20160315

urywki #7

Pobawmy się w dorosłość.

_______________________________________________


Od ponad tygodnia moja lista rzeczy do zrobienia zamyka się w trzech punktach. Wyślij mejla w sprawie: 1/ praktyk; 2/ seminarium; 3/ pracy. Już przy pierwszej wiadomości zaliczyłam wpadkę, kiedy w magiczny sposób część zdania z wiadomości zniknęła dokładnie w momencie, w którym nacisnęłam przycisk wyślij. I w ten sposób pozbawiłam się praktyk, no bo kto rozsądny odpisze dziewczęciu, które nie jest w stanie wykonać czynności tak prostej, jak wysłanie kompletnego mejla.
Drugi chyba poszedł mi lepiej. Podłączyłam go pod wcześniejszy wątek, zapytałam o niewygodną zmianę tematu i tym razem nie usunęłam połowy tekstu.
Trzeci przyszedł w największych bólach. Bo w dalszym ciągu nie wiem w jaki sposób zwracać się do dwa razy starszego ode mnie człowieka, który nalegał na popularne ty, bo przecież całe biuro pozostaje w bliskich stosunkach. Przynajmniej w teorii. W praktyce zaczęłam od neutralnego dzień dobry, grzeczne zapytania zamknęłam w jak najbardziej bezosobowych zdaniach, a na zakończenie dodałam jakże ciepłe pozdrawiam serdecznie. Pech chciał, że postanowiłam upewnić się, czy ogłoszenie nadal wisi. Oczywiście, że zniknęło, a ja, oczywiście, wiadomość wysłałam.

Nie odbiorę poczty przez najbliższy tydzień. Przestałam być odporna na odmowy.

_______________________________________________


Pani minister przekonała mnie, że napisanie magisterki to swego rodzaju krok w dorosłość. Dobra praca wymaga dojrzałości i świadomej decyzji o tym, że naprawdę chce się ją napisać. Że po niej należy żyć dalej i bardziej. Już tak zupełnie na serio. Chwilami przeraża mnie ta kobieta, nie tylko dlatego, że potrafi zmieszać człowieka z błotem i mieć zupełną rację. Także dlatego, że nawet jej powieka nie drgnie, kiedy prezentująca swój temat magisterski dziewczyna, czyta tekst z kartki i nie ma zielonego pojęcia o czym mówi. Wtedy właśnie myślę, że dziwnie być człowiekiem, gdzie każdy, na każdym kroku, zaprzecza samemu sobie. I nie widzi w tym żadnego problemu.

_______________________________________________


Najrozsądniej byłoby wybiec i już nigdy nie wrócić.

20160311

urywki #6

Moja przyjaciółka wyliczyła dziś, że wystarczyłoby żeby mężczyźni inwestowali w kobiety sześć złotych rocznie, Tulipan na walentynki, dzień kobiet i urodziny. Równowartość połowy paczki fajek. Połowy piwa na mieście. Tak bardzo chciałbym, żeby wróciła jutro do domu z bukietem w ręku. Szczęśliwa.


Chciałam być dziś miła dla ludzi, więc widząc przez wizjer sąsiada z dołu - wpuściłam. Chciał wydrukować badania. Znałam chłopaka tylko z widzenia, więcej opowiedzieli mi współlokatorzy, choć sam swoje trzy grosze też dorzucił. Nikt jednak nie przewidział, że po trzech minutach znajomości poprzetykanej trzema zdaniami zapyta, czy mam chłopaka. Oczywiście chwilę później drukarka wciągnęła kilka kartek, zacięła się, a ja nie mogłam sobie z nią poradzić. Chłopak uciekł i zostawił mnie samą z zepsutym i cudzym sprzętem. Jak zwykle więc zostałam bohaterem w swoim domu rozebrałam drukarkę i odebrałam jej pożarte kartki. Sprzątnęłam bałagan, powtykałam kable i obudowy na miejsce i pomyślałam sobie, że to wszystko to jest jakiś pieprzony żart. Właśnie dlatego nie mam narzeczonego, babciu.


Moment, w którym będę musiała wybrać imię dla własnego dziecka, będzie najprawdopodobniej tym, kiedy przeżyję największe załamanie nerwowe. Próbuję wybrać nazwę dla "nowego" bloga. Tortury. Założyłam już dwa adresy, a jeśli dobrze pójdzie powstanie i trzeci. Na każdym zawiśnie jeden post mówiący, że "strona w budowie", a za kilka lat najzwyczajniej odpłyną w niebyt. Ktoś tylko wścieknie się odrobinę, kiedy odkryje, że ta konkretna nazwa jest już zajęta, choć nigdy tak naprawdę nie była używana. Wybieram więc nazwy, decyduję się, zmieniam decyzje, próbuję wrócić do tych starych, żałuję, olewam, rolerkoster uczuć. Dobrze, że na dzieciaka widoków nie mam.


Dotarło do mnie, że od ponad tygodnia nie robię właściwie nic. Czasem ścielę łóżko, wstawiam pranie, idę na zakupy, zaglądam na siłownię. Mój pęd do robienia czegokolwiek, do zmieniania i ulepszania, upadł. Był padł, nie rusza się, koniec. Ostatni zryw poszukiwania pracy skończył się w momencie, kiedy odkryłam, że pojawiła się możliwość powrotu do miejsca moich lipcowych kaźni. Nie chcę. No ale chyba jednak muszę.