20160311

urywki #6

Moja przyjaciółka wyliczyła dziś, że wystarczyłoby żeby mężczyźni inwestowali w kobiety sześć złotych rocznie, Tulipan na walentynki, dzień kobiet i urodziny. Równowartość połowy paczki fajek. Połowy piwa na mieście. Tak bardzo chciałbym, żeby wróciła jutro do domu z bukietem w ręku. Szczęśliwa.


Chciałam być dziś miła dla ludzi, więc widząc przez wizjer sąsiada z dołu - wpuściłam. Chciał wydrukować badania. Znałam chłopaka tylko z widzenia, więcej opowiedzieli mi współlokatorzy, choć sam swoje trzy grosze też dorzucił. Nikt jednak nie przewidział, że po trzech minutach znajomości poprzetykanej trzema zdaniami zapyta, czy mam chłopaka. Oczywiście chwilę później drukarka wciągnęła kilka kartek, zacięła się, a ja nie mogłam sobie z nią poradzić. Chłopak uciekł i zostawił mnie samą z zepsutym i cudzym sprzętem. Jak zwykle więc zostałam bohaterem w swoim domu rozebrałam drukarkę i odebrałam jej pożarte kartki. Sprzątnęłam bałagan, powtykałam kable i obudowy na miejsce i pomyślałam sobie, że to wszystko to jest jakiś pieprzony żart. Właśnie dlatego nie mam narzeczonego, babciu.


Moment, w którym będę musiała wybrać imię dla własnego dziecka, będzie najprawdopodobniej tym, kiedy przeżyję największe załamanie nerwowe. Próbuję wybrać nazwę dla "nowego" bloga. Tortury. Założyłam już dwa adresy, a jeśli dobrze pójdzie powstanie i trzeci. Na każdym zawiśnie jeden post mówiący, że "strona w budowie", a za kilka lat najzwyczajniej odpłyną w niebyt. Ktoś tylko wścieknie się odrobinę, kiedy odkryje, że ta konkretna nazwa jest już zajęta, choć nigdy tak naprawdę nie była używana. Wybieram więc nazwy, decyduję się, zmieniam decyzje, próbuję wrócić do tych starych, żałuję, olewam, rolerkoster uczuć. Dobrze, że na dzieciaka widoków nie mam.


Dotarło do mnie, że od ponad tygodnia nie robię właściwie nic. Czasem ścielę łóżko, wstawiam pranie, idę na zakupy, zaglądam na siłownię. Mój pęd do robienia czegokolwiek, do zmieniania i ulepszania, upadł. Był padł, nie rusza się, koniec. Ostatni zryw poszukiwania pracy skończył się w momencie, kiedy odkryłam, że pojawiła się możliwość powrotu do miejsca moich lipcowych kaźni. Nie chcę. No ale chyba jednak muszę.

3 komentarze:

  1. nawet nie wiem ile razy zmieniałam nazwę bloga, albo nick ... swoją drogą to ostatnio też główkowałam nad nazwą dla drugiego bloga i parę adresów "zarezerwowałam" - dziś nawet nie pamiętam jakich. Ja się dziś wygrzebałam na zajęcia na 8 rano. Czyli wstałam o 6. To była bardzo ciężka walka. A tak poza tym to tydzień minął mi podobnie jak Tobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. masz mój nieskończony szacunek za dotarcie na uczelnię na 8 rano. też wczoraj miałam zajęcia o tej nieludzkiej porze, być może ktoś na nie dotarł, bo ja nie...
      przed paroma chwilami dowiedziałam się, że trzeci adres jednak nie powstanie, bo pod moją wymarzoną nazwą powstał czyjś artystyczno-reporterski projekt więc raczej słabo. no cóż, może warto pogodzić się z tym co jest

      Usuń
  2. ano, i wysiedziałam na niej do 13, z dwukawowym wspomaganiem :]

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, każdy kolejny cieszy mnie niezmiernie! Z tej niepohamowanej radości staram się na wszystkie odpowiadać :)