rok. Patrząc na to podsumowanie, naprawdę nie dziwię się, że część tego roku (oh, raptem pół) postanowiłam wymazać z pamięci. To nie był dobry rok, nie oszukujmy się. Odliczanie jego ostatnich sekund sprawiło mi więcej radości niż wiele, teoretycznie szczęśliwych wydarzeń tego roku. Co będzie dalej? Nie wiem. Chcę tylko żeby było... lepiej. Czego i Wam życzę.

PS, bo mam wrażenie, że jestem je sobie winna. Podsumowanie roku zmusiło mnie do przedarcia się przez to, co na blogu działo się przez ostatni rok. Jednak to, co upublicznione, to tylko szczyt góry lodowej, która majaczy pod powierzchnią folderu "wersje robocze". Wyziera stamtąd straszny mrok, strach i samotność, które nawet teraz doprowadziły mnie do płaczu. A wydawałoby się, że mam już to wszystko za sobą. Chciałabym Was o coś prosić. Napiszcie do tego zapomnianego ostatnio znajomego, złóżcie noworoczne życzenia i zapytajcie co słychać. Tak, to jest dobra okazja. A to jedno głupie powiadomienie naprawdę potrafi komuś zmienić dzień.

20160102

co udało mi się w grudniu

Wystroiłam się w nową kieckę i kicam po mieszkaniu. Czas więc podsumować ostatni miesiąc.

Grudzień to przede wszystkim przemieszczanie się. Znów. Miesiąc przywitałam w Gdańsku, ale już kilka dni później byłam w domu. Później znów morze, ale tylko po to, żeby na jeden dzień wyjechać do Łodzi. Znów chwila w Gdańsku, następnie Wło, dzień później Warszawa i ponownie dom i ponownie Gdańsk, gdzie zakończyłam miesiąc. Przy okazji Chemik, relacji Katowice-Gdynia, stał się moim nowym ulubionym połączeniem kolejowym.

Skoro już jesteśmy przy podróżach i padło słowo o Łodzi. Widziałam Florence, płakałam tylko pół godziny (z radości, żeby nie było) i to był naprawdę przepiękny koncert.

Udało mi się też uniknąć prezentowej gorączki na ostatnią chwilę. Nadwyżki czasowe zainwestowałam w poszukiwania i myślę, że dobrze mi to wszystko wyszło. Wszyscy obdarowani wydawali się szczęśliwi. Za to z prezentów która ja dostałam, można wyciągnąć ciekawe wnioski. Moje święta wyglądały jak Muminki, pluszowa świnka, Złomek, Minionek  i paletka do makijażu w kształcie kota. Jeżeli tak ma wyglądać dorosłość, to może i faktycznie chciałam jej aż od podstawówki. Ale może uściślijmy. Dostałam też rzeczy potrzebne i dorosłe. A w ogóle to mata do ćwiczeń i tak wygrała wszystko.

Właściwie to nie wiem, czy wydarzyło się coś jeszcze. Odpoczęłam, pojadłam i przeżyłam trzy wigilie i jedną "rodzinną" imprezę sylwestrową, która jak na fakt, skończyła się zaskakująco szybko, była najlepszą tego typu domówką od naprawdę długiego czasu.

Ach, najważniejsze. Postanowiłam się ogarnąć. Gdzieś między Świętami, a Nowym Rokiem dotarło do mnie, jak  bardzo zmęczona jestem sama sobą i że potrzebuję zmian. Akurat nowy rok nada się na tego typu akcje, prawda?